wtorek, 22 lipca 2014

The Only Hope For Me Is You/Part 32

[GERARD]
Pełno ludzi. Obrzydliwie białe ściany, przez które czuję się tak, jakbym umarł. Siwa podłoga. Niewygodne krzesło. Popołudnie. Siedziałem na, jak już wspomniałem, niewygodnym krześle i czekałem na wyniki badań Franka. Leżał od jakiś pięciu godzin w jednej z sal szpitalnych i nie było żadnych wieści na temat jego zdrowia. Martwiłem się o niego, jak cholera. Podkuliłem nogi na krześle i objąłem je ramionami. Wyglądałem co najmniej, jak obłąkany uciekinier z domu psychicznie chorych. Serce waliło mi jak oszalałe. Jak źle pójdzie, to zaraz wyskoczy ze mnie. Boję się, że coś się stało poważnego Frankowi. Ale przecież to nie tak miało być. Już nic nam miało nie stanąć na drodze do szczęścia. Wszystko miało być dobrze. A tu co? Wypadek. I to wszystko moja, jebana wina. Życie jest okrutne. Twierdzisz, że już nic nie może ci stanąć na drodze do bezgranicznego szczęścia, a tu jedna zła decyzja, jedna chwila i koniec. Koniec, który rozjebie cię od środka. Życie sypie się na małe kawałeczki. Na drodze do radości staje ci potężny mur, którego nie w sposób pokonać. Zamykasz się w sobie i już nic nie jest takie, jak wcześniej. Teraz tylko siedzisz gdzieś skulony w kącie. Płaczesz, nad tym, co zrobiłeś źle. Gdybyś mógł, cofnąłbyś czas, ale takie rzeczy tylko w bajkach. Cofnąłbyś błędną decyzję, ale to też niemożliwe. Przymknąłem powieki i usłyszałem szybkie kroki. Spojrzałem w górę. Mama Franka. Moja też. Szykuje się kolejna pogawędka na temat, jaki to ja nieodpowiedzialny jestem. Gdy mnie zauważyły podbiegły do mnie i usiadły na krzesłach po obu moich stronach.
-Boże, Gerard! Co się znowu stało?!- powiedziała zdyszana Donna.
-To wszystko moja wina.- załkałem.- Gdybym się nie zgodził...
-Nie zgodził na co?- zapytała płaczliwym tonem pani Linda.
-Na ucieczkę ze szkoły...- westchnąłem głośno i się rozpłakałem.
Moja mama mnie przytuliła.
-Uciekliście ze szkoły?- zapytała spokojnie mama.
-Tak... To był pomysł Franka... Boże, ale to wszystko przeze mnie. Gdybym się nie zgodził, to by nie było tego wypadku i Frank by teraz nie leżał na tej cholernej sali w tym jebanym szpitalu!- krzyknąłem zrozpaczony.
Mama Franka złapała się za głowę i pokiwała nią w dwie strony. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że prawdopodobnie po raz drugi straciła syna. Kto wie, czy teraz już bezpowrotnie. Drzwi sali, w której przebywał młody Iero otworzyły się. Wyszedł z nich wysoki, dobrze zbudowany, w wieku na oko czterdziestu lat, mężczyzna. Miał czarne włosy i śniadą karnację. Na nosie miał okulary z czarną oprawką. Podszedł do nas.
-Pani Linda Iero?- zapytał.
-To ja.- odezwała się pani Iero.
-Proszę za mną.
-Dobrze.- odpowiedziała.
Wstała z krzesła i poszła za lekarzem. Siedzieliśmy z mamą. Ciszę panującą pomiędzy nami przerywały moje szlochy. Donna spojrzała na mnie z żalem w oczach i objęła mnie ramionami, mocno tuląc do siebie. Zaczęła delikatnie gładzić moje plecy. Ucałowała mnie w czubek głowy.
-Będzie dobrze, kochanie.- szepnęła.
Po chwili wróciła pani Linda. Była zapłakana. Była cała roztrzęsiona. Usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach.
-Co z nim?- zapytała moja mama.
-F... Frank jest w ś...śpiączce...- załkała.- N...Nie wiadomo kiedy się wybudzi...-wybuchła płaczem.
Moje serce jakby stanęło. Nie, to nie może być prawda. Tylko nie mój kochany Frankie. Tylko nie on. Nigdy sobie tego nie wybaczę. To wszystko moja wina. Kurwa nie. To nie może być prawa. Błagam, to nie prawda. Wybuchłem płaczem. Wstałem z krzesła i pobiegłem do wyjścia. Stanąłem przy drzwiach dzielących mnie od świeżego powietrza i mocno je pchnąłem. Po całym moim ciele owiał mnie chłód. Było zimno. Bardzo zimno. Wieczór. Gdzie ja mam teraz iść? Pójdę do domu. Nie mam zamiaru się nigdzie włóczyć. Potem będę miał problemy. Rozejrzałem się po okolicy. Czeka mnie godzinny spacer.
***
Spacerowałem chodnikiem. Ręce schowałem do kieszeni spodni i powolnym krokiem szedłem do domu. Spojrzałem na niebo. Było ciemne, pełno gwiazd. Była pełnia. Delikatny, chłodny wiatr wiał na moją twarz, dając mi ukojenie. Oczy miałem popuchnięte od płaczu, również na nie wietrzyk działał kojąco. Dzieliła mnie tylko ulica do mieszkania, w którym siedział Mikey i o tej porze był zajęty oglądaniem wesołej bajki o jednorożcach. Dzieliła mnie tylko ulica do domu, w którym wreszcie napiję się kawy i położę w ciepłym łóżku. Dzieliło mnie tylko kilkadziesiąt metrów od tego cholernego miejsca, w którym jeszcze wczoraj miło spędzałem z Frankiem, a potem z nim zasnąłem w moim łóżku, tuląc go do siebie. Cholera jasna. Co ja zrobiłem? Co ja najlepszego zrobiłem? Wbiegłem po schodkach do drzwi. Zapukałem kilka razy. Poczekałem chwilę i drzwi otworzył mi Mikey w piżamie. Zmierzył mnie podejrzliwie wzrokiem.
-Coś się stało?-zapytał z wahaniem w głosie.
-Tak, kurwa wszystko się pojebało.-rzuciłem ze złością w głosie i wpadłem do środka.
Za sobą usłyszałem trzask drzwi. Pobiegłem na górę do swojego pokoju, nawet się nie męcząc, aby zdjąć i zostawić w przedpokoju brudne glany. Po prostu wbiegłem po schodach na górę jak gdyby nigdy nic i z impetem wpadłem do mojego pokoju, mocno przy tym zatrzaskując drzwi. Zasłoniłem rolety, zgasiłem każde możliwe urządzenie, które dawało światło, rzuciłem telefonem o ścianę. Znowu mnie rozwalała od środka złość. Byłem zły na siebie. Znowu przeze mnie coś musiało się stać. Znowu wszystko spierdoliłem. Znowu jestem bezsilny. Czułem się tak, jakby ktoś wyjął mi serce, z powrotem je włożył do środka, następnie poćwiartował mnie na kawałki i rzucił gdzieś w kąt. W moim umyśle odbywała się trzecia wojna światowa. Moja psychika padła. Straciłem Franka. Straciłem wszystko. Straciłem miłość. Boże, nie. Gerard. Uspokój się. Może go jeszcze nie straciłeś? Może się obudzi. Bądź dobrej myśli, chłopie. Tylko słabi przegrywają. Ja muszę być silny i dać radę. Muszę to przetrwać. Choćby to miało trwać wieczność, muszę być mocny. Wziąłem trzy głębokie wdechy i wydechy i opadłem na łóżko. Założyłem ręce za głowę. Drzwi do mojego pokoju uchyliły się i wszedł Mikey.
-Powiesz mi wreszcie, co się stało, Gerard?-mruknął i podszedł do łóżka.
-Mieliśmy wypadek.
-Mieliśmy, czyli ty i kto?
-Frank, imbecylu.
-Ej no...
-Jakiś dureń wpadł w poślizg i w nas wjechał. Masakra. Frank leży w śpiączce, nie wiadomo kiedy się obudzi.
-Kurwa, nie dobrze.- zatkał sobie usta, z których wypłynęło pierwsze w historii Michael'a James'a Way'a przekleństwo.
-Młody dorasta?- zaśmiałem się.
-Spadaj na drzewo, prostować banany.- strzelił focha.
-Mikey, błagam...
-Foch i spierdalaj.
-Ohoho, zdaje się, że dzisiaj mama się o wszystkim dowie, jak jej kochany synuś klnie. Hmmm, a może ciebie uczą czegoś takiego w bajeczkach?-naśmiewałem się.
-Spadaj!- wziął poduszkę z mojego łóżka i rąbnął mi nią w twarz.
-Tak się bawimy?- zapytałem złowrogo i chwyciłem drugą poduszkę.
Zaczęliśmy się nawalać poduszkami.
-Dobra, dobra. Poddaję się!- krzyknął.-Ale nie mów nic mamie, proszę...- błagał.
-Spokojnie, nie jestem tobą i nie skarżę.
-Eh, ja idę spać.-powiedział.- Dobranoc, zgredzie.
-Dobranoc, patałachu.
Mikey pokazał mi język i wyszedł z pokoju. Zdjąłem z siebie spodnie, buty i skarpetki i rzuciłem się na łóżko. Po godzinnym rozmyślaniu o Franku, wreszcie zasnąłem.
________________________________________________________________________________
Zdaje się, że jakaś wena mnie dziś napadła xD Haha, Fun Ghoul, czuję się już martwa... ;_;


2 komentarze:

  1. Że tak zacytuję...
    Kurwa nie.
    On się ma obudzić do jasnej ciasnej! Ja ja tego nie cierpię no!
    Tzn i tak będe dalej czytać, ale no proszę Cię...

    OdpowiedzUsuń