niedziela, 31 maja 2015

One Shot - Pull This Trigger

Witajcie!

~* EDIT: Od niedawna prowadzę wattpada (*klik*), więc jeśli macie chęć i czas to możecie mnie tam zaobserwować, przeczytać jeszcze raz opowiadanie "Never Let Them Take", chociaż mi by się ogółem nie chciało jeszcze raz czytać tego, nie wiem jak wam. A nóż widelec pojawi się tam może jeszcze poprawiona wersja "The Only Hope", co prawda to jest na razie tylko pomysł, jeszcze nie wiem czy zostanie zrealizowany, więc zaglądajcie tam, serdecznie zapraszam *~

No więc. Następny rozdział opowiadania się obecnie pisze, więc jeśli dobrze pójdzie to na sto procent pojawi się on po 11 czerwca. 

Co dalej... Dupa, dalej nie wiem co z opowiadaniem "Life ain't just a joke". Najprawdopodobniej odeślę go w pizdu, bo nie mam teraz na niego ani czasu, ani chęci. Może kiedyś wezmę się za nie jeszcze raz. Ale tylko może. 

Short Story "And if they get me" na dziewięćdziesiąt procent zostanie dokończone.

No to chyba tyle z mojej strony...

To teraz łapcie pierwszego w historii tego bloga shota, nie wiem czy jest dobry, nigdy ich jeszcze nie pisałam, a że teraz dostałam weny na takiego no to jest. Więc komentujcie itd... Wybaczcie za wszystkie błędy, jakby się takowe pojawiły. 

No to endżoj, moi kochani! c:
________________________________________________________________________

Gerard Way.

Cholerny dupek.

Morderca.

Gwałciciel.

Gej.

Nie chciałem takiego życia.

Nigdy nie chciałem. Chciałem skończyć studia. Pójść do normalnej pracy. Wziąć ślub z piękną kobietą i mieć dzieci. Chciałem założyć rodzinę, ale wyszło, jak wyszło. Wystarczył jeden błąd w życiu, aby stać się tym kim jestem.

Zaczęło się od jednej osoby. Była nią moja dziewczyna. Pewnego razu, gdy byłem u niej, pokłóciliśmy się. Zdradzała mnie. Byłem na nią cholernie zły. Nie wiedziałem, czemu jej nie wystarczam.

Ogarnęło mną coś, czego nigdy w życiu do tej pory nie zaznałem. Miałem ochotę ją zabić. Miałem ochotę wziąć cholerny nóż i poderżnąć jej gardło. Nikt sobie nie jest w stanie wyobrazić, jaką nienawiść wtedy do niej czułem. Potraktowała mnie jak gówno, ładnie to ujmując.

Sięgnąłem po nóż, a akurat na jej nieszczęście znajdowaliśmy się w kuchni i rzuciłem nim w nią. Tak po prostu. Zdaje się być to bardzo absurdalne, ale tak właśnie zrobiłem. Wiedziałem, że zrobiłem źle, ale jednocześnie sprawiało mi to chorą satysfakcję. Widok kobiety upadającej na białe kafelki, a po chwili powiększająca się z sekundy na sekundę plama krwi pod jej ciałem, które stawało się trupio-blade.

Widok jej oczu, które jakby błagały o ratunek, o litość. Widok jej oczu, które coraz szybciej robiły się matowe i bez życia. Było to niesamowite. Czułem się wtedy lepiej, chociaż jakaś cząstka mojego zdrowego rozsądku wołała, że jestem zły i nigdy coś takiego nie powinno się wydarzyć.

Ale ja byłem zły.

I taki już chciałem być.

Wtedy postanowiłem sobie, że już nigdy nie zaufam żadnej kobiecie. Będę je w sobie rozkochiwał, a potem zabijał, żądny krwi i ich cierpienia. Miały to być na początku tylko kobiety, ale później przyłapałem się na tym, że zabijanie mężczyzn również sprawia mi taką samą satysfakcję. Uprawianie z nimi seksu to było coś, czego chciałem. Oni byli o wiele lepsi, niż kobiety. Jęki jakie wydawali podczas stosunku, ich ciała... Tak, to było to, czego pragnąłem.

Rodzina nic nie wiedziała. Zniknąłem z ich życia.

***

Był to słoneczny dzień. Jechałem z Nowego Jorku do swojego mieszkania w Newark. W głośnikach mojego samochodu brzęczała głośna muzyka Misfitsów, a ja wystukiwałem rytm piosenki na kierownicy. Na nosie miałem okulary przeciwsłoneczne, które co chwilę nerwowo poprawiałem. 

Nagle na drogę wyskoczył młody chłopak z kartką z wielkim napisem "Newark". Szukał podwózki. Na swoich plecach miał wielki plecak. Chcąc nie chcąc zatrzymałem się, aby go nie rozjechać. 

Wyłączyłem silnik samochodu i wysiadłem z niego podchodząc do chłopaka.

Był niższy ode mnie o głowę, albo i więcej. Miał długie, czarne włosy. Ubrany był w ciemną podkoszulkę ze spranym nadrukiem i w dziurawe jeansy oraz podniszczone trampki. Jego ramiona pokrywały liczne tatuaże. Miał śliczną twarz; oczy błyszczały się od słońca, ich kolor przypominał płynny miód. Miał wąskie usta oraz drobny nosek. W wardze i nosie miał cieniutkie, srebrne kolczyki a w uszach miał małe tunele. Miał może osiemnaście lat. Spodobał mi się.

- Jedzie pan może do Newark? - zapytał brzmiącym, niskim głosem. Od razu mi się spodobał jego głos, nie wiem czy wspominałem, ale mam dziwny fetysz co do ludzkich głosów. Jego był taki cudowny.

- Tak, jadę - oznajmiłem.

- Głupio mi pytać, ale czy byłaby taka możliwość... Mógłby mnie pan zabrać ze sobą?

Nie wiedziałem co odpowiedzieć.

- Dobrze, ale pod jednym warunkiem, który będziesz musiał spełnić, czy tego chcesz czy nie - musiał się zgodzić, nie miał wyjścia. Do Newark została jeszcze około godzina jazdy, a przy takim upale wycieczka na piechotę była bardzo nieprzyjemna.

Uśmiechnąłem się do niego zadziornie.

- Ale ja nie mam... - zaczął, ale mu przerwałem.

- Nie, nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy, dowiesz się na miejscu - chłopak posłał mi zaskoczone spojrzenie. - A teraz wsiadaj do samochodu.

Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i wykonał moje polecenie. Wrzuciłem jego plecak do bagażnika i wsiadłem za kierownicę. 

Myślał, że mu pomogę. Nie wiedział, jakie mam zamiary wobec niego. Chciałem go po prostu zabić, jak każdego innego. Uwielbiałem to robić. To już była nieodłączna część mnie. Chłopak był śliczny, ale pech chciał, że musiałem akurat tędy przejeżdżać. Nie wiedziałem, gdzie moja bestialska natura. Gdyby to nie był chłopach o pięknych, złotych oczach i ciemnych włosach, na pewno bym go wywiózł w las, zgwałcił i zabił. On mi się spodobał. Był jakiś inny, taki kruchy i bezradny, Nie chciałem go od razu zabijać. Chciałem się nim troszkę pobawić, wzbudzić zaufanie, a potem się z nim rozprawić na dobre.

Odpaliłem silnik.

- No więc, jak się nazywasz? - zagadnąłem do chłopaka.

- Frank - odpowiedział. - Frank Iero.

- Ładne imię, Frank - rzuciłem mu krótkie spojrzenie. - Ja się nazywam Gerard Way.

Nastała bardzo niezręczna cisza. Próbowałem ją jakoś przerwać, ale niestety nie wiedziałem jak. Włączyłem radio, a dokładniej moją ulubioną płytę. Kątem oka ujrzałem, jak Frank się uśmiecha.

- Lubisz Misfitsów? - spytał.

- O tak, uwielbiam ich.

- Ja też.

Zaczął sobie nucić pod nosem piosenkę, która leciała.

- Tak właściwie, to co cię sprowadza do Newark, Frank? - zapytałem go.

Chłopak zmieszał się.

- Uciekłem z domu... - odpowiedział po chwili namysłu. - Miałem problemy z rodzicami, nie mogłem wytrzymać. Możesz mnie wyśmiać, ale ja już naprawdę nie chciałem tam mieszkać... Ojciec jest alkoholikiem, cały czas się kłóci z matką.

- A ile ty masz lat?

- Szesnaście.

Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Pomiędzy nami była różnica dziesięciu lat. Nagle coś mnie zakuło w sercu. Na myśl, że za niecałe czterdzieści minut miałem go wykorzystać, a potem na sam koniec zabić robiło mi się słabo. Poczułem coś na wzór litości, żalu i smutku. Nie wiedziałem, co się ze mną stało. Chciałem mu pomóc. Chciałem, by mi zaufał. Moje sumienie nie pozwalało mi go zabić. Chciałem się nim zaopiekować.

Dojeżdżaliśmy już do mojego domu. Słońce powoli zaczęło zachodzić. Temperatura spadła o kilka stopni.

Zaparkowałem na podjeździe. Zgasiłem silnik samochodu i wysiadłem z niego. Otworzyłem drzwi po drugiej stronie. Frank wysiadł z samochodu i stanął przy mnie. Z bagażnika wyjąłem jego rzeczy i udaliśmy się do domu. Położyłem jego rzeczy w przedpokoju i zdjąłem buty.

- Jesteś głodny? - spytałem go, wchodząc do kuchni.

- Nie, właściwie to nie chciałbym robić kłopotu... - odpowiedział, rozglądając się po salonie. - Umówiłem się z kumplem, że jak tylko będę na miejscu to mam do niego zadzwonić.

- No dobrze... - odpowiedziałem.

Odsunąłem szufladę w kuchni i wyjąłem z niej pistolet. Wiem, dziwne miejsce na chowanie takich rzeczy, ale lepszego nie miałem. To była najlepsza skrytka. Schowałem broń do kieszeni marynarki, którą miałem na sobie i przeczesałem dłonią swoje kruczoczarne, przydługie włosy do tyłu. Udałem się do salonu.

- Wiesz, bo miałem ci zapłacić... - powiedział Frank.

- Żadnych pieniędzy, jak już wspominałem. Jest tylko jedna rzecz, którą możesz dla mnie zrobić.

- No więc? Czego oczekujesz w zamian?

Podszedłem do niego szybkim krokiem. Stanąłem blisko niego. Spojrzał na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Wyciągnąłem dłoń do jego twarzy i pogłaskałem go po policzku. Odgarnąłem z twarzy jego włosy i pocałowałem go w policzek.

- Kochaj się ze mną, Frank - wymruczałem do jego ucha.

Chłopak się zatrząsł. Pewnie niecodziennie jakiś stary facet proponuje mu seks.

- C-co...? - wyjąkał.

Wpiłem się brutalnie w jego usta. Chwyciłem w dłonie jego twarz. Na początku wcale się nie angażował w pocałunek. Stał po prostu zszokowany moim postępowaniem. Zjechałem rękami niżej, po jego ramionach i objąłem go w pasie. Chłopak w końcu poddał się mojej pieszczocie i sam w nią włożył trochę siebie. Nasze wargi męczyły się nawzajem przez długi czas. Frank rozchylił usta, jakby chciał powiedzieć, że mogę iść dalej. Dał mi pozwolenie na dalszą grę.

Wepchnąłem język do jego ust. Zacząłem penetrować jego podniebienie, czasem ocierając się o ten język należący do niego. Pocałunek przybierał na sile. Zaczęło nam brakować tchu, ale nie chciałem przerywać. Podobała mi się ta cała brutalność. Zero delikatności w tym wszystkim i to było wspaniałe. Uwielbiałem takich mężczyzn, jeśli jego można w ogóle nazwać mężczyzną. Miał dopiero szesnaście lat. W mojej głowie się kotłowało, nie byłem pewien, czy chcę go wykorzystać. Był delikatny, mogłem mu zrobić krzywdę. Chociaż, gdyby się dobrze zastanowić, to nie bez powodu wziąłem pistolet naładowany kilkoma kulkami z kuchni.

Podniosłem go, a on od razu zarzucił swoje ramiona na moją szyję. Oplótł mnie nogami w pasie.

Poszliśmy na górę, do mojej sypialni. Rzuciłem go delikatnie na łóżko i zdjąłem z siebie marynarkę, którą położyłem ostrożnie na łóżku. Następnie szybko i sprawnie zdjąłem z siebie czarną koszulę i rzuciłem się na chłopaka. Siadłem na nim okrakiem i pochyliłem się nad nim. Pocałowałem go czule w usta, a potem zacząłem składać krótkie pocałunki na jego szyi. Cicho jęknął. Począł się pode mną wiercić. Czułem, jak moje spodnie robią się dziwnie ciasne z przodu, a przyjemne ciepło rozlewa się po całym moim ciele.

Próbował podnieść się do siadu. Gdy już siedział, ściągnąłem z niego podkoszulkę. Był taki piękny. Blada skóra, którą ślicznie zdobiły tatuaże. Był strasznie wychudzony. Jego klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała. Patrzył na mnie swoimi dużymi oczami. Jego buzia była niezdrowo rumiana. Wstydził się mnie. Wstydził się swojego ciała. Nie wiedziałem czemu. Był taki niesamowity. Ideał. Nie miał powodu, żeby wstydzić się swojego ciała, nie mówiąc już o tym, że nawet nie był w całości rozebrany. Zdjąłem mu tylko podkoszulkę. Przygwoździłem go rękami do łóżka. Nachyliłem się nad nim i uśmiechnąłem się uwodzicielsko.

Jeździłem ręką z zafascynowaniem po jego klatce piersiowej, jego oddech był coraz szybszy. Zjeżdżałem coraz niżej i niżej. Gdy zahaczyłem o jego pasek od spodni, głośno westchnął. Poczułem jak rośnie pode mną. Całowałem go po klatce piersiowej, nie mogłem się powstrzymać przed zasmakowaniem jego skóry. Był rozpalony, jakby miał gorączkę.

Pocałunkami schodziłem coraz niżej, chłopak cicho pojękiwał, jakbym robił nie wiadomo co, a jeszcze nawet zabawa się nie zaczęła. Nie chcąc dłużej czekać, zająłem się jego paskiem od spodni, który szybko rozpiąłem. Chłopak podniósł się i ściągnął swoje spodnie, które odrzucił gdzieś na bok. Pozbyłem się swoich spodni.

Usiadłem na nim i poruszyłem się. Jego usta wygięły się w dziwnym grymasie, gdy moje krocze otarło się o jego. Jęknął przeciągle. Zjechałem ręką po jego szczupłej klatce piersiowej i zahaczyłem o gumkę od bokserek. Wsadziłem tam rękę. Jego oddech znacznie przyspieszył. Ścisnąłem jego erekcję. Głośno jęczał, czułem, że jest bliski końca. Skończyłem pieszczotę i wyjąłem rękę bardzo powoli z jego bielizny. Jednym szybkim ruchem zdjąłem jego bokserki i rzuciłem nimi za siebie.

Frank przymknął powieki. Zszedłem z niego na moment, aby pozbyć się swojej bielizny. Rozszerzyłem jego nogi.

- Otwórz oczka skarbie - wymruczałem.

Otworzył je, jakby z niechęcią. Spojrzał w moje oczy.

- Gotowy? - spytałem.

- Chyba tak - szepnął.

Było to dla mnie potwierdzenie. Mogłem przejść dalej. Widziałem, że Frank się jeszcze wahał. Być może nigdy nie uprawiał seksu z facetem. To mógł być jego ogólny pierwszy raz. Zrobiło mi się go dziwnie żal. Gdzie moja brutalność?

Zacisnąłem dłonie na jego pośladkach. Rozciągnąłem go bardzo delikatnie. Chciałem mu sprawić jak najmniej bólu, co raczej było nieuniknione. Seks mężczyzny z mężczyzną strasznie bolał, dobrze o tym wiedziałem. Widząc jego smutne oczy, które jakby błagały o pomoc, były pełne bólu i rozpaczy. Niekoniecznie chciał przeżyć swój pierwszy raz ze mną. Wiedział, że to będzie bolało.

- Spokojnie, będę delikatny - powiedziałem, aby dodać mu chociaż trochę otuchy.

Powoli wszedłem w niego. Frank zawył z bólu.

- Zaraz poczujesz tylko przyjemność - zapewniłem.

Pokiwał głową. Pocałowałem go czule w usta. Niepewnie wykonałem pierwsze pchnięcie, aby chłopak mógł się przyzwyczaić do moich rozmiarów. Z jego zaciśniętych mocno powiek poleciały łzy. Pogładziłem go po twarzy. Otworzył oczy.

- Wszystko w porządku? - szepnąłem.

- Tak...

Zacząłem się w nim poruszać. Chłopak cicho pojękiwał. Och, był taki przyjemnie ciasny. Uwielbiałem to w facetach. Oplótł mnie rękami w pasie, jakby chciał być jeszcze bliżej mnie. Wpiłem się w jego usta. Jego usta były takie miękkie, w porównaniu do innych mężczyzn. Jego były jeszcze takie dziecięce, mimo to, że był już młodym mężczyzną. Zjechałem po jego ciele dłonią w poszukiwaniu jego penisa. Chciałem mu sprawić przyjemność. Objąłem moją dłonią jego członka i zacząłem nim poruszać w tych samych rytmach, w jakich wykonywałem pchnięcia w środku niego. Chłopak głośno jęczał w moje usta. Było mi cholernie dobrze. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem tak niesamowitego stosunku. Czułem się, jakby nic oprócz nas nie było. Tylko my, na tym łóżku, krzyczący swoje imiona i jęczący wprost w swoje nabrzmiałe od pocałunku wargi.

Frank wbił swoje paznokcie w moje plecy. Krzyknąłem w jego usta. Przyspieszyłem swoje ruchy, byłem bliski finału. Poczułem ciepłą, lepką substancję na mojej ręce. Doszedł, krzycząc moje imię. Wykonałem kilka mocniejszych pchnięć i spełniłem się w środku niego.

Wyszedłem z niego.

Opadłem zmęczony od stosunku na łóżko, koło Franka. Słyszałem coraz równiejszy oddech mojego kochanka. Obróciłem głowę w jego stronę i przybliżyłem się do niego, aby złożyć czuły pocałunek na jego wargach. Chłopak był zmęczony. Niemal wycieńczony. Jego oczy nie były już takie smutne, ale widziałem, że dalej czuje ból. I to wszystko nawet nie z mojego powodu; nie z powodu uprawiania seksu ze mną.

Za niedługo pozbędzie się raz na zawsze uczuć bólu, smutku i nadziei na lepsze życie.

Za niedługo zginie. Mordercy nie mają litości. Nawet nie ulegają pod wpływem spojrzenia pięknych, miodowych oczu.

- Załóż teraz ładnie bieliznę i nie ruszaj się stąd - szepnąłem do niego i podniosłem się do siadu. Wcisnąłem swój goły tyłek w bokserki, a następnie w czarne spodnie i zapiąłem pasek. Frank siedział na łóżku ubrany w same bokserki. - Usiądź wygodnie, skarbie - chłopak oparł się o ramę łóżka. - Teraz zaczynamy prawdziwą zabawę - spojrzał na mnie zaskoczony.

Sięgnąłem po marynarkę i wyciągnąłem z niej spluwę. Chłopak wbił spojrzenie w broń, a ja zaśmiałem się. Pogładziłem pistolet ręką i zbliżyłem się do niego. Był przerażony. Czułem tę jego panikę. Lubiłem strach w oczach ofiar. Usiadłem na łóżku.

- Jaka z ciebie śliczna dziwka, Frank - wyszeptałem do jego ucha. - Moja mała, śliczna, męska dziwka.

Zadrżał. Przejechałem po jego policzku lufą od broni. Spojrzał niepewnie w moje oczy.

- Gerard - szepnął.

Trach.

Postrzeliłem go w nogę. Chłopak zawył z bólu.

- Jak to jest być dziwką, co Frank? - zapytałem. - Widzisz, ja jestem pierdolonym mordercą i podoba mi się moja robota. A najbardziej lubię zabijać takich chłopców jak ty.

Frank zwijał się z bólu. Spod mocno zaciśniętych powiek zaczęły mu wypływać łzy. Łapczywie nabierał powietrza.

- Ale nic się nie martw. Nie będziesz już musiał więcej cierpieć - pocałowałem go. - Żegnaj, kochanie. Tak będzie o wiele lepiej.

Trach.


Z niemałą satysfakcją patrzyłem, jak z mojego kochanka uchodzi życie. Jak coraz więcej krwi z jego chudego ciała wypływa na śnieżnobiałą pościel. Jego otwarte oczy robiły się coraz bardziej matowe. Pozbawione życia.

Zaśmiałem się histerycznie. Nie mogłem uwierzyć, że go zabiłem. Nie chciałem tego. Pragnąłem, by żył. Czułem się paskudnie. Czułem się jak największe gówno tego świata. Miałem do siebie żal. Zabiłem kolejnego, niewinnego człowieka. Byłem chory psychicznie i nikt nie mógł mi pomóc. Satysfakcję sprawiało mi zabijanie ludzi i bycie złym. Czułem się beznadziejnie, patrząc na martwe ciało Franka. Ten chłopak mógł żyć, przecież wszystko mogło się jeszcze ułożyć. On miał prawo do życia, które mu zabrałem. Odebrałem mu życie. Nie mogłem z tym wytrzymać.

W pistolecie został jeszcze jeden nabój.

Rozryczałem się. Zacząłem się śmiać, jak jakiś psychopata przez łzy. Nigdy nie okazywałem takiej słabości. Przyłożyłem pistolet do swojej skroni. Chciałem ze sobą skończyć, na to teraz tylko zasługiwałem. Byłem skończony. Nie chciałem więcej zabijać, a obraz martwego szesnastolatka pozostałby w mojej głowie do końca życia. Chciałem umrzeć. Nie mógłbym patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Na osobę, która była tak zła.




Pociągnąłem za spust.













poniedziałek, 11 maja 2015

And If They Get Me / Short Story [1/?]

Witam wszystkich!
Zapewne czekaliście na rozdział, ale niestety nie napisałam go jeszcze. 

W ogóle nawet się za niego nie zabrałam, więc jak na razie go w ogóle nie ma. 
W zamian za to, wstawiam pierwszą część do short story. Nie wiem, czy przypadnie wam do gustu, ale liczę na to, że jednak tak.
Ogółem to... Nie mam czasu. Do 11 czerwca, bądź dalej jestem strasznie zajęta, więc niestety nie mogę Wam powiedzieć, za ile będzie kolejny rozdział "Never Let Them Take". Postaram się go napisać jak najszybciej, ale nic nie obiecuję.
Egzaminy, egzaminy wszędzie.

Historię opowiada szesnastoletni Frank (znowu zrobiłam go jako sierotę losu, nie bijcie, proszę). Nie muszę Wam go chyba opisywać. Długie, czarne włosy. Co tym razem zabawne- nie jest kolejnym emosem. Może i słucha rocka, ale wygląda normalnie. Jest normalnym chłopakiem. Żadnym punkiem, czy czymś takim.
Zwykły Frank. 

Oczywiście ma obojga rodziców, super przyjaciela i wszystko by było dobrze, gdyby nie jedna sytuacja, która zmieni całkowicie jego życie.
Początek strasznie nudny...

No to endżojujcie. 

Betowała Amia. Dziękuję Ci bardzo, bardzo, bardzo jeszcze raz ^^ Dzięki tobie ma to ręce i nogi! XD

___________________________________________________________________________
Był maj, a dokładnie jego końcówka. Piątek; piękny, słoneczny dzień, a ja siedziałem na ostatniej lekcji, matematyce, która kończyła się dopiero o 15:55. Nie wiem, kto wymyślił tak chore godziny zakończenia zajęć, ale miałem już dość. Nie byłem w stanie normalnie myśleć.

Siedziałem sam, w ostatniej ławce przy oknie i z utęsknieniem patrzyłem przez szybę na dzieci, które już wcześniej skończyły lekcje, a teraz bawiły się na placu zabaw. "Szczęściarze" - myślałem za każdym razem, gdy przypominałem sobie, że jak wrócę do domu, to będę miał masę nauki.

Spojrzałem na zegar ścienny, który, wydawałoby się, od dłuższego czasu wskazywał godzinę piętnastą czterdzieści dwie. Jeszcze głupie trzynaście minut do dzwonka. Nagle poczułem, jak coś we mnie uderzyło. Zerknąłem w dół, obok mnie na podłodze leżała zmięta kartka papieru. Bez wahania podniosłem ją i rozwinąłem. Znajdowała się na niej wiadomość od mojego przyjaciela - Quentina.

Ziomuś, przyjdź dzisiaj do mnie. Pogramy sobie w jakąś gierkę na konsoli. Np... Need For Speed?
Q

      Uśmiechnąłem się do siebie. Od razu wyrwałem z zeszytu kartkę i nabazgrałem na niej odpowiedź. Pomysł był wyśmienity, lubiłem grać w gry. Szczególnie z Q. Mogłem się wtedy wyłączyć i skupić tylko na nich. Popatrzyłem na nauczyciela, który stał tyłem do klasy. Rozejrzałem się wkoło, wzrokiem szukając przyjaciela. Chłopak siedział w pierwszej ławce, w środkowym rzędzie. Zamachnąłem się i szybko rzuciłem do niego zwiniętą kartkę. Gdy rozłożył ją, odwrócił się i posłał mi szeroki uśmiech, a ja odwzajemniłem ten gest. Teraz już miałem jakieś kreatywne zajęcie na popołudnie, jeśli granie w gry w ogóle można zaliczyć do kreatywnych zajęć.

***

- Mamo, wychodzę do Quentina! - krzyknąłem, schodząc do przedpokoju.

W pomieszczeniu pojawiła się drobna kobieta, ubrana w luźne dresy i czerwoną podkoszulkę, o ciemnych włosach i niemal czarnych oczach. Moja mama - Rosalie.

- O której godzinie zamierzasz wrócić?- zapytała stanowczo kobieta, spoglądając na mnie.

Wcisnąłem na stopy czarne, podniszczone trampki.

- Nie wiem, chyba jakoś wieczorem - odpowiedziałem bez dłuższego namysłu.

- Jakoś wieczorem? Frank, tutaj jest strasznie niebezpiecznie wieczorem, przecież dobrze o tym wiesz. Zadzwoń, to po ciebie przyjadę - oznajmiła.

- Nie, naprawdę nie trzeba. Mamo, jestem już duży i dam radę sam wrócić na nogach - uśmiechnąłem się krzywo.

- Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł. No ale... Dobrze, wróć sam, tylko błagam, uważaj na siebie, kochanie.

- Okej, okej no - wstałem z podłogi i zgarnąłem z komody, stojącej przy drzwiach, telefon i klucze - To ja idę - dodałem.

- Pa. Uważaj na siebie.

- Pa - powiedziałem z naciskiem i wyszedłem z domu.

***

- No kurczę no! - krzyknął rozzłoszczony blondyn - Znowu z tobą przegrałem, jak to możliwe w ogóle?- jęczał Quentin.

Zaśmiałem się. Chłopak rzucił pada od konsoli na czerwony dywan i opadł na podłogę. Spojrzałem na niego rozbawiony. Ech, czasem zachowywał się jak małe, rozkapryszone dziecko, ale w sumie za to go lubię, za tą jego dziecinność, brak powagi i całkowite rozluźnienie. Podchodził to życia pozytywnie i choćby się paliło i waliło to on dalej miał szerokiego banana na twarzy. W sumie nie miał go tylko wtedy, gdy przegrywał ze mną po raz setny wyścig w grze, ale pomińmy to.

- Jak to możliwe?- powtórzył pytanie i głęboko westchnął.

- Widocznie jestem od ciebie lepszy, ćwoku - pokazałem mu język. Tak, takie wyzwiska u nas były na porządku dziennym, ale żaden z nas wcale się tym nie przejmował.

Quentin strzelił mnie pięścią w ramię.

- Ała! - syknąłem i rozmasowałem rękę.

Wyjąłem z kieszeni moich szarych jeansów telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Zegar wskazywał godzinę dwudziestą pierwszą pięćdziesiąt, co oznaczało, że nadeszła na mnie pora. Musiałem się zbierać do domu, czułem, że moja mama już nieźle zaczęła się martwić.

- Późno już - wstałem z podłogi, uprzednio odkładając na nią pada - Będę się zbierał - stwierdziłem.

- Och, już? Frano, młoda godzina jest - zaśmiał się.

- Ta, już prawie dwudziesta druga. Matka pewnie już postawiła na nogi cały komisariat policji - zaśmialiśmy się głośno.

- Eee, no dobrze. Pozwalam ci iść.

- O mój Boże, jakiś ty łaskawy, Q.

- No wiem, nie musisz mi za to dziękować.

Podniósł się z podłogi i odprowadził mnie do drzwi. Założyłem trampki, pożegnałem się z przyjacielem i jego rodzicami, a następnie wyszedłem i ruszyłem w kierunku mojego domu.

***

Byłem w połowie drogi do mojego mieszkania. Na dworze byłoby już całkiem ciemno, gdyby nie blade światło ulicznych lamp. Panował okropny chłód i żałowałem, że nie wziąłem ze sobą nic oprócz cienkiej, czarnej bluzy. Zasunąłem ją pod samą szyję, naciągnąłem na głowę kaptur i schowałem ręce do kieszeni. starając się chociaż trochę ogrzać. Spojrzałem w górę, na niebo. Było bezchmurne - dokładnie widziałem księżyc w pełni oraz lśniące gwiazdy. Zawiał silniejszy wiatr, a ja usłyszałem, że ktoś za mną idzie, a raczej biegnie. Wystraszyłem się nie na żarty, ponieważ New Jersey słynęło z zabójstw, pobić i napadów.

Odwróciłem się i wtedy w ciemności ujrzałem zbliżającą się postać. Sądząc po posturze, był to młody mężczyzna, szczupły i wysoki, dużo wyższy ode mnie. Ubrany w ciężkie, wojskowe buty, czarne, jeansowe rurki oraz elegancki płaszcz zamszowy, pod którym miał ciemnoszarą bluzę z kapturem, który naciągnął na głowę, przez co nie mogłem ujrzeć jego twarzy.

Wyminął mnie z nadzwyczajną prędkością. Zobaczyłem, jak gwałtownie skręca w prawo, w ślepą uliczkę i w sumie to przeszedłbym zupełnie obojętnie; mało mnie obchodziło, co ten typ tam będzie robił, ponieważ na początku pomyślałem, że po prostu pewnie tam mieszka i wraca do domu, czy coś w tym stylu, ale nagle usłyszałem pisk.

Przestraszony wbiegłem tam natychmiastowo - nawet nie zastanowiłem się czy robię dobrze czy nie. Nie myślałem nad późniejszymi konsekwencjami i, że próbując kogoś uratować, sam mogę targnąć się na własne życie. Mogło mi się coś stać, a mama mówiła, żebym uważał. Ale oczywiście ja, Frank Iero, po prostu musiałem maczać palce w nie swoje sprawy. Ukryłem się za dużym kontenerem. Światło latarni padało na dwie postacie, czyli na chłopaka i jakąś kobietę.

- Umawialiśmy się, Jane! - krzyknął.- Miałaś do cholery nic nikomu nie mówić - warknął prosto w jej twarz.

- Zrozum, że musiałam - próbowała bronić się kobieta.

- Nic nie musiałaś - powiedział, a ta jęknęła, gdy ścisnął jej szyję dłonią.

- Gerard...- chrapnęła, brakowało jej powietrza.

Puścił ją, a ta próbowała mu uciec. Niestety nie udało się jej. Zacisnął swoje trupio-blade dłonie na jej chudych nadgarstkach. Była bardzo wystraszona. Wyszeptał jej coś do ucha i oddalił się od jej twarzy. Ujrzałem białe kły. Tak, to były kły. Wcale mi się nie wydawało. Nagle wgryzł się w jej tętnicę szyjną, a ona zawyła.

Zasłoniłem usta dłonią, aby z moich ust nie wyrwał się krzyk. Patrzyłem otępiały, jak z dziewczyny uchodzi życie. Do oczu cisnęły mi się łzy. Miałem poczucie winy, ale nie mogłem temu w żaden sposób zapobiec. Siedziałem tam i się gapiłem jak facet... Kurwa, przecież to nie był facet! Jak wampir łapczywie pije szkarłatną posokę. Chyba mnie odeślą do psychiatry, jak usłyszą historię o tym, że spotkałem wampira. Wariuję. Widziałem istotę nadnaturalną, czy to aby nie było nienormalne?

Mężczyzna oderwał usta od szyi Jane. Trzymał ją martwą w swoich ramionach przez dłuższą chwilę.

- A ja ci kurwa ufałem - powiedział i puścił ją.

Ciało dziewczyny bezwiednie opadło na beton.

Po moich policzkach spłynęło kilka łez. Bardzo chciałem stamtąd uciec i zapomnieć o całym zdarzeniu. Wstałem na drżących nogach i gdy tylko się odwróciłem, potknąłem się i runąłem jak długi na ziemię. Ujrzałem przed sobą glany, które na nogach miał tamten chłopak. Podniosłem się na obdartych dłoniach i spojrzałem w górę. Nie miał już na głowie kaptura, teraz dokładnie widziałem jego strasznie bladą twarz. Duże, zielone oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem. Miał lekko zadarty do góry nos i wąskie, krwistoczerwone usta. Na twarz opadały długie, lśniące, kruczoczarne włosy. Pociągnął mnie gwałtownie za bluzę do góry i trzymał mnie jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią. Patrzył na mnie spod lekko przymrużonych powiek.

- Coś ty za jeden?- syknął mi prosto w twarz.

- F-frank...- wykrztusiłem. - Ja przechodziłem obok... I usłyszałem pisk - zacząłem się tłumaczyć - Boże, proszę nie zabijaj mnie! - krzyknąłem rozpaczliwie, gdy Gerard odstawił mnie z powrotem na ziemię i zniknął na chwilę.

Nagle poczułem mocne szarpnięcie za kaptur. Czarnowłosy oplótł mnie ramieniem wokół szyi.

- Nic tu nie widziałeś, zrozumiano? - szepnął dźwięcznym głosem wprost do mojego ucha. Jego gorący oddech owiał mój policzek. Kiwnąłem niepewnie głową.

Nagle poczułem mocne ukłucie w okolicach szyi. Chciałem krzyknąć, ból był niemiłosierny, lecz zasłonił mi usta ręką. Zdawało mi się, że płonę od środka. Gdy oderwał się ode mnie, poczułem się słabo i osunąłem się na ziemię. Uklęknął przy mnie. Spojrzałem prosto w jego szmaragdowe oczy.

- Coś słabo wyglądasz - stwierdził i poklepał mnie ręką po twarzy. - Lepiej odprowadzę cię do domu, co Frank?- zaśmiał się i wziął mnie na ręce.

Urwał mi się film.

***

Obudziłem się w swoim własnym łóżku. "A więc był o to tylko głupi sen" - pomyślałem i odkopałem się spod kołdry. Boże, piję zdecydowanie za dużo kawy. Tak, to wszystko wina kawy, przez nią potem mam takie głupie i realistyczne sny. Usiadłem i poczułem przeszywający ból w szyi. Oprócz tego strasznie bolała mnie głowa, jakbym poprzedniej nocy się schlał w trzy dupy. Pomasowałem swoją szyję i wstałem.

Zszedłem na dół do kuchni, gdzie byli moi rodzice. Tata pił kawę i czytał gazetę, a mama smażyła naleśniki. Usiadłem przy stole i oparłem głowę na ręce.

- Hej, synu - uśmiechnął się tata.

- Hej... - powiedziałem, ziewając przy tym. Mama podała mi herbatę i talerz z naleśnikami.

- Jak się spało? - spytał.

- Nawet dobrze, ale strasznie mnie boli głowa - odpowiedziałem.

- Zaraz dam ci jakąś tabletkę, Frankie - powiedziała miłym tonem kobieta.

Zastanawiałem się, jak wczoraj dotarłem do domu, bo zupełnie nic nie pamiętałem, w między czasie zabrałem się za jedzenie.

- Rosalie, Frank... - zaczął tata, odkładając gazetę na stół - Wczoraj wieczorem dostaliśmy wezwanie na policję o zabójstwie dwudziestoletniej kobiety.

Ta informacja na początku do mnie w ogóle nie trafiła. Tata pracował na komisariacie i tygodniowo dostawali tam masę takich wezwań. Po dłuższym rozmyślaniu zakrztusiłem się herbatą. Zaraz, przecież wczoraj... Nie, to nie może być prawda. To był tylko głupi sen.

- Nie możemy ustalić, co ją zabiło. Najprawdopodobniej nie był to ani człowiek, ani zwierzę. To podejrzana sprawa - a jednak to nie sen - Frank, czy ty wczoraj tamtędy nie wracałeś?

Od ścian mojej czaszki z łoskotem odbijało się jedno pytanie: - Co teraz?

- Nic o tym nie wiem... - powiedziałem powoli.

- Dobrze. Proszę was, uważajcie na siebie. Kto wie, gdzie to coś teraz grasuje - stwierdził tata.

Kiwnąłem głową. Dopiłem herbatę i poszedłem do swojego pokoju.

Cholera, zrobiło się nieprzyjemnie. Nie mogłem wydać Gerarda. Wyjrzałem przez okno na ulicę. Po drugiej stronie, na przeciwko mojego domu stała jakaś ciemna postać i patrzyła w kierunku mojego okna. Przerażony odskoczyłem od niego i zamrugałem kilka razy. Osobnik zniknął.

Następny tydzień minął spokojnie.

Nie widziałem go więcej, ale mimo to, wiedziałem, że on mnie cały czas obserwuje.