piątek, 25 marca 2016

Life Ain't Just A Joke ~ Rozdział II

Dwa następne tygodnie minęły mi bez żadnych rewelacji. Chodziłem grzecznie do szkoły, a po lekcjach jeździłem do szkoły muzycznej razem z mamą. Wszystko było dobrze. Caroline jest cudowną dziewczyną. Jest bardzo wyrozumiała i podczas gdy moi koledzy narzekają na to, że cały czas jeżdżę do szkoły muzycznej i że nie mam w ogóle czasu, żeby się gdzieś z nimi spotkać, to dziewczyna to w zupełności akceptuje. Spotykamy się, niestety, tylko w szkole. Gdybym mógł to bym pewnie już gdzieś z nią wyszedł, ale po pierwsze rodzice nic a nic nie wiedzieli o moim związku z nią a po za tym nie miałem czasu. No cóż, bywa i tak.
   
Tegoż dnia, a był to dokładnie kolejny, beznadziejny poniedziałek (kto w ogóle lubi poniedziałki?!) wstałem jak zwykle za późno, żeby udać się do szkoły na piechotę, więc gdy tylko się ubrałem, zjadłem śniadanie i byłem gotowy do wyjścia, mama podwiozła najpierw mnie do gimnazjum, a potem zawiozła moją kochaną siostrzyczkę do szkoły. Dzień, mimo to iż nie wyspałem się, zapowiadał się naprawdę znakomicie. Nie spóźniłem się do szkoły, a o mój dobry (do czasu) humor zadbała Victoria.
     
Podczas drugiej przerwy pomiędzy lekcjami, przechadzałem się z przyjaciółką po korytarzu szkolnym. Gadaliśmy o jakichś pierdołach, śmialiśmy się i wygłupialiśmy się. Mijaliśmy dużą ilość uczniów, którzy patrzyli się na nas z pogardą. Nie obchodziło nas to zbytnio. Dotarliśmy pod klasę Caroline, która stała odwrócona do mnie tyłem. Rozmawiała o czymś z koleżankami. Podszedłem do niej cicho i objąłem ją w pasie rękami. Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się do mnie. Uśmiech z jej twarzy momentalnie zszedł. Pocałowałem ją delikatnie w policzek. Dziewczyna wyrwała się z mojego uścisku i pociągnęła mnie mocno za rękę w stronę najbliższego okna. Spojrzałem na zdezorientowaną Victorię. Wzruszyła ramionami i gdzieś sobie poszła. 

- Co się stało, Caro?- spytałem, próbując się zbliżyć do dziewczyny.

- Zrywam z tobą - powiedziała oschle i już miała odejść gdy ją przyciągnąłem do siebie.

- Ty sobie żartujesz, prawda?- zapytałem nieco zdezorientowany tak nagłą decyzją dziewczyny.
 
Spojrzałem w jej niebieskie oczy, które jak na złość nie wyrażały nic. Były zupełnie puste i patrzyły w jakiś odległy punkt znajdujący się za mną. Potrząsnąłem nią.

- Nie, nie żartuję. Zrywam z tobą, Frank.

- Caroline, ale czemu?

- Bo mam cię dość.

- Ale co ja ci takiego zrobiłem?

- Nie masz w ogóle dla mnie czasu - oznajmiła.


- Przecież ci to w ogóle nie przeszkadzało do tej pory. Wiesz jak jest - myślałem, że zaraz wybuchnę. Byłem zły, tak strasznie zły na nią, że gdyby nie to, że nie można zabijać ludzi bez powodu to bym normalnie w świecie ją udusił. Jak ona śmiała w ogóle tak powiedzieć? Jakoś nie przeszkadzało jej to, że jeżdżę do szkoły muzycznej, że rodzice nic nie wiedzą o naszym związku. Była wyrozumiała pod każdym względem i doceniała to, że możemy się w ogóle spotykać. W szkole, bo w szkole ale doceniała to. Nie wiem, co ją walnęło właśnie teraz w głowę.
   
Po chwili podszedł do nas jej przyjaciel. Jebany James. Teraz właśnie oprzytomniałem. Już wiedziałem, kto tak omamił dziewczynę. James. James był powodem tego wszystkiego. Był zazdrosny o to, że ja mogę z nią być, a on nie. Był zazdrosny o to, że Caroline kocha mnie, a nie jego. Chłopak spojrzał na mnie najpierw z pogardą, potem na jego twarz wpłynął szyderczy uśmiech. Posłałem mu tylko złowrogie spojrzenie, które powinno zabijać i odszedłem, uprzednio puszczając nadgarstki mojej już byłej dziewczyny.
     
Szedłem cholernie pewnym krokiem, nie spoglądałem w tył, choć naprawdę bardzo chciałem zobaczyć, co się dzieje za moimi plecami. Pewnie James teraz pociesza biedną Caroline. Boże, co za ludzie. Jestem zły, ale jednocześnie smutny. Zerwała ze mną. Ale ja ją kocham. Cholera jasna. Czasem zachowuję się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, ale co mam na to poradzić? To nie moja wina, że ja ją kocham, a ona ze mną zrywa. Życie to nie jakaś jebana telenowela!
     
Zadzwonił dzwonek zwiastujący kolejną lekcję. Rzuciłem się biegiem pod klasę, gdzie miała odbyć się następna lekcja. Chwyciłem plecak do ręki i zarzuciłem go na jedno ramię. Ni stąd ni zowąd wyrosła przede mną Victoria. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem.

- I co?- spytała.

- I dupa - odpowiedziałem.

- Co się stało?

- Zerwała ze mną - rzuciłem krótko i ruszyłem w kierunku drzwi od klasy.

Victoria dogoniła mnie,

- Jak to? Przecież...

- Co przecież? Zerwała i tyle. James jej coś pewnie nagadał - oznajmiłem.

- Co jej niby nagadał?

- Że nie mam dla niej czasu.

- Co za menda. Normalna, regularna menda.

- No dokładnie - zgodziłem się z Victorią.
     
Usiedliśmy na swoim stałym miejscu- ostatnia ławka przy oknie. Położyłem plecak na ławkę i wyjąłem z niego książki. Tak samo postąpiła moja przyjaciółka. Zasunąłem plecak i rzuciłem go na ziemię; złość dalej ze mnie nie odpłynęła. Victoria poklepała mnie pocieszająco po ramieniu. Usiedliśmy na krzesłach. Do sali powoli wchodziła reszta uczniów. Na końcu wszedł nauczyciel od edukacji dla bezpieczeństwa- pan Woliński. Pochodzi z Polski. Jest wysoki. Ma krótko obcięte, postawione do góry ciemne włosy i lekki zarost. Z wyglądu przypomina typowego wuefistę, może dlatego, że właśnie nim jest. Wszystkie laski do niego wzdychają, ubóstwiają go. Może dlatego, że jest tak niesamowicie przystojny? Nie wiem. Jest wyjątkowo głupi. Często zarzuca jakimiś tanimi sucharami. Zgadnijcie kto w klasie się śmieje, gdy takowym zarzuci? Tak, dziewczyny. Szpanuje każdym językiem, którego zna tylko jedno słowo. To jeden z tych ludzi, którzy mnie wyjątkowo wkurzają, ale niestety nic nie mogę na to poradzić. Victoria na szczęście na niego nie poleciała. I chwała Bogu. W ogóle to często odnoszę się do Boga, co trochę dziwne, bo Boga nie ma. Przynajmniej ja w niego nie wierzę, a mimo to używam zwrotów- "o mój Boże", "chwała Bogu", i tak dalej. Dobra, nieważne.
     
Nauczyciel rzucił dziennik na swoje biurko i usiadł na krześle. Podniósł nogi, odziane w jasne dresy i jakieś modne buty firmy Nike, i położył je na drewnianym blacie. Oparł się wygodniej na krześle i założył ręce za głowę. Wszystkie dziewczyny patrzyły na niego z rozmarzonym wzrokiem. Victoria wywróciła do góry oczami i zaczęła coś pisać w zeszycie. Po chwili szturchnęła mnie w ramię i podała mi kartkę wyrwaną prosto z jej zeszytu.

"Widzę, że masz naprawdę zły humor... Może dasz się skusić na imprezę dzisiaj wieczorem? ;)"

Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem. Przecież dzisiaj jest poniedziałek. Początek tygodnia. Jutro trzeba iść do szkoły, a po za tym... Moi rodzice na pewno się nie zgodzą na wyjście na "podejrzaną" imprezę. Szybko nabazgrałem jej odpowiedź na tej samej kartce.

"Nie wiem, czy to dobry pomysł. Po za tym... Rodzice na pewno się nie zgodzą."
"Och Frank, to dobry pomysł. Zawsze możesz uciec z domu. Impreza o dwudziestej drugiej, mam nadzieję, że dasz się skusić. :)"
"No dobra..."

Viktoria uśmiechnęła się do mnie szeroko i zamknęła swój zeszyt. Pan Woliński zaczął tłumaczyć dzisiejszą lekcję, a ja odpłynąłem myślami gdzieś daleko, daleko stąd.

***

Po skończonych zajęciach w szkole odprowadziłem przyjaciółkę pod blok, w którym mieszkała, a następnie sam wróciłem do swojego domu. Minąłem furtkę i wyjąłem z kieszeni swoich spodni klucze. Przekręciłem je w zamku i wszedłem do środka, gdzie było zupełnie pusto, jak zwykle. Tata wróci z pracy dopiero o siedemnastej, a mama za godzinę, czyli o piętnastej. Gdy wróci, od razu jedziemy do szkoły muzycznej.
     
Dzisiejszy dzień był naprawdę fatalny. Rzuciłem plecak pod ścianę w przedpokoju i powolnym krokiem udałem się do kuchni. Otworzyłem lodówkę w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Skończyło się na tym, że z szafki wyjąłem czekoladę mleczną z bakaliami i poszedłem do swojego pokoju znajdującego się na piętrze. Po wejściu do mojego królestwa od razu usiadłem na krześle przy biurku i odpaliłem komputer z zamiarem zajrzenia na Facebooka. Zalogowałem się.  Wziąłem czekoladę do rąk, ułamałem jeden kawałek i wpakowałem go do buzi. Spojrzałem na monitor, ssąc czekoladę w ustach. Jedna nowa wiadomość od... Jamesa. Kliknąłem, aby przeczytać.

James: "Oficjalnie mogę stwierdzić, że wygrałem, co pokrako? ;)"

Zagotowało się we mnie, jak on w ogóle mógł być taki bezczelny?

Ja: "Chyba ci się coś przyśniło, cwelu" - odpisałem od razu.
James: "No chyba nie za bardzo, zobaczysz jeszcze, że ona będzie moja."

Zawahałem się przez chwilę. Już miałem mu coś odpisać, wygarnąć, ale uświadomiłem sobie, że dalsza konwersacja z tym debilem nie ma najmniejszego sensu.

Nagle usłyszałem, że drzwi od mojego pokoju otwierają się, więc w pośpiechu wylogowałem się z Facebooka i szybko otworzyłem nową kartę w przeglądarce internetowej. Obróciłem się na krześle obrotowym przodem do drzwi od pokoju. W progu stała mama, która po chwili weszła do środka i stanęła przy biurku.

- Co tam tak szybko zamknąłeś? - spytała podejrzliwie.

- Nic, mamo - skłamałem, lecz chwyciła haczyk.
 Pokiwała głową i otworzyła okno.

- Zbieraj się, za niedługo jedziemy do szkoły muzycznej, mam nadzieję, że pamiętasz. Nie możemy się spóźnić - powiedziała, wychodząc z pokoju.

- Dobrze mamo - odpowiedziałem.

Wyłączyłem komputer, wstałem z krzesła i wziąłem do ręki czarną, skórzaną torbę, do której następnie wpakowałem książki do szkoły muzycznej. Włożyłem do kieszeni spodni telefon i wyszedłem z pokoju, zamykając drzwi. Zapowiadało się kolejne beznadziejne popołudnie, zważając na fakt, że dziś z nami do szkoły jechał mój o rok młodszy i głupszy kolega, którego nie chciałbym z znać. Wszystkim się przechwalał, uważał, że jest lepszy od wszystkich w wszystkim. Beznadziejny typ. Do piekła z takimi.

Piętnaście minut później siedzieliśmy w samochodzie, nie rozmawiając. W tle leciała płyta Green Day, a ja cicho nuciłem sobie pod nosem ich piosenki. Po chwili dojechaliśmy pod dom Christiana, czyli młodszego, głupszego kolegi. Czułem, że piekło zbliża się ogromnymi, wręcz mamucimi krokami. Tylko nie to, teraz będę musiał przez pół godziny wysłuchiwać ględzenia na temat jakiejś popularnej kreskówki. Drzwi do samochodu otworzyły się, a do środka wsiadł Chris.

Buenos dias, pani Iero - odezwał się tym swoim głosem, który nie brzmiał w ogóle męsko, mimo iż był po mutacji.

- Dzień dobry, Christianie.

- Cześć, Frank.

- Cześć - odpowiedziałem oschle, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.

- Czemu ja nigdy nie mogę siedzieć z przodu, proszę pani?- spytał.

Moja mama nie odpowiedziała. Jak można być takim nieogarem życiowym w wieku czternastu lat? Ja się pytam, jak?!

- A posprzątałeś w pokoju?- zapytałem.

- Tak! A wiesz, że wyszedł nowy odcinek Fineasza i Ferba? Mam nagrane nawet na telefonie. Mogę puścić.

Westchnąłem głośno, gdy po samochodzie rozległa się muzyka z bajki. To będzie długie czterdzieści minut.

____________________________________________________________________________

Tak, tak, to znowu ja! 

I jak widzicie, to chyba oznacza powrót Life Ain't Just A Joke. Miałam prawie gotowy rozdział, nie jest zbyt cudowny, ale jest. Wystarczyło go skończyć, więc uznałam, że go opublikuję. W ten oto sposób mamy nowe-stare opowiadanie, które raczej będę kontynuować.

Widzicie? Miałam być za pół roku, a jestem po dwóch dniach XD Chyba się ogarnęłam. 

Mam nadzieję, że się podobało i komentujcie, komentujcie i jeszcze raz komentujcie. Nie spać! 

xoxo
Nancy :)




      

wtorek, 22 marca 2016

And If They Get Me/ Short Story [3/?]


- Frank, kolacja na stole! - krzyknął ojciec, który najprawdopodobniej stał pod zamkniętymi drzwiami do mojego pokoju.

- Nie jestem głodny! - odpowiedziałem mu, a następnie usłyszałem oddalające się kroki.

Wstałem z łóżka z zamiarem odrobienia lekcji, bo przecież jutro znowu trzeba było iść i wysiedzieć siedem godzin w tej cholernej budzie. Nie to, że nie lubiłem tam chodzić, bo niektórzy nauczyciele byli naprawdę mili i mogłem się spotkać z moim przyjacielem, ale był maj, było coraz cieplej i odechciewało mi się na samą myśl, że jutro będę musiał wyjść na ten upał i siedzieć w szkole, gdzie wcale zimniej nie jest.

Odsunąłem krzesło od biurka i usiadłem na nim. Przysunąłem się z powrotem i z szafki wyjąłem zeszyty i książki. Zapowiada się nudne półgodziny.

Z kubka znajdującego się na biurku wyjąłem pierwszy lepszy długopis i otworzyłem zeszyt od angielskiego. Na szczęście okazało się, że nauczycielka zadała tylko jakieś durnowate ćwiczenia. Otworzyłem zatem podręcznik i zabrałem się za odrabianie ćwiczeń.

Po jakimś czasie usłyszałem huk, jakby coś rąbnęło w moje okno. Pomyślałem, że to jakiś ptak i w ogóle się tym nie przyjąłem, ale po chwili usłyszałem kolejny huk.

Odłożyłem długopis na biurko, wstałem zaniepokojony i podszedłem do okna. Na pierwszy rzut oka nic podejrzanego nie zauważyłem, ale gdy spojrzałem w dół zobaczyłem go.

To był dosłownie ułamek sekundy, gdy nasze spojrzenia skrzyżowały się, a ja upadłem na ziemię, jakbym chciał się przed tym obronić. Jego spojrzenie było lodowate i przepełnione nienawiścią. Jakby chciał wykrzyczeć całemu światu, jak bardzo go nienawidzi i jak bardzo nie chce tu żyć.

Przez chwilę miałem nikłą nadzieję, że może mnie nie zauważył.

Podniosłem się z ziemi i znów wyjrzałem przez okno. Moje serce stanęło na chwilę, a następnie zaczęło szybciej bić, gdy ujrzałem go po drugiej stronie szyby na parapecie.

Otworzyłem pospiesznie okno, aby go w puścić, bo na dworze nieźle lało.

Wszedł do pomieszczenia, a z jego ubrania zaczęła spływać woda. Ruszyłem do łazienki po ręcznik i suszarkę.

Zastanawiałem się, po co ja to wszystko właściwie robię. Gerard był wampirem, a ja zwykłym śmiertelnikiem. Czego tak naprawdę ode mnie chciał? Co chciał przez to wszystko osiągnąć? Dlaczego zwrócił na mnie uwagę; na nic nieznaczącego Franka Iero?

Nagle oprzytomniałem, pytania, które mi się narzucały były całkowicie bez sensu. To zrozumiałe, że chce mnie dopilnować; nie chce, żebym komukolwiek powiedział prawdę. Jest przecież ścigany przez policję. A policja to mój tata.

Zamknąłem cicho za sobą drzwi od łazienki i wszedłem do mojego pokoju. Czarnowłosy stał i wpatrywał się w jakiś nieznany mi punkt za oknem. Podszedłem do niego i wystawiłem przed siebie ręcznik i suszarkę. Usiadłem na swoim łóżku. Spojrzałem na chłopaka. Wzrokiem śledziłem każdy jego ruch.

- Mógłbyś mi wytłumaczyć, po co właściwie tu przyszedłeś? - odezwałem się po chwili.

- Bo mogę - odpowiedział chamsko.

I w ten oto sposób zakończyła się nasza niesamowicie porywająca wymiana zdań. Patrzyłem podejrzliwie na czarnowłosego, który chodził po moim pokoju i z zaciekawieniem przyglądał się każdej najmniejszej rzeczy. Odwrócił się do mnie przodem i parsknął śmiechem.

- Co się tak gapisz? - zapytał, wycierając ręcznikiem włosy.

- Bo mogę - dopiero po chwili zorientowałem się, że użyłem jego słów i wyszedłem na totalnego kretyna.

Gerard zbliżył się do mnie w ekspresowym tempie i usiadł na łóżku. Spojrzałem w jego czarne jak noc oczy i utonąłem w nich. Wydawało mi się, że mówi do mnie coś ważnego, ale nawet go nie słuchałem. Czułem się jak w transie, z którego nie mogę wyjść. Jego oczy były takie niesamowite, jakby bez dna.

- Frank, słuchasz ty mnie w ogóle? - powiedział, gdy zauważył, że kompletnie nie dociera do mnie to, co mówi.

- Eee, nie... - mówię i pospiesznie odwracam głowę, żeby nie zobaczył jak się rumienię.

Działał na mnie źle. To znaczy, nie mówię o tym, że gdy na niego patrzyłem to zbierało mi się na wymioty, czy coś... Działał jak narkotyk. Czułem, że jak patrzę w jego oczy to nie mogę przestać. Był cholernie przystojny. Nie wiem, czy to jego wampiryzm sprawiał, że mnie do niego ciągnęło, czy po prostu jego urok osobisty... Siedział, wyjęty jak z obrazka, ale cholera, dlaczego akurat tutaj? Co go akurat zainteresowało w zwykłym śmiertelniku o imieniu Frank. Nawet jakoś specjalnie przystojny nie jestem... Ale zaraz! Co ja w ogóle myślę, przecież nie jestem jakimś gejem! W jaki ja sposób myślę, o nim? To, że mnie raz pocałował nie zrobiło od razu ze mnie geja, bez przesady. Nie, nie, nie. Nie jestem gejem.

Poprawiłem nerwowo włosy i spojrzałem w stronę czarnowłosego.

- No więc, o czym mówiłeś? - spytałem.

Chwilę się zawahał. Nabrał ze świstem powietrza.

- Pytałem, czy może chciałbyś poudawać mojego chłopaka...

- Że co?! - przerwałem mu wpół zdania. - Chyba sobie żartujesz!

- Nie - on to mówił śmiertelnie poważnie. W jego twarzy, ustach, oczach nie dostrzegłem ani grama ironii.

No chyba go opuściło! Może od razu przebiorę się za dziewczynkę, żeby było tak bardziej miło i w ogóle. Byłem bardzo zdenerwowany. Zamknąłem na chwilę oczy, może to tylko głupi sen? Może Gerard nie jest prawdziwy i zniknie on i ta cała głupia sytuacja, jak zamknę oczy na trzydzieści sekund, a potem z powrotem je otworzę? Nie? Dzięki.

Przysłoniłem twarz rękami, dokładnie to przemyślałem.

- Na jaki czas? - spytałem po chwili zastanowienia.

- Jeszcze nie wiem, to zależy - wstał z łóżka i podszedł do parapetu.

- Zależy od...? - dopytywałem się.

- Od mojego cholernego ojca - warknął, jakbym go czymś uraził. Widocznie drażliwy temat.

- Okej, nie wtrącam się - odpowiedziałem szybko. Kiedyś się dowiem, o co chodzi. Kiedyś.

Spojrzał na mnie złowrogo. Jakby spojrzenie mogło zabijać to na pewno leżałbym już martwy.

- Dobra... Eh, no więc... Niech ci będzie - odzywam się. No cóż, czasem trzeba pomóc. Czasem trzeba być dobrym dla innych, co prawda to, co teraz robię jest strasznie głupie, ale teraz już nie mogę cofnąć czasu. Gdybym tylko wtedy nie wszedł do tego głupiego zaułka.

- Naprawdę? - w jego oczach dostrzegłem małą iskierkę. Podbiegł do mnie i podniósł mnie na ręce. - Dziękuję! - zaczął mnie całować po twarzy.

Czułem się dość skrępowany.

- Dobra, dobra, ale bez takich mi tu. Zachowujesz się idiotycznie - skarciłem go. Chłopak natychmiastowo odstawił mnie na podłogę. - Ale pamiętaj, to tylko umowa. Ja nie jestem gejem, rozumiesz? - pokiwał głową, a następnie podszedł do okna i przez nie wyskoczył na zewnątrz.

Właściwie, co złego może się stać, prawda? To tylko przez jakiś czas. Tylko.

***

Wpadł do ogromnego pomieszczenia. Ten niski chłopak zdecydowanie polepszył mu dzisiaj nastrój. I nie tylko dlatego, że jak go zobaczył to w duchu się uśmiechał. Uratował mu tyłek. Jest tylko jedno ale, Frank to chłopak, nie dziewczyna, w sumie dalej był w dupie. Kiedyś niestety musiał powiedzieć ocju,że nic z tego wszystkiego nie będzie, bo jest homoseksualistą. 

W salonie zastał swojego ojca, siedzącego jak zwykle przy jakiejś bardzo starej książce. Podszedł do niego rozradowany. Opanował swoje wszystkie emocje, uspokoił nieco oddech.

- Witaj, Gerardzie - odparł znudzony ojciec, nawet nie podnosząc na chłopaka wzroku. - Co cię do mnie sprowadza tym razem?

- Mam dziewczynę - skłamał, bo oczywiście, że to nie było prawdą.

Ojciec spojrzał na niego bardzo podejrzliwie, wyczuwał, że coś jest nie tak, ale jeśli jednak była to prawda to był zadowolony. Nareszcie zmądrzał i dorósł do odpowiedzialności, jaka na niego czekała. Jonathan był wampirem, ale czuł się zwyczajnie staro. Chciał w końcu odpocząć od tego wszystkiego. Móc usiąść wygodnie w fotelu przy herbacie i nie musieć przejmować się tym, że kolejny durny wampir nie mógł się zahamować i zabił człowieka. Brzmi beznadziejnie. Jego praca była beznadziejna, ale chciał, żeby wszystko znowu było jak dawniej, żeby nikt o nich nie wiedział. 

- Cieszę się, synu - na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech. 

Gerard zadowolony skierował swoje kroki w stronę wyjścia z pokoju.

- Przyprowadź ją tu, może jutro? - spytał ojciec.

Gerard zatrzymał się i wypuścił ze świstem powietrze.

- Oczywiście, tato - powiedział i wyszedł z salonu trzaskając drzwiami. 

_______________________________________________________________________

I'M BACK <3
No, a tak serioooo.... Macie rozdział, jest beznadziejny i pewnie Wam się w ogóle nie spodoba, ale coś się zaczyna dziać, nie? Po za tym jest dzisiaj 22 marca i tak najarałam się My Chemical Romance, i pomyślałam, że napiszę rozdział, bo czemu by nie? Tak więc oto jest tu takie gówno, może nie jest aż tak źle? O Jezus. Mam jednak jakąś super malutką nadzieję, że Wam się spodobało. Dziękuję, że tyle czekaliście, jeśli w ogóle ktoś na to czekał. Dziękuję. 

Tak więc, to chyba tyle z mojej strony, jeszcze raz dziękuję i no... Do następnego, za pół roku (haha, żart, nieśmieszny), ale może jednak wcześniej xD






Boże, czuję, że ten rozdział jest super mega beznadziejny. Idę się schować do szafy.







środa, 11 listopada 2015

[...]

Witajcie!

Tak, wiem co teraz myślicie na mój temat, pewnie hejt po całości ale już wszystko tłumaczę.

Tak, wiem. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że od pojawienia się ostatniej części "And If They Get Me" minęło już aż trzy miesiące.

Nie mam czasu.
I have no idea what I'm doing.

Na opowiadanie jest pomysł i w ogóle, ale gorzej z realizacją... No i po za tym życie mnie pożarło i jakoś tak mało co mam ochotę na pisanie.

Nie wiem, kiedy coś się pojawi, naprawdę. Kilka razy już zbierałam się do pisania trzeciego rozdziału  i owszem jest już początek, ale nie wiem co dalej. To marne dziesięć linijek, na które nie mam pomysłu.

Dawno już nawet nie wchodziłam na Bloggera i mam w sru i jeszcze więcej zaległości w czytaniu. Nie wiem, kiedy to nadrobię, ale kiedyś na pewno.

A jeśli mam być szczera to ostatnim Frerardem, do którego zajrzałam był... Cholera, nawet nie wiem już co to było, więc serio, mam zaległości i to duże.

Jeśli ktoś to przeczytał to fajnie, jeśli nie to trudno. Amen.

Nie wiem, co mogę Wam jeszcze przekazać, od trzech dni jestem chyba najszczęśliwszym i zarazem najbardziej smutnym człowiekiem świata, ale koncerty już takie są. Ale, nie rozgadując się, bo pewnie mało Was interesują historie z życia Nancy wzięte, lepiej pójdę schować się do szafy.

Albo raczej coś spróbować napisać.

To tyle z mojej strony.




wtorek, 4 sierpnia 2015

And If They Get Me/ Short Story [2/?]


Poprzedni tydzień minął bez żadnych rewelacji; chodziłem do szkoły, spotykałem się z moim przyjacielem. Tajemnicza postać nie pojawiała się przed moim domem, a Gerard jakby wyparował. Nie wiedziałem co się z nim stało, również mój ojciec na policji nie dostawał żadnych podejrzanych zleceń. Wszystko w gruncie rzeczy było dobrze, ale tylko i wyłącznie do dzisiejszego dnia.
Wracałem właśnie ze szkoły, lecz obrałem inną trasę niż zazwyczaj, ponieważ mama poprosiła mnie abym wstąpił po drodze do drogerii i kupił jej jakiś tusz do rzęs. Quentin doprowadził mnie prawie pod sam sklep, a później powiedział, że musi już iść, bo śpieszy się na jakieś dodatkowe lekcje. Zostałem sam z wybraniem matce odpowiedniego tuszu.
Bez dłuższego namysłu pchnąłem mocno szklane drzwi i wszedłem do budynku. Nienawidziłem takich miejsc. Pełno ludzi, pełno różnych rzeczy na półkach i, cholera, nie szło się zdecydować co wziąć. Całe szczęście, że byłem tutaj dzisiaj sam, bez mamy, gdybym z nią poszedł to bym nigdy stąd nie wyszedł.
Szybko wyminąłem wszystkich ludzi i podszedłem do półki z tuszami do rzęs. I który ja teraz mam niby wziąć? Widok faceta zastanawiającego się, który tusz do rzęs będzie odpowiedni był niemałym ubawem dla innych. Ludzie wymijali mnie z rozbawionym spojrzeniem, ale w sumie to... Nie do końca ich rozumiałem. Przecież nie wiedzieli dla kogo to.
Wywróciłem do góry oczami i wziąłem pierwszy lepszy tusz marki Rimmel. Odszedłem w pośpiechu od stoiska i skierowałem się w stronę kas. Stanąłem w kolejce, a gdy przyszła moja kolej, zapłaciłem za kosmetyk, wrzuciłem go do plecaka razem z portfelem i wyszedłem z drogerii. Skierowałem się w stronę mojego domu.
Po jakiś dziesięciu minutach poczułem się, jakby ktoś mnie obserwował, chociaż nie tyle co obserwował, ale i śledził. Odwróciłem się gwałtownie do tyłu, lecz nikogo podejrzanego nie zauważyłem. Mijał mnie tłum ludzi spieszących się nie wiadomo gdzie. Pomyślałem, że mi się po prostu coś wydawało i nikt mnie nie śledził. Zacząłem iść dalej, aż wkroczyłem na mniej ruchliwą ulicę. Czasem jechały jakieś samochody, ale ludzi nie było w ogóle. Znowu miałem to dziwne przeczucie, że ktoś mnie śledził. Odwróciłem się i zobaczyłem zakapturzoną postać. Wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu, szarej bluzie z naciągniętym na głowę kapturem. Miał czarne spodnie i glany.
Zawiał mocniejszy wiatr. Odgarnąłem grzywkę z twarzy. Mężczyzna nie ruszał się. Stał w odległości około trzech metrów ode mnie z rękami schowanymi do kieszeni szarej bluzy. Zdecydowałem się podejść bliżej. Stanąłem metr przed nim i dokładnie się mu przyjrzałem. Niestety nie mogłem dostrzec jego twarzy. Poruszył się i zbliżył się do mnie. Pochylił się nade mną.

- Znowu się spotykamy, Frank - szepnął do mojego ucha.

Gdy usłyszałem jego głos przeszedł mnie dreszcz.
Wiedziałem już kto to był i nie miałem żadnych wątpliwości. Jego głos skutecznie utkwił mi w pamięci.

- G-gerard? - spytałem drżącym głosem.

Zdjął kaptur, a na jego twarz opadły przydługie, kruczoczarne kosmyki włosów.

- No a niby kto, jełopie? - zapytał kąśliwie.

Zaśmiałem się nerwowo. Na jego twarz wpełzł szeroki uśmiech. Właściwie to nie wiem, czemu dalej tu stałem, ale najwyraźniej coś mną wtedy właśnie kierowało.

- Czemu mnie śledziłeś? - zapytałem po chwili, przerywając uciążliwą ciszę.
- No a czemu nie? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- No bo... To dosyć dziwne i podejrzane? - powiedziałem zirytowany.
- Dla mnie nic nie jest dziwne i podejrzane - rzucił. - Mogę cię odprowadzić do domu? - dodał po chwili.
- Wiesz, no nie wiem...
- W sumie i tak nie masz wyboru, bo albo będę cię śledził albo szedł z tobą.
- Aha - odpowiedziałem.

Czyli ogółem rzecz biorąc miał rację, wyboru nie miałem, a nawet jeśli to i tak źle i tak nie dobrze. Po jakimś czasie ruszyliśmy z miejsca i udaliśmy się w kierunku mojego domu.

- Właściwie to czemu się mnie tak uczepiłeś? - spytałem po chwili milczenia.
- Bo tak... - odpowiedział krótko, a gdy ja chciałem coś odpowiedzieć od razu mi przerwał - bo wiesz, w sumie to mam taki kaprys, bo mogę i nikt mi nie zabroni.

Był bardzo pewny i arogancki w swoich wypowiedziach, ale to mu nadawało specyficznego uroku. Nie wiedzieć czemu, ale podobała mi się w nim ta cholerna pewność siebie. Spojrzałem na niego kątem oka. Był bardzo przystojny, ale miał nieco dziwną i dziewczęcą urodę. W myślach zganiłem się za swoje niezbyt przyzwoite myśli, właśnie stwierdziłem, że Gerard jest bardzo przystojny i nie wiedziałem czy to aby na pewno było normalne, czy też nie.
Po niedługim czasie dotarliśmy pod mój dom. Nie wiedziałem co zrobić, grzecznie się z nim pożegnać, czy też go zaprosić do środka. Staliśmy na przeciwko siebie w odległości mniejszej niż pół metra. Poprawiłem nerwowo plecak i spojrzałem prosto w jego ciemne oczy. Na jego twarzy błąkał się nikły uśmiech.

- No to... Nie wiem... - zacząłem. - Może wejdziesz do środka? -zaproponowałem.
- Nie dzisiaj - powiedział, a w jego głosie można było wyłapać ledwo słyszalny smutek.
- Czemu?
- Po pierwsze to śpieszę się, a po drugie... Twoi rodzice są w domu - uśmiechnął się.
- Skąd wiesz? - spytałem zdziwiony.

Zaśmiał się cicho.

- Mam swoje sposoby - odparł. - Nie zapominaj, że nie jestem człowiekiem.
- Ach, no tak. Ale co z tego, że są w domu?
- Nie zapominaj również, że twój tata jest policjantem - no nie, on wiedział chyba o mnie i mojej rodzinie wszystko - a chyba nie chcesz, żeby mnie złapali, co?
- No nie... - spojrzałem na swoje czarne trampki. - To... Do zobaczenia?
- Mam nadzieję - pochylił się nade mną. - Ładny z ciebie chłopak, Frank - szepnął do mojego ucha i oddalił się ode mnie nieznacznie.

Przybliżył się do mojej twarzy, dzieliło nas tylko kilka centymetrów. Po chwili poczułem jego usta tuż przy swoich. Cholera, on mnie całował, lecz nie trwało to zbyt długo. Jego usta były lodowate i przyjemnie miękkie. Chłopak oderwał się ode mnie szybko, pożegnał się i odszedł. Tak zwyczajnie odszedł zostawiając mnie skołowanego.  Nie byłem pewien, czy to działo się naprawdę czy to tylko moja chora wyobraźnia. Odwróciłem się przodem do mojego domu i spostrzegłem stojącą w oknie w kuchni z założonymi rękoma i gapiącą się na mnie ze złością moją mamę. No super, naprawdę super. Było warto.
Zrezygnowany powoli wszedłem do domu, a wierzcie mi lub nie, ale wcale mi się tam teraz nie spieszyło. Już słyszę w głowie teksty mojej matki.
Otworzyłem drzwi powoli i już chciałem się przemknąć z przedpokoju od razu na piętro do swojej sypialni, ale mama mnie zauważyła. Sądząc po jej minie, nie zbierało się na ciekawą rozmowę. Kątem oka zauważyłem tatę czytającego gazetę i siedzącego w fotelu w salonie. Odgarnąłem włosy do tyłu i spojrzałem na mamę. Było czuć na odległość, że się w niej gotuje, była nieźle wkurzona.

- Zapraszam do kuchni - powiedziała stanowczo.

Westchnąłem zrezygnowany i poszedłem za nią do pomieszczenia. Usiadłem na krześle przy stole, a mama zawołała tatę.

- Kto to był? - zapytała nadzwyczaj spokojnie, aż za spokojnie, ale ja wiedziałem, że zaraz wybuchnie istny wulkan, a dom zamieni się w piekło.
- Kolega - odpowiedziałem powoli i ostrożnie.
- Kurwa, co to za kolega, z którym się całuje na pożegnanie?! Nie wciskaj mi tu kitu! - podniosła głos.

Znacie uczucie, kiedy macie ochotę rozpłynąć się w powietrzu albo zapaść się pod ziemię i nie pojawiać się na czyiś oczach? Tak właśnie się czułem, nie miałem bladego pojęcia jak gustownie wyjść z całej tej niezbyt przyjemnej sytuacji.

- Ale... - zacząłem.
- Żadnych ale! Zakaz wychodzenia z domu!

Spojrzałem na mojego tatę błagalnym wzrokiem, a on spojrzał na mnie rozbawiony całą tą sytuacją.

- Ale...
- Nie będzie mi tutaj żaden cholerny, podejrzany typ demoralizował syna! - krzyknęła.

Widziałem, że tata już po prostu nie może wytrzymać i zaraz wybuchnie śmiechem. Ciekawe, czy by mu było tak do śmiechu, gdyby to on był na moim miejscu. To nie on tutaj teraz dostawał opierdol od mamy za takie bzdety.
Nie odpowiedziałem jej nic. Po cichu wstałem od stołu i udałem się do swojego pokoju na piętrze. Trzasnąłem drzwiami i rzuciłem plecak pod biurko. Z plecaka wyjąłem słuchawki i telefon. Skoczyłem na łóżko i ułożyłem się wygodnie na nim, wkładając słuchawki do uszu i włączając swoją ulubioną muzykę. Poczułem się dużo lepiej.

***

Kiedy Frank leżał na łóżku, na drugim końcu miasta, w ciemnym lesie spacerował chłopak ubrany w czarne ubrania. Zbliżał się do miejsca, w którym tak bardzo nie chciał się znaleźć, ale musiał. Musiał stanąć przed swoim ojcem i zapewnić go, że za niedługo pozna jego wybrankę. Bycie wampirem, który miał przejąć władzę po ojcu nie było takie proste, a jeszcze trudniejsze było to, że on wcale nie zamierzał mieć dziewczyny. Owszem, uważał, że kobiety to nadzwyczaj piękne istoty, ale one do niego w ogóle nie trafiały. Wolał mężczyzn i wcale nie chciał tego ukrywać lecz musiał, bo co powiedziałby na to wszystko jego ojciec? Byłaby to hańba dla całego ich rodu, wtedy jedyne co by mogli z nim zrobić to spalić go na stosie, taki syn to wstyd. 
Biegiem pokonał ostatnie kilkadziesiąt metrów dzielących go od ogromnego domu. Pchnął żelazną bramę bez większego wysiłku i wszedł na plac przed domem. Posiadłość jego rodziców przyprawiała o dreszcze, a zwykli śmiertelnicy omijali ją szerokim łukiem. Z trudem udał się w stronę ogromnych, drewnianych drzwi prowadzących do środka. Otworzył je i zniknął w środku. Dom był wielki, a pomieszczenia były urządzone w wiktoriańskim stylu. Czuł wstręt do tego domu, ale i tak w nim musiał mieszkać. Może i nie przebywał tu jakoś często, ponieważ całe dnie spędzał praktycznie po za nim, ale i tak go nienawidził. Wolałby się oderwać od tego chorego układu cudownej rodzinki wampirów i wyjechać. Zacząć nowe życie.
Udał się do dużego pomieszczenia, w którym siedzieli jego rodzice oraz młodszy brat. Z niechęcią usiadł w jednym z starych foteli i spojrzał na ojca.

- Synu, kiedy wreszcie mi przedstawisz swoją narzeczoną? - spytał go, popijając przy tym herbatę z pięknie zdobionej drobnymi kwiatami filiżanki.
- Zapewniam cię ojcze, że niedługo to nastąpi - odpowiedział po raz któryś z rzędu w tym miesiącu. 

Jego młodszy brat spojrzał na niego z rozbawieniem, wiedział bowiem, że prędko to nie nastąpi, ponieważ chłopak nie preferował kobiet.

- Mówisz już tak od miesiąca - wtrącił się.
- Siedź cicho, durniu - syknął do niego.

Wstał z fotela.

- Chcę ją najpóźniej poznać w niedzielę - rzucił ojciec, gdy chłopak wychodził z pokoju. 
- Oczywiście, ojcze - mruknął pod nosem.

Za nim wyszedł jego brat.

Młodszy z nich zamknął drzwi od salonu.
- Ja nie chcę nic mówić, Gee, ale ojciec chyba nie będzie zadowolony, gdy przyprowadzisz tutaj faceta - zaśmiał się, ale widząc minę swojego brata spoważniał.

Czarnowłosy posłał mu złowrogie spojrzenie.
- A spierdalaj - mruknął i poszedł do swojego pokoju na piętro.

Wszedł do ciemnego pomieszczenia, w którym okna były pozasłaniane ciężkimi zasłonami. Jak każdy wampir nienawidził światła, kochał przebywać w ciemności zupełnie sam. Usiadł na podłodze w najciemniejszym zakamarku swojego pokoju i skulił się, obejmując swoje nogi ramionami. Oparł głowę na kolanach. Nie miał żadnego pomysłu na dalszą egzystencję. Nie pasowało mu już takie życie, jeśli w ogóle można było go nazwać żywym, przecież był wampirem. Wiedział, że ojciec nie żartował, że chciał jak najszybciej poznać jego ukochaną, ale on jej nie miał. Ponad to spodobał mu się zwykły śmiertelnik. Zakochał się w śmiertelniku. Ten związek byłby skazany na potępienie, on nie miał prawa istnieć. Ale zakochał się w nim, od pierwszego wejrzenia. Doznał czegoś, czego nie doznawał przez długi czas. Gdy wtedy zobaczył go w tym zaułku nocą, poczuł coś, czego dawno już nie czuł. Poczuł motylki w brzuchu, to było niesamowite uczucie. On był taki delikatny, taki drobny i z niczego niezdający sobie sprawy. Chciał go wtedy zabić, przecież zobaczył za dużo. Widział, jak zabijał Jane. Mógł go wydać. Gerard mógł już siedzieć w więzieniu, mógł zostać potępiony na wieki. Ale on go nie wydał i Way wiedział, że go nie wyda. Zakochał się w cholernym śmiertelniku.

Niskim, czarnowłosym chłopaku o imieniu Frank.

Bez dłuższego namysłu wstał z podłogi i podszedł do okna. Gdy odsłonił zasłony uderzyło go niezwykle jasne światło. Syknął ze złości, nienawidził światła dziennego. Czuł się podle w swojej skórze, wolałby być już cholernym człowiekiem. Bycie wampirem owszem, ma swoje zalety ale ma także wiele wad. Spojrzał na okno, o które uderzały maleńkie kropelki deszczu, które z sekundy na
sekundę przybierały na sile. Chwycił za klamkę od przestarzałego okna i przekręcił ją. Otworzył okno na roścież. Wspiął się na drewniany parapet i usiadł na nim. Spojrzał w dół i przez chwilę zastanawiał się, czy wyskoczyć przez okno, czy wyjść kulturalnie drzwiami. Zdecydował się jednak na skok przez okno. Stanął na parapecie i przygotował się do skoku. Niezbyt gustownie wylądował na mokrej ziemi, tocząc się przez chwilę po niej. Czuł, jak jego ubranie oraz włosy powoli nasiąkają wilgocią.

Cholerny deszcz, pomyślał.

Podniósł się z ziemi, otrzepał ubranie z niewidzialnego brudu i skierował swoje kroki do domu młodego Iero.


__________________________________________________________________________

Hej ho!
Ludzie, ponad 10000 wyświetleń bloga! Jesteście wielcy! Strasznie Wam dziękuję, jestem niesamowicie szczęśliwa! 

Dziękuję, że wchodzicie na bloga i czytacie moje wypociny, to wiele dla mnie znaczy.
Mam nadzieję, że druga część short story Wam się spodobała.

xoxo
Nancy



czwartek, 16 lipca 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Epilog

[Frank]

I znów wszystko było dobrze.

      Po tym, jak policja zabrała ze sobą Maxa Shidleya, zaledwie po dniu poszukiwań znaleziono Julesa. Obaj stanęli przed sądem najwyższym. Nie interesowało mnie, na ile zostali zamknięci w więzieniu. Liczyło się dla mnie to, że zapłacili za swoje czyny i że nic mi, Gerardowi, ani Margaret nic nie groziło. Szkoda mi było jej najbardziej, chociaż mnie życie niemało skopało po dupie. Miała męża tyrana i nie mogła nic na to poradzić. Kto wie, co by jej zrobił gdyby wcześniej prawda wyszła na jaw? Być może nasłałby na nią Julesa.
      Margaret Collins, bo tak miała na nazwisko Margaret, zanim wyszła za Maxa, postanowiła wyjechać z Newark, nie chciała już tu mieszkać, chciała o tym wszystkim zapomnieć i na nowo ułożyć sobie życie. Pojechała do Los Angeles. Cóż, życzę jej szczęścia.
      Mikey Way oraz Kristin, nie znam niestety jej nazwiska, zamierzają wziąć ślub i zamieszkać w Nowym Jorku. No to... W sumie im też życzę szczęścia.

A ja?

      Cóż, a ja właśnie siedzę w niedużym mieszkaniu w kamienicy, w wygodnym, skórzanym fotelu i oglądam telewizję. Tak, wróciłem do mieszkania Gerarda Waya, mojej jedynej miłości i jest wspaniale. Chodzę grzecznie do szkoły, Gerard chodzi grzecznie na studia i do pracy i tak jakoś nam życie leci. Jestem naprawdę szczęśliwy, że wszystko się wyjaśniło. Lepiej nie mogło już chyba być.
      Gdy tak znudzony siedziałem, po całym mieszkaniu rozległo się uporczywe pukanie do drzwi. Zerwałem się z fotela i pognałem w kierunku przedpokoju. Przekręciłem klucz w zamku, nawet nie patrząc kto przyszedł. Otworzyłem drzwi na roścież, a na moją twarz wpłynął szeroki uśmiech. Gdy widziałem tę osobę, nie mogłem się po prostu powstrzymać od nie uśmiechnięcia się.

Był cały przemoczony.

       Gerard rzucił się na mnie obejmując mnie swoimi ramionami i mocno przyciskając do siebie. Poczułem jak moje ubranie przesiąka wilgocią. Zamknął drzwi kopniakiem i oddalił się ode mnie nieznacznie, aby pogrążyć nasze wargi w gorącym pocałunku. Gdy oderwał się ode mnie, przekręcił klucz w drzwiach i spojrzał na mnie. Jego buzia była rumiana, zapewne od chłodu panującego na dworze, a do twarzy kleiły się mokre od deszczu, czerwone włosy, które miały już sporo odrostów. Odgarnął moje czarne włosy za ucho i pocałował mnie krótko w policzek. Pod wpływem jego pocałunków nogi się pode mną uginały.

- Jak ci minął dzień, skarbie? - spytał swoim cudownym głosem.

- Dobrze - odpowiedziałem krótko. - A jak tobie?

- Też nieźle, ale czuję, ze teraz będzie jeszcze lepiej - i znów mnie pocałował. - Kocham cię.

- Och, wiem Gee. Ja ciebie też kocham.

      Zdjął z siebie przemoczony płaszcz i powiesił go na wieszaku. Następnie pozbył się swoich czarnych glanów, które ładnie odstawił koło szafki.
      Poszedł do salonu, a ja razem za nim. Rzucił swój plecak na podłogę obok kanapy i rzucił się na nią i wygodnie ułożył na poduszce. Stanąłem obok kanapy, na której leżał i spojrzałem na niego rozbawiony. Wydął wargi przyglądając mi się z zastanowieniem i wyciągnął do mnie ręce niczym małe dziecko proszące, żeby je wziąć na ręce i przytulić. Pociągnął mnie za nadgarstki, a ja opadłem na niego i z trudem wygodnie się ułożyłem. Objął mnie swoimi silnymi ramionami i przytulił mnie mocno do siebie, jakby się bał, że zaraz mu ucieknę. Uśmiechnąłem się szeroko i wyplątałem się z jego uścisku. Oparłem się na rękach i pocałowałem go krótko, lecz on chciał znacznie więcej. Podniósł się do siadu, a ja razem z nim. Zbliżył się do mojej twarzy. Delikatnie pocałował mnie. Po chwili nasze usta męczyły się nawzajem wolnym pocałunkiem.
       Gerard objął mnie mocno w pasie i ostrożnie podniósł się z kanapy. Nie przerywając pocałunku wstaliśmy i stanęliśmy przed kanapą. Oparł swoje ręce na moich biodrach, a ja przyłożyłem dłonie do jego twarzy. Rozchylił moje wargi językiem, a ja posłusznie zrobiłem mu pole do popisu. Zaczęliśmy się przemieszczać w stronę sypialni. Gdy spotkałem się z zimną powierzchnią drewnianych drzwi, Gerard oderwał się ode mnie i spojrzał na mnie znacząco. Dobrze wiedziałem co oznacza to spojrzenie jego zielonych oczu.

Po wejściu do sypialni...

Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć co się działo.







________________________________________________________________________

    Witajcie!
   
    Tak, wreszcie epilog, wreszcie udało mi się go napisać... Tak strasznie szybko mi czas leci, że aż w ogóle zapominam, że prowadzę bloga, że mam Facebooka i jeszcze kilka innych kont... xD
    No więc wydaje mi się, że w ogóle spieprzyłam i ostatnią część tego opowiadania, i epilog, możecie poczuć się trochę rozczarowani (ja się trochę tak czuję, bo myślałam, że wyjdzie lepiej, ale wyszło jak wyszło), no ale, mam nadzieję, że się Wam jednak podobało.
    Co dalej... Jak na razie zamierzam jeszcze skończyć short story, które już tam kiedyś zamieściłam i dalej nie mam bladego pojęcia co, może będą jakieś one shoty w przypływie weny i chyba przerwa dopóki czegoś fajnego nie wymyślę, więc jeśli zapytacie czy coś dłuższego teraz planuję to nie, niczego nie planuję. Chyba, że nagle dostanę natchnienia i dokończę Life Ain't Just A Joke ale to jest raczej ostatnie na co miałabym na razie ochotę.
    Jak tam w ogóle Wam mijają wakacje?

    Mi strasznie szybko... I trochę nudno (hehe, ironia losu, nudno? Raczej tak nie powinno być, tyle rzeczy bym mogła zrobić...). 

    No to chyba tyle jak na razie, spodziewajcie się za niedługo (chyba, bo za niedługo wyjeżdżam, więc nie wiem czy się wyrobię do wyjazdu, może jak wrócę to dopiero będzie) następnej części short story.

Trzymajcie się cieplutko.

xoxo
Nancy.



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XIX/Ostatni


Frank był przerażony. Nie ufał nowej rodzinie, wiedział, że zrobili coś bardzo złego. Coś, co wpłynęło na to, że jest w tym cholernym domu i nie może nic na to poradzić. Musiał jak najszybciej znaleźć jakieś dowody na to, że nie jest tu przez przypadek. Tylko jak? Nie miał zielonego pojęcia.

Zmęczony podciągnął się do siadu na łóżku. Nie spał całą noc, nie mógł sobie poradzić z zupełnie nową dla niego sytuacją i nie mógł przestać myśleć o wczorajszym wieczorze podczas którego to tajemniczy Jules przyszedł do Shidleyów.

Zrzucił z siebie kołdrę, a następnie powoli wstał z łóżka. Bez pośpiechu udał się do drzwi od swojego pokoju, które otworzył. Uderzyło go bardzo jasne światło, czuł się, jakby ktoś mu wypalał oczy. No i uderzyło go również to, że ktoś na dole przeprowadza bardzo głośną kłótnię. Bał się coraz bardziej. Wiedział, że Jules wczoraj nie żartował. Mężczyzna brzmiał na tyle pewnie, aby wzbudzić w Franku niepokój. Bał się o swoje życie? Z pewnością tak. Ale jeszcze bardziej bał się o to życie ukochanej osoby, należące do Gerarda. Nie był przekonany, co może zrobić, ale musiał jak najszybciej się dowiedzieć, czemu tutaj właśnie jest.

Zszedł na dół po schodach. Powoli, bez pośpiechu podążał do kuchni, gdzie najprawdopodobniej państwo Shidley kłócili się.

- Max, błagam, zrób coś! On nie da nam spokoju, słyszysz?! - krzyczała Margaret. - Ty i twoje pomysły kiedyś doprowadzą nas do zguby! Nie rozumiem, czego ci brakowało? Czy żyło ci się aż tak źle? Masz wszystko, nie potrafisz tego docenić. Jesteś chciwy, chcesz więcej, niż możesz mieć.

Mężczyzna wybiegł z pomieszczenia i wpadł do przedpokoju. Frank obserwował tę scenę z ukrycia. Shidley założył na siebie ciemny płaszcz i wyszedł z domu, mocno trzaskając drzwiami.

Młody Iero wszedł do kuchni i ujrzał Margaret skuloną, siedzącą na podłodze. Płakała, jej ciałem co chwilę wstrząsały mocne dreszcze. Frank podszedł bliżej, nie miał bladego pojęcia co mógł zrobić, los stawiał go w tak trudnej sytuacji. Uklęknął przy kobiecie i położył swoją dłoń na jej ramieniu.

Margaret drgnęła i podniosła swoją głowę, aby spojrzeć na chłopaka. Spojrzała w jego zmartwione oczy. Współczuł jej, ale ona nie chciała tego. Nie od niego. Nie chciała, by jej współczuł. Nie chciała od niego żadnej litości. Miała ochotę się zapaść pod ziemię. Pokazywała swoją słabość jemu- osobie, w której oczach miała być silna. To ona miała być dla niego jakby matką, to w niej on miał znajdywać oparcie. Tymczasem było na odwrót, to ona potrzebowała wsparcia, ale wiedziała, że gdy powie mu prawdę to Frank ich znienawidzi, za to, co zrobili. Nie mówiąc już o Maxie, w jego oczach byłaby nikim, byłaby martwa, obiecała mu, że będzie siedzieć cicho. Ale co jeśli ona nie dawała sobie już z tym wszystkim rady? Co jeśli było jej ciężko i miała ochotę powiedzieć mu o wszystkim? O wszystkim, co ją gnębiło i nie dawało jej w nocy spać. Chciała tego, ale bała się. Tak cholernie się bała.

- Co się stało, Margaret? - spytał cicho.

- Ja... Sama nie wiem - szepnęła, pociągając nosem.

- No przecież widzę, że coś się stało - spojrzał w jej oczy.

- Ja... Nie mogę ci nic powiedzieć, przepraszam - wyjąkała. - Jestem beznadziejna. Czemu ja musiałam wybrać akurat tego dupka?! - krzyknęła.

Rozryczała się na dobre. Musiała wybierać pomiędzy pieniędzmi, fałszywą miłością Maxa, a byciem szczerym. Nie chciała oszukiwać Franka. Chciała mu tak strasznie powiedzieć prawdę. Nie wiedziała, czy wyjdzie jej to na dobre.

- Frank, ja... - zaczęła.- Ja wiem, czemu tu jesteś, a nie stało się to przez przypadek.

Chłopak drgnął. Spojrzał zaskoczony na nią.

- Max... On... Wynajął płatnego zabójcę.

Frank opadł na podłogę. "Max wynajął płatnego zabójcę" - to zdanie huczało w jego głowie. Nagle wszystkie wydarzenia sprzed kilku miesięcy uderzyły w niego z dziesięciokrotną siłą. Przypomniał sobie, jak dowiedział się, że jego przyjaciel nie żyje. Przypomniał sobie wypadek. Pobyt w szpitalu. Przypomniał sobie o tym, jak dowiedział się, że jego rodzice nie żyją. Jak trafił do Gerarda. Wszystko wracało. Wszystkie złe wspomnienia wracały w zastraszająco szybkim tempie.

- C-co? - tylko na tyle go było stać. Tylko to słowo przechodziło przez jego gardło w tym momencie.

- Płatny zabójca zabił twojego przyjaciela i jego matkę podczas gdy jechali do Nowego Jorku. Max chciał ich pieniędzy - mówiła Margaret. Wiedziała, że to wielki cios dla młodego Iero, ale nie miała wyjścia. Musiała. Nie mogła wiecznie ukrywać prawdy. - Twoi rodzice... Oni mogli żyć. Ich stan po wypadku był ciężki, ale wyszli by z tego. Max kazał odłączyć cały sprzęt utrzymujący ich przy życiu. Wszystko dla pieniędzy - jej głos zaczął drżeć. - Przepraszam, Frank. Jest mi tak strasznie przykro, gdybym tylko mogła go powstrzymać. Jestem tak strasznie głupia...

- S-skończ, Margaret. To nie t-twoja wina - wymamrotał.

Frank poczuł, że po jego policzkach spływają łzy. Margaret objęła go swoimi chudymi ramionami i przytuliła do siebie.

Jego dusza była w rozdarta. Brutalnie została rozdarta.

***
W mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Gerard jak oparzony wstał z fotela i pobiegł szybko do pokoju, aby otworzyć drzwi swojemu gościowi. Ogarnął w lustrze swoje włosy i przekręcił zamek. Przed nim stał jego brat, Mikey. Tak, właśnie jego teraz potrzebował. Potrzebował jego wsparcia, a było mu strasznie źle. Lecz przed nim nie stał tylko Mikey, co bardzo go zdziwiło. Stała przed nim jeszcze o sporo niższa dziewczyna. Właśnie, uderzyło go to, że to dziewczyna. Była naprawdę ładna, miała delikatnie rysy twarzy. Miała długie, sięgające za ramiona, brązowe włosy. Ubrana była w letnią, ciemnogranatową sukienkę w drobne kwiatki, a na ramiona miała zarzuconą skórzaną kurtkę. Na stopach miała czarne trampki. Gerard spojrzał dziwnie na swojego brata, a ten się do niego lekko uśmiechnął i chwycił dziewczynę za rękę i wprowadził ją do środka. Czerwonowłosy zamknął drzwi i odwrócił się do brata.

- Gerard, to jest Kristin, moja dziewczyna - powiedział. - Kristin, to jest Gerard, mój brat.

Way spojrzał zdziwiony na swojego brata, a potem na dziewczynę, której podał dłoń. Lekko ją uścisnął i uśmiechnął się przyjaźnie do dziewczyny.

- Zapraszam do salonu - odparł Gerard i wskazał gestem dłoni pomieszczenie.

Zanim wszedł zatrzymał Mikeya, chciał się dowiedzieć o co chodzi z tą cała Kristin. Spojrzał wymownie na brata.

- A tak... Pewnie chcesz wiedzieć, co się stało? - spytał.

- No nie będę tego ukrywał, że mnie zaskoczyłeś tym, że masz dziewczynę.

- No bo... Poznałem Kristin i zakochałem się. Tak po prostu - mówił. - Kristin to wspaniała dziewczyna.

- Ech, cieszę się twoim szczęściem, braciszku - poczochrał jego krótkie włosy i wszedł do salonu.

Mikey usiadł obok Kristin na kanapie i uśmiechnął się do niej. Dziewczyna nerwowo poprawiła włosy. Gerard spojrzał na nich podejrzliwie i poszedł do kuchni.

- Napijecie się czegoś? - zapytał, włączając ekspres do kawy.

- Kawy, bracie! - krzyknął Mikey.

Czerwonowłosy wyjął z szafki trzy czarne filiżanki z spodeczkami, cukierniczkę i dzbanuszek na mleko. Ustawił jedną z filiżanek pod ekspresem i nacisnął jeden z przycisków. Po chwili do filiżanki zaczęła lać się ciemnobrązowa ciecz. Zapach kawy wdarł się do jego nozdrzy i uśmiechnął się do siebie. Nic tak nie pobudzało o poranku jak ciepła kawa prosto z ekspresu.

Z szafki nad ekspresem wyjął czekoladowe ciastka i wyłożył je na talerz, który następnie zaniósł do salonu i położył na ławę. Wrócił do kuchni po mleko i cukier. Zaniósł do salonu. Poszedł po kawę dla gości i dla siebie. Usiadł naprzeciwko Mikiego i Kristin w skórzanym fotelu i splótł swoje dłonie. Patrzył uważnie na każdy ruch blondyna i zastanawiał się, co się stało, że chłopak tak nagle zmienił swoją orientację. Doszedł jednak do wniosku, że nie ma sensu nad tym rozmyślać i upił łyk gorzkiej kawy. Taką najbardziej lubił. Bez mleka, bez cukru. Idealna czarna ciecz.

Odstawił filiżankę na spodek i odchrząknął. Zwrócił swoje spojrzenie na Mikeya i jego dziewczynę.

- No więc - zaczął - opowiedzcie mi, jak się poznaliście?

- Historia niestety dupy nie urywa - zaśmiała się dźwięcznie Kristin.

- Tak, to prawda - przyznał Mikey. - Gdy przyjechałem do Nowego Jorku, dzień po wyjeździe od ciebie, poszedłem do sklepu muzycznego i tam właśnie poznałem Kristin. Jest tam sprzedawczynią i zauważyła, że kręcę się przy regałach z rockowymi albumami. Od razu rozpoczęła się rozmowa o muzyce i Kristin spodobała mi się. Jej gust muzyczny jest wspaniały i niemal identyczny do mojego - spojrzał na nią i uśmiechnął się do niej szeroko. - Już wtedy wiedziałem, że to na pewno nie jest znajomość na jeden dzień. Podałem jej swój numer telefonu i tak znamy się już trzy miesiące, a jesteśmy ze sobą od prawie miesiąca.

- Och, to wspaniale - uśmiechnął się Gerard.

- A jak tam Frank? - spytała brunetka.

Gerard spojrzał na nią z niemałym zaskoczeniem. Skąd ona wiedziała o Franku?

Przeczesał swoje włosy nerwowo.

- Mówiłem Kristin o Franku, więc możesz wszystko nam powiedzieć. Zaniepokoił mnie twój wczorajszy telefon... - powiedział Mikey.

- Franka tu nie ma. Jest teraz u tych cholernych Shidleyów - powiedział ze złością starszy Way i zacisnął swoje dłonie w pięści.

- Żartujesz.

- Nie.

W pomieszczeniu zapadła bardzo niezręczna cisza, którą przerwało dzwonienie telefonu Gerarda. Way zerwał się szybko z fotelu i prawie biegiem ruszył do swojej pracowni, gdzie zostawił swój telefon. Bez wahania odebrał go, nie patrząc nawet kto dzwonił. Gdy usłyszał płaczliwy głos, którego nie dało się nie rozpoznać, zamarł.

- Frank? - zapytał, a w telefonie rozległ się płacz. - Kochanie? Co się stało? - spytał. Słuchał z coraz większym przerażeniem tego, co miał mu do powiedzenia brunet. - Co?! Nie wierzę... Dobrze, zaraz tam będę - zapewnił go.

Rozłączył się.

- Mikey... Musimy jechać.

- Gdzie?

- Do Franka...

***
W całym domu rozległ się dźwięk dzwonka. Frank i Margaret zerwali się z podłogi i szybko ruszyli do przedpokoju. Blondynka spojrzała przez wizjer i otworzyła drzwi. Na zewnątrz stał Gerard, Mikey i Kristin. Frank rzucił się w stronę Gerarda i przytulił się do niego. Zaskoczony Way objął go swoimi ramionami i przycisnął do siebie. Pocałował go w czubek głowy i wprowadził go do środka. Frank oderwał się od niego i spojrzał swoimi zapłakanymi oczami na twarz Gerarda. Starszy pogłaskał go po włosach, a Frank przymknął oczy pod wpływem jego kojącego dotyku. Stanął na palcach aby dosięgnąć jego ust i pocałował go krótko.

Oderwali się od siebie.

- Dzień dobry - czerwonowłosy przywitał się z panią Shidley.

- Witaj, Gerardzie - odpowiedziała.

- To jest Mikey, mój brat, a to jego dziewczyna Kristin - przedstawił parę kobiecie. - Mikey, Kristin, to jest pani Margaret Shidley.

Uścisnęli krótko swoje dłonie.

Frank spojrzał na Mikeya i Kristin nieco zdziwiony tym, że chłopak miał dziewczynę, ale nie roztrząsał tego, nie miało to najmniejszego sensu. Stało się i tyle.

Cała piątka skierowała się do salonu, gdzie usiedli na czarnych kanapach. Frank zajął miejsce obok swojego ukochanego i wtulił się w niego. Niesamowite, jak bardzo uspokajająca była obecność Gerarda dla niego. Wystarczyło, że go dotknął, a czuł się jakby zażył psychotropy. Gerard objął go ramieniem i uśmiechnął się do niego lekko.

- Wytłumaczcie nam, o co chodzi - powiedział Gerard.

- Max wynajął płatnego zabójcę. Przyjaciel Franka i jego matka zginęli w drodze do Nowego Jorku, a rodzice Franka mogli żyć, tylko, że Max kazał zabójcy zakraść się w nocy do ich sali w szpitalu i wyłączyć cały sprzęt utrzymujący ich przy życiu.

- Ja pierdolę, zabiję gnoja! - krzyknął.

- Ale... Przyznaj, że cała ta zła sytuacja ma również swoje plusy, gdyby nie to, nigdy byś nie poznał Franka - odezwał się Mikey.

- Niby tak, ale przez takiego idiotę jak Max, Frank teraz nie ma rodziny - ukrył twarz w dłoniach. - Masz jakieś dowody na to, że to Max wszystko wymyślił? - zapytał Margaret.

- Tak, mam wszystkie dokumenty, umowy. Mogę je przynieść - wstała z kanapy i na chwilę zniknęła za jakimiś drzwiami w salonie. Rzuciła plik kartek na ławę. - To wszystko.

Gerard przejrzał je razem z Frankiem. Wstał i poszedł zadzwonić na policję. Teraz wystarczyło tylko zwabić Maxa do domu, co raczej nie powinno być trudne. Zapewne był w pracy, a przynajmniej tak myślał Gerard. Zgłosił zeznania.

- Margaret! - zawołał ją.

- Co się stało?

- Musisz jakoś tu zaciągnąć Maxa, wiesz gdzie on teraz jest? - spytał.

- Nie wiem. Musiałabym zadzwonić.

- No to musisz niestety to zrobić, już zadzwoniłem po policję.

- Dobrze... - powiedziała z niechęcią.

Bała się, że z Maxem może być Jules. Ale nawet jeśli, to co z tego? Przyjadą oboje, to obu zamkną w więzieniu. Margaret w duchu cieszyła się z takiego obrotu spraw, ale nie chciała do niego dzwonić.

Pobiegła na górę, do swojej sypialni, po telefon. Chwyciła go w rękę i z lekkim wahaniem wybrała numer do Maxa. Po trzech sygnałach odebrał.

- Max? Gdzie jesteś? - spytała.

- W pracy - odpowiedział beznamiętnie.

- Mam prośbę, mógłbyś przyjechać do domu?

- Coś się stało?

- Nie, nic.

- Dobrze, zaraz będę.

Był dziwnie miły, co zbiło ją trochę z tropu. Wróciła do salonu i usiadła w fotelu. Siedzieli w ciszy, oczekując przyjazdu Maxa i policji. Margaret modliła się, aby z Maxem nie było Julesa. Mogło im się coś stać. Narażała na zbyt duże niebezpieczeństwo Franka, Gerarda, Mikeya i Kristin. Ale musiała to zakończyć, nie mogła być wiecznie jego zabawką. Liczyła na to, że policja pojawi się pierwsza.

Po niecałych piętnastu minutach od zadzwonienia Margaret do Maxa, w domu rozległ się dzwonek do drzwi. Blondynka chciała wstać i otworzyć drzwi, lecz uprzedził ją Gerard, który szybko wstał i poszedł do przedpokoju. Wyjrzał przez wizjer. Policja. Otworzył drzwi i zaprosił dwóch wysokich mężczyzn do środka. Jeszcze raz wytłumaczył o co chodzi. Teraz pozostało czekać na Shidleya.

Po dziesięciu minutach usłyszeli przekręcanie klucza w zamku, a następnie zamykanie drzwi od środka. Przyszedł Max. Zniecierpliwieni czekali, aż mężczyzna przyjdzie do salonu.

- Margaret? Już je... - zaniemówił, gdy zobaczył mężczyzn w granatowych mundurach.

Gerard uśmiechnął się pod nosem na widok wystraszonej twarzy Maxa. Wreszcie zapłaci za wszystko, co zrobił. Wreszcie pójdzie siedzieć za swoje czyny.

Mundurowi podeszli do Maxa i pokazali swoje odznaki.

- Zostaje pan zatrzymany - powiedział jeden z nich.

Próbował im uciec, lecz szybko go obezwładnili. Wyszli z domu i wpakowali go do swojego wozu. Margaret, Mikey, Gerard, Frank i Kristin wyszli za policjantami na zewnątrz. Margaret przez chwilę jeszcze rozmawiała z jednym z policjantów i odjechali.

- To koniec - powiedziała.

- Tak, to koniec - przyznał Gerard i objął Franka ramieniem przyciągając go do siebie.






________________________________________________________________________

Bardzo przepraszam, że rozdział nie pojawił się od razu po 11 czerwca, mimo, że miał. To co czuję od kilku dni to cholerne rozczarowanie.
Nie dostałam się na drugi stopień do szkoły muzycznej, więc mój humor jest nieco popsuty, przepraszam. Dałam z siebie wszystko jak zwykle, a dostały się zwykłe jełopy, że tak to ujmę.

No ale nie jestem tu po to, aby użalać się nad sobą, mam nadzieję, że rozdział się podobał, chociaż uważam, że jest w nim trochę za dużo dialogów, a za mało opisów, no ale. Liczę na Wasze komentarze.
Ostatni rozdział, niebawem pojawi się epilog.

xoxo,
Nancy.




niedziela, 31 maja 2015

One Shot - Pull This Trigger

Witajcie!

~* EDIT: Od niedawna prowadzę wattpada (*klik*), więc jeśli macie chęć i czas to możecie mnie tam zaobserwować, przeczytać jeszcze raz opowiadanie "Never Let Them Take", chociaż mi by się ogółem nie chciało jeszcze raz czytać tego, nie wiem jak wam. A nóż widelec pojawi się tam może jeszcze poprawiona wersja "The Only Hope", co prawda to jest na razie tylko pomysł, jeszcze nie wiem czy zostanie zrealizowany, więc zaglądajcie tam, serdecznie zapraszam *~

No więc. Następny rozdział opowiadania się obecnie pisze, więc jeśli dobrze pójdzie to na sto procent pojawi się on po 11 czerwca. 

Co dalej... Dupa, dalej nie wiem co z opowiadaniem "Life ain't just a joke". Najprawdopodobniej odeślę go w pizdu, bo nie mam teraz na niego ani czasu, ani chęci. Może kiedyś wezmę się za nie jeszcze raz. Ale tylko może. 

Short Story "And if they get me" na dziewięćdziesiąt procent zostanie dokończone.

No to chyba tyle z mojej strony...

To teraz łapcie pierwszego w historii tego bloga shota, nie wiem czy jest dobry, nigdy ich jeszcze nie pisałam, a że teraz dostałam weny na takiego no to jest. Więc komentujcie itd... Wybaczcie za wszystkie błędy, jakby się takowe pojawiły. 

No to endżoj, moi kochani! c:
________________________________________________________________________

Gerard Way.

Cholerny dupek.

Morderca.

Gwałciciel.

Gej.

Nie chciałem takiego życia.

Nigdy nie chciałem. Chciałem skończyć studia. Pójść do normalnej pracy. Wziąć ślub z piękną kobietą i mieć dzieci. Chciałem założyć rodzinę, ale wyszło, jak wyszło. Wystarczył jeden błąd w życiu, aby stać się tym kim jestem.

Zaczęło się od jednej osoby. Była nią moja dziewczyna. Pewnego razu, gdy byłem u niej, pokłóciliśmy się. Zdradzała mnie. Byłem na nią cholernie zły. Nie wiedziałem, czemu jej nie wystarczam.

Ogarnęło mną coś, czego nigdy w życiu do tej pory nie zaznałem. Miałem ochotę ją zabić. Miałem ochotę wziąć cholerny nóż i poderżnąć jej gardło. Nikt sobie nie jest w stanie wyobrazić, jaką nienawiść wtedy do niej czułem. Potraktowała mnie jak gówno, ładnie to ujmując.

Sięgnąłem po nóż, a akurat na jej nieszczęście znajdowaliśmy się w kuchni i rzuciłem nim w nią. Tak po prostu. Zdaje się być to bardzo absurdalne, ale tak właśnie zrobiłem. Wiedziałem, że zrobiłem źle, ale jednocześnie sprawiało mi to chorą satysfakcję. Widok kobiety upadającej na białe kafelki, a po chwili powiększająca się z sekundy na sekundę plama krwi pod jej ciałem, które stawało się trupio-blade.

Widok jej oczu, które jakby błagały o ratunek, o litość. Widok jej oczu, które coraz szybciej robiły się matowe i bez życia. Było to niesamowite. Czułem się wtedy lepiej, chociaż jakaś cząstka mojego zdrowego rozsądku wołała, że jestem zły i nigdy coś takiego nie powinno się wydarzyć.

Ale ja byłem zły.

I taki już chciałem być.

Wtedy postanowiłem sobie, że już nigdy nie zaufam żadnej kobiecie. Będę je w sobie rozkochiwał, a potem zabijał, żądny krwi i ich cierpienia. Miały to być na początku tylko kobiety, ale później przyłapałem się na tym, że zabijanie mężczyzn również sprawia mi taką samą satysfakcję. Uprawianie z nimi seksu to było coś, czego chciałem. Oni byli o wiele lepsi, niż kobiety. Jęki jakie wydawali podczas stosunku, ich ciała... Tak, to było to, czego pragnąłem.

Rodzina nic nie wiedziała. Zniknąłem z ich życia.

***

Był to słoneczny dzień. Jechałem z Nowego Jorku do swojego mieszkania w Newark. W głośnikach mojego samochodu brzęczała głośna muzyka Misfitsów, a ja wystukiwałem rytm piosenki na kierownicy. Na nosie miałem okulary przeciwsłoneczne, które co chwilę nerwowo poprawiałem. 

Nagle na drogę wyskoczył młody chłopak z kartką z wielkim napisem "Newark". Szukał podwózki. Na swoich plecach miał wielki plecak. Chcąc nie chcąc zatrzymałem się, aby go nie rozjechać. 

Wyłączyłem silnik samochodu i wysiadłem z niego podchodząc do chłopaka.

Był niższy ode mnie o głowę, albo i więcej. Miał długie, czarne włosy. Ubrany był w ciemną podkoszulkę ze spranym nadrukiem i w dziurawe jeansy oraz podniszczone trampki. Jego ramiona pokrywały liczne tatuaże. Miał śliczną twarz; oczy błyszczały się od słońca, ich kolor przypominał płynny miód. Miał wąskie usta oraz drobny nosek. W wardze i nosie miał cieniutkie, srebrne kolczyki a w uszach miał małe tunele. Miał może osiemnaście lat. Spodobał mi się.

- Jedzie pan może do Newark? - zapytał brzmiącym, niskim głosem. Od razu mi się spodobał jego głos, nie wiem czy wspominałem, ale mam dziwny fetysz co do ludzkich głosów. Jego był taki cudowny.

- Tak, jadę - oznajmiłem.

- Głupio mi pytać, ale czy byłaby taka możliwość... Mógłby mnie pan zabrać ze sobą?

Nie wiedziałem co odpowiedzieć.

- Dobrze, ale pod jednym warunkiem, który będziesz musiał spełnić, czy tego chcesz czy nie - musiał się zgodzić, nie miał wyjścia. Do Newark została jeszcze około godzina jazdy, a przy takim upale wycieczka na piechotę była bardzo nieprzyjemna.

Uśmiechnąłem się do niego zadziornie.

- Ale ja nie mam... - zaczął, ale mu przerwałem.

- Nie, nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy, dowiesz się na miejscu - chłopak posłał mi zaskoczone spojrzenie. - A teraz wsiadaj do samochodu.

Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i wykonał moje polecenie. Wrzuciłem jego plecak do bagażnika i wsiadłem za kierownicę. 

Myślał, że mu pomogę. Nie wiedział, jakie mam zamiary wobec niego. Chciałem go po prostu zabić, jak każdego innego. Uwielbiałem to robić. To już była nieodłączna część mnie. Chłopak był śliczny, ale pech chciał, że musiałem akurat tędy przejeżdżać. Nie wiedziałem, gdzie moja bestialska natura. Gdyby to nie był chłopach o pięknych, złotych oczach i ciemnych włosach, na pewno bym go wywiózł w las, zgwałcił i zabił. On mi się spodobał. Był jakiś inny, taki kruchy i bezradny, Nie chciałem go od razu zabijać. Chciałem się nim troszkę pobawić, wzbudzić zaufanie, a potem się z nim rozprawić na dobre.

Odpaliłem silnik.

- No więc, jak się nazywasz? - zagadnąłem do chłopaka.

- Frank - odpowiedział. - Frank Iero.

- Ładne imię, Frank - rzuciłem mu krótkie spojrzenie. - Ja się nazywam Gerard Way.

Nastała bardzo niezręczna cisza. Próbowałem ją jakoś przerwać, ale niestety nie wiedziałem jak. Włączyłem radio, a dokładniej moją ulubioną płytę. Kątem oka ujrzałem, jak Frank się uśmiecha.

- Lubisz Misfitsów? - spytał.

- O tak, uwielbiam ich.

- Ja też.

Zaczął sobie nucić pod nosem piosenkę, która leciała.

- Tak właściwie, to co cię sprowadza do Newark, Frank? - zapytałem go.

Chłopak zmieszał się.

- Uciekłem z domu... - odpowiedział po chwili namysłu. - Miałem problemy z rodzicami, nie mogłem wytrzymać. Możesz mnie wyśmiać, ale ja już naprawdę nie chciałem tam mieszkać... Ojciec jest alkoholikiem, cały czas się kłóci z matką.

- A ile ty masz lat?

- Szesnaście.

Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Pomiędzy nami była różnica dziesięciu lat. Nagle coś mnie zakuło w sercu. Na myśl, że za niecałe czterdzieści minut miałem go wykorzystać, a potem na sam koniec zabić robiło mi się słabo. Poczułem coś na wzór litości, żalu i smutku. Nie wiedziałem, co się ze mną stało. Chciałem mu pomóc. Chciałem, by mi zaufał. Moje sumienie nie pozwalało mi go zabić. Chciałem się nim zaopiekować.

Dojeżdżaliśmy już do mojego domu. Słońce powoli zaczęło zachodzić. Temperatura spadła o kilka stopni.

Zaparkowałem na podjeździe. Zgasiłem silnik samochodu i wysiadłem z niego. Otworzyłem drzwi po drugiej stronie. Frank wysiadł z samochodu i stanął przy mnie. Z bagażnika wyjąłem jego rzeczy i udaliśmy się do domu. Położyłem jego rzeczy w przedpokoju i zdjąłem buty.

- Jesteś głodny? - spytałem go, wchodząc do kuchni.

- Nie, właściwie to nie chciałbym robić kłopotu... - odpowiedział, rozglądając się po salonie. - Umówiłem się z kumplem, że jak tylko będę na miejscu to mam do niego zadzwonić.

- No dobrze... - odpowiedziałem.

Odsunąłem szufladę w kuchni i wyjąłem z niej pistolet. Wiem, dziwne miejsce na chowanie takich rzeczy, ale lepszego nie miałem. To była najlepsza skrytka. Schowałem broń do kieszeni marynarki, którą miałem na sobie i przeczesałem dłonią swoje kruczoczarne, przydługie włosy do tyłu. Udałem się do salonu.

- Wiesz, bo miałem ci zapłacić... - powiedział Frank.

- Żadnych pieniędzy, jak już wspominałem. Jest tylko jedna rzecz, którą możesz dla mnie zrobić.

- No więc? Czego oczekujesz w zamian?

Podszedłem do niego szybkim krokiem. Stanąłem blisko niego. Spojrzał na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Wyciągnąłem dłoń do jego twarzy i pogłaskałem go po policzku. Odgarnąłem z twarzy jego włosy i pocałowałem go w policzek.

- Kochaj się ze mną, Frank - wymruczałem do jego ucha.

Chłopak się zatrząsł. Pewnie niecodziennie jakiś stary facet proponuje mu seks.

- C-co...? - wyjąkał.

Wpiłem się brutalnie w jego usta. Chwyciłem w dłonie jego twarz. Na początku wcale się nie angażował w pocałunek. Stał po prostu zszokowany moim postępowaniem. Zjechałem rękami niżej, po jego ramionach i objąłem go w pasie. Chłopak w końcu poddał się mojej pieszczocie i sam w nią włożył trochę siebie. Nasze wargi męczyły się nawzajem przez długi czas. Frank rozchylił usta, jakby chciał powiedzieć, że mogę iść dalej. Dał mi pozwolenie na dalszą grę.

Wepchnąłem język do jego ust. Zacząłem penetrować jego podniebienie, czasem ocierając się o ten język należący do niego. Pocałunek przybierał na sile. Zaczęło nam brakować tchu, ale nie chciałem przerywać. Podobała mi się ta cała brutalność. Zero delikatności w tym wszystkim i to było wspaniałe. Uwielbiałem takich mężczyzn, jeśli jego można w ogóle nazwać mężczyzną. Miał dopiero szesnaście lat. W mojej głowie się kotłowało, nie byłem pewien, czy chcę go wykorzystać. Był delikatny, mogłem mu zrobić krzywdę. Chociaż, gdyby się dobrze zastanowić, to nie bez powodu wziąłem pistolet naładowany kilkoma kulkami z kuchni.

Podniosłem go, a on od razu zarzucił swoje ramiona na moją szyję. Oplótł mnie nogami w pasie.

Poszliśmy na górę, do mojej sypialni. Rzuciłem go delikatnie na łóżko i zdjąłem z siebie marynarkę, którą położyłem ostrożnie na łóżku. Następnie szybko i sprawnie zdjąłem z siebie czarną koszulę i rzuciłem się na chłopaka. Siadłem na nim okrakiem i pochyliłem się nad nim. Pocałowałem go czule w usta, a potem zacząłem składać krótkie pocałunki na jego szyi. Cicho jęknął. Począł się pode mną wiercić. Czułem, jak moje spodnie robią się dziwnie ciasne z przodu, a przyjemne ciepło rozlewa się po całym moim ciele.

Próbował podnieść się do siadu. Gdy już siedział, ściągnąłem z niego podkoszulkę. Był taki piękny. Blada skóra, którą ślicznie zdobiły tatuaże. Był strasznie wychudzony. Jego klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała. Patrzył na mnie swoimi dużymi oczami. Jego buzia była niezdrowo rumiana. Wstydził się mnie. Wstydził się swojego ciała. Nie wiedziałem czemu. Był taki niesamowity. Ideał. Nie miał powodu, żeby wstydzić się swojego ciała, nie mówiąc już o tym, że nawet nie był w całości rozebrany. Zdjąłem mu tylko podkoszulkę. Przygwoździłem go rękami do łóżka. Nachyliłem się nad nim i uśmiechnąłem się uwodzicielsko.

Jeździłem ręką z zafascynowaniem po jego klatce piersiowej, jego oddech był coraz szybszy. Zjeżdżałem coraz niżej i niżej. Gdy zahaczyłem o jego pasek od spodni, głośno westchnął. Poczułem jak rośnie pode mną. Całowałem go po klatce piersiowej, nie mogłem się powstrzymać przed zasmakowaniem jego skóry. Był rozpalony, jakby miał gorączkę.

Pocałunkami schodziłem coraz niżej, chłopak cicho pojękiwał, jakbym robił nie wiadomo co, a jeszcze nawet zabawa się nie zaczęła. Nie chcąc dłużej czekać, zająłem się jego paskiem od spodni, który szybko rozpiąłem. Chłopak podniósł się i ściągnął swoje spodnie, które odrzucił gdzieś na bok. Pozbyłem się swoich spodni.

Usiadłem na nim i poruszyłem się. Jego usta wygięły się w dziwnym grymasie, gdy moje krocze otarło się o jego. Jęknął przeciągle. Zjechałem ręką po jego szczupłej klatce piersiowej i zahaczyłem o gumkę od bokserek. Wsadziłem tam rękę. Jego oddech znacznie przyspieszył. Ścisnąłem jego erekcję. Głośno jęczał, czułem, że jest bliski końca. Skończyłem pieszczotę i wyjąłem rękę bardzo powoli z jego bielizny. Jednym szybkim ruchem zdjąłem jego bokserki i rzuciłem nimi za siebie.

Frank przymknął powieki. Zszedłem z niego na moment, aby pozbyć się swojej bielizny. Rozszerzyłem jego nogi.

- Otwórz oczka skarbie - wymruczałem.

Otworzył je, jakby z niechęcią. Spojrzał w moje oczy.

- Gotowy? - spytałem.

- Chyba tak - szepnął.

Było to dla mnie potwierdzenie. Mogłem przejść dalej. Widziałem, że Frank się jeszcze wahał. Być może nigdy nie uprawiał seksu z facetem. To mógł być jego ogólny pierwszy raz. Zrobiło mi się go dziwnie żal. Gdzie moja brutalność?

Zacisnąłem dłonie na jego pośladkach. Rozciągnąłem go bardzo delikatnie. Chciałem mu sprawić jak najmniej bólu, co raczej było nieuniknione. Seks mężczyzny z mężczyzną strasznie bolał, dobrze o tym wiedziałem. Widząc jego smutne oczy, które jakby błagały o pomoc, były pełne bólu i rozpaczy. Niekoniecznie chciał przeżyć swój pierwszy raz ze mną. Wiedział, że to będzie bolało.

- Spokojnie, będę delikatny - powiedziałem, aby dodać mu chociaż trochę otuchy.

Powoli wszedłem w niego. Frank zawył z bólu.

- Zaraz poczujesz tylko przyjemność - zapewniłem.

Pokiwał głową. Pocałowałem go czule w usta. Niepewnie wykonałem pierwsze pchnięcie, aby chłopak mógł się przyzwyczaić do moich rozmiarów. Z jego zaciśniętych mocno powiek poleciały łzy. Pogładziłem go po twarzy. Otworzył oczy.

- Wszystko w porządku? - szepnąłem.

- Tak...

Zacząłem się w nim poruszać. Chłopak cicho pojękiwał. Och, był taki przyjemnie ciasny. Uwielbiałem to w facetach. Oplótł mnie rękami w pasie, jakby chciał być jeszcze bliżej mnie. Wpiłem się w jego usta. Jego usta były takie miękkie, w porównaniu do innych mężczyzn. Jego były jeszcze takie dziecięce, mimo to, że był już młodym mężczyzną. Zjechałem po jego ciele dłonią w poszukiwaniu jego penisa. Chciałem mu sprawić przyjemność. Objąłem moją dłonią jego członka i zacząłem nim poruszać w tych samych rytmach, w jakich wykonywałem pchnięcia w środku niego. Chłopak głośno jęczał w moje usta. Było mi cholernie dobrze. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem tak niesamowitego stosunku. Czułem się, jakby nic oprócz nas nie było. Tylko my, na tym łóżku, krzyczący swoje imiona i jęczący wprost w swoje nabrzmiałe od pocałunku wargi.

Frank wbił swoje paznokcie w moje plecy. Krzyknąłem w jego usta. Przyspieszyłem swoje ruchy, byłem bliski finału. Poczułem ciepłą, lepką substancję na mojej ręce. Doszedł, krzycząc moje imię. Wykonałem kilka mocniejszych pchnięć i spełniłem się w środku niego.

Wyszedłem z niego.

Opadłem zmęczony od stosunku na łóżko, koło Franka. Słyszałem coraz równiejszy oddech mojego kochanka. Obróciłem głowę w jego stronę i przybliżyłem się do niego, aby złożyć czuły pocałunek na jego wargach. Chłopak był zmęczony. Niemal wycieńczony. Jego oczy nie były już takie smutne, ale widziałem, że dalej czuje ból. I to wszystko nawet nie z mojego powodu; nie z powodu uprawiania seksu ze mną.

Za niedługo pozbędzie się raz na zawsze uczuć bólu, smutku i nadziei na lepsze życie.

Za niedługo zginie. Mordercy nie mają litości. Nawet nie ulegają pod wpływem spojrzenia pięknych, miodowych oczu.

- Załóż teraz ładnie bieliznę i nie ruszaj się stąd - szepnąłem do niego i podniosłem się do siadu. Wcisnąłem swój goły tyłek w bokserki, a następnie w czarne spodnie i zapiąłem pasek. Frank siedział na łóżku ubrany w same bokserki. - Usiądź wygodnie, skarbie - chłopak oparł się o ramę łóżka. - Teraz zaczynamy prawdziwą zabawę - spojrzał na mnie zaskoczony.

Sięgnąłem po marynarkę i wyciągnąłem z niej spluwę. Chłopak wbił spojrzenie w broń, a ja zaśmiałem się. Pogładziłem pistolet ręką i zbliżyłem się do niego. Był przerażony. Czułem tę jego panikę. Lubiłem strach w oczach ofiar. Usiadłem na łóżku.

- Jaka z ciebie śliczna dziwka, Frank - wyszeptałem do jego ucha. - Moja mała, śliczna, męska dziwka.

Zadrżał. Przejechałem po jego policzku lufą od broni. Spojrzał niepewnie w moje oczy.

- Gerard - szepnął.

Trach.

Postrzeliłem go w nogę. Chłopak zawył z bólu.

- Jak to jest być dziwką, co Frank? - zapytałem. - Widzisz, ja jestem pierdolonym mordercą i podoba mi się moja robota. A najbardziej lubię zabijać takich chłopców jak ty.

Frank zwijał się z bólu. Spod mocno zaciśniętych powiek zaczęły mu wypływać łzy. Łapczywie nabierał powietrza.

- Ale nic się nie martw. Nie będziesz już musiał więcej cierpieć - pocałowałem go. - Żegnaj, kochanie. Tak będzie o wiele lepiej.

Trach.


Z niemałą satysfakcją patrzyłem, jak z mojego kochanka uchodzi życie. Jak coraz więcej krwi z jego chudego ciała wypływa na śnieżnobiałą pościel. Jego otwarte oczy robiły się coraz bardziej matowe. Pozbawione życia.

Zaśmiałem się histerycznie. Nie mogłem uwierzyć, że go zabiłem. Nie chciałem tego. Pragnąłem, by żył. Czułem się paskudnie. Czułem się jak największe gówno tego świata. Miałem do siebie żal. Zabiłem kolejnego, niewinnego człowieka. Byłem chory psychicznie i nikt nie mógł mi pomóc. Satysfakcję sprawiało mi zabijanie ludzi i bycie złym. Czułem się beznadziejnie, patrząc na martwe ciało Franka. Ten chłopak mógł żyć, przecież wszystko mogło się jeszcze ułożyć. On miał prawo do życia, które mu zabrałem. Odebrałem mu życie. Nie mogłem z tym wytrzymać.

W pistolecie został jeszcze jeden nabój.

Rozryczałem się. Zacząłem się śmiać, jak jakiś psychopata przez łzy. Nigdy nie okazywałem takiej słabości. Przyłożyłem pistolet do swojej skroni. Chciałem ze sobą skończyć, na to teraz tylko zasługiwałem. Byłem skończony. Nie chciałem więcej zabijać, a obraz martwego szesnastolatka pozostałby w mojej głowie do końca życia. Chciałem umrzeć. Nie mógłbym patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Na osobę, która była tak zła.




Pociągnąłem za spust.