piątek, 31 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXIII

Witajcie!
Tak, wiem... Strasznie was zaniedbuję xD 
Tak wiem, ostatni rozdział pojawił się chyba z trzy tygodnie temu... xD
Nie mam czasu, musicie wybaczyć, a po za tym jestem dalej uziemiona. Bratu nie chce się naprawić komputera. Na laptopie przesiaduję bardzo mało, a mój telefon nie nadaje się do pisania. 

W ogóle, bardzo krótko, no ale. Myślę, że postaram się coś bardziej sensownego i dłuższego napisać w najbliższym czasie... 
_________________________________________________________________
Tydzień przed końcem wakacji.
[Frank]
Raz. Późne popołudnie, raczej wieczór, nie wiem, straciłem poczucie czasu. Jak zwykle nudziło mi się. Gerard siedział zaszyty w swojej pracowni, a ja leżałem w salonie na kanapie. Dwa. Nie było co robić, nie było gdzie wyjść. Trzy. Z nudów zacząłem liczyć chmury za oknem, które jak zwykle nie zapowiadały cudownej pogody. Cztery. Jestem głupi, ale co z tego. Pięć. Stop, Frank. Spojrzałem na zegarek zamieszczony nad telewizorem, który wskazywał godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy. Jakże ten czas szybko leci, gdy się liczy chmury... Zgłodniałem. Zerwałem się natychmiastowo z kanapy, przerywając moje szalenie porywające zajęcie i udałem się do kuchni w celu przygotowania dla siebie i Gerarda posiłku. Tak, Frank. Dla ciebie jest tylko jedna droga w życiu- bycie gosposią domową. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić... Dla takiego mężczyzny jak Gerard mogę prać, sprzątać, gotować... Otworzyłem lodówkę. Naleśniki. Najprostsze do przygotowania. A jednak byłbym złą gosposią, bo umiem tylko zrobić naleśniki. Wyjąłem potrzebne składniki i zacząłem robić kolację.
Gdy naleśniki były już upieczone, wysmarowane dżemem i ułożone na talerzyku, powoli udałem się do pokoju mojego chłopaka. Stanąłem przed drzwiami i zapukałem. Po usłyszeniu niemrawego "Wejdź" wszedłem do pokoju, w którym zastałem Gerarda stojącego przed płótnem, w czarnej, bez rękawów i zwisającej na jego torsie podkoszulce oraz ciemnych, jeansowych rurkach, które idealnie opinały jego długie, zgrabne nogi. Na płótnie widniały jakieś niezindetyfikowane kolorowe plamy, które mógł zrozumieć tylko artysta, którym ja nie jestem. Odstawiłem talerz z naleśnikami na biurko i usiadłem na krześle. Chwyciłem jednego naleśnika i zacząłem jeść. Gerard odłożył pędzle i farby. Odwrócił się przodem do mnie i podszedł. Ruchem ręki nakazał mi wstać, więc wstałem. Usiadł na krześle i objął mnie rękami w pasie, po czym przyciągnął mnie do siebie. Wylądowałem na jego kolanach. Skończyłem jeść i spojrzałem na niego. Przybrał przesłodką minę i zatrzepotał rzęskami.
-Co?- spytałem.
Pokiwał głową w stronę naleśników.
-Mam cię nakarmić, bobasku?
Przytaknął. Zaśmiałem się krótko i chwyciłem naleśnika. Gee otworzył buzię.
-Leci samolocik!- zachichotałem.
Gerard ugryzł naleśnika.
-Zuch chłopak.- cmoknąłem go w czoło.
Zjadł całego, a potem chwycił następnego. Tym razem on mnie karmił. Po zjedzeniu wszystkiego, Gerard przytulił mnie do siebie i pocałował w policzek. Usiadłem w wygodniejszej pozycji, czyli okrakiem na nim i musnąłem jego wargi. Gerard chciał zdecydowanie więcej. Jedną rękę oparł na moim biodrze, a drugą wplótł w moje włosy, przyciągając moją twarz bliżej do swojej i pocałował mnie. Powoli, z wielką czułością, męczył moje wargi. Okręcał wokół swojego palca moje włosy i pogłębiał pocałunek. Przejechałem językiem po jego dolnej, a następnie po górnej wardze, na znak, że może działać dalej. Rozchyliłem swoje usta, a Gerard wepchnął tam swój język, który momentalnie połączył się z moim w szalonym tańcu. Pieścił mój język, moje podniebienie. Poczułem, jak unoszę się. Mężczyzna wstał z krzesła. Otworzył kopniakiem drzwi i wyszedł z pomieszczenia. Otworzył drzwi do sypialni i wszedł do niej. Oderwał się ode mnie i rzucił mnie na łóżko. Spojrzał na mnie z pożądaniem i wskoczył na łóżko. Ściągnął moją podkoszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie. Usiadł na mnie okrakiem. Wsparł się rękami po obu stronach mojej głowy i wpił się w moje usta. Przez dosłownie chwilę się z nimi bawił, a potem oderwał się od nich i usiadł wyprostowany. Przejechał swoją chłodną dłonią po moim torsie, przyprawiając mnie o porządny dreszcz. Zaczął się wiercić, pobudzając tym zachowaniem moją męskość. Sam był już nieźle pobudzony i jak się domyślam również napalony. Przygryzł wargę i uśmiechnął się. Pochylił się nade mną i zaczął obcałowywać moją klatkę piersiową. W niektórych miejscach przygryzał moją delikatną skórę, albo robił malinki. Nie mam bladego pojęcia czemu, ale cholernie mnie to wkurzało i podniecało jednocześnie. To było takie wspaniałe.
Przygryzł mocno mój sutek. Odepchnąłem go od siebie. Gerard rzucił mi pytające spojrzenie. Uśmiechnąłem się diabelsko i popchnąłem go tak, że teraz to ja siedziałem na nim. Cmoknąłem go w usta. Przeniosłem spojrzenie na jego zielone oczy. Pocałowałem go ponownie, zjeżdżając niżej na szyję. Mocno przygryzłem jego skórę w tym miejscu. Gerard jęknął. Rozpiąłem jego spodnie i zrzuciłem je z niego. Wsunąłem rękę pod materiał jego bokserek i zacząłem się bawić jego członkiem. Patrzyłem na twarz Gerarda, cały czas uśmiechając się do niego. Zwiększyłem swoje ruchy. Mężczyzna głośno jęczał. Byłem pewien, że zaraz dojdzie, lecz ja przerwałem swoje czynności.
-A więc to tak się bawimy?- spytał, głośno dysząc.
-Tak, skarbie.- szepnąłem wprost do jego ucha.
Gerard zaczął się podnosić. Klęczeliśmy na łóżku. Chłopak intensywnie wpatrywał się w moje oczy. Wpił się brutalnie w moje wargi i zaczął ściągać moje spodnie. Pozbył się ich. Rozchylił moje wargi swoim ciepłym językiem. Penetrował moje podniebienie, czasem zahaczając o mój język, który bez skutków walczył o dominację. Powoli zsuwałem z jego tyłka bokserki, a gdy już ich na sobie nie miał, zaczął ściągać moje. Przerwał pocałunek i popchnął mnie. Opadłem na łóżko. Gerard obślinił swoje trzy palce. Gwałtownie rozchylił moje nogi. Wsadził we mnie po kolei palce i chwilę nimi poruszał. Byłem gotowy. Bez żadnej zapowiedzi Gerard we mnie wszedł. Z mojej krtani wyrwał się głośny krzyk. Poczułem silny ból, jak zawsze zresztą, podczas stosunku z facetem.
-Wszystko w porządku?
No tak, on zawsze musiał być troskliwy.
-Tak, Gerard. Kontynuuj, kocie.
Zaczął bardzo powoli się poruszać, co mnie zdenerwowało. Ta cała jego delikatność. Walnąłem go pięścią w brzuch. Gerard zrozumiał, że chcę więcej, więc podjął się coraz to szybszych ruchów. Spojrzał na mnie przelotnie i chwycił w swoją dłoń moją nabrzmiałą męskość. Poruszał swoją ręką bardzo szybko, jak również pchnięcia były coraz to szybsze. Głośno jęczeliśmy, wykrzykiwaliśmy nawzajem swoje imiona. Czułem, że i on, i ja byliśmy blisko finału. Ostatnie mocne pchnięcie wraz z równie mocnym uściskiem dłoni na moim członku. Wytrysnąłem wprost na jego podbrzusze, a wewnątrz siebie poczułem przyjemne ciepło. Doznaliśmy spełnienia. Gerard osunął się na łóżko obok mnie i mocno mnie do siebie przytulił. Czułem jego płytki oddech na policzku. Złożył na moich ustach długi i czuły pocałunek. Uśmiechnął się do mnie przepięknie, a ja odwzajemniłem go. Pogładził mnie po twarzy i przeczesał moje spocone włosy. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową i przymknąłem powieki.
-Kocham cię.- szepnął.
Po usłyszeniu jego zmysłowego głosu, szybko zasnąłem.
___________________________________________________________________________

Tak w ogóle, to dziś ten przystojniak kończy 33 lata! (Nie bijcie, wiem, że to już wszyscy wiedzą xD)
Sto lat, Frank!
Happy Ieroween! :D









wtorek, 14 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXII

Dzisiaj krótko i w ogóle beznadziejnie i przesłodzone to wszystko, ale mam nadzieję, że się spodoba. xD Może w następnym rozdziale będą jakieś seksy, bo dawno nie było xD
Jeszcze żyję wczorajszym dniem i wiadomością o koncercie Gerarda i kupnem jego płyty xD
A no i przepraszam, że tak długo musieliście czekać, ale mojemu kochanemu bratu zepsuł się komputer, więc uprowadził mojego laptopa. :D Dziś dopiero się dorwałam do niego :)
Enjoy :)
________________________________________________________________________
[Frank]
Zamknąłem za sobą drzwi wejściowe i pędem ruszyłem do kuchni, aby zapobiec gorszej kłótni, niż wyzywanie się od debilów, idiotów, i tak dalej, i tak dalej. Stanąłem w progu pokoju i automatycznie spojrzałem na Gerarda, który właśnie wymierzał cios w twarz swojego brata. Podbiegłem szybko do niego i zatrzymałem jego rękę w połowie wykonywania czynności. Gerard spojrzał na mnie z wściekłością wymalowaną na twarzy i puścił Mikeya. Popchnął go na krzesło. Usiedli przy stole, a ja usiadłem na blacie. Spojrzałem na swoje buty, których nie ściągnąłem. Następnie przeniosłem wzrok na Mikeya, a potem na Gerarda. Mierzyli się zawzięcie spojrzeniami. A więc, to będzie taka bitwa na spojrzenia? Zapowiada się ciekawie.
Przez dłuższy czas panowała cisza w pomieszczeniu, gdy ci dwaj idioci toczyli bitwę na spojrzenia. Postanowiłem przerwać to wszystko, więc głośno odchrząknąłem. Mężczyźni spojrzeli na mnie złowrogo, a ja się odezwałem.
-Zamierzacie teraz tak siedzieć, nie rozmawiać, ani nic?- spytałem.
-Frank, wyjdź na chwilę, dobrze?- powiedział Gerard.
-Nie, Gerard. Nigdzie nie pójdę, tym bardziej, że sprawa dotyczy mnie!- krzyknąłem.
Gerard przewrócił oczami i spojrzał na Mikeya, który aktualnie wstał od stołu.
-Gdzie się wybierasz?- zapytał Gerard i również wstał od stołu.
Błyskawicznie podszedł do swojego brata, złapał go mocno za nadgarstek i popchnął na krzesło.
-No co ty odpierdalasz?!- krzyknął Mikey.
-Chcę z tobą porozmawiać, a ty się zabierasz i gdzieś idziesz!
-Gerard...- powiedziałem cicho.
-Tak? A może ja ci nie mam nic do powiedzenia, cioto?!- znów krzyknął Mikey.
-Jesteś pewny?! A to jak potraktowałeś Franka, myślisz, że jest w porządku?!
-Gerard...- próbowałem im przerwać, lecz bezskutecznie.
-Tak, jest kurwa w porządku, bo nic mu kurwa nie zrobiłem!
-Jasne, a to, że go wykorzystałeś i to w tak bestialski sposób to dla ciebie nic?!- wrzasnął.
Zatkałem sobie uszy, nie chciało mi się słuchać tych krzyków. Patrzyłem na nich. Gerard zawzięcie gestykulował rękami, Mikey również. Krzyczeli na siebie. Mikey coś mówił. Dużo mówił. Nagle Gerard wstał z krzesła. Podszedł do Mikeya i przywalił mu z pięści w twarz. Odetkałem uszy. Otworzyłem szeroko ze zdumienia oczy i buzię. Chciałem coś powiedzieć, ale tak naprawdę to nie wiedziałem co. Młodszy Way trzymał się za bolący policzek, a Gerard patrzył z przerażeniem to na niego to na swoją pięść.
-Boże, Mikey przepraszam.- szepnął i kucnął przy swoim bracie.
Odciągnął od jego twarzy ręce i spojrzał na cały czerwony policzek.
-Ja... Ja nie chciałem.- powiedział zdławionym głosem.- Nigdy w życiu bym cię nie uderzył.
-Właśnie widzę.- wymamrotał.
Do ich oczu zbierały się łzy. No nie, ja nie wytrzymam. To ja tu jestem najbardziej poszkodowany, a tu Gerard przywalił z pięści bratu i teraz bezgraniczna, braterska miłość. No po prostu nie wierzę! Co za idioci.
-Przepraszam, Mikey.- szepnął Gerard i mocno przytulił brata.
-Ja też przepraszam Gerard.
Patrzyłem na to całe zdarzenie i po prostu nie dowierzałem. Ot tak się przeprosili? Że co? Czy to się dzieje naprawdę, czy to jakiś chory sen...
-Przepraszam, że wam przerywam jakże cudowną chwilę pojednania, i tak dalej, ale JA też tu jestem.- powiedziałem.
Gerard coś szepnął na ucho do Michaela. Mężczyzna wstał z krzesła i podszedł do mnie. Popatrzyłem na niego z obrzydzeniem. Mikey rzucił się na mnie i mnie mocno przytulił. Co? Nie wiedząc co zrobić, odwzajemniłem uścisk. Oderwał się ode mnie.
-Ciebie również przepraszam, Frank... Teraz sobie zdałem sprawę, że bardzo źle postąpiłem. Bardzo przepraszam.
-I ja mam tobie teraz wybaczyć, tak?
Pokiwał głową. Odepchnąłem go od siebie i udałem się do pokoju Gerarda. Co to, to nie. Ze mną nie ma tak łatwo. Myśli, że przytuli mnie i przeprosi, to ja mu wybaczę. Niech sobie tak lepiej nie myśli. Za coś takiego, jak on mi zrobił to do więzienia się idzie. Dupek. Zatrzasnąłem drzwi i rzuciłem się na kanapę. Patrzyłem się w sufit, gdy usłyszałem kroki pod drzwiami. Szarpanie za klamkę, lecz bezskuteczne. Zamknąłem drzwi na klucz. Pukanie.
-Frankie, otwórz. Proszę.- powiedział błagalnym tonem Gerard.
-Ani mi się śni!- krzyknąłem.
-Frank... Skarbie, proszę cię.- nie dawał za wygraną.
-NIE!- krzyknąłem stanowczo.
-Weź się nie obrażaj, jak jakaś nastolatka podczas okresu dojrzewania!
-Chcesz to możemy pogadać właśnie tak, jak teraz.
-Przez drzwi?- spytał.
-Tak.
-A kurwa siedź sobie tam sam. My wychodzimy.
-No i bardzo dobrze. Tylko żeby cię twój braciszek gdzieś nie zgwałcił po drodze.- wymamrotałem.
-Dobrze, ale pamiętaj, że jak wrócę to sobie pogadamy!- krzyknął, po jego głosie było słychać, że jest już mocno wkurzony.
-Będę pamiętał, Gerardzie.- powiedziałem najsłodszym tonem, przepełnionym jednocześnie jadem.
Po chwili usłyszałem trzask drzwi i przekręcanie klucza w zamku. Wstałem z łóżka i powoli wyszedłem z pokoju, aby upewnić się, że rzeczywiście nikogo nie ma w mieszkaniu. Chciałem być teraz sam. Wyślizgnąłem się zza drzwi i poszedłem do salonu. Podszedłem do szafki z tak dobrze mi znaną zawartością. Paczka petów i zapałki. Teraz tego potrzebowałem. Otworzyłem drzwi balkonowe i usiadłem na betonowej posadzce. Wyjąłem z opakowania jednego papierosa i wsadziłem go do ust. Podpaliłem i zacząłem się rozkoszować, drażniącym moje płuca, dymem. Przed kamienicą ujrzałem Gerarda i Mikeya. Pospiesznie wstałem i przyjrzałem się im. Mikey trzymał w ręce wielką torbę. Oświeciło mnie. Wyjeżdża. Nareszcie. Mimowolnie kąciki moich ust uniosły się do góry. Mężczyźni stanęli przy dużym, terenowym samochodzie, marki nie widziałem, ponieważ stał za daleko. Gerard uścisnął Michaela, który następnie wsiadł do samochodu. Wypuściłem z ust dym. Czerwonowłosy jeszcze przez chwilę stał i patrzył jak odjeżdża jego brat. Gerard zaczął wracać. Spojrzał na górę i cóż, ujrzał mnie. Jego mina z wesołej momentalnie zrzedła. Zaczął iść szybciej. No to super, teraz jeszcze mi się oberwie za to, że znowu palę. Zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Z ziemi zebrałem pudełko zapałek i papierosy. Wszedłem do środka mieszkania i zamknąłem pospiesznie balkon. I już chciałem odłożyć do szafki pudełka, gdy do salonu wpadł Gerard i wyszarpał mi je z rąk. Wybiegł do kuchni i wyrzucił je do kosza.
-Frank, czy ciebie już do reszty popierdoliło? Miałeś nie palić!- nakrzyczał na mnie.
-Przepraszam...
-A co mi po twoich przeprosinach... - powiedział zrezygnowany i usiadł na kanapie.
Podparł się ręką. Powoli do niego podszedłem i usiadłem mu na kolanach. Gerard spojrzał na mnie. Przeczesał ruchem dłoni moje włosy, które opadały mi na twarz. Spojrzał na mnie pewnie, ze skwaszoną miną.
-I co ja mam z tobą zrobić?- spytał.
-Nie wiem.- szepnąłem.
Wstałem z niego, ale on chwycił mnie za nadgarstek.
-Chodź tu, głupku.- westchnął.
Pociągnął mnie mocno za rękę, a ja wylądowałem z powrotem na jego kolanach. Przytulił mnie mocno do siebie, ja wtuliłem się w jego powoli unoszącą się klatkę piersiową. Głaskał mnie po plecach. Oparłem się brodą o niego, aby móc patrzeć prosto w jego oczy. Pocałował mnie w czoło.
-Kocham cię, wiesz?- szepnął.
-Wiem. Ja ciebie też kocham.- odszepnąłem.
-To dobrze.
Pocałował mnie.




poniedziałek, 13 października 2014

GERARD WAY W POLSCE!!!!

O MÓJ DOBRY BOŻE XD Wciąż nie mogę uwierzyć w to wszystko :') Gerard w Polsce! Wreszcie się udało :D Ludzie, łączmy się! Kontaktujmy się i w ogóle! 
Pewnie już to wszyscy wiecie, ale ja musiałam po prostu ogłosić tą nowinę xD Boże, takie święto, aż ciężko uwierzyć :')
No to teraz pozostało przekonać rodziców do pojechania na ten cudowny koncert, hehe xD

piątek, 3 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXI

Elo, elo 3 2 0! xD
Hyhy, no to miłego czytania! xD
______________________________________________________________________________
[Gerard]
W pomieszczeniu panowała bardzo niezręczna cisza. Frank cały czas się na mnie patrzył, a ja na niego. Nie wiedziałem, czy wytłumaczenia jego wystarczą, aby mu wybaczyć. Gorzej, jeśli się okaże, że to, co Mikey powiedział rzeczywiście jest prawdą. Wtedy będę musiał się najzwyczajniej w świecie pozbyć Franka jak najszybciej z domu. Nie będę mógł przebywać z nim w mieszkaniu, a co dopiero w jednym pomieszczeniu. Żal by mi go było trochę wyrzucać, tym bardziej, że raczej nie miał gdzie pójść. To znaczy miał, do swojego domu, ale kto to widział, żeby niepełnoletni chłopak sam się utrzymywał? Może nawet dobrze, że mu szukają rodziny zastępczej. Przynajmniej nie będę się musiał o niego martwić, czy żyje, czy też nie. A co jeśli się okaże, że to co powiedział Mikey to... Kłamstwo? Wtedy będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mikeya wyrzucę z domu, a razem z Frankiem będziemy sobie żyć długo i szczęśliwie. Boże, zabrzmiało to jak koniec jakieś bajki o księciu i królewnie. Wpatrywałem się w bruneta, który spuścił wzrok na podłogę i o czymś myślał. Pewnie układa sobie w głowie to, co ma powiedzieć. Albo układa sobie jakieś perfidne kłamstwo. No nieźle.
-No więc...- odezwał się.
-Co masz mi do powiedzenia, Frank?- spytałem z zaciekawieniem.
-Gerard... To było tak... Kurde...- zaczął się jąkać.- Ty wtedy poszedłeś na te wykłady, prawda?- kiwnąłem głową.- No więc, gdy wstałem przeczytałem sobie kartkę od ciebie i poszedłem do kuchni aby coś zjeść i napić się kawy...
-I co się potem stało?
-No więc, gdy wszedłem do kuchni, zacząłem sobie robić kawę. Wtedy ktoś mnie objął w pasie ramionami i pomyślałem, że to ty, że jednak nie poszedłeś na wykłady. Odwróciłem się i okazało się, że to Mikey... Powiedział mi, że chce się ze mną zabawić. Wystraszyłem się. Przycisnął mnie mocniej do siebie i mnie pocałował... A ja...
-A ty?
-A ja głupi poddałem mu się. Przepraszam...
-Nie przepraszaj, jeszcze przyjdzie czas na przeprosiny. Lepiej mów dalej, co się działo później.- powiedziałem i rozsiadłem się wygodniej w fotelu.
-No więc Mikey jakimś cudem wciągnął mnie do łazienki i... Eh, to było okropne.- ukrył twarz w dłoniach.
Po chwili usłyszałem cichy szloch. Płakał. Nagle i mi zrobiło się przykro. Wstałem ze swojego miejsca i podszedłem do Franka. Usiadłem koło niego na kanapie i go mocno do siebie przytuliłem.
-Frank... Musisz mi powiedzieć, co się działo później.- szepnąłem.
-Gerard, ale to trudne...- wyjąkał.
-Wiem, słońce.- powiedziałem.
Frank wtulił się we mnie. Delikatnie go głaskałem po plecach.
-Gerard... On w-wziął m-mnie sił-łą... Próbowałem się jakoś uwolnić, ale on...- jeszcze bardziej się rozryczał.
-No już, cichutko, Frankie.- ucałowałem go w czubek głowy.
Oddech chłopaka powoli stawał się równy. Leżał na kanapie wtulony we mnie. Nie wiedziałem, co z tym wszystkim robić. Na zewnątrz byłem spokojny, lecz w środku mnie dosłownie wszystko się kotłowało. Byłem niemal jak wulkan, który miał za niedługo wybuchnąć. Zabiję tego gnoja. Jego stopa, nic a nic nie stanie w moim domu już nigdy więcej. Co to, to nie. Nie ma tak dobrze. Niech wraca, skąd przyszedł. Co mnie do jasnej cholery podpuściło, żeby go do siebie przyjmować?! Przecież wiedziałem, jaki jest. Okropny. Biedny Frank na tym najbardziej ucierpiał. Nawet nie chcę myśleć, przez co on musiał przechodzić. Przytuliłem do siebie chłopaka jeszcze mocniej.
-Prze-przepraszam, Gee...- wybełkotał cicho w moją koszulkę.
-Frank, to przecież nie twoja wina...- powiedziałem.
-Ależ oczywiście, że m-moja.- wyjąkał.
-Wcale nie.
Frank usiadł na kanapie i odwrócił się ode mnie.
-Moja i tylko moja...-użalał się nad sobą.- Gdybym wtedy odepchnął Mikeya...
-Gdybyś wtedy odepchnął Mikeya, mogłoby się to gorzej skończyć.- uciąłem mu w połowie zdania.
Frank odwrócił się do mnie przodem. Spojrzałem mu w oczy, które teraz emanowały z siebie bólem i smutkiem. Czerwone, popuchnięte od płaczu. Nagle i mi się zrobiło dziwnie smutno i z moich oczu popłynęło kilka łez, które następnie przetworzyły się w cały wodospad. Chłopak przybliżył się do mnie.
-Nie płacz, Gerardzie.- szepnął.
W żaden sposób nie zareagowałem na jego słowa. Bolało mnie to, że Mikey potrafił go w tak brutalny sposób skrzywdzić.
-Gerard, proszę. Nie płacz już.- jego głos się łamał.
Chwycił moją twarz w dłonie i delikatnymi ruchami kciuka gładził mój policzek. Spojrzałem głęboko w jego oczy i niemal zatopiłem się w tym cudownym, czekoladowym kolorze. Nasze twarze coraz to bardziej przybliżały się do siebie. Nie wytrzymałem i objąłem chłopaka w talii mocno przyciskając do siebie. Pocałowaliśmy się. Pocałunek na początku był delikatny. Po prostu ot taki sobie zwykły całus, bez żadnej brutalności, czy zbędnych czynów. Delikatny, acz nadzwyczaj czuły. Męczyliśmy powoli swoje wargi, jakby cała rzeczywistość gdzieś wyparowała. Z oczu przestały mi płynąć łzy. Myślę, że jakby teraz miały jakiekolwiek łzy wypłynąć z moich oczu, czy z jego, byłyby to łzy szczęścia. Frank oderwał się ode mnie na chwilę.
-Kocham cię.- szepnął wprost w moje wargi i z powrotem wpił się w moje usta.
Tym razem pocałunek przybierał na sile. Frank, jak również i ja wkładałem w niego coraz to więcej zaangażowania. Rozsiadłem się wygodniej na kanapie. Chłopak powoli przenosił się na moje kolana. Przejechał językiem najpierw po mojej dolnej wardze, a później po górnej. Nieznacznie rozchyliłem moje wargi, pomiędzy którymi natychmiast znalazł się język Franka. Moje usta otwierały się coraz szerzej, a on nie czekając ani chwili dłużej wepchnął tam swój język. Połączyłem mój język z tym jego, rozpoczynając walkę o dominację. Nasze narządy smaku plątały się w pięknym tańcu. Ręką zaczął przenosić się wzdłuż mojego ramienia, poprzez policzek, aż wplątał ją w moje czerwone, poplątane włosy. Odczepił się ode mnie.
-Prze...-znów mnie pocałował.-...praszam.
-Frank, już przestań. Każde twoje przeprosiny są dobre, szczególnie takie jak te.- uśmiechnąłem się do niego uwodzicielsko i musnąłem czule jego wargi.
Frank odwzajemnił uśmiech. Teraz już żadne słowa się nie liczyły. Wystarczyła cisza i spokój, oraz wzajemna obecność. Z błogością na twarzach wpatrywaliśmy się w swoje oczy. Gładziłem go po udach, a on bawił się moimi włosami. Boże, był teraz taki piękny... Nawet mi nie przeszkadzało to, że jego oczy były opuchnięte. Na twarzy widniały zdrowe rumieńce. Uśmiechał się szeroko. Oczy iskrzyły się od szczęścia. Był idealny.
-Jesteś taki piękny.- szepnąłem.
Frank wtulił się we mnie.
***
-Gerard, proszę cię, nie! Później będzie, że to ja ci powiedziałem...- jęknął.
-Frank, nie zostawię przecież tak tego!- krzyknąłem, zamaszyście gestykulując rękami.
Tak, nie ma to jak kłótnia na środku chodnika. Niewielu było przechodniów, ale gdy już jacyś znaleźli, patrzyli się na nas, jak na psychopatów, którzy świeżo co uciekli z wariatkowa. Wcale im się nie dziwię. Dwóch facetów, kłócących się o tak naprawdę nie wiadomo co, gdy ty sobie idziesz spokojnie ulicą. Przyciągnąłem go do siebie i objąłem ramieniem. Teraz zgrywamy normalnych ludzi i idziemy spokojnie.
-Czy ciebie do reszty popierdoliło, żeby to tak zostawiać?- szepnąłem mu na ucho.
-Nie, ale...- spuścił wzrok.- Boję się.
-Czego się boisz? Nic ci się przecież przy mnie nie stanie.- powiedziałem i spojrzałem przed siebie.
-Wiem, ale...
-Ale co?
-Nic.
-No właśnie.
Pocałowałem go w czoło. Frank się do mnie delikatnie uśmiechnął, a ja do niego. Jakaś kobieta z synkiem spojrzała na nas z pogardą.
-Mamusiu, a czemu ci dwaj panowie się obejmują tak, jak ty i tatuś?- zapytał chłopczyk.
-Bo to zwykli zboczeńcy, chodź Philip.- rzekła matka i pociągnęła go za rękę i z prędkością światła nas wyminęła.
Poszliśmy dalej kilka metrów, a Frank przerwał ciszę panującą pomiędzy nami.
-Nienawidzę takich ludzi.- mruknął pod nosem.
-Frank, ich nie zmienisz.
Zbliżaliśmy się do kamienicy. Ujrzałem zapalone światło na ostatnim piętrze, w mojej kuchni. Mikey się tam krzątał i coś podśpiewywał pod nosem. Niedługo zniknie ten uśmieszek z jego twarzyczki. Oj, już się nie mogę doczekać. Pchnąłem mocno drzwi wejściowe, a następnie weszliśmy na górę po schodach. Wyjąłem z kieszeni klucze i wsadziłem je do zamku. Spojrzałem na Franka, który zaczynał się powoli denerwować.
-Ej, co jest?- spytałem i przyciągnąłem go do siebie, mocno obejmując w pasie.
-Nic.- odpowiedział i spuścił wzrok.
-Ja nie wiem czemu ty się tak denerwujesz, przecież twoja dziewczyna nie rodzi. Ba, nawet nie masz dziewczyny.- zaśmiałem się i odgarnąłem włosy opadające na jego twarz. Złapałem go za policzki i uniosłem jego twarz do góry. Spojrzałem prosto w jego oczy. Przymknąłem powieki i złożyłem pocałunek na jego wargach. Frank się słabo uśmiechnął.- Wszystko będzie dobrze, skarbie.- przytuliłem go i się od niego oderwałem.
Przekręciłem klucz w drzwiach i je otworzyłem. Natychmiastowo rzuciłem klucze Frankowi do rąk i pobiegłem, nawet nie trudząc się zdejmowaniem butów do kuchni. Już u progu krzyknąłem:
-Mikey, ty bezlitosny draniu!! Jak mogłeś do jasnej cholery coś takiego zrobić?!- szczerze, to nie wiedziałem, jak w ogóle zacząć temat, więc krzyknąłem do niego to, co mi ślina na język przyniosła.
Rzuciłem się na niego i chwyciłem go za podkoszulkę unosząc go lekko do góry. Mikey tylko się głupio zaśmiał i przybrał twarz największego skurwiela, jakiego znam.