Frank był przerażony. Nie ufał nowej rodzinie, wiedział, że zrobili coś bardzo złego. Coś, co wpłynęło na to, że jest w tym cholernym domu i nie może nic na to poradzić. Musiał jak najszybciej znaleźć jakieś dowody na to, że nie jest tu przez przypadek. Tylko jak? Nie miał zielonego pojęcia.
Zmęczony podciągnął się do siadu na łóżku. Nie spał całą noc, nie mógł sobie poradzić z zupełnie nową dla niego sytuacją i nie mógł przestać myśleć o wczorajszym wieczorze podczas którego to tajemniczy Jules przyszedł do Shidleyów.
Zrzucił z siebie kołdrę, a następnie powoli wstał z łóżka. Bez pośpiechu udał się do drzwi od swojego pokoju, które otworzył. Uderzyło go bardzo jasne światło, czuł się, jakby ktoś mu wypalał oczy. No i uderzyło go również to, że ktoś na dole przeprowadza bardzo głośną kłótnię. Bał się coraz bardziej. Wiedział, że Jules wczoraj nie żartował. Mężczyzna brzmiał na tyle pewnie, aby wzbudzić w Franku niepokój. Bał się o swoje życie? Z pewnością tak. Ale jeszcze bardziej bał się o to życie ukochanej osoby, należące do Gerarda. Nie był przekonany, co może zrobić, ale musiał jak najszybciej się dowiedzieć, czemu tutaj właśnie jest.
Zszedł na dół po schodach. Powoli, bez pośpiechu podążał do kuchni, gdzie najprawdopodobniej państwo Shidley kłócili się.
- Max, błagam, zrób coś! On nie da nam spokoju, słyszysz?! - krzyczała Margaret. - Ty i twoje pomysły kiedyś doprowadzą nas do zguby! Nie rozumiem, czego ci brakowało? Czy żyło ci się aż tak źle? Masz wszystko, nie potrafisz tego docenić. Jesteś chciwy, chcesz więcej, niż możesz mieć.
Mężczyzna wybiegł z pomieszczenia i wpadł do przedpokoju. Frank obserwował tę scenę z ukrycia. Shidley założył na siebie ciemny płaszcz i wyszedł z domu, mocno trzaskając drzwiami.
Młody Iero wszedł do kuchni i ujrzał Margaret skuloną, siedzącą na podłodze. Płakała, jej ciałem co chwilę wstrząsały mocne dreszcze. Frank podszedł bliżej, nie miał bladego pojęcia co mógł zrobić, los stawiał go w tak trudnej sytuacji. Uklęknął przy kobiecie i położył swoją dłoń na jej ramieniu.
Margaret drgnęła i podniosła swoją głowę, aby spojrzeć na chłopaka. Spojrzała w jego zmartwione oczy. Współczuł jej, ale ona nie chciała tego. Nie od niego. Nie chciała, by jej współczuł. Nie chciała od niego żadnej litości. Miała ochotę się zapaść pod ziemię. Pokazywała swoją słabość jemu- osobie, w której oczach miała być silna. To ona miała być dla niego jakby matką, to w niej on miał znajdywać oparcie. Tymczasem było na odwrót, to ona potrzebowała wsparcia, ale wiedziała, że gdy powie mu prawdę to Frank ich znienawidzi, za to, co zrobili. Nie mówiąc już o Maxie, w jego oczach byłaby nikim, byłaby martwa, obiecała mu, że będzie siedzieć cicho. Ale co jeśli ona nie dawała sobie już z tym wszystkim rady? Co jeśli było jej ciężko i miała ochotę powiedzieć mu o wszystkim? O wszystkim, co ją gnębiło i nie dawało jej w nocy spać. Chciała tego, ale bała się. Tak cholernie się bała.
- Co się stało, Margaret? - spytał cicho.
- Ja... Sama nie wiem - szepnęła, pociągając nosem.
- No przecież widzę, że coś się stało - spojrzał w jej oczy.
- Ja... Nie mogę ci nic powiedzieć, przepraszam - wyjąkała. - Jestem beznadziejna. Czemu ja musiałam wybrać akurat tego dupka?! - krzyknęła.
Rozryczała się na dobre. Musiała wybierać pomiędzy pieniędzmi, fałszywą miłością Maxa, a byciem szczerym. Nie chciała oszukiwać Franka. Chciała mu tak strasznie powiedzieć prawdę. Nie wiedziała, czy wyjdzie jej to na dobre.
- Frank, ja... - zaczęła.- Ja wiem, czemu tu jesteś, a nie stało się to przez przypadek.
Chłopak drgnął. Spojrzał zaskoczony na nią.
- Max... On... Wynajął płatnego zabójcę.
Frank opadł na podłogę. "Max wynajął płatnego zabójcę" - to zdanie huczało w jego głowie. Nagle wszystkie wydarzenia sprzed kilku miesięcy uderzyły w niego z dziesięciokrotną siłą. Przypomniał sobie, jak dowiedział się, że jego przyjaciel nie żyje. Przypomniał sobie wypadek. Pobyt w szpitalu. Przypomniał sobie o tym, jak dowiedział się, że jego rodzice nie żyją. Jak trafił do Gerarda. Wszystko wracało. Wszystkie złe wspomnienia wracały w zastraszająco szybkim tempie.
- C-co? - tylko na tyle go było stać. Tylko to słowo przechodziło przez jego gardło w tym momencie.
- Płatny zabójca zabił twojego przyjaciela i jego matkę podczas gdy jechali do Nowego Jorku. Max chciał ich pieniędzy - mówiła Margaret. Wiedziała, że to wielki cios dla młodego Iero, ale nie miała wyjścia. Musiała. Nie mogła wiecznie ukrywać prawdy. - Twoi rodzice... Oni mogli żyć. Ich stan po wypadku był ciężki, ale wyszli by z tego. Max kazał odłączyć cały sprzęt utrzymujący ich przy życiu. Wszystko dla pieniędzy - jej głos zaczął drżeć. - Przepraszam, Frank. Jest mi tak strasznie przykro, gdybym tylko mogła go powstrzymać. Jestem tak strasznie głupia...
- S-skończ, Margaret. To nie t-twoja wina - wymamrotał.
Frank poczuł, że po jego policzkach spływają łzy. Margaret objęła go swoimi chudymi ramionami i przytuliła do siebie.
Jego dusza była w rozdarta. Brutalnie została rozdarta.
***
W mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Gerard jak oparzony wstał z fotela i pobiegł szybko do pokoju, aby otworzyć drzwi swojemu gościowi. Ogarnął w lustrze swoje włosy i przekręcił zamek. Przed nim stał jego brat, Mikey. Tak, właśnie jego teraz potrzebował. Potrzebował jego wsparcia, a było mu strasznie źle. Lecz przed nim nie stał tylko Mikey, co bardzo go zdziwiło. Stała przed nim jeszcze o sporo niższa dziewczyna. Właśnie, uderzyło go to, że to dziewczyna. Była naprawdę ładna, miała delikatnie rysy twarzy. Miała długie, sięgające za ramiona, brązowe włosy. Ubrana była w letnią, ciemnogranatową sukienkę w drobne kwiatki, a na ramiona miała zarzuconą skórzaną kurtkę. Na stopach miała czarne trampki. Gerard spojrzał dziwnie na swojego brata, a ten się do niego lekko uśmiechnął i chwycił dziewczynę za rękę i wprowadził ją do środka. Czerwonowłosy zamknął drzwi i odwrócił się do brata.
- Gerard, to jest Kristin, moja dziewczyna - powiedział. - Kristin, to jest Gerard, mój brat.
Way spojrzał zdziwiony na swojego brata, a potem na dziewczynę, której podał dłoń. Lekko ją uścisnął i uśmiechnął się przyjaźnie do dziewczyny.
- Zapraszam do salonu - odparł Gerard i wskazał gestem dłoni pomieszczenie.
Zanim wszedł zatrzymał Mikeya, chciał się dowiedzieć o co chodzi z tą cała Kristin. Spojrzał wymownie na brata.
- A tak... Pewnie chcesz wiedzieć, co się stało? - spytał.
- No nie będę tego ukrywał, że mnie zaskoczyłeś tym, że masz dziewczynę.
- No bo... Poznałem Kristin i zakochałem się. Tak po prostu - mówił. - Kristin to wspaniała dziewczyna.
- Ech, cieszę się twoim szczęściem, braciszku - poczochrał jego krótkie włosy i wszedł do salonu.
Mikey usiadł obok Kristin na kanapie i uśmiechnął się do niej. Dziewczyna nerwowo poprawiła włosy. Gerard spojrzał na nich podejrzliwie i poszedł do kuchni.
- Napijecie się czegoś? - zapytał, włączając ekspres do kawy.
- Kawy, bracie! - krzyknął Mikey.
Czerwonowłosy wyjął z szafki trzy czarne filiżanki z spodeczkami, cukierniczkę i dzbanuszek na mleko. Ustawił jedną z filiżanek pod ekspresem i nacisnął jeden z przycisków. Po chwili do filiżanki zaczęła lać się ciemnobrązowa ciecz. Zapach kawy wdarł się do jego nozdrzy i uśmiechnął się do siebie. Nic tak nie pobudzało o poranku jak ciepła kawa prosto z ekspresu.
Z szafki nad ekspresem wyjął czekoladowe ciastka i wyłożył je na talerz, który następnie zaniósł do salonu i położył na ławę. Wrócił do kuchni po mleko i cukier. Zaniósł do salonu. Poszedł po kawę dla gości i dla siebie. Usiadł naprzeciwko Mikiego i Kristin w skórzanym fotelu i splótł swoje dłonie. Patrzył uważnie na każdy ruch blondyna i zastanawiał się, co się stało, że chłopak tak nagle zmienił swoją orientację. Doszedł jednak do wniosku, że nie ma sensu nad tym rozmyślać i upił łyk gorzkiej kawy. Taką najbardziej lubił. Bez mleka, bez cukru. Idealna czarna ciecz.
Odstawił filiżankę na spodek i odchrząknął. Zwrócił swoje spojrzenie na Mikeya i jego dziewczynę.
- No więc - zaczął - opowiedzcie mi, jak się poznaliście?
- Historia niestety dupy nie urywa - zaśmiała się dźwięcznie Kristin.
- Tak, to prawda - przyznał Mikey. - Gdy przyjechałem do Nowego Jorku, dzień po wyjeździe od ciebie, poszedłem do sklepu muzycznego i tam właśnie poznałem Kristin. Jest tam sprzedawczynią i zauważyła, że kręcę się przy regałach z rockowymi albumami. Od razu rozpoczęła się rozmowa o muzyce i Kristin spodobała mi się. Jej gust muzyczny jest wspaniały i niemal identyczny do mojego - spojrzał na nią i uśmiechnął się do niej szeroko. - Już wtedy wiedziałem, że to na pewno nie jest znajomość na jeden dzień. Podałem jej swój numer telefonu i tak znamy się już trzy miesiące, a jesteśmy ze sobą od prawie miesiąca.
- Och, to wspaniale - uśmiechnął się Gerard.
- A jak tam Frank? - spytała brunetka.
Gerard spojrzał na nią z niemałym zaskoczeniem. Skąd ona wiedziała o Franku?
Przeczesał swoje włosy nerwowo.
- Mówiłem Kristin o Franku, więc możesz wszystko nam powiedzieć. Zaniepokoił mnie twój wczorajszy telefon... - powiedział Mikey.
- Franka tu nie ma. Jest teraz u tych cholernych Shidleyów - powiedział ze złością starszy Way i zacisnął swoje dłonie w pięści.
- Żartujesz.
- Nie.
W pomieszczeniu zapadła bardzo niezręczna cisza, którą przerwało dzwonienie telefonu Gerarda. Way zerwał się szybko z fotelu i prawie biegiem ruszył do swojej pracowni, gdzie zostawił swój telefon. Bez wahania odebrał go, nie patrząc nawet kto dzwonił. Gdy usłyszał płaczliwy głos, którego nie dało się nie rozpoznać, zamarł.
- Frank? - zapytał, a w telefonie rozległ się płacz. - Kochanie? Co się stało? - spytał. Słuchał z coraz większym przerażeniem tego, co miał mu do powiedzenia brunet. - Co?! Nie wierzę... Dobrze, zaraz tam będę - zapewnił go.
Rozłączył się.
- Mikey... Musimy jechać.
- Gdzie?
- Do Franka...
________________________________________________________________________
Bardzo przepraszam, że rozdział nie pojawił się od razu po 11 czerwca, mimo, że miał. To co czuję od kilku dni to cholerne rozczarowanie.
Nie dostałam się na drugi stopień do szkoły muzycznej, więc mój humor jest nieco popsuty, przepraszam. Dałam z siebie wszystko jak zwykle, a dostały się zwykłe jełopy, że tak to ujmę.
No ale nie jestem tu po to, aby użalać się nad sobą, mam nadzieję, że rozdział się podobał, chociaż uważam, że jest w nim trochę za dużo dialogów, a za mało opisów, no ale. Liczę na Wasze komentarze.
Ostatni rozdział, niebawem pojawi się epilog.
xoxo,
Nancy.
- Gerard, to jest Kristin, moja dziewczyna - powiedział. - Kristin, to jest Gerard, mój brat.
Way spojrzał zdziwiony na swojego brata, a potem na dziewczynę, której podał dłoń. Lekko ją uścisnął i uśmiechnął się przyjaźnie do dziewczyny.
- Zapraszam do salonu - odparł Gerard i wskazał gestem dłoni pomieszczenie.
Zanim wszedł zatrzymał Mikeya, chciał się dowiedzieć o co chodzi z tą cała Kristin. Spojrzał wymownie na brata.
- A tak... Pewnie chcesz wiedzieć, co się stało? - spytał.
- No nie będę tego ukrywał, że mnie zaskoczyłeś tym, że masz dziewczynę.
- No bo... Poznałem Kristin i zakochałem się. Tak po prostu - mówił. - Kristin to wspaniała dziewczyna.
- Ech, cieszę się twoim szczęściem, braciszku - poczochrał jego krótkie włosy i wszedł do salonu.
Mikey usiadł obok Kristin na kanapie i uśmiechnął się do niej. Dziewczyna nerwowo poprawiła włosy. Gerard spojrzał na nich podejrzliwie i poszedł do kuchni.
- Napijecie się czegoś? - zapytał, włączając ekspres do kawy.
- Kawy, bracie! - krzyknął Mikey.
Czerwonowłosy wyjął z szafki trzy czarne filiżanki z spodeczkami, cukierniczkę i dzbanuszek na mleko. Ustawił jedną z filiżanek pod ekspresem i nacisnął jeden z przycisków. Po chwili do filiżanki zaczęła lać się ciemnobrązowa ciecz. Zapach kawy wdarł się do jego nozdrzy i uśmiechnął się do siebie. Nic tak nie pobudzało o poranku jak ciepła kawa prosto z ekspresu.
Z szafki nad ekspresem wyjął czekoladowe ciastka i wyłożył je na talerz, który następnie zaniósł do salonu i położył na ławę. Wrócił do kuchni po mleko i cukier. Zaniósł do salonu. Poszedł po kawę dla gości i dla siebie. Usiadł naprzeciwko Mikiego i Kristin w skórzanym fotelu i splótł swoje dłonie. Patrzył uważnie na każdy ruch blondyna i zastanawiał się, co się stało, że chłopak tak nagle zmienił swoją orientację. Doszedł jednak do wniosku, że nie ma sensu nad tym rozmyślać i upił łyk gorzkiej kawy. Taką najbardziej lubił. Bez mleka, bez cukru. Idealna czarna ciecz.
Odstawił filiżankę na spodek i odchrząknął. Zwrócił swoje spojrzenie na Mikeya i jego dziewczynę.
- No więc - zaczął - opowiedzcie mi, jak się poznaliście?
- Historia niestety dupy nie urywa - zaśmiała się dźwięcznie Kristin.
- Tak, to prawda - przyznał Mikey. - Gdy przyjechałem do Nowego Jorku, dzień po wyjeździe od ciebie, poszedłem do sklepu muzycznego i tam właśnie poznałem Kristin. Jest tam sprzedawczynią i zauważyła, że kręcę się przy regałach z rockowymi albumami. Od razu rozpoczęła się rozmowa o muzyce i Kristin spodobała mi się. Jej gust muzyczny jest wspaniały i niemal identyczny do mojego - spojrzał na nią i uśmiechnął się do niej szeroko. - Już wtedy wiedziałem, że to na pewno nie jest znajomość na jeden dzień. Podałem jej swój numer telefonu i tak znamy się już trzy miesiące, a jesteśmy ze sobą od prawie miesiąca.
- Och, to wspaniale - uśmiechnął się Gerard.
- A jak tam Frank? - spytała brunetka.
Gerard spojrzał na nią z niemałym zaskoczeniem. Skąd ona wiedziała o Franku?
Przeczesał swoje włosy nerwowo.
- Mówiłem Kristin o Franku, więc możesz wszystko nam powiedzieć. Zaniepokoił mnie twój wczorajszy telefon... - powiedział Mikey.
- Franka tu nie ma. Jest teraz u tych cholernych Shidleyów - powiedział ze złością starszy Way i zacisnął swoje dłonie w pięści.
- Żartujesz.
- Nie.
W pomieszczeniu zapadła bardzo niezręczna cisza, którą przerwało dzwonienie telefonu Gerarda. Way zerwał się szybko z fotelu i prawie biegiem ruszył do swojej pracowni, gdzie zostawił swój telefon. Bez wahania odebrał go, nie patrząc nawet kto dzwonił. Gdy usłyszał płaczliwy głos, którego nie dało się nie rozpoznać, zamarł.
- Frank? - zapytał, a w telefonie rozległ się płacz. - Kochanie? Co się stało? - spytał. Słuchał z coraz większym przerażeniem tego, co miał mu do powiedzenia brunet. - Co?! Nie wierzę... Dobrze, zaraz tam będę - zapewnił go.
Rozłączył się.
- Mikey... Musimy jechać.
- Gdzie?
- Do Franka...
***
W całym domu rozległ się dźwięk dzwonka. Frank i Margaret zerwali się z podłogi i szybko ruszyli do przedpokoju. Blondynka spojrzała przez wizjer i otworzyła drzwi. Na zewnątrz stał Gerard, Mikey i Kristin. Frank rzucił się w stronę Gerarda i przytulił się do niego. Zaskoczony Way objął go swoimi ramionami i przycisnął do siebie. Pocałował go w czubek głowy i wprowadził go do środka. Frank oderwał się od niego i spojrzał swoimi zapłakanymi oczami na twarz Gerarda. Starszy pogłaskał go po włosach, a Frank przymknął oczy pod wpływem jego kojącego dotyku. Stanął na palcach aby dosięgnąć jego ust i pocałował go krótko.
Oderwali się od siebie.
- Dzień dobry - czerwonowłosy przywitał się z panią Shidley.
- Witaj, Gerardzie - odpowiedziała.
- To jest Mikey, mój brat, a to jego dziewczyna Kristin - przedstawił parę kobiecie. - Mikey, Kristin, to jest pani Margaret Shidley.
Uścisnęli krótko swoje dłonie.
Frank spojrzał na Mikeya i Kristin nieco zdziwiony tym, że chłopak miał dziewczynę, ale nie roztrząsał tego, nie miało to najmniejszego sensu. Stało się i tyle.
Cała piątka skierowała się do salonu, gdzie usiedli na czarnych kanapach. Frank zajął miejsce obok swojego ukochanego i wtulił się w niego. Niesamowite, jak bardzo uspokajająca była obecność Gerarda dla niego. Wystarczyło, że go dotknął, a czuł się jakby zażył psychotropy. Gerard objął go ramieniem i uśmiechnął się do niego lekko.
- Wytłumaczcie nam, o co chodzi - powiedział Gerard.
- Max wynajął płatnego zabójcę. Przyjaciel Franka i jego matka zginęli w drodze do Nowego Jorku, a rodzice Franka mogli żyć, tylko, że Max kazał zabójcy zakraść się w nocy do ich sali w szpitalu i wyłączyć cały sprzęt utrzymujący ich przy życiu.
- Ja pierdolę, zabiję gnoja! - krzyknął.
- Ale... Przyznaj, że cała ta zła sytuacja ma również swoje plusy, gdyby nie to, nigdy byś nie poznał Franka - odezwał się Mikey.
- Niby tak, ale przez takiego idiotę jak Max, Frank teraz nie ma rodziny - ukrył twarz w dłoniach. - Masz jakieś dowody na to, że to Max wszystko wymyślił? - zapytał Margaret.
- Tak, mam wszystkie dokumenty, umowy. Mogę je przynieść - wstała z kanapy i na chwilę zniknęła za jakimiś drzwiami w salonie. Rzuciła plik kartek na ławę. - To wszystko.
Gerard przejrzał je razem z Frankiem. Wstał i poszedł zadzwonić na policję. Teraz wystarczyło tylko zwabić Maxa do domu, co raczej nie powinno być trudne. Zapewne był w pracy, a przynajmniej tak myślał Gerard. Zgłosił zeznania.
- Margaret! - zawołał ją.
- Co się stało?
- Musisz jakoś tu zaciągnąć Maxa, wiesz gdzie on teraz jest? - spytał.
- Nie wiem. Musiałabym zadzwonić.
- No to musisz niestety to zrobić, już zadzwoniłem po policję.
- Dobrze... - powiedziała z niechęcią.
Bała się, że z Maxem może być Jules. Ale nawet jeśli, to co z tego? Przyjadą oboje, to obu zamkną w więzieniu. Margaret w duchu cieszyła się z takiego obrotu spraw, ale nie chciała do niego dzwonić.
Pobiegła na górę, do swojej sypialni, po telefon. Chwyciła go w rękę i z lekkim wahaniem wybrała numer do Maxa. Po trzech sygnałach odebrał.
- Max? Gdzie jesteś? - spytała.
- W pracy - odpowiedział beznamiętnie.
- Mam prośbę, mógłbyś przyjechać do domu?
- Coś się stało?
- Nie, nic.
- Dobrze, zaraz będę.
Był dziwnie miły, co zbiło ją trochę z tropu. Wróciła do salonu i usiadła w fotelu. Siedzieli w ciszy, oczekując przyjazdu Maxa i policji. Margaret modliła się, aby z Maxem nie było Julesa. Mogło im się coś stać. Narażała na zbyt duże niebezpieczeństwo Franka, Gerarda, Mikeya i Kristin. Ale musiała to zakończyć, nie mogła być wiecznie jego zabawką. Liczyła na to, że policja pojawi się pierwsza.
Po niecałych piętnastu minutach od zadzwonienia Margaret do Maxa, w domu rozległ się dzwonek do drzwi. Blondynka chciała wstać i otworzyć drzwi, lecz uprzedził ją Gerard, który szybko wstał i poszedł do przedpokoju. Wyjrzał przez wizjer. Policja. Otworzył drzwi i zaprosił dwóch wysokich mężczyzn do środka. Jeszcze raz wytłumaczył o co chodzi. Teraz pozostało czekać na Shidleya.
Po dziesięciu minutach usłyszeli przekręcanie klucza w zamku, a następnie zamykanie drzwi od środka. Przyszedł Max. Zniecierpliwieni czekali, aż mężczyzna przyjdzie do salonu.
- Margaret? Już je... - zaniemówił, gdy zobaczył mężczyzn w granatowych mundurach.
Gerard uśmiechnął się pod nosem na widok wystraszonej twarzy Maxa. Wreszcie zapłaci za wszystko, co zrobił. Wreszcie pójdzie siedzieć za swoje czyny.
Mundurowi podeszli do Maxa i pokazali swoje odznaki.
- Zostaje pan zatrzymany - powiedział jeden z nich.
Próbował im uciec, lecz szybko go obezwładnili. Wyszli z domu i wpakowali go do swojego wozu. Margaret, Mikey, Gerard, Frank i Kristin wyszli za policjantami na zewnątrz. Margaret przez chwilę jeszcze rozmawiała z jednym z policjantów i odjechali.
- To koniec - powiedziała.
- Tak, to koniec - przyznał Gerard i objął Franka ramieniem przyciągając go do siebie.
- Tak, mam wszystkie dokumenty, umowy. Mogę je przynieść - wstała z kanapy i na chwilę zniknęła za jakimiś drzwiami w salonie. Rzuciła plik kartek na ławę. - To wszystko.
Gerard przejrzał je razem z Frankiem. Wstał i poszedł zadzwonić na policję. Teraz wystarczyło tylko zwabić Maxa do domu, co raczej nie powinno być trudne. Zapewne był w pracy, a przynajmniej tak myślał Gerard. Zgłosił zeznania.
- Margaret! - zawołał ją.
- Co się stało?
- Musisz jakoś tu zaciągnąć Maxa, wiesz gdzie on teraz jest? - spytał.
- Nie wiem. Musiałabym zadzwonić.
- No to musisz niestety to zrobić, już zadzwoniłem po policję.
- Dobrze... - powiedziała z niechęcią.
Bała się, że z Maxem może być Jules. Ale nawet jeśli, to co z tego? Przyjadą oboje, to obu zamkną w więzieniu. Margaret w duchu cieszyła się z takiego obrotu spraw, ale nie chciała do niego dzwonić.
Pobiegła na górę, do swojej sypialni, po telefon. Chwyciła go w rękę i z lekkim wahaniem wybrała numer do Maxa. Po trzech sygnałach odebrał.
- Max? Gdzie jesteś? - spytała.
- W pracy - odpowiedział beznamiętnie.
- Mam prośbę, mógłbyś przyjechać do domu?
- Coś się stało?
- Nie, nic.
- Dobrze, zaraz będę.
Był dziwnie miły, co zbiło ją trochę z tropu. Wróciła do salonu i usiadła w fotelu. Siedzieli w ciszy, oczekując przyjazdu Maxa i policji. Margaret modliła się, aby z Maxem nie było Julesa. Mogło im się coś stać. Narażała na zbyt duże niebezpieczeństwo Franka, Gerarda, Mikeya i Kristin. Ale musiała to zakończyć, nie mogła być wiecznie jego zabawką. Liczyła na to, że policja pojawi się pierwsza.
Po niecałych piętnastu minutach od zadzwonienia Margaret do Maxa, w domu rozległ się dzwonek do drzwi. Blondynka chciała wstać i otworzyć drzwi, lecz uprzedził ją Gerard, który szybko wstał i poszedł do przedpokoju. Wyjrzał przez wizjer. Policja. Otworzył drzwi i zaprosił dwóch wysokich mężczyzn do środka. Jeszcze raz wytłumaczył o co chodzi. Teraz pozostało czekać na Shidleya.
Po dziesięciu minutach usłyszeli przekręcanie klucza w zamku, a następnie zamykanie drzwi od środka. Przyszedł Max. Zniecierpliwieni czekali, aż mężczyzna przyjdzie do salonu.
- Margaret? Już je... - zaniemówił, gdy zobaczył mężczyzn w granatowych mundurach.
Gerard uśmiechnął się pod nosem na widok wystraszonej twarzy Maxa. Wreszcie zapłaci za wszystko, co zrobił. Wreszcie pójdzie siedzieć za swoje czyny.
Mundurowi podeszli do Maxa i pokazali swoje odznaki.
- Zostaje pan zatrzymany - powiedział jeden z nich.
Próbował im uciec, lecz szybko go obezwładnili. Wyszli z domu i wpakowali go do swojego wozu. Margaret, Mikey, Gerard, Frank i Kristin wyszli za policjantami na zewnątrz. Margaret przez chwilę jeszcze rozmawiała z jednym z policjantów i odjechali.
- To koniec - powiedziała.
- Tak, to koniec - przyznał Gerard i objął Franka ramieniem przyciągając go do siebie.
________________________________________________________________________
Bardzo przepraszam, że rozdział nie pojawił się od razu po 11 czerwca, mimo, że miał. To co czuję od kilku dni to cholerne rozczarowanie.
Nie dostałam się na drugi stopień do szkoły muzycznej, więc mój humor jest nieco popsuty, przepraszam. Dałam z siebie wszystko jak zwykle, a dostały się zwykłe jełopy, że tak to ujmę.
No ale nie jestem tu po to, aby użalać się nad sobą, mam nadzieję, że rozdział się podobał, chociaż uważam, że jest w nim trochę za dużo dialogów, a za mało opisów, no ale. Liczę na Wasze komentarze.
Ostatni rozdział, niebawem pojawi się epilog.
xoxo,
Nancy.