niedziela, 31 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XVI

Ale dawno mnie tu nie było... No tak więc, wróciłam, wypoczęta i gotowa do pracy nad pisaniem tego opowiadania! *Ba dum tss tss*  Cóż, wróciłam o drugiej w nocy, pospałam godzinę i co? WENA! Mój mózg to geniusz zła... Dobra, ale ja tu może nie będę opowiadać historii z życia wziętych... A no i jeszcze jedna informacja. Rozdziały będą się pojawiać w weekendy, czyli sobota lub niedziela, w zależności od tego, gdy będę miała czas albo będzie skończony rozdział. Urwanie głowy teraz mam, nawet tego nie będę już tutaj opowiadać, co ja to robię w poszczególne dni tygodnia... xD Za dużo tego jest, ale to na moje własne życzenie.
No to czytajcie i komentujcie!
___________________________________________________________________________________________
[Frank]
-Gerard, proszę cię... Musimy tam iść?- zapytałem błagalnym tonem, podczas gdy Gerard wyciągał z szafy ubranie.-Gdziekolwiek zamierzasz mnie zabrać...-dodałem.-Wolałbym posiedzieć w domu...
-Przestań marudzić. Idziemy na długi spacer i koniec.
-Proszę cię, jest dwudziesta druga, a tobie zachciało się spacerować!
Rzuciłem się na łóżko. Twarz umieściłem w poduszkach. Nienawidzę jego chorych pomysłów. Zwłaszcza, że jest lato i nie chce mi się wychodzić nigdzie. Taka ironia losu. W zimę mógłbym wychodzić z domu o każdej porze dnia i nocy, za to w lato nie mam po prostu ochoty na włóczenie się bez celu. Co prawda jest wieczór i nie jest już tak gorąco jak za dnia, ale no do cholery nie chce mi się nigdzie iść! Ten człowiek jest z pewnością niedorobiony, ale i tak go kocham.
Poczułem, jak materac ugina się pod wpływem ciężaru Gerarda. Odwróciłem głowę w jego stronę. Opierał się na łokciu. Wpatrywał się we mnie swoimi zielonymi tęczówkami. Nie, nie złamie mnie. Nie pod wpływem oczu. Nie, kurwa Frank! Nie daj się! Mężczyzna zatrzepotał swoimi długimi rzęsami.
Cholera. Tak się nie da. Nie w ten sposób.
-Idiota.
-No miło mi, a ja Gerard.- zaśmiał się.
-Spierdalaj.
Przewróciłem się na drugi bok, tyłem do niego.
-Frank...?
-Czego?
-Jesteś w ciąży? Chociaż chyba ostatnio aż tak nie zabawiliśmy się...
-Co ty ćpałeś człowieku?
-Nic. Po prostu się tak zachowujesz, jakbyś był w ciąży. W sumie pieprzyliśmy się bez prezerwatywy...
Odwróciłem się do niego przodem i przywaliłem mu z liścia w twarz. Syknął i złapał się za z pewnością piekący policzek.
-Kurwa, za co?!- krzyknął.
-Za żywota. Nie dość, że cię pojebało ze spacerem o tej porze...-zamilkłem.- Ej, a może to ty jesteś w ciąży?
Pokiwał przecząco głową i opuścił rękę.
-Jesteś zboczonym dupkiem.- oznajmiłem.
-Dziękuję za te, jakże miłe określenia, kochanie.- przybliżył się do mnie i złożył czuły pocałunek na moich wargach.
Wstał z łóżka. Podszedł do szafy, a ja miałem idealny widok na jego zajebiście zgrabny tyłek, niestety ukryty w ciemnych, jeansowych rurkach. No i oczywiście plecy i silne ramiona, które aktualnie nie były przykryte żadnym, zbędnym materiałem.
-I kto tu jest zboczony?- wymamrotał pod nosem.
-Ej! Ja wcale nie jestem...!
-Właśnie widziałem z jakim pożądaniem patrzyłeś się na mój tyłek.
-Wcale, kurwa, nie!
-Wmawiaj sobie dalej! Nanana!- zaśpiewał słodziutkim głosikiem pięcioletniej dziewczynki.
Wstałem z łóżka i podszedłem do Gerarda, który już mi działał mocno na nerwy. Chichotał pod nosem i wydawało się, że wcale nie miał zamiaru przestać. Czyżby lubił mnie denerwować?
-A chcesz jeszcze raz dostać w twarz?- spytałem i zmierzyłem go spojrzeniem, które powinno sprawić, że ten oto tu Gerard Dupek Arthur Way powinien paść na podłogę nieżywy.
-Nie dziękuję, nie potrzebuję.- odpowiedział dalej się śmiejąc.
-Grrr, weź mi już najlepiej zejdź z oczu.
-Jak chcesz, skarbie.
Wyjął z szafy pierwszą lepszą podkoszulkę o kolorze zgniłej zieleni i wyszedł z sypialni. Stałem jak wryty przy szafie. Po chwili usłyszałem otwieranie zamku w drzwiach.
-Gerard, zaczekaj!- krzyknąłem spanikowany.
Przecież nie mogę zostać tu sam, jeszcze bym zrobił sobie krzywdę. Ta, co najwyżej bym spalił wodę gotującą się w czajniku. Zgasiłem światło w pokoju i poszedłem do przedpokoju, gdzie stał Gerard oparty o framugę drzwi. Ręce miał skrzyżowane na piersi i dalej chichotał. Jezu, moje wkurzenie w tej chwili nie znało granic.
-Haha, wiedziałem, że będziesz się bał zostać sam.- powiedział, gdy zakładałem czarne, podniszczone conversy.
-Wcale nie!- posłałem mu mordercze spojrzenie, na co on się jeszcze bardziej roześmiał.
Co on dzisiaj w takim dobrym humorze jest? Wstałem z podłogi. Chłopak westchnął. Stanąłem przed nim i uderzyłem go pięścią w brzuch. Zamknął drzwi na klucz.
-Weź mnie już nie bij, dobra?
-To ty przestań być taki.
Zeszliśmy po schodach i stanęliśmy pod kamienicą.
-Niby jaki mam przestać być?- spytał po chwili wpatrywania się w moje oczy.
-Taki jak przed chwilą. Wkurzasz mnie.
-Och, no dobrze. Już nie będę, mamo.
-Nie jestem twoją matką! Boże, Gerard ogarnij już się!
-Przestań się tak denerwować, złość piękności szkodzi. I dziecku chyba też, o ile się nie mylę.
A ten znowu pieprzy o tej ciąży, no ja nie wytrzymam z nim nerwowo.
-Przestań do jasnej cholery! Jesteś idiotyczny. Słyszysz? Idiotyczny!
No to teraz, to już mam totalny bulwers, jakiego nigdy nie miałem.
-Frank, trzy głębokie wdechy, przecież się tylko z tobą droczę.- odparł zakłopotany, jeszcze w takim stanie mnie nie widział i chyba już mu się odechciało ze mnie nabijać.
Posłuchałem jego rady. Trzy głębokie wdechy i człowiek jak nowy. Gerard podszedł do mnie i objął mnie delikatnie ramieniem, jakby się bał, że gdy tylko mnie dotknie, wybuchnie bomba. Szliśmy powoli, bo przecież nikomu się nie spieszyło do domu. Są wakacje i w dupie to, że jest już po dwudziestej drugiej. Lampy uliczne mdłym światłem oświetlały chodnik. Weszliśmy do parku, w sumie prawie lasu, gdzie po jakimś czasie zostaliśmy odcięci od jakiegokolwiek źródła światła, nie licząc księżyca, dzięki któremu było widać gdzie idziemy. Usiedliśmy pod dużym drzewem. Gerard dalej obejmował mnie ramieniem, a ja wtuliłem się w jego delikatnie unoszącą się klatkę piersiową. Wsłuchiwałem się w bicie jego serca, które jako jedyne wypełniało całą ciszę w moich uszach. Wiał lekki wiatr, było przyjemnie ciepło.
-Właściwie to po co tu przyszliśmy?- przerwałem ciszę.
-Posiedzieć i napawać się swoją obecnością. Czy to niewystarczające?
-Nie, skądże. Po prostu zapytałem. Co, pytać już nie wolno?
-Wolno.
I znów zapadła cisza. Wdychałem jego zapach. Delikatne perfumy i coś, co należało tylko do niego. Ten jeden jedyny niepowtarzalny zapach, który tak kocham. Zapach mojego chłopaka. Jezu, nawet nie wiem, kiedy staliśmy się parą. To stało się tak nagle. Obawiam się tylko, że mogę go stracić. A to może się stać w sumie za niedługo. Trafię do jakiejś rodziny zastępczej i dupa. Chociaż w sumie może nie będzie aż tak źle? Może mnie zaakceptują jako geja i będę mógł się spotykać z Gerardem? Chciałbym, żeby tak było. Wtedy będzie po prostu cudownie. Spojrzałem na twarz czerwonowłosego. Wpatrywał się tępo przed siebie.
-Na co się tak patrzysz?
-A jak myślisz, na co można wpatrywać się w lesie?- zaśmiał się i spojrzał prosto w moje oczy.
Uśmiechał się przepięknie.
-Na drzewa?
-Brawo!
Zbliżyłem się do jego twarzy i pocałowałem go czule w usta. Oddał pocałunek od razu rozpychając moje wargi swoim językiem, który po chwili splątał z moim. Gniótł w ręce moją podkoszulkę. Uniosłem rękę i zacząłem bawić się jego włosami. Powoli kładłem się na ściółce leśnej, a pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Gerard nie zaprzestawał zabawy z moim podkoszulkiem, pod który wsadził swoją dziwnie zimną rękę. Siadł na mnie okrakiem. Oderwał się od moich ust.
-Kocham cię, wiesz?- szepnął prosto w moje usta.
-Wi...
Zamknął moje usta jeszcze jednym pocałunkiem. Oderwał się i spojrzał głęboko w moje oczy. Zielone tęczówki teraz wydawały się bardzo ciemne.
-Może już wracajmy, co?- spytałem.- Jest już późno...- spojrzałem na zegarek na ręce, który wskazywał godzinę dziesięć po jedenastej.-... i zimno.
-No dobrze, dobrze. Mój kotek nie może zmarznąć.
Wstaliśmy z wilgotnej ziemi i udaliśmy się w stronę wyjścia z lasu.
Gdy wyszliśmy z alejki parkowej wkroczyliśmy na chodnik przed kamienicą. Gerard stanął jak wryty.
-Coś się stało?
Nie odpowiedział.
-Gerard?- pomachałem mu ręką przed oczami.
-Nie nic, Frankie. Po prostu się zamyśliłem.- uśmiechnął się.
Weszliśmy do mieszkania. Udałem się do salonu, do którego po chwili wszedł Gee.
-Napijesz się czegoś?- spytał.
-Kawy.
Po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi.
-Otworzę.- oznajmił Gerard.
Udał się do przedpokoju, a ja rozłożyłem się na kanapie. Przekręcanie klucza.
-Co ty tu robisz?!








piątek, 15 sierpnia 2014

Ogłoszenie Parafialne

Witam!
Od czego by tu zacząć... No więc, wyjeżdżam dzisiaj wieczorem do Chorwacji i nie będzie mnie przez dwa tygodnie, co również wiąże się z tym, że nie pojawią się przez ten czas następne rozdziały opowiadania "Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes". Nie będę miała za bardzo jak pisać, więc to drugi powód, przez który nic nie dodam, no i w końcu potrzebuję trochę odpoczynku. xD Dodam coś dopiero po 1 września. Wiecie, szkoła i te sprawy się zaczną, więc rozdziały też będą się rzadziej pojawiać. Cóż, zapracowany człowiek jestem i opędzam dwie szkoły... xD 
No to chyba tyle z mojej strony...
Do zobaczenia (Boże, jak to głupio brzmi xD) za dwa tygodnie! :)
xoxo
Nancy.

środa, 13 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XV

[Gerard]
-Kogo tu przywiało o tej porze?- zapytał zaskoczony Frank.
-Nie wiem. Kurwa weź się lepiej ubierz.- powiedziałem.
-Sam się lepiej ubierz, bo to ty otwierasz drzwi, a nie ja.- zaśmiał się.
-Spierdalaj, kochanie.- cmoknąłem go w usta.
Wstałem szybko z łóżka i zebrałem rzeczy, w których dzisiaj spałem z podłogi. Ubrałem bokserki i wyszedłem z pokoju. W drodze do drzwi wrzuciłem na siebie podkoszulkę. Stanąłem przed drzwiami, przeczesałem ręką włosy i otworzyłem drzwi. Za nimi ujrzałem pana Shidley. No tak. Wczoraj tu był, ale nas nie było. Pewnie teraz będzie chciał z nami posiedzieć i jakże "miło" spędzić czas, który mogliśmy przeznaczyć na dużo przyjemniejsze rzeczy. Jezu, człowieku! Ty to masz wyczucie czasu...
-Dzień dobry.- powiedział.
-Dzień dobry...
-Mogę?
-Tak, oczywiście.
Wpuściłem lekarza do środka i zamknąłem drzwi. Pan Shidley wszedł do środka, nawet nie myśląc o tym, aby zdjąć buty. A ja tu niedawno sprzątałem. Uduszę, po prostu uduszę.
-Co pana do nas sprowadza?- podrapałem się po karku i wszedłem za nim do salonu.
-Cóż, przyszedłem was odwiedzić i zobaczyć jak tam, bo wczoraj was nie zastałem...
-A no tak, byliśmy na spacerze.-oznajmiłem.- Przecież Frank nie może cały czas w domu siedzieć.
-A gdzie on teraz jest?- spytał.
-Jeszcze śpi.- skłamałem.- No ewentualnie już się obudził...
-To idź po niego.
-Dobrze...
Cholera, a on tam leży nagi w tym pokoju i nie wiadomo czy zachciało mu się ubrać. Ja pierdolę. Otworzyłem drzwi do pokoju i zobaczyłem Franka grzebiącego w szafie. Dobra, przynajmniej ma na sobie bokserki. Wyjął po chwili spodenki i podkoszulkę i włożył na siebie. Odwrócił się w moją stronę.
-Kto przyszedł?
-Pan Shidley...- mruknąłem.
-Kurwa, właśnie teraz musiał?
-Ta...-szepnąłem i się do niego zbliżyłem.- Musimy tam iść teraz.- objąłem go w pasie i pocałowałem.
-Okej...
Wyszliśmy z pokoju i usiedliśmy w salonie. Pan Shidley spojrzał na nas dziwnie.
-To co się stało?- spytałem już wkurzony jego obecnością.
-Dowiedziałem się od waszego sąsiada dzisiaj, jak tutaj szedłem, że Frank wczoraj był pijany...
Zatkało mnie. Co za idiota. Jak on mógł powiedzieć. Jak?
-Jeszcze raz taki wybryk, a chyba będziemy musieli go stąd zabrać... W sumie to i tak już mu szukamy rodziny zastępczej.*
No to już totalnie mnie zmiażdżyło. Że niby chcą mi odebrać mojego Frania?
-Co? Jak to?- zapytał Frank.- Ale mi się tu dobrze żyje, naprawdę. Gerard jest miły i w ogóle... Zajmuje się mną, jest świetny.- chyba dostał słowotoku.- Lubię go, naprawdę, bardzo go lubię. Nie chcę żadnej, głupiej, popierdolonej rodziny zastępczej!- krzyknął i wstał z fotela.
Wybiegł z salonu. Usłyszałem trzask drzwi i przekręcanie klucza. Jest w swoim pokoju, na szczęście.
-Słyszał pan?
-Tak, ale to dla jego dobra. Musi dalej się wychowywać w normalnej rodzinie.- oznajmił pan Shidley.
-Nie rozumie pan, że mu tu jest dobrze?- spytałem z wyrzutami.
-Rozumiem, ale może być mu jeszcze lepiej.
-Nie. Nikt mi go nie odbierze.
-Myślę, że klamka już zapadła. Przykro mi, panie Way.
-Czy pana już naprawdę posrało? Chłopak chce tu zostać to niech zostanie. Ma prawo decydować o swoim życiu. Nikt mu nie będzie niczego wciskał na siłę.
Mężczyzna wstał i udał się do drzwi wejściowych. Poszedłem za nim. Otworzyłem drzwi. Lekarz odwrócił się do mnie.
-Zastanów się nad tym dobrze. Jeżeli zależy ci na jego szczęściu, to byś pozwolił mu odejść.
-Kurwa niech pan już stąd idzie, bo mi działa pan na nerwy! Frank jest tu szczęśliwy, a ja go nikomu nie oddam! Żegnam pana!- krzyknąłem.
Wypchnąłem go za drzwi i je zatrzasnąłem.
Co za ludzie. Chcą kogoś uszczęśliwiać na siłę, nawet gdy ten ktoś już zaznał prawdziwego szczęścia. Dlaczego ludzie są na tyle debilni, żeby w ogóle chcieć komuś to szczęście zabrać? Trzeba być naprawdę pojebanym. Nie rozumiem ludzi. Zamknąłem drzwi na klucz i podszedłem do drzwi pokoju Frania. Zapukałem.
-Czego?- usłyszałem płaczliwy głos.
-Frankie, wyjdź z pokoju. Porozmawiajmy.
-Pierdol się. Pierdolcie się wszyscy!- krzyknął.
Huk. Najprawdopodobniej rzucił czymś o drzwi. Co za człowiek. Poszedłem do kuchni po coś, czym mógłbym otworzyć te przeklęte drzwi. Czasem się zastanawiam, odkąd Frank mieszka u mnie, po cholerę ktoś tu zakładał drzwi od sypialni zamykane na klucz. Jest to zbędne, gdy ma się na utrzymaniu takiego idiotę, jak on. W końcu wziąłem śrubokręt i wyjąłem drzwi z zawiasów. Tak, brawa dla mnie. Lepszego pomysłu nie było. Odstawiłem drzwi przy ścianie, delikatnie aby się przypadkiem nie osunęły na podłogę. Przekroczyłem próg pokoju. Na podłodze leżał rozwalony telefon. Podniosłem jego części. Przetrwał, tylko szybka lekko pękła, ale prawie nie widać. Odpadła obudowa. Złożyłem telefon do kupy i odłożyłem na szafkę nocną. Frank leżał na łóżku i płakał. Jezu, jemu się zmienia nastrój jak kobiecie w ciąży. Rano wkurzony, potem smutny, potem napalony, potem wesoły, a teraz płacze. Masakra. Wszedłem na łóżko i położyłem się obok Franka. Objąłem go ramieniem i przysunąłem do siebie.
-Idź stąd.- załkał chłopak.
-Nie.
-Zostaw mnie.
-Nigdy cię nie zostawię.- oznajmiłem.
Chyba nie chciał dłużej ze mną się kłócić. Zamilkł. Cicho szlochał w poduszkę. Odwrócił się do mnie przodem i wtulił w moją klatkę piersiową. Zaczął moczyć moją podkoszulkę. Jego małe serduszko biło, jak opętane. Oddech był płytki i nierówny. Gładziłem go delikatnie po plecach.
-Ja n-nie ch-chcę s-stąd od-dchodzić...-wyjęczał i wybuchł płaczem.
-Spokojnie, wszystko się uło...
-Jak mam być do cholery spokojny, gdy wszystko się sypie?!- krzyknął.
-Będę o ciebie walczył, Frankie.
Uspokoił się, gdy usłyszał te słowa. Jego oddech stał się równiejszy, a serce biło już normalnym tempem.
-Nikt mi ciebie nie zabierze, obiecuję.- szepnąłem mu do ucha.- Kocham cię, bardzo mocno.
-Gee... Ja ciebie też.
Pocałowałem go w czoło. Usiedliśmy na materacu. Frank dalej się we mnie wtulał. Pocałowałem go w usta. Uśmiechnął się uroczo i wstał. Zaraz... Wspominałem, o tym, że Frank ma wahania nastroju, jak kobieta w ciąży. Oto tego dowód. Był zrozpaczony, teraz jest znowu szczęśliwy! Nie wiem, co na niego tak działa, ale to nie ważne.
Teraz liczy się tylko on, muszę o niego walczyć...

_________________________________________________________________________________
*Nie no, fuck! Amia, odkryłaś mnie noooo lol xD 





niedziela, 10 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XIV

[Gerard]
Frank zasnął. Z kolejną poważną rozmową muszę czekać do jutra. Z nietrzeźwym chłopakiem będzie ciężko rozmawiać. Całe szczęście, że ten upierdliwy sąsiad nie zadzwonił na policję. Miałbym poważne problemy. Jak teraz przychodzi mi na myśl, że mogli mi odebrać młodego Iero, to nie wiem co bym po prostu zrobił. Zdążyłem się do niego za bardzo przywiązać, więc to by była wielka strata. Po za tym cóż... Kocham go. Jest dla mnie bardzo ważny, nie mógłbym znieść, że by go zabrakło. Przykryłem chłopaka szczelnie kocem. Siedziałem jeszcze chwilę przy nim i wpatrywałem się w jego twarz. Spał spokojnie, jak małe dziecko. Od czasu do czasu jego powieki lekko drgały. Długie rzęsy rzucały nikłe cienie na jego miękkie, blade policzki, pokryte teraz delikatnym, zdrowym rumieńcem. Miał lekko rozchylone swoje mięciutkie wargi. Złożyłem pocałunek na jego czole, po czym wstałem i poszedłem do łazienki aby się umyć.

Wcisnąłem na swój tyłek bokserki. Następnie włożyłem luźny podkoszulek i wyszedłem z łazienki. W salonie było słychać ciche pochrapywanie. Podszedłem do drzwi do swojego pokoju i przez chwilę zawahałem się przed otworzeniem. Nie zostawię go przecież tam na tej niewygodnej kanapie. Rano będzie cały obolały. Wróciłem się do salonu i delikatnie wziąłem bruneta na ręce. Mamrotał coś pod nosem. Zmarszczył brwi i wtulił się w moją klatkę piersiową. Zgasiłem światło w salonie i wszedłem do pokoju chłopaka. Ułożyłem go na łóżku i zdjąłem mu spodnie. Został w podkoszulce i bokserkach. Przykryłem go kołdrą. Stałem chwilę w miejscu, aż w końcu zdecydowałem, że się z nim położę. Kanapa w mojej pracowni nie należała do najwygodniejszych, co prawda nie narzekałem na bezsenność ostatnio, ale teraz myślę, że chyba bym nie zasnął bez Franka przy sobie. Odchyliłem powoli kołdrę z drugiej strony łóżka i ułożyłem się obok chłopaka. Przysunąłem się do niego i objąłem go ręką w pasie. Stykaliśmy się całą długością ciał. Przyjemne uczucie móc tak bezkarnie się do niego przytulać. Szkoda, że nic o tym nie wie... Wtedy by było jeszcze milej go przytulać.
***
-Co ty odpierdalasz w moim łóżku do cholery jasnej?!- ze snu wyrwał mnie donośny krzyk Franka.
Nieprzytomnym wzrokiem przeczesałem pomieszczenie, w celu znalezienia chłopaka. Siedział obok mnie, szybko oddychał. Był przerażony. Bał się, że zrobiłem coś złego. Ja pierdolę.
-Frankie? Nie bój się.
-Kurwa, to jak zamierzasz mi wytłumaczyć to, że śpimy razem?!-krzyczał dalej.
-Ale spokojnie, nie denerwuj się. Złość piękności szkodzi.- zaśmiałem się.- Wróciłeś wczoraj pijany... Odniosłem cię do twojego pokoju i po prostu się z tobą położyłem. Czy to coś złego?- zapytałem.
-Nie, ale...
-Ale?
-Wystraszyłem się.- szepnął.
-Nie miałeś czego. Nie mam złych intencji wobec ciebie.
Pokiwał głową, na znak, że rozumie. W pomieszczeniu zapanowała cisza. Frank spuścił wzrok.
-To może byś mi powiedział teraz, czemu sąsiad musiał cię przyprowadzić wczoraj i to na dodatek pijanego?-spojrzałem w jego oczy.
Frank ze strachem błądził wzrokiem po całym pokoju, byleby nie patrzeć w moje oczy.
-Mógłbyś na mnie spojrzeć?- chwyciłem jego twarz w dłonie.- I powiedzieć mi, dlaczego?- dodałem.
-Tak mogę...-puściłem jego twarz, a Frank oddalił się ode mnie.- Wkurzyłeś mnie. Wiesz jakie te tabletki są mocne? Bałem się, że już się nie obudzisz...
-Ale się obudziłem i żyję. Nic mi nie jest. Wiem, że to było bardzo złe, ale obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię, za to ty...
-Co ja? Co złego w tym, że poszedłem się upić?- zapytał z wyrzutami.
-To, że mogło ci się coś stać, a ja bym tego nie zniósł.
-Ty? Ty się o mnie martwisz niby?
-Tak...
-Przestań, bo jeszcze w to uwierzę.
-Tak, Frank. Bałem się o ciebie jak cholera, a ty nic sobie z tego nie robisz.- warknąłem.-Bałem się, bo cię kocham...- ostatnie słowa powiedziałem cicho i bardziej do siebie.
Chyba nie usłyszał. Chyba.
-To było bardzo nieodpowiedzialne, Frank.- stwierdziłem.
-Jestem dzieckiem.- oznajmił Iero.- Więc mogę być nieodpowiedzialny.
-Ale...- zawahałem się.
-Ah, skończ już pieprzyć bez sensu.- rzucił się na mnie i zamknął mi usta pocałunkiem.
No czegoś takiego to ja się nie spodziewałem... Był to krótki, lecz przepełniony uczuciem pocałunek. Po chwili Frank, gdy oderwał się ode mnie, spojrzał mi głęboko w oczy. Gdyby jego spojrzenie zabijało, to bym dawno leżał już martwy. Jego spojrzenie przeszywało mnie na wylot. Dobrze wiedział czego chcę i teraz już do tego dojdzie, czy chce, czy nie, ale sądząc po tym, co przed chwilą zrobił, to chyba tak. Długo nie czekając rzuciłem się na chłopaka i wpiłem się bestialsko w jego usta. Męczyłem jego wargi swoimi, naparłem na niego całym ciałem. Frank położył ręce na moich plecach. Zaczął je gładzić w górę i w dół. Przygryzłem jego dolną wargę i lekko ją pociągnąłem. Chłopak rozchylił bardzo zachęcająco swoje usta, a ja wepchnąłem tam swój język. Walczył swoim o dominację, lecz na próżno. Wygrywałem z nim. Frank zjechał swoimi dłońmi na moje pośladki i lekko mnie klepnął w jeden. Oderwałem się od niego i usiadłem na nim. Patrzyłem z uwielbieniem na jego twarz, a on uroczo się uśmiechał. Postanowiłem pozbyć się z niego zbędnych części garderoby. Zerwałem podkoszulkę, która chyba nawet się rozerwała. Nie wiem, rzuciłem ją za siebie. Potem zająłem się swoją. Iero zmierzył mój tors wzrokiem i przygryzł wargę. Zachichotałem i pochyliłem się nad jego klatką piersiową. Ucałowałem ją, a potem zrobiłem ślad językiem na jego nieskazitelnie białej skórze od samego podbrzusza, kończąc na obojczykach. Ugryzłem go w szyję, na co jęknął głośno i przeciągle, a następnie pocałowałem go w tamto miejsce. Dobra, koniec tego obijania. Jeszcze raz go pocałowałem delikatnie w usta.
-Kurwa, Gerard. Zrób to w końcu, a nie.- wymamrotał Frank.
-Na pewno tego chcesz?- zapytałem.
-Tak!- krzyknął.
-No, to dźwignij się troszeczkę, Frankie.- wyszeptałem wprost do jego ucha, na co lekko drgnął.
Zgodnie z moją prośbą, chłopak uniósł delikatnie biodra, a ja zsunąłem z niego bokserki. O dobry Boże. Jakie on miał piękne ciało. Delikatnie umięśniony brzuszek i ta jego męskość... Z pewnością był już młodym mężczyzną, pomimo swojego wieku. Poczułem, jak dolną partię mojego ciała zalewa fala ciepła. Nie wiem ile się w niego wpatrywałem, ale z błogiego stanu wyrwało mnie lekkie szturchnięcie. Spojrzałem na jego twarz.
-No i na co się tak patrzysz, głupku?- zapytał.
Jego twarz oblały czerwone, niezdrowe rumieńce, co dodawało mu uroku. Zakrył twarz dłońmi, aby odciąć widok od jego zaczerwienionych policzków. Uroczo.
-Mrr, uroczy jesteś.- wymruczałem przy jego uchu.
-Spierdalaj, Gee.- szepnął.
-I niegrzeczny.-zachichotałem.
Pozbyłem się swojej bielizny i zszedłem z Franka. Pochyliłem się nad nim. Patrzyliśmy sobie w oczy. W jego miodowych tęczówkach tańczyły złote iskierki. Przymknąłem powieki i delikatnie, ale czule musnąłem jego wargi. Odwróciłem go na brzuch i rozchyliłem jego nogi. Pomasowałem zewnętrzną stronę bioder. Obśliniłem swoje palce i po kolei zacząłem je wsadzać w Franka. Poruszałem nimi chwilę w nim. Wyjąłem.
-Gotowy?- spytałem.
-Tak.
-Na początku może trochę boleć, ale później odczujesz już tylko przyjemność.-oznajmiłem.
Frank coś mruknął stłumionym przez poduszkę głosem. Chyba zrozumiał. Powoli i delikatnie wszedłem w Franka, aby nie zrobić mu krzywdy i żeby go to zbytnio nie bolało, ale i tak usłyszałem głośny krzyk spowodowany zapewne bólem.
-Wszystko w porządku? Jak chcesz to nie musimy dzisiaj tego robić.
-Kurwa, Gerard. Weź to wreszcie zrób, a nie jakieś sranie w banie.- zbulwersował się.
-No dobrze, już dobrze.- mruknąłem pod nosem.
Wszedłem cały w Franka, a on przeciągle jęknął. Zacisnął mocno pięści na poduszce. Zacząłem się bardzo powoli w nim poruszać. Chłopak wygiął się pod wpływem szybszych ruchów. Teraz już tak jakby odpłynął. Co jakiś czas tylko krzyczał, żebym zwiększył tempo, albo po prostu z przyjemności. Czułem, że zaraz dojdę. Zrobiłem kilka mocnych pchnięć. Płyn wypłynął ze mnie prosto w Franka. On również osiągnął spełnienie i wytrysnął na czarną pościel. Teraz z białą plamą na przodzie. Położyłem się obok niego. Frank wtulił się w moją klatkę piersiową, a ja delikatnie gładziłem jego plecy. Uniósł wzrok na mnie i cmoknął mnie w usta. Gdy się oderwał, ja pocałowałem go z większym zaangażowaniem. Przeczesałem ręką jego włosy i pocałowałem go w czoło.
-Kocham cię, skarbie.- szepnąłem.
Frank posłał mi jeden z najwspanialszych uśmiechów na świecie.
-Ja ciebie też, Gerardzie.- odpowiedział.
Nagle po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi.
O cholera.



piątek, 8 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XIII

Pragnę podziękować Amii, dzięki której zebrałam się w sobie i napisałam w końcu tą część xD Bez jej pomocy ten rozdział pojawiłby się może za tydzień... xD
No to ten tego, Enjoy! :)
_____________________________________________________________________________
[Gerard]
Obudziłem się na kanapie w swoim pokoju. To dziwne, nie pamiętam abym upadł na kanapę po wzięciu kilku tabletek nasennych. Moja twarz wtedy spotkała się z podłogą... A może nie? Dobra, nie ważne. Zwlokłem się z łóżka i chwyciłem mój telefon, który leżał na biurku pod stertą kartek z rysunkami. Spojrzałem na wyświetlacz. Już szesnasta? Cholernie mocne te tabletki. Tego się nie spodziewałem. Nigdy nie brałem ich w takiej ilości gdy miałem problemy ze snem... Boże, ja się dziwię, że mocne, a przecież wziąłem ich pięć, albo więcej. Jeszcze kilka i nie wiadomo czy bym się obudził. Jestem geniuszem. Podrapałem się po karku.
No świetnie. Frank tu musiał być, bo niby jak bym się znalazł na łóżku? Łaziłbym podczas snu? Wątpię. Podszedłem do drzwi. Położyłem rękę na klamce. Tam czeka mnie istne piekło. Z trudem otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Cisza. Z salonu jedynie dobiegały ciche odgłosy telewizora. Udałem się powoli do salonu, gdzie czeka mnie pewna śmierć z rąk Franka. Nie wiem, jaka była jego reakcja na widok leżącego mnie na podłodze, ale wiem, że teraz na pewno będzie zły. W salonie siedział Frank w fotelu. Patrzył się tępo w ekran telewizora i oglądał jakąś hiszpańską telenowelę. Przeczesałem swoje włosy do tyłu i odchrząknąłem, aby chłopak zwrócił na mnie uwagę. Niestety to nie poskutkowało. Miał mnie gdzieś. Podszedłem do fotela, w którym siedział i oparłem swoje dłonie na jego kolanach. Zdzielił mnie z pięści po dłoniach.
-Kurwa, to bolało!- krzyknąłem.
-Tak? Mnie też bolało, jak zobaczyłem cię rano nieprzytomnego, a obok tabletki nasenne.- spojrzał na mnie złowrogo.
-Frankie, skarbie...
-Nawet nie waż się tak do mnie mówić.- syknął.
Był wkurzony i to bardzo.
-Przepraszam.
-Spierdalaj.- powiedział i wstał z fotela.
Walnął mnie dłonią w twarz. Wybiegł z pokoju. Chwyciłem się za piekący policzek i zacząłem go masować. Po chwili usłyszałem trzask drzwi frontowych. Super. Poszedł sobie. To wszystko moja wina. Jestem beznadziejny. Wyłączyłem telewizor, po czym zgarnąłem z podłogi podkoszulkę, którą tu wczoraj zostawiłem i wyszedłem z mieszkania. Daleko to on nie pójdzie. Nie zna okolicy. Prędzej się zgubi, albo go ktoś napadnie w najgorszym przypadku.
Gdzie by ten gnojek mógł pójść? Jedyne co znajduje się w tej okolicy to park. Tak więc pójdę do parku. Może go tam znajdę. Żywego lub... Martwego. Kto wie. Znajdowałem się na alejce w parku. Rozglądałem się dookoła siebie. Świeciło słońce, było ciepło. Przynajmniej się nie przeziębi i nie zamarznie. Jeden plus w całej tej sytuacji. Nigdzie nie było śladu po chłopaku, więc postanowiłem wrócić do domu. Gorzej będzie jak przyjdzie ten facet ze szpitala dzisiaj w odwiedziny. No właśnie. O wilku mowa. Stałem jak wryty przed kamienicą, gdzie właśnie z BMW wysiadł pan Shidley. O cholera jasna. Odwróciłem się na pięcie i powróciłem do parku. I co ja teraz będę ze sobą robił tyle czasu? Co za popierdolony gówniarz. Mógł chociaż powiedzieć, gdzie wychodzi, a nie, ani do widzenia, ani żadnej informacji, ani pocałuj mnie w dupę, tylko wychodzi i nie wiadomo czy w ogóle ma zamiar wrócić. A co jeśli mu się coś stanie? Przecież jestem za niego odpowiedzialny, powinienem go pilnować. Martwię się o niego. Ale cóż, to jego sprawa. Chyba zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie go czekają. Lepiej by było po prostu pójść na policję i zgłosić jego zaginięcie, lecz gdy okaże się, że Iero postanowił się naćpać albo upić, mógłbym mieć bardzo duże problemy z prawem. Tego bym chyba nie chciał. Jeszcze dużo życia przede mną, a nie chciałbym go sobie zniszczyć przez jednego bezmyślnego chłopaka. Spróbuję może do niego zadzwonić. Ciekawe czy ten kurdupel w ogóle postanowił wziąć telefon... Znając go to pewnie nie, ale warto spróbować zadzwonić. Wyciągnąłem z kieszeni spodni lekko za kolana telefon i wybrałem numer do Franka. Minęło kilka sygnałów i włączyła się poczta głosowa. Co za idiota. No to cudownie. Teraz muszę się tutaj pałętać, kto wie ile czasu, aż znajdę Franka, albo po prostu jak pan Shidley sobie postanowi wrócić do pracy. To wszystko wina Franka. Chociaż nie, bardziej moja, bo to ja wziąłem te cholerne tabletki. Teraz byśmy mogli siedzieć spokojnie w salonie, popijając kawę, albo rozmawiać, albo się tulić, czy nawet całować tak, jak wczoraj. No właśnie, czemu Frank tak nagle mnie odepchnął? Czy coś ze mną było nie tak? Chyba nie... Może po prostu zagalopowałem się za daleko i się wystraszył... Cóż, na następny raz nie mogę od niego wymagać tak wiele. Chłopak ma szesnaście lat i miał prawo być przerażony.
***
Minęła godzina, może dwie, podczas gdy ja obszedłem cały park dookoła przynajmniej z dziesięć, piętnaście razy. Franka nie znalazłem, nie było po nim ani śladu. Czyli jest źle. Jest tragicznie. Mógł przecież wrócić już do domu, co jest mniej prawdopodobne. Nie sądzę, żeby chciał tam wracać. Za to ja już chcę, bo nie chcę po raz kolejny obejść cały park. Skierowałem się do kamienicy, w której mieszkałem. Wszedłem po schodach na ostatnie piętro i stanąłem przy drzwiach do mojego lokum. Przekręciłem klucz w zamku i wślizgnąłem się po cichu do środka z nadzieją, że Frankie już wrócił. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz, zdjąłem buty i wszedłem do salonu, gdzie myślałem, że go zastanę. Niestety, moje myśli były błędne. Zajrzałem do jego pokoju i do kuchni. Również w obu tych pomieszczeniach nikogo nie zastałem. A więc pozostało mi czekać na niego. Może wróci, a może nie. Kto to może wiedzieć. Rzuciłem się na kanapę i włączyłem telewizor. Zbliżała się godzina dziewiętnasta. Mój brzuch przypomniał mi, że nic nie jadłem od paru godzin, więc włączyłem jakąś komedię romantyczną, która aktualnie leciała na jakimś kanale i udałem się do kuchni w celu zrobienia sobie czegoś do zjedzenia. Ostatecznie zrobiłem sobie kawy i kanapki z szynką. Wróciłem do salonu i usadowiłem się wygodnie na kanapie. Wpatrzyłem się w telewizor. Kojarzę ten film. "Oświadczyny po irlandzku". Widziałem go już milion razy, ale z racji, że i tak nic lepszego nie leciało w telewizji, postanowiłem to obejrzeć. Jadłem kanapki, wypiłem kawę i nawet nie spostrzegłem się, kiedy dobiegła dwudziesta trzydzieści. Za oknem powoli się ściemniało. Gdzie on jest?- przebiegła myśl przez moją głowę. Tak bardzo się o niego martwię.

Wybiła dwudziesta pierwsza. Za oknem panował zmrok. Film się skończył, a ja przeskakiwałem z kanału na kanał w poszukiwaniu czegoś ciekawego, lecz niestety czego ja się mogłem spodziewać? Nagle po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Jak oparzony zerwałem się z kanapy i pobiegłem, jakby ktoś mnie gonił do drzwi. Otworzyłem drzwi. Ujrzałem tam sąsiada z parteru- pana Holf'a, niezbyt miłego sześćdziesięcioletniego faceta, który był wysoki, miał dobrą formę i był prawie łysy, z lekkim siwym zarostem na twarzy. Postać obok niego to był nikt inny, jak Frank Iero we własnej osobie. Pan Holf trzymał go za kark, delikatnie nad ziemią. Wyglądał, jak płaszcz zwisający na wieszaku. Teraz wydawał się być jeszcze bardziej dziecinny i kruchy niż zawsze.
-Dzień dobry.- z zamyśleń wyrwał mnie potężny bas mojego sąsiada.
-Dzień dobry, proszę pana. Coś się stało?- spojrzałem mu w przeraźliwie jasne niebieskie oczy.
-Kręcił się tutaj ten gówniarz już od dłuższego czasu. Chodził chwiejnym krokiem, jest pijany. Na następny raz zadzwonię na policję i będziesz miał problemy, więc lepiej pilnuj swojego kundla.-warknął, a Frank zaczął się wyrywać z jego uścisku.
Pan Holf rzucił na mnie Franka, a ja złapałem go w swoje ramiona, powstrzymując go od upadku.
-Dziękuję, że pan go tu przyprowadził. Będę go pilnował.- zapewniłem.
-No ja myślę. Do widzenia.
-Do widzenia.
Zamknąłem drzwi i udałem się z Frankiem na rękach w głąb mieszkania. Ułożyłem go na kanapie i tak po prostu zasnął. Spojrzałem na wrak człowieka. Przeczesałem delikatnie jego włosy i pocałowałem w policzek. Cieszę się, że nic mu się nie stało.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XII

[Frank]
Patrzyłem z osłupieniem na Gerarda. Ja pierdolę, to było spełnienie moich pojebanych marzeń! Gerard mi się tak cholernie podobał. Chyba się w nim nawet zakochałem. Siedział koło mnie ze spuszczoną głową. Nie widziałem jego twarzy, ponieważ przysłaniały ją jego piękne czerwone włosy. Na zewnątrz wyglądałem na pewno zabawnie z tym całym grymasem na twarzy, lecz w środku toczyła się prawdziwa wojna uczuć. Gdybym mógł, to bym skakał normalnie jak jakaś nastolatka na widok swojego idola. Prawdziwa radość. Na moją twarz wpłynął szeroki uśmiech. Mam nadzieję, że to nie jest sen. Wstałem z ziemi i chwyciłem Gerarda za ramiona. Na początku się trochę opierał, ale w ostateczności wstał. Głowę miał cały czas spuszczoną, lecz teraz z łatwością można było dostrzec jego niezdrowe czerwone plamy na policzkach. Wyglądał tak uroczo, gdy się rumienił. Ująłem jego twarz w dłonie. Spojrzałem głęboko w jego zielone tęczówki. Wyrażały strach. Bał się mojej reakcji, ale ja byłem szczęśliwy, że właśnie to mi powiedział. Sam się bałem powiedzieć co do niego czuję, bałem się, że mnie odrzuci, ale teraz byłem pewien, że tak się nie stanie. Gerard zamknął powieki i odwrócił głowę w bok.
-Ej, patrz na mnie. Uwielbiam twoje oczy.- uśmiechnąłem się szeroko, a mężczyzna spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
-C...Co ty powiedziałeś?- wyjąkał.
-Chciałem powiedzieć, że ty... Ty też mi się podobasz... Ba, zabujałem się w tobie i to bardzo. Tylko bałem się to tobie powiedzieć...
Musnąłem delikatnie jego wargi z trudem, ponieważ Gerard był wyższy ode mnie. Chłopak podniósł mnie, a ja zarzuciłem ręce na jego kark. Chwycił mnie za uda. Oplotłem go nogami w pasie. Nie urywaliśmy kontaktu wzrokowego. Teraz jego oczy wyrażały radość. Zielone tęczówki pięknie się mieniły złotym kolorem. Wpił się zachłannie w moje usta. Bez namysłu oddałem pocałunek i wróciliśmy do środka mieszkania. Gerard położył mnie na kanapie i po chwili wylądował na mnie, zaczynając brutalny pocałunek, pełen pożądania. Męczył moje wargi, czasem lekko przygryzając dolną. Gdy zabrakło nam powietrza, Gerard oderwał się od moich pulsujących już od bólu warg, uśmiechnął się uwodzicielsko i na powrót zaczął pieścić moje wargi. Podwinął moją podkoszulkę lekko do góry i wsunął tam swoją ciepłą rękę. Gładził mnie po brzuchu nie przerywając pocałunku, czasem zjeżdżał niżej, a potem na klatkę piersiową. Czasem lekko szczypał moje sutki, przez co jęczałem wprost w jego usta. Gerard od czasu do czasu chichotał przez moje jęczenie. Przejechał językiem po mojej górnej wardze, a ja rozchyliłem je, aby zrobić mu pole do popisu. Łaskotał swoim ciepłym językiem moje podniebienie. Ocierałem się swoim językiem o ten należący do jego, aby przejąć inicjatywę, lecz bezskutecznie. Gerard wyjął spod mojej podkoszulki rękę i naparł na mnie całym swoim ciałem. Podniosłem się, aby ściągnąć bluzę, w której było mi już stanowczo za gorąco. Rzuciłem ją gdzieś na podłogę, a Gerard zajął się ściąganiem mojej podkoszulki, po czym oderwał się ode mnie i usiadł na mnie. Czułem na swoim brzuchu jego nabrzmiałą męskość ukrytą w obcisłych spodniach. Pozbył się swojej podkoszulki. Pochylił się nad moim torsem i zaczął składać pocałunki wzdłuż mostka, po klatce piersiowej, gdy zrobił coś czego się nie spodziewałem. Ugryzł mój sutek i zaśmiał się, gdy głośno i przeciągle jęknąłem. Aż tak go to śmieszyło? Co za idiota. Przyłożyłem mu pięścią w brzuch, a on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej mnie całował po całym moim torsie. Pocałował moje podbrzusze. Poczułem, jak moje spodnie robią się nieco ciasne z przodu. Spojrzałem twarz Gerarda. Na jego twarzy widniał ten diaboliczny uśmieszek. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, pocałował mnie, a ja oddałem pocałunek. Wsadziłem rękę w jego włosy, mierzwiąc je, a drugą rękę położyłem w jego talii. Poczułem, jak jego ręce zaczęły coś majstrować przy pasku moich spodni. Wtedy w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. O nie, za daleko to wszystko zaszło. Oderwałem się od jego ust. Próbowałem go z siebie zepchnąć, ale on napierał na mnie całym swoim ciałem. No tak, nie mam szans z dwudziestoletnim mężczyzną. W końcu udało mi się. Gerard wylądował na podłodze, a ja szybko wstałem z kanapy, wziąłem swoją podkoszulkę i pobiegłem do swojego pokoju. Zamknąłem szybko drzwi na klucz. Oparłem się plecami o zimną, drewnianą płytę i zsunąłem się w dół. Czuję, że jakbym szybciej nie zareagował mogło by się to źle skończyć. On chciał ze mną uprawiać seks... Ja mam tylko szesnaście lat, nie jestem gotowy. On jest dorosły, jakby to miało niby wyglądać? Przecież jestem nieletni. A po za tym seks z facetem? Boże, przecież nie jestem gejem!
Frank, jesteś.- zapiszczało coś cicho w mojej głowie.
Tak, podobał mi się facet, ale on był wyjątkowy. W nim się nie liczyło to, że był facetem, tylko jaką był osobą. Mimo to nie byłem gotowy na tak dalekie posunięcie. On teraz leży zdezorientowany na podłodze w salonie i pewnie zastanawia się co mi odbiło... Gdy tak siedziałem bezczynnie na podłodze, usłyszałem pod swoimi drzwiami kroki. Osunięcie się po drzwiach z drugiej strony, czyli od strony korytarza i głośne westchnięcie. Po chwili głośne oddychanie przekształciło się w szloch. Płakał? Boże, znowu przeze mnie... Jestem idiotą. Mogłem mu wytłumaczyć, że nie jestem gotowy, a nie olać go i uciec do pokoju. Powinienem wyjść i go teraz przeprosić. Dlaczego życie musi być takie trudne? Wstałem z podłogi i rzuciłem się na łóżko. Przykryłem się kocem i zasnąłem.
***
Rano, gdy wstałem od razu skierowałem się do salonu. Niestety, nikogo tam nie zastałem, jak również w kuchni. Czyli Gerard już poszedł gdzieś. Na wykłady nie za bardzo, bo niedziela. Tak więc gdzie? O nie, tylko mam nadzieję, że się nie poszedł upić. Wróciłem na korytarz. Glany stały tak jak wczoraj w przedpokoju. Jednak był w domu. A gdyby tak zajrzeć do jego pokoju? Nie, miałeś tam nie wchodzić. On nie daruje ci przecież tego. To jego przestrzeń prywatna i nie powinienem jej naruszać. Dobra, trudno. Muszę po prostu wiedzieć, czy jest tam cały i zdrowy. Nic się nie powinno stać. Ja się tylko o niego martwię. Podszedłem z wahaniem do drzwi i nacisnąłem powoli na klamkę. Uchyliłem drzwi i wślizgnąłem się do środka. W pokoju panowała ciemność. Gówno, za przeproszeniem było widać. Podszedłem do okna przysłoniętego czarną żaluzją i odsunąłem ją. Spojrzałem po pokoju, a następnie na podłogę. To co tam zobaczyłem... Prawie zawał na miejscu. Gerard leżał na podłodze na brzuchu, nieprzytomny, a obok niego pudełko. Jakieś tabletki leżały na podłodze. Uklęknąłem i chwyciłem pudełko do ręki. Tabletki nasenne.
No nieźle.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XI

Miesiąc później
[Gerard]
Nawet nie wiem kiedy, ale Frank spodobał mi się. Było w nim coś wyjątkowego. Coś, co sprawiało, że pragnąłem go mieć jak najbliżej siebie. Na jedynej drodze, abym mu wyznał to co czuję do niego, bo było to zapewne coś więcej niż jakaś tam przyjaźń, stawał wiek. Czy aby nie byłem dla niego trochę za stary? Różnica czterech lat, ale ja już byłem dorosły, a on nadal dzieckiem. Znaczy nie dzieckiem. Był młodym mężczyzną, ale wciąż uczęszczał do szkoły, wciąż miał całe życie przed sobą. Nie koniecznie musiał je chcieć spędzić z jakimś tam facetem, którego nie zna zbyt dobrze. Wystarczająco się już do siebie zbliżyliśmy przez poprzedni miesiąc, ale czy to wystarczyło, aby się jeszcze bardziej do niego zbliżyć? Może warto by było spróbować. Tylko jest kolejna rzecz, która staje mi na drodze. Boję się. Boję się, że chłopak mnie zwyczajnie odrzuci, czego bym nie zniósł. Z dnia na dzień coraz bardziej zadurzałem się w młodym Iero. On tego nie dostrzegał, albo może i dostrzegał. Sam nie wiem. Ostatnio coraz mniej potrafiłem ukryć swoje wszelkie uczucia. Przy Franku po prostu byłem sobą i nie potrafiłem ukryć, że jestem szczęśliwy, smutny, zły. To jego obecność sprawiała, że wymiękałem. Człowiek wyprany z uczuć wymiękał. To niedorzeczne. Była sobota. Siedziałem właśnie w swojej pracowni przed sztalugą, na której widniało płótno. Od tego cholernego miesiąca nie potrafiłem nic namalować. Nic mi nie przychodziło do głowy, oprócz tego cudownego chłopaka o miodowych oczach i ślicznym uśmiechu, którego szkiców miałem już na tyle dużo w swoim szkicowniku, że można było się tęczą porzygać. Musiałem zacząć nawet zamykać pokój na klucz, aby Iero przez przypadek tutaj nie wszedł i nie zobaczył co skrywam w swoim pokoju. On był już moją obsesją. Nie umiem już tak żyć. Wstałem z krzesła i bez posprzątania farb wyszedłem z pokoju, uprzednio zamykając drzwi na klucz, jak zwykle. Nie zastałem Franka w jego pokoju, ani w kuchni. Nie było go również w salonie. Drzwi balkonowe były otwarte. Na dworze leciał maleńki dymek. Coś się pali? Wyszedłem na zewnątrz i to co ujrzałem sprawiło, że moje serce zatrzymało się na chwilę. Na dworze było cholernie ciepło. Frank siedział skulony w kącie balkonu. Ubrany był w luźne, czerwone spodenki do kolan, za dużą czarną bluzę. Na stopach miał zniszczone czarne conversy. Podkoszulki nie widziałem. Twarz była przysłonięta kapturem i włosami. W ręce trzymał papierosa, zaraz skąd je miał? Żaden idiota by mu ich nie sprzedał w sklepie, jest niepełnoletni... Obok niego leżała paczka moich papierosów i zapałki. A ja się dziwię, że mi ostatnio pety znikają. Usiadłem obok niego, przez przypadek stykając się z jego ramieniem. Chłopak drgnął i spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. Bał się? Niby czego? Tylko go nakryłem na paleniu papierosów. To jeszcze nic złego. Gorzej jakby leżał nieprzytomny, a obok niego strzykawka z LSD. Frank szybko pozbył się papierosa gasząc go o podłogę i wyrzucając gdzieś przed siebie. Popatrzyłem na niego zdziwiony, a on spuścił głowę. Czarne włosy przysłoniły jego bladą twarzyczkę. Ukrył twarz w dłoniach.
-A ja się dziwiłem, gdzie się podziewają moje papierosy...- westchnąłem.-Kiedy zacząłeś jarać?
-Miesiąc temu.-zaśmiał się nerwowo.
-Eh...
-Jestem beznadziejny.-szepnął zdławionym głosem.
No i masz. Płakał do cholery.
-Ej, wcale nie...- oburzyłem się.- Jesteś cudownym chłopakiem, ale się najwidoczniej nieco pogubiłeś...
-Kurwa zacząłem jarać. W życiu bym czegoś tak głupiego nie zrobił.- załkał.
-Frank, pomogę ci z tego wyjść. Może sam wtedy rzucę to cholerstwo.
Objąłem chłopaka ramieniem, a on wtulił się w moją pierś. Powiedzieć mu, czy nie? Myśli gotowały się niemal po mojej głowie, a ja dalej nie wiedziałem co zrobić. Z jednej strony chciałem mu powiedzieć, a z drugiej nie. Eh, cholera. Życie jest pojebane.
-Dziękuję.-odezwał się i wyrwał się z moich ramion.
-Nie ma za co.- posłałem do niego szeroki uśmiech.
Frank uśmiechnął się i wstał. Skierował się do wejścia do salonu, ale zatrzymałem go, chwytając go za koniec rękawa. Spojrzał na mnie podejrzliwie.
-Czekaj...-szepnąłem.- Frank, ja...- i już miałem powiedzieć, to co mnie od dłuższego czasu przytłaczało, ale...- Dobra, nie ważne.- dodałem.
-Coś się stało?- zapytał.
-Nie nic.-odpowiedziałem i wstałem z posadzki.
Uśmiechnąłem się lekko i wepchnąłem go do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi balkonowe. Frank położył się na kanapie i przymknął powieki, intensywnie nad czymś rozmyślając. Ciekawe co zaprząta jego głowę. A co jeśli on też coś do mnie czuł? Może warto jednak zaryzykować i mu powiedzieć? Otrząsnąłem się z natrętnych myśli. Boże, Gerard nie. Przecież on ci się tylko podoba i nic więcej. Ty go po prostu lubisz. Bardzo lubisz. Nie kochasz go. Skończyłem wpatrywać się w chłopaka i poszedłem do kuchni aby zrobić coś na obiad. Wróciłem się, gdy spostrzegłem się, że zostawiłem papierosy na balkonie. Musiałem się odstresować, a upić się nie pójdę. Obiecałem mu. Gdy wszedłem do salonu, czułem na sobie spojrzenie Franka. Chcąc jak najszybciej pozbyć się jego wzroku, otworzyłem szybko balkon, chwyciłem zapałki i opakowanie czerwonych Malboro, po czym nawet nie trudząc się zamknięciem balkonu wpadłem do kuchni. Zapaliłem jednego i po chwili poczułem wyluzowanie. Nie byłem już taki spięty jak wcześniej.
***
Jedliśmy w ciszy pizzę. Nie chciało mi się nic gotować, więc doszliśmy z Frankiem do wniosku, że coś zamówimy. Stanęło na pizzy. Gdy skończyliśmy jeść, Frank wstał i umył talerze. Wyjął z lodówki kolę i nalał nam do szklanek. Usiadł z powrotem przy stole. Sączył powoli napój, a ja wpatrywałem się w niego jak głupi. Gdy spotkałem się ze spojrzeniem miodowych oczu Iero, szybko odwróciłem wzrok i spojrzałem przez okno. Słońce zachodziło bardzo powoli. Frank wziął szklankę z kolą do ręki, wstał z krzesła i wyszedł z pomieszczenia. Ruszyłem za nim. Teraz, albo nigdy. Muszę się przełamać. Drzwi balkonowe były otwarte. Papierosy i zapałki zostały zabrane ze stolika, gdzie je wcześniej zostawiłem. Co za idiota. Chyba już się uzależnił. Wszedłem po raz drugi dzisiaj na balkon. Frank miał w ustach papierosa. Wyglądał identycznie, jak kilka godzin temu, tyle że tym razem miał na sobie piżamę składającą się z luźnych bokserek i podkoszulki, w której niemal się topił. Głowę opierał o ścianę. Podpalił zapałkę, a następnie papierosa. Zgasił płomień i rzucił przed siebie patyczek. Usiadłem obok niego. Frank wyjął papierosa z pomiędzy swoich warg i wypuścił dym z ust prosto w moją twarz. Zakasłałem. Spojrzałem w jego roziskrzone tęczówki, które teraz patrzyły się w zachód słońca. Pragnąłem go teraz mocno przytulić i już nigdy nie wypuszczać z swoich ramion. Niestety, jakaś dziwna siła zakazała mi to robić.
Nie wiem, ile czasu minęło ale siedzieliśmy tu dosyć długi czas w ciszy. Na dworze zapadł już całkowity zmrok, a z środka mieszkania sączyło się światło. Młody Iero siedział obok mnie wypalając już trzeciego, albo i nawet czwartego papierosa. Jego wzrok był utkwiony w niebie. Patrzył na gwiazdy, tak samo jak ja. Z tym, że ja robiłem czasem przerwę aby spojrzeć na tego zabójczo przystojnego chłopaka.
-Frank...-odezwałem się po chwili.
Zdecydowałem, powiem mu.
-Hm?- przeniósł spojrzenie na mnie i wpatrywał się w moje oczy.
Zgasił kolejnego papierosa. Wziąłem paczkę do rąk. Już dzisiaj więcej nie zapali. Koniec tego dobrego.
-Bo ja... Ja.- zacząłem się jąkać.
Westchnąłem.
-Bo ty... Ty- kurwa no. No dalej Gerard, wyduś to z siebie.- Podobasz mi się. I to bardzo. Czuję do ciebie więcej niż zwykłe lubię cię.
Frank wpatrywał się we mnie z zdziwieniem w oczach.
Spuściłem głowę. Włosy przysłoniły mi twarz. Nawet nie chcę wiedzieć, co jego wyrażała w tym momencie.
I co teraz?
_________________________________________________________________________________
Jeśli ktoś zainteresowany, to zapraszam na mojego drugiego bloga, gdzie będę dodawać inne opowiadanie :)
http://mychemicalromanceff.blogspot.com/

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział X

[Frank]
Mierzyliśmy się wzrokiem z Gerardem. Najwidoczniej nie wiedział od czego zacząć. To może ja zacznę? Wstałem z fotela i usiadłem na kanapie obok niego. Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Przepraszam, że byłem gburowatym idiotą. Postaram się to zmienić.- powiedziałem.
Gerard przycisnął mnie do siebie i mocno przytulił. Ufnie wtuliłem się w niego. Zaraz, co ja robię? Tulę się z facetem? Dobra, olać. Brakowało mi tego. Zaczął mnie delikatnie głaskać po plecach, od czasu do czasu głaszcząc moją głowę.
-Eee, a ja przepraszam, że wczoraj wróciłem pijany...-spuścił głowę, a jego twarz przykryły czerwone włosy.- Nie za bardzo wiem, co się potem wydarzyło, ale trudno. Przepraszam.
-Wybaczam.
Oderwałem się od niego i wyprostowałem się.
-No to może ja zacznę o sobie.- przetarł twarz dłońmi.
-Okej, słucham.
Zaczął bawić się dłońmi. Denerwował się. Ale czemu? Przecież go nie wyśmieję, czy coś w tym stylu.
-Od czego by tu zacząć...-jego oczy wpatrywały się w jeden punkt, myślał.- No cóż, nie miałem lekkiego dzieciństwa. Ojciec miał różne nałogi, przez co zmarł. Jego organizm po prostu nie wytrzymał. Mama została sama, a miała do wychowania dwójkę synów, w sensie mnie i mojego brata.
-Masz brata?
-Tak, ma na imię Mikey i mnie olał, gdy skończył osiemnaście lat.- spuścił wzrok.- Mijały lata, matka została alkoholiczką. Jedyną osobą, która się nami zajmowała wtedy to babcia, bo mama wolała upijać się na kolejnych imprezach. Skończyłem siedemnaście lat. Babcia gdy nas pilnowała dostała telefon ze szpitala. Okazało się, że znaleźli mamę zaćpaną w parku. Nie żyła. No cóż, bywa i tak. Gdy osiągnąłem pełnoletność zmarła babcia. Zostałem sam z moim bratem i... Nałogami. Zacząłem ćpać, upijałem się do nieprzytomności... Mikey mi wtedy pomagał. W ostateczności wysłał mnie na odwyk, a gdy z niego wróciłem do domu, nie zastałem nikogo. Tylko liścik pożegnalny, że ma mnie gdzieś, że jestem nic nie wartym pieprzonym ćpunem i alkoholikiem.- jego głos się zaczął łamać.
Przysłonił twarz rękoma, aby się nie rozpłakać. Jaki ze mnie debil. Życie skopało go po dupie bardziej niż mnie, a ja... Ja byłem dla niego chamski i niemiły. Gdybym mógł to bym się teraz zdzielił w głowę, że taki dla niego byłem. Usłyszałem ciche pociągania nosem. Płakał. Co mam teraz zrobić? Zbliżyłem się do niego i z wahaniem go przytuliłem. Gerard wtulił się we mnie i zaczął moczyć moją podkoszulkę.
-Nie martw się, Gerard. Wszystko się ułoży, tylko musisz tego chcieć.- szepnąłem.
Pogłaskałem go po jego czerwonych włosach. Były takie miękkie i przyjemne w dotyku... Skoro on się przede mną tak otworzył, to może ja też powinienem?
-A mi się życie spierdoliło w trzy dni.- zaśmiałem się krótko i po chwili spoważniałem.- Był normalny dzień w szkole, okazało się, że mój przyjaciel wyjeżdża na zawsze. Ale obiecaliśmy sobie, że będziemy się spotykać, dzwonić do siebie, pisać. Wróciłem do domu. Rodzice mi powiedzieli o śmierci babci. Następnego dnia wyjechaliśmy na pogrzeb. -mówiłem to o dziwo z powagą w głosie, nawet na chwilę się nie załamał.- W drodze powrotnej mój tata otrzymał telefon, nie wiem skąd i już się nie dowiem, że Andrew, bo tak miał na imię, i jego mama zginęli w wypadku samochodowym w drodze do Nowego Jorku. Myślałem, że już bardziej życie nie może skopać po dupie. Wracaliśmy z pogrzebu mojego przyjaciela. Wypadek. Rodzice go nie przeżyli. No i dalej to już wiesz.
-Ty też sporo przeżyłeś jak na trzy dni.- odezwał się Gerard.
Już nie płakał.
-Zawsze mogło być gorzej, chociaż nie wiem jak. W każdym razie nie mam już nikogo, oprócz ciebie.- ostatnie dwa słowa wyszeptałem.
-Oprócz mnie?- w jego głosie słyszałem nadzieję. On chciał, być dla mnie kimś a nie tylko facetem od utrzymania.
-Tak...- wydusiłem.
Usiadł i wyprostował się. Spojrzał mi prosto w oczy. Wyglądał teraz strasznie. Cała kredka mu się rozmazała i czarne strugi spływały po policzkach. Spuściłem wzrok i spojrzałem na moje ciemne jeansy. Hm, bardzo interesujące. Tak bardzo poprzecierane i w ogóle... I szczególnie te dziury, które były wielkości spodka na filiżankę. Jestem głupi. Właśnie stwierdziłem, że dziury w moich spodniach są interesujące.
W pomieszczeniu panowała niezręczna cisza. Nie wiedziałem, jak mam dalej podtrzymywać konwersację z Gerardem, którą udało mi się w końcu nawiązać. Nagle w mojej głowie narodziło się pewne pytanie.
-Ej a tak właściwie to czemu wróciłeś pijany?- spytałem.
Gerard spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. Bał się, że go o to zapytam.
-Sam nie wiem. Nie wytrzymałem już po prostu, że nie mogę nawiązać z tobą kontaktu.- wymruczał i położył się na kanapie.
-Postaram się to zmienić.- uśmiechnąłem się do niego serdecznie.
Zauważyłem, że kąciki jego ust również powoli unoszą się do góry. Było mi go żal. Nie dość, że go życie po dupie mocno skopało, to jeszcze ja mu zasadziłem kolejnego kopa w dupę. Gerard przetarł twarz dłońmi, spojrzał na nie. Były ubrudzone od czarnej kredki. Na jego twarzy pojawił się śmieszny grymas.
-Haha, brawo, geniuszu.-zacząłem się śmiać, jak idiota.-Przynajmniej masz teraz czystą twarz.
-Spierdalaj, kurduplu.- pokazał mi język.
-Ej!- pisnąłem.
Gerard ślicznie się zaśmiał. Wstał z kanapy i poszedł do łazienki. Chyba nie będzie tu aż tak źle... Może być całkiem fajnie.
_________________________________________________________________________________
Boże, ten teledysk xD
Nie mam bladego pojęcia, co Frank miał w głowie tworząc go, ale albo go coś mocno zdzieliło w łeb, albo się naćpał.
Będę teraz miała przez niego koszmary po nocach...
A tak serio to zajebista piosenka i równie zajebisty teledysk xD
Uwielbiam takie klimaty xD



niedziela, 3 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział IX

[Frank]
Za oknem panowała jasność. Słońce mocno świeciło, co uniemożliwiło mi dalsze spanie. Odkopałem się spod grubej kołdry. Zimno buchnęło na moje ciało, które było pozbawione piżamy. Okrywały je minimalnie bokserki. Usiadłem na krawędzi łóżka. Byłem cholernie niewyspany. Nie spałem pół nocy, bo Gerard postanowił mnie błagać o wpuszczenie do pokoju, do łóżka. Ostatecznie go olałem. W końcu nawoływanie ucichło i zasnąłem. Wstałem z łóżka. Moje stopy zetknęły się z panelami, od których bił nieprzyjemny chłód. Podreptałem do drzwi. Próbowałem je otworzyć, gdy nagle sobie przypomniałem, że zamknąłem je na klucz, aby ten kretyn tu nie wszedł. Otworzyłem drzwi i wyszedłem z pokoju. Prawie się wywróciłem na przeciwległą ścianę, ale zachowałem równowagę i ustałem, ledwo, bo ledwo, na nogach. A rzeczą, albo raczej osobą, o którą się potknąłem był nikt inny jak szanowny pan Gerard Way. Przespał tu całą noc? Brawa dla niego. Usiadłem przy nim. Mój wzrok utkwiłem w jego twarzy. Aż ciężko pomyśleć, że ten człowiek wczoraj pragnął mnie. Wyglądał tak niewinnie, gdy spał. Powieki lekko drżały, więc chyba mu się coś śniło. Miał lekko uchylone usta. Na twarz opadało mu kilka kosmyków czerwonych włosów. Był przystojny, dziwię mu się, że jeszcze nie ma dziewczyny, czy chłopaka. Zaraz, co? Był przystojny? Dobra nie ważne. Wyciągnąłem rękę i musnąłem palcami jego miękką i delikatną skórę policzka. Pogłaskałem go po nim. Gdy jego powieki zaczęły powoli się uchylać, zabrałem rękę, jak oparzony. Co ja przed chwilą tak właściwie zrobiłem? Gerard spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem, zamrugał kilka razy i uniósł się do siadu.
-Eee, czemu spałem na podłodze?- zapytał.- I czemu tutaj?
Nie odpowiedziałem mu. Niech sobie sam przypomni, co wczoraj robił.
-Ej, odpowiesz mi?- podrapał się po karku.
-Nie.- mruknąłem i wstałem z podłogi.
Udałem się do kuchni, aby sobie zrobić kawy. Gerard przybłąkał się za mną.
-O ja pierdolę!- krzyknął.- Już dziesiąta? Spóźnię się na wykłady! Cholera, Frank, czemu mnie wcześniej nie obudziłeś?
-Może dlatego, że dopiero wstałem?
-Kurwa mać.
Wybiegł z kuchni i jak się domyślam pobiegł do łazienki, aby się ogarnąć, bo wyglądał strasznie. Ustawiłem czajnik z wodą na kuchence elektrycznej i z szafki wyjąłem dwa kubki. Wsypałem do nich kawy i cukier, a następnie zalałem wrzątkiem. Dolałem mleka i odstawiłem kubki na stół. Usiadłem na krześle i chwyciłem swój kubek w oburącz. Upiłem łyk. W kuchni z powrotem pojawił się Gerard. Tym razem był już ogarnięty. Zmierzyłem go wzrokiem. Jego nogi opinały czarne jeansy, a na torsie zwisała wręcz podkoszulka z logiem zespołu Iron Maiden. Cóż, widzę, że ma dobry gust muzyczny, tak jak ja. Blada twarz miała na polikach zdrowe rumieńce, a zielone oczy były podkreślone czarną kredką. Czerwone włosy były w twórczym nieładzie, co dodawało mu uroku. Boże, Frank opanuj się, jak ty w ogóle o nim myślisz? Jak jakiś gej, którym nie jestem i nigdy nie będę. Mężczyzna wziął kubek z kawą i od razu wypił wszystko.
-Tylko nie wróć pijany tak, jak wczoraj.- wymamrotałem.
-Ah, a więc o to chodzi! Porozmawiamy o tym, jak wrócę.- oznajmił.- A teraz muszę już iść. Na razie.
Podszedł do mnie i mnie przytulił, po czym wyszedł z kuchni. Czemu on mnie przytulił? Usłyszałem trzask drzwi. Poszedł sobie. Znowu zostałem sam na pastwę losu. Gdyby on chociaż miał jakiegoś zwierzaka, którym bym się zajął, ale nie! On woli być samotny. Ja bym nie wytrzymał przez tyle lat w pustym domu. Zawsze przychodził do mnie Andrew, gdy rodziców nie było. Albo babcia przyjeżdżała. Nigdy nie byłem w każdym razie sam. A tutaj... Tutaj jestem niestety sam. Otworzyłem lodówkę, aby wyjąć coś do jedzenia. Nic mi nie przypadło do gustu. W ogóle jakoś głodny nie byłem. Podszedłem się umyć i ubrać.
***
Ogarnięty wszedłem do salonu i rozsiadłem się na kanapie. Gdzie jest pilot od telewizora? Zacząłem go szukać, lecz jedyne co znalazłem to paczka papierosów. A więc, Gerard ma nałóg. Nie rozumiem, jak można tak sobie szkodzić? W ogóle ten dym śmierdzi...
Poszedłem do kuchni i z szafki nad zlewem wyjąłem zapałki. Wróciłem do salonu i otworzyłem okno na roścież. Na dworze nie było za ciepło. Od mojego obudzenia się zdążyło zajść za chmury. Zbliża się deszcz. Wiał silny wiatr. Wyszedłem na balkon. Oparłem się o ścianę, po której zaraz osunąłem się i usiadłem na zimnej podłodze. Wyjąłem z paczki jednego papierosa i wsadziłem go do ust. Odpaliłem zapałkę, po czym przyłożyłem ją do papierosa. Dobra, jest moc. Potrzymałem chwilę to gówno w buzi i zacząłem się krztusić. Wyjąłem i głośno zakaszlałem. Z powrotem wsadziłem do buzi. Po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Przerażony szybko zgasiłem peta o podłogę i wyrzuciłem go przed siebie, po za balkon. Wszedłem do środka, zamknąłem drzwi balkonowe. Odłożyłem na miejsce papierosy, zapałki i udałem się do przedpokoju. Spojrzałem przez wizjer w drzwiach. Facet, który stał za drzwiami wyglądał znajomo. Zaraz, to ten lekarz ze szpitala. Bez dłuższego namysłu otworzyłem drzwi.
-Dzień dobry.- powiedziałem.
-Witaj, Frank.- powiedział pan Shidley.- Mogę?
-Tak, jasne.- usunąłem się spod drzwi, a gdy lekarz wszedł zamknąłem je na klucz.
-Nie ma Gerarda?- zapytał.
-Nie, jest na wykładach.
-Okej... A jak ci się tu podoba?
-Jest dobrze.- skłamałem.
Wcale nie było dobrze. Nie miałem z kim gadać, czułem się samotny. Ale w sumie to wszystko przeze mnie. To ja byłem chamskim idiotą i nie dopuszczałem do siebie Gerarda. Weszliśmy do salonu. Pan Shidley usiadł w fotelu.
-Napije się pan czegoś, kawy, herbaty?- zapytałem.
-Herbaty.- odpowiedział i się uśmiechnął.
Poszedłem do kuchni i wstawiłem wodę na herbatę i kawę dla mnie. Wróciłem do salonu i usiadłem na kanapie. Pan Shidley zmierzył mnie wzrokiem.
-Właściwie, to chciałem porozmawiać z Gerardem.- odezwał się po chwili milczenia.
-Powinien za niedługo wrócić. Może pan poczekać, jeśli się panu chce.
-Zależy, jak długo będę musiał czekać.
Poszedłem do kuchni i wyjąłem dwa kubki. Do jednego wsypałem kawę. Zalałem oba wodą, po czym do drugiego wsadziłem woreczek z herbatą. Zaniosłem kubki do salonu po czym wróciłem do kuchni po mleko, cukier i cytrynę. Usiadłem na kanapie i wziąłem do rąk kubek z kawą. Fe, jaka gorzka. Posłodziłem ją i dodałem mleka. No, o wiele lepsza. Popatrzyłem na lekarza, który ze znudzeniem mieszał herbatę.
No to sobie trochę poczekamy.
***
Gdy tak rozmawialiśmy o wszystkim, co się nawinęło na język, usłyszeliśmy przekręcanie klucza w zamku. Gerard przyszedł. Trzask drzwi i zamykanie zamka. Gerard wszedł do salonu.
-Cześć, Frankie...- powiedział i spojrzał na pana Shidley'a.- O, dzień dobry.
-Dzień dobry.- odpowiedział.- Frank, mógłbyś nas zostawić samych?
-Tak, oczywiście.- wstałem z kanapy i udałem się do mojego pokoju.
Ta, "Frankie, wyjdź. Dorośli muszą pogadać". Wkurza mnie coś takiego. Mam szesnaście lat, a wszyscy traktują mnie jak małe dziecko. Gdy wszedłem do pokoju, nie zamknąłem do końca drzwi. Zostawiłem je uchylone, aby słyszeć ich rozmowę.
-I jak sobie z nim radzisz?- zapytał doktor.
-Kurwa, on jest dziwny.-powiedział Gerard.- Przepraszam za słownictwo.
-Co masz na myśli mówiąc, że jest dziwny?
-Nie da się z nim dogadać. On nic nie chce powiedzieć.
-Gerardzie, on potrzebuje czasu.
-Wiem, ale jak mam mu pomóc, skoro on nie chce ze mną rozmawiać?
-Coś wymyślisz.- mruknął pan Shidley.- Ja muszę już iść. Obowiązki wzywają.
Usłyszałem kroki i zamykanie drzwi frontowych. No ładnie. Ja nie jestem dziwny! I kurwa, właśnie zamierzam z Gerardem pogadać.
-Frank, chodź tu. Mieliśmy porozmawiać.- krzyknął Gerard.
Wyszedłem z pokoju. Siedział na kanapie w salonie i nad czymś intensywnie myślał. Usiadłem wygodnie w fotelu i spojrzałem na niego. Czeka nas długa rozmowa. Czuję to...







sobota, 2 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział VIII

[Frank]
Co on może wiedzieć o stratach? Pieprzony ćpun. Nic nie wie o życiu. Nie wie, jak to jest stracić wszystkich w trzy dni. Ja nie chcę tutaj być. Ten człowiek działa mi na nerwy. Nic mu nie powiem. Będę siedział cicho, dopóki ten koszmar się nie skończy. Ja chcę do domu, do mamy i taty. Do Andrew'a i do babci. Brednie. Musiałbym umrzeć, żeby ich zobaczyć. Co prawda wątpię w życie po śmierci, ale czemu nie? Wtedy bym był na zawsze z nimi. Zamknąłem drzwi na klucz i rzuciłem się na, jak się okazało, bardzo miękkie łóżko. Wtuliłem twarz w poduszkę, która po niedługim czasie zrobiła się mokra od mojego płaczu.
-Frank...- usłyszałem głos dobiegający zza drzwi.- Franio, wyjdź z pokoju.
-Spierdalaj.- odpowiedziałem bez namysłu.
-Frankie...
-Spierdalaj!- krzyknąłem.
Zastanawiam się, czemu byłem dla niego taki chamski? Przecież przygarnął mnie do siebie. Powinienem być mu wdzięczny... Gerard chciał mi pomóc, a ja po prostu to odrzuciłem. Ale kurwa, ja mu się nie będę zwierzał! Co on sobie wyobraża? Że niby zaraz do niego polecę do niego jak na skrzydłach, rzucę mu się w ramiona i zacznę wypłakiwać, jak pieprzona trzynastolatka? O nie, nigdy w życiu. A może bym tak spróbował mu zaufać? Nie wiem, boję się. Na początku on musi zdobyć moje zaufanie, może wtedy coś pomyślę. Nie wiem, czy jestem w stanie od tak mu wszystko powiedzieć. Został mi teraz tylko on... Wykorzystać to? Kurwa nie, o czym ja w ogóle myślę. Będę pieprzonym gburem i nikt tego nie zmieni. Mam wszystko i wszystkich w dupie. Usłyszałem trzask drzwi. Najprawdopodobniej Gerard wyszedł z domu. Wstałem z łóżka i przekręciłem kluczyk w zamku. Nacisnąłem lekko klamkę i wychyliłem głowę za uchylone drzwi. Cisza. Nikogo nie było. Wyślizgnąłem się z pokoju. Wszedłem do salonu i położyłem się na białej kanapie. Boże, kogo ty chcesz oszukać, Frank? Potrzebujesz pomocy i to pilnie.
***
W pokoju panował półmrok. Na dworze już się ściemniło. Leżałem przez ten cały czas na kanapie w salonie i dumałem nad wszystkim. Rozważałem wszelkie "za" i "przeciw". Doszedłem do wniosku, że jak tylko przyjdzie Gerard to go przeproszę za moje dzisiejsze zachowanie no i za wczorajsze i postaram się przed nim minimalnie otworzyć. Nagle zaburczało mi w brzuchu. Przypomniał mi o tym, że nic nie jadłem od rana. Zerwałem się na nogi i wszedłem do kuchni. O matko, przecież ja w życiu nic nie gotowałem, oprócz wody w czajniku na kawę i kanapek z serem. Wyjąłem z kieszeni telefon i wszedłem w internet. Naleśniki? Może tego nie spieprzę. Wyszukałem przepis na naleśniki. Odłożyłem telefon na blat kuchenny i zająłem się wyjmowaniem składników. Wsypałem mąkę do miski, dolałem mleka, wody i trochę oleju. Teraz wbijanie jajek. Wziąłem jedno do ręki i popatrzyłem na nie. Jak to się do cholery wbija? Postukałem kilka razy o miskę. Pękło. Dobra, jest moc. Posłodziłem ciasto trochę cukrem i zacząłem miksować. Hm, chyba tak to powinno wyglądać. Otworzyłem szafkę w poszukiwaniu patelni. Ja pierdolę. Poukładane od najmniejszej do największej. I która to ta odpowiednia? Wziąłem pierwszą lepszą i dużą. Ta wygląda jak do pieczenia naleśników. Wlałem trochę ciasta na nią i ustawiłem na palnik. Upiekł się, fuck yeah. Sukces. Posmarowałem go dżemem i zjadłem. Nie był zły, jak na pierwszy raz. Usłyszałem przekręcanie klucza w zamku. Gerard przyszedł. Gdzie on tak długo był, dochodzi dwudziesta pierwsza. Huk, ciche przekleństwo pod nosem. Wszedł do kuchni. Zmierzyłem go wzrokiem. Rozpięta prawie do połowy czarna koszula, spod której świeciła potem nieskazitelnie biała skóra klatki piersiowej. Skórzane rurki opinały jego nogi i rozsznurowane glany. Szedł nieco chwiejnym krokiem i chwycił z blatu butelkę wody, po czym ją odkręcił i upił trochę. Nie zauważył mnie? Odwrócił się do mnie przodem.
-Franio.- wyszeptał i zachichotał jak mała dziewczynka.
Jest pijany...
-Mój mały, słodki Franuś.- znów zachichotał.
Osunął się na ziemię i zaczął się śmiać. I co ja mam teraz z nim zrobić? Po za tym, nazwał mnie swoim małym i słodkim Franusiem? Mamo, zabierz mnie stąd. Podszedłem do niego i chwyciłem go w pasie. Zacząłem ciągnąć go w stronę salonu, gdzie ułożyłem jego bezwładne ciało na kanapie. Czy on musi się cały czas tak głupkowato śmiać?
-Franio, jakie ty masz śliczne oczka...- rozpromienił się.
Że co? Gerard patrzył na mnie, jakby widział co najmniej ósmy cud świata.
-Gerard, jesteś pijany...- wyszeptałem.
-Oj Franek, ale ty masz naprawdę śliczne oczka i w ogóle jesteś taki śliczny...
Rzuciłem mu spojrzenie mówiące "What the fuck?". Ten człowiek mnie przeraża. Chciałem od niego odejść i pójść po koc, aby nie zmarzł w nocy, lecz on zarzucił swoje ramiona na moją szyję i przyciągnął mnie do siebie. Znajdowaliśmy się w bardzo, ale to bardzo niebezpiecznej odległości. Zamachnąłem się ręką i przywaliłem mu z liścia w twarz. Jego twarz pobladła, a na policzku widniała czerwona plama. Patrzyłem na niego z przerażeniem. Uspokoił się. Przestał chichotać i zdjął z mojej szyi swoje ręce. Oddaliłem się od niego. Dobra, to już mam sposób na niego, gdy znowu wróci pijany... Ale tak właściwie, to czemu wrócił pijany? Dowiem się rano. Poszedłem do mojego pokoju w poszukiwaniu jakiegoś koca. Otworzyłem szafę i po chwili znalazłem jakiś czerwony. Wróciłem do salonu. Gerarda nie zastałem. Porozglądałem się dookoła i ujrzałem go za sobą. Stał i patrzył na mnie mętnym wzrokiem, nie wróżącym nic dobrego. Widziałem w nim jakby pożądanie...
-Gerard, chodź spać.- odparłem i rzuciłem mu koc na twarz.
-Tylko, jak ty będziesz spał obok mnie.-powiedział i objął mnie ramionami w pasie.
O nie, nie, nie... Próbowałem go odepchnąć od siebie, lecz niestety mi się to nie udawało. Gerard przycisnął mnie jeszcze mocniej do siebie. Cholera i co teraz? Bez zastanowienia wymierzyłem cios w jego krocze. Opadł na kolana na ziemię i zwijał się z bólu. No to zostawiam go samego. Wszedłem do pokoju, zamknąłem drzwi na klucz. Zdjąłem z siebie podkoszulkę i rzuciłem ją na ziemię. Z spodniami postąpiłem tak samo i wpakowałem się do łóżka szczelnie okrywając się kołdrą. Co mu odpierdoliło? Ja mam niby z nim spać? Że co?
-Franio, otwórz drzwiczki, Frankie...- usłyszałem jego nawoływania za drzwiami.
To będzie nieprzespana noc...
_________________________________________________________________________________
Ale ja jestem dobrym człowiekiem... 
Aż za dobrym... Dodałam rozdział dzisiaj, bo znalazłam trochę czasu, aby go napisać, tak więc cieszcie się i radujcie się! :D
Mam nadzieję, że się podobało C:
xoxo