Tegoż dnia, a był to dokładnie kolejny, beznadziejny poniedziałek (kto w ogóle lubi poniedziałki?!) wstałem jak zwykle za późno, żeby udać się do szkoły na piechotę, więc gdy tylko się ubrałem, zjadłem śniadanie i byłem gotowy do wyjścia, mama podwiozła najpierw mnie do gimnazjum, a potem zawiozła moją kochaną siostrzyczkę do szkoły. Dzień, mimo to iż nie wyspałem się, zapowiadał się naprawdę znakomicie. Nie spóźniłem się do szkoły, a o mój dobry (do czasu) humor zadbała Victoria.
Podczas drugiej przerwy pomiędzy lekcjami, przechadzałem się z przyjaciółką po korytarzu szkolnym. Gadaliśmy o jakichś pierdołach, śmialiśmy się i wygłupialiśmy się. Mijaliśmy dużą ilość uczniów, którzy patrzyli się na nas z pogardą. Nie obchodziło nas to zbytnio. Dotarliśmy pod klasę Caroline, która stała odwrócona do mnie tyłem. Rozmawiała o czymś z koleżankami. Podszedłem do niej cicho i objąłem ją w pasie rękami. Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się do mnie. Uśmiech z jej twarzy momentalnie zszedł. Pocałowałem ją delikatnie w policzek. Dziewczyna wyrwała się z mojego uścisku i pociągnęła mnie mocno za rękę w stronę najbliższego okna. Spojrzałem na zdezorientowaną Victorię. Wzruszyła ramionami i gdzieś sobie poszła.
- Co się stało, Caro?- spytałem, próbując się zbliżyć do dziewczyny.
- Zrywam z tobą - powiedziała oschle i już miała odejść gdy ją przyciągnąłem do siebie.
- Ty sobie żartujesz, prawda?- zapytałem nieco zdezorientowany tak nagłą decyzją dziewczyny.
Spojrzałem w jej niebieskie oczy, które jak na złość nie wyrażały nic. Były zupełnie puste i patrzyły w jakiś odległy punkt znajdujący się za mną. Potrząsnąłem nią.
- Nie, nie żartuję. Zrywam z tobą, Frank.
- Caroline, ale czemu?
- Bo mam cię dość.
- Ale co ja ci takiego zrobiłem?
- Nie masz w ogóle dla mnie czasu - oznajmiła.
- Przecież ci to w ogóle nie przeszkadzało do tej pory. Wiesz jak jest - myślałem, że zaraz wybuchnę. Byłem zły, tak strasznie zły na nią, że gdyby nie to, że nie można zabijać ludzi bez powodu to bym normalnie w świecie ją udusił. Jak ona śmiała w ogóle tak powiedzieć? Jakoś nie przeszkadzało jej to, że jeżdżę do szkoły muzycznej, że rodzice nic nie wiedzą o naszym związku. Była wyrozumiała pod każdym względem i doceniała to, że możemy się w ogóle spotykać. W szkole, bo w szkole ale doceniała to. Nie wiem, co ją walnęło właśnie teraz w głowę.
Po chwili podszedł do nas jej przyjaciel. Jebany James. Teraz właśnie oprzytomniałem. Już wiedziałem, kto tak omamił dziewczynę. James. James był powodem tego wszystkiego. Był zazdrosny o to, że ja mogę z nią być, a on nie. Był zazdrosny o to, że Caroline kocha mnie, a nie jego. Chłopak spojrzał na mnie najpierw z pogardą, potem na jego twarz wpłynął szyderczy uśmiech. Posłałem mu tylko złowrogie spojrzenie, które powinno zabijać i odszedłem, uprzednio puszczając nadgarstki mojej już byłej dziewczyny.
Szedłem cholernie pewnym krokiem, nie spoglądałem w tył, choć naprawdę bardzo chciałem zobaczyć, co się dzieje za moimi plecami. Pewnie James teraz pociesza biedną Caroline. Boże, co za ludzie. Jestem zły, ale jednocześnie smutny. Zerwała ze mną. Ale ja ją kocham. Cholera jasna. Czasem zachowuję się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, ale co mam na to poradzić? To nie moja wina, że ja ją kocham, a ona ze mną zrywa. Życie to nie jakaś jebana telenowela!
Zadzwonił dzwonek zwiastujący kolejną lekcję. Rzuciłem się biegiem pod klasę, gdzie miała odbyć się następna lekcja. Chwyciłem plecak do ręki i zarzuciłem go na jedno ramię. Ni stąd ni zowąd wyrosła przede mną Victoria. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
- I co?- spytała.
- I dupa - odpowiedziałem.
- Co się stało?
- Zerwała ze mną - rzuciłem krótko i ruszyłem w kierunku drzwi od klasy.
Victoria dogoniła mnie,
- Jak to? Przecież...
- Co przecież? Zerwała i tyle. James jej coś pewnie nagadał - oznajmiłem.
- Co jej niby nagadał?
- Że nie mam dla niej czasu.
- Co za menda. Normalna, regularna menda.
- No dokładnie - zgodziłem się z Victorią.
Usiedliśmy na swoim stałym miejscu- ostatnia ławka przy oknie. Położyłem plecak na ławkę i wyjąłem z niego książki. Tak samo postąpiła moja przyjaciółka. Zasunąłem plecak i rzuciłem go na ziemię; złość dalej ze mnie nie odpłynęła. Victoria poklepała mnie pocieszająco po ramieniu. Usiedliśmy na krzesłach. Do sali powoli wchodziła reszta uczniów. Na końcu wszedł nauczyciel od edukacji dla bezpieczeństwa- pan Woliński. Pochodzi z Polski. Jest wysoki. Ma krótko obcięte, postawione do góry ciemne włosy i lekki zarost. Z wyglądu przypomina typowego wuefistę, może dlatego, że właśnie nim jest. Wszystkie laski do niego wzdychają, ubóstwiają go. Może dlatego, że jest tak niesamowicie przystojny? Nie wiem. Jest wyjątkowo głupi. Często zarzuca jakimiś tanimi sucharami. Zgadnijcie kto w klasie się śmieje, gdy takowym zarzuci? Tak, dziewczyny. Szpanuje każdym językiem, którego zna tylko jedno słowo. To jeden z tych ludzi, którzy mnie wyjątkowo wkurzają, ale niestety nic nie mogę na to poradzić. Victoria na szczęście na niego nie poleciała. I chwała Bogu. W ogóle to często odnoszę się do Boga, co trochę dziwne, bo Boga nie ma. Przynajmniej ja w niego nie wierzę, a mimo to używam zwrotów- "o mój Boże", "chwała Bogu", i tak dalej. Dobra, nieważne.
Nauczyciel rzucił dziennik na swoje biurko i usiadł na krześle. Podniósł nogi, odziane w jasne dresy i jakieś modne buty firmy Nike, i położył je na drewnianym blacie. Oparł się wygodniej na krześle i założył ręce za głowę. Wszystkie dziewczyny patrzyły na niego z rozmarzonym wzrokiem. Victoria wywróciła do góry oczami i zaczęła coś pisać w zeszycie. Po chwili szturchnęła mnie w ramię i podała mi kartkę wyrwaną prosto z jej zeszytu.
"Widzę, że masz naprawdę zły humor... Może dasz się skusić na imprezę dzisiaj wieczorem? ;)"
Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem. Przecież dzisiaj jest poniedziałek. Początek tygodnia. Jutro trzeba iść do szkoły, a po za tym... Moi rodzice na pewno się nie zgodzą na wyjście na "podejrzaną" imprezę. Szybko nabazgrałem jej odpowiedź na tej samej kartce.
"Nie wiem, czy to dobry pomysł. Po za tym... Rodzice na pewno się nie zgodzą."
"Och Frank, to dobry pomysł. Zawsze możesz uciec z domu. Impreza o dwudziestej drugiej, mam nadzieję, że dasz się skusić. :)"
"No dobra..."
Viktoria uśmiechnęła się do mnie szeroko i zamknęła swój zeszyt. Pan Woliński zaczął tłumaczyć dzisiejszą lekcję, a ja odpłynąłem myślami gdzieś daleko, daleko stąd.
***
Po skończonych zajęciach w szkole odprowadziłem przyjaciółkę pod blok, w którym mieszkała, a następnie sam wróciłem do swojego domu. Minąłem furtkę i wyjąłem z kieszeni swoich spodni klucze. Przekręciłem je w zamku i wszedłem do środka, gdzie było zupełnie pusto, jak zwykle. Tata wróci z pracy dopiero o siedemnastej, a mama za godzinę, czyli o piętnastej. Gdy wróci, od razu jedziemy do szkoły muzycznej.
Dzisiejszy dzień był naprawdę fatalny. Rzuciłem plecak pod ścianę w przedpokoju i powolnym krokiem udałem się do kuchni. Otworzyłem lodówkę w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Skończyło się na tym, że z szafki wyjąłem czekoladę mleczną z bakaliami i poszedłem do swojego pokoju znajdującego się na piętrze. Po wejściu do mojego królestwa od razu usiadłem na krześle przy biurku i odpaliłem komputer z zamiarem zajrzenia na Facebooka. Zalogowałem się. Wziąłem czekoladę do rąk, ułamałem jeden kawałek i wpakowałem go do buzi. Spojrzałem na monitor, ssąc czekoladę w ustach. Jedna nowa wiadomość od... Jamesa. Kliknąłem, aby przeczytać.
James: "Oficjalnie mogę stwierdzić, że wygrałem, co pokrako? ;)"
Zagotowało się we mnie, jak on w ogóle mógł być taki bezczelny?
Ja: "Chyba ci się coś przyśniło, cwelu" - odpisałem od razu.
James: "No chyba nie za bardzo, zobaczysz jeszcze, że ona będzie moja."
Zawahałem się przez chwilę. Już miałem mu coś odpisać, wygarnąć, ale uświadomiłem sobie, że dalsza konwersacja z tym debilem nie ma najmniejszego sensu.
Nagle usłyszałem, że drzwi od mojego pokoju otwierają się, więc w pośpiechu wylogowałem się z Facebooka i szybko otworzyłem nową kartę w przeglądarce internetowej. Obróciłem się na krześle obrotowym przodem do drzwi od pokoju. W progu stała mama, która po chwili weszła do środka i stanęła przy biurku.
- Co tam tak szybko zamknąłeś? - spytała podejrzliwie.
- Nic, mamo - skłamałem, lecz chwyciła haczyk.
Pokiwała głową i otworzyła okno.
- Zbieraj się, za niedługo jedziemy do szkoły muzycznej, mam nadzieję, że pamiętasz. Nie możemy się spóźnić - powiedziała, wychodząc z pokoju.
- Dobrze mamo - odpowiedziałem.
Wyłączyłem komputer, wstałem z krzesła i wziąłem do ręki czarną, skórzaną torbę, do której następnie wpakowałem książki do szkoły muzycznej. Włożyłem do kieszeni spodni telefon i wyszedłem z pokoju, zamykając drzwi. Zapowiadało się kolejne beznadziejne popołudnie, zważając na fakt, że dziś z nami do szkoły jechał mój o rok młodszy i głupszy kolega, którego nie chciałbym z znać. Wszystkim się przechwalał, uważał, że jest lepszy od wszystkich w wszystkim. Beznadziejny typ. Do piekła z takimi.
Piętnaście minut później siedzieliśmy w samochodzie, nie rozmawiając. W tle leciała płyta Green Day, a ja cicho nuciłem sobie pod nosem ich piosenki. Po chwili dojechaliśmy pod dom Christiana, czyli młodszego, głupszego kolegi. Czułem, że piekło zbliża się ogromnymi, wręcz mamucimi krokami. Tylko nie to, teraz będę musiał przez pół godziny wysłuchiwać ględzenia na temat jakiejś popularnej kreskówki. Drzwi do samochodu otworzyły się, a do środka wsiadł Chris.
- Buenos dias, pani Iero - odezwał się tym swoim głosem, który nie brzmiał w ogóle męsko, mimo iż był po mutacji.
- Dzień dobry, Christianie.
- Cześć, Frank.
- Cześć - odpowiedziałem oschle, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
- Czemu ja nigdy nie mogę siedzieć z przodu, proszę pani?- spytał.
Moja mama nie odpowiedziała. Jak można być takim nieogarem życiowym w wieku czternastu lat? Ja się pytam, jak?!
- A posprzątałeś w pokoju?- zapytałem.
- Tak! A wiesz, że wyszedł nowy odcinek Fineasza i Ferba? Mam nagrane nawet na telefonie. Mogę puścić.
Westchnąłem głośno, gdy po samochodzie rozległa się muzyka z bajki. To będzie długie czterdzieści minut.
____________________________________________________________________________
Tak, tak, to znowu ja!
I jak widzicie, to chyba oznacza powrót Life Ain't Just A Joke. Miałam prawie gotowy rozdział, nie jest zbyt cudowny, ale jest. Wystarczyło go skończyć, więc uznałam, że go opublikuję. W ten oto sposób mamy nowe-stare opowiadanie, które raczej będę kontynuować.
Widzicie? Miałam być za pół roku, a jestem po dwóch dniach XD Chyba się ogarnęłam.
Mam nadzieję, że się podobało i komentujcie, komentujcie i jeszcze raz komentujcie. Nie spać!
xoxo
Nancy :)

