środa, 11 listopada 2015

[...]

Witajcie!

Tak, wiem co teraz myślicie na mój temat, pewnie hejt po całości ale już wszystko tłumaczę.

Tak, wiem. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że od pojawienia się ostatniej części "And If They Get Me" minęło już aż trzy miesiące.

Nie mam czasu.
I have no idea what I'm doing.

Na opowiadanie jest pomysł i w ogóle, ale gorzej z realizacją... No i po za tym życie mnie pożarło i jakoś tak mało co mam ochotę na pisanie.

Nie wiem, kiedy coś się pojawi, naprawdę. Kilka razy już zbierałam się do pisania trzeciego rozdziału  i owszem jest już początek, ale nie wiem co dalej. To marne dziesięć linijek, na które nie mam pomysłu.

Dawno już nawet nie wchodziłam na Bloggera i mam w sru i jeszcze więcej zaległości w czytaniu. Nie wiem, kiedy to nadrobię, ale kiedyś na pewno.

A jeśli mam być szczera to ostatnim Frerardem, do którego zajrzałam był... Cholera, nawet nie wiem już co to było, więc serio, mam zaległości i to duże.

Jeśli ktoś to przeczytał to fajnie, jeśli nie to trudno. Amen.

Nie wiem, co mogę Wam jeszcze przekazać, od trzech dni jestem chyba najszczęśliwszym i zarazem najbardziej smutnym człowiekiem świata, ale koncerty już takie są. Ale, nie rozgadując się, bo pewnie mało Was interesują historie z życia Nancy wzięte, lepiej pójdę schować się do szafy.

Albo raczej coś spróbować napisać.

To tyle z mojej strony.




wtorek, 4 sierpnia 2015

And If They Get Me/ Short Story [2/?]


Poprzedni tydzień minął bez żadnych rewelacji; chodziłem do szkoły, spotykałem się z moim przyjacielem. Tajemnicza postać nie pojawiała się przed moim domem, a Gerard jakby wyparował. Nie wiedziałem co się z nim stało, również mój ojciec na policji nie dostawał żadnych podejrzanych zleceń. Wszystko w gruncie rzeczy było dobrze, ale tylko i wyłącznie do dzisiejszego dnia.
Wracałem właśnie ze szkoły, lecz obrałem inną trasę niż zazwyczaj, ponieważ mama poprosiła mnie abym wstąpił po drodze do drogerii i kupił jej jakiś tusz do rzęs. Quentin doprowadził mnie prawie pod sam sklep, a później powiedział, że musi już iść, bo śpieszy się na jakieś dodatkowe lekcje. Zostałem sam z wybraniem matce odpowiedniego tuszu.
Bez dłuższego namysłu pchnąłem mocno szklane drzwi i wszedłem do budynku. Nienawidziłem takich miejsc. Pełno ludzi, pełno różnych rzeczy na półkach i, cholera, nie szło się zdecydować co wziąć. Całe szczęście, że byłem tutaj dzisiaj sam, bez mamy, gdybym z nią poszedł to bym nigdy stąd nie wyszedł.
Szybko wyminąłem wszystkich ludzi i podszedłem do półki z tuszami do rzęs. I który ja teraz mam niby wziąć? Widok faceta zastanawiającego się, który tusz do rzęs będzie odpowiedni był niemałym ubawem dla innych. Ludzie wymijali mnie z rozbawionym spojrzeniem, ale w sumie to... Nie do końca ich rozumiałem. Przecież nie wiedzieli dla kogo to.
Wywróciłem do góry oczami i wziąłem pierwszy lepszy tusz marki Rimmel. Odszedłem w pośpiechu od stoiska i skierowałem się w stronę kas. Stanąłem w kolejce, a gdy przyszła moja kolej, zapłaciłem za kosmetyk, wrzuciłem go do plecaka razem z portfelem i wyszedłem z drogerii. Skierowałem się w stronę mojego domu.
Po jakiś dziesięciu minutach poczułem się, jakby ktoś mnie obserwował, chociaż nie tyle co obserwował, ale i śledził. Odwróciłem się gwałtownie do tyłu, lecz nikogo podejrzanego nie zauważyłem. Mijał mnie tłum ludzi spieszących się nie wiadomo gdzie. Pomyślałem, że mi się po prostu coś wydawało i nikt mnie nie śledził. Zacząłem iść dalej, aż wkroczyłem na mniej ruchliwą ulicę. Czasem jechały jakieś samochody, ale ludzi nie było w ogóle. Znowu miałem to dziwne przeczucie, że ktoś mnie śledził. Odwróciłem się i zobaczyłem zakapturzoną postać. Wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu, szarej bluzie z naciągniętym na głowę kapturem. Miał czarne spodnie i glany.
Zawiał mocniejszy wiatr. Odgarnąłem grzywkę z twarzy. Mężczyzna nie ruszał się. Stał w odległości około trzech metrów ode mnie z rękami schowanymi do kieszeni szarej bluzy. Zdecydowałem się podejść bliżej. Stanąłem metr przed nim i dokładnie się mu przyjrzałem. Niestety nie mogłem dostrzec jego twarzy. Poruszył się i zbliżył się do mnie. Pochylił się nade mną.

- Znowu się spotykamy, Frank - szepnął do mojego ucha.

Gdy usłyszałem jego głos przeszedł mnie dreszcz.
Wiedziałem już kto to był i nie miałem żadnych wątpliwości. Jego głos skutecznie utkwił mi w pamięci.

- G-gerard? - spytałem drżącym głosem.

Zdjął kaptur, a na jego twarz opadły przydługie, kruczoczarne kosmyki włosów.

- No a niby kto, jełopie? - zapytał kąśliwie.

Zaśmiałem się nerwowo. Na jego twarz wpełzł szeroki uśmiech. Właściwie to nie wiem, czemu dalej tu stałem, ale najwyraźniej coś mną wtedy właśnie kierowało.

- Czemu mnie śledziłeś? - zapytałem po chwili, przerywając uciążliwą ciszę.
- No a czemu nie? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- No bo... To dosyć dziwne i podejrzane? - powiedziałem zirytowany.
- Dla mnie nic nie jest dziwne i podejrzane - rzucił. - Mogę cię odprowadzić do domu? - dodał po chwili.
- Wiesz, no nie wiem...
- W sumie i tak nie masz wyboru, bo albo będę cię śledził albo szedł z tobą.
- Aha - odpowiedziałem.

Czyli ogółem rzecz biorąc miał rację, wyboru nie miałem, a nawet jeśli to i tak źle i tak nie dobrze. Po jakimś czasie ruszyliśmy z miejsca i udaliśmy się w kierunku mojego domu.

- Właściwie to czemu się mnie tak uczepiłeś? - spytałem po chwili milczenia.
- Bo tak... - odpowiedział krótko, a gdy ja chciałem coś odpowiedzieć od razu mi przerwał - bo wiesz, w sumie to mam taki kaprys, bo mogę i nikt mi nie zabroni.

Był bardzo pewny i arogancki w swoich wypowiedziach, ale to mu nadawało specyficznego uroku. Nie wiedzieć czemu, ale podobała mi się w nim ta cholerna pewność siebie. Spojrzałem na niego kątem oka. Był bardzo przystojny, ale miał nieco dziwną i dziewczęcą urodę. W myślach zganiłem się za swoje niezbyt przyzwoite myśli, właśnie stwierdziłem, że Gerard jest bardzo przystojny i nie wiedziałem czy to aby na pewno było normalne, czy też nie.
Po niedługim czasie dotarliśmy pod mój dom. Nie wiedziałem co zrobić, grzecznie się z nim pożegnać, czy też go zaprosić do środka. Staliśmy na przeciwko siebie w odległości mniejszej niż pół metra. Poprawiłem nerwowo plecak i spojrzałem prosto w jego ciemne oczy. Na jego twarzy błąkał się nikły uśmiech.

- No to... Nie wiem... - zacząłem. - Może wejdziesz do środka? -zaproponowałem.
- Nie dzisiaj - powiedział, a w jego głosie można było wyłapać ledwo słyszalny smutek.
- Czemu?
- Po pierwsze to śpieszę się, a po drugie... Twoi rodzice są w domu - uśmiechnął się.
- Skąd wiesz? - spytałem zdziwiony.

Zaśmiał się cicho.

- Mam swoje sposoby - odparł. - Nie zapominaj, że nie jestem człowiekiem.
- Ach, no tak. Ale co z tego, że są w domu?
- Nie zapominaj również, że twój tata jest policjantem - no nie, on wiedział chyba o mnie i mojej rodzinie wszystko - a chyba nie chcesz, żeby mnie złapali, co?
- No nie... - spojrzałem na swoje czarne trampki. - To... Do zobaczenia?
- Mam nadzieję - pochylił się nade mną. - Ładny z ciebie chłopak, Frank - szepnął do mojego ucha i oddalił się ode mnie nieznacznie.

Przybliżył się do mojej twarzy, dzieliło nas tylko kilka centymetrów. Po chwili poczułem jego usta tuż przy swoich. Cholera, on mnie całował, lecz nie trwało to zbyt długo. Jego usta były lodowate i przyjemnie miękkie. Chłopak oderwał się ode mnie szybko, pożegnał się i odszedł. Tak zwyczajnie odszedł zostawiając mnie skołowanego.  Nie byłem pewien, czy to działo się naprawdę czy to tylko moja chora wyobraźnia. Odwróciłem się przodem do mojego domu i spostrzegłem stojącą w oknie w kuchni z założonymi rękoma i gapiącą się na mnie ze złością moją mamę. No super, naprawdę super. Było warto.
Zrezygnowany powoli wszedłem do domu, a wierzcie mi lub nie, ale wcale mi się tam teraz nie spieszyło. Już słyszę w głowie teksty mojej matki.
Otworzyłem drzwi powoli i już chciałem się przemknąć z przedpokoju od razu na piętro do swojej sypialni, ale mama mnie zauważyła. Sądząc po jej minie, nie zbierało się na ciekawą rozmowę. Kątem oka zauważyłem tatę czytającego gazetę i siedzącego w fotelu w salonie. Odgarnąłem włosy do tyłu i spojrzałem na mamę. Było czuć na odległość, że się w niej gotuje, była nieźle wkurzona.

- Zapraszam do kuchni - powiedziała stanowczo.

Westchnąłem zrezygnowany i poszedłem za nią do pomieszczenia. Usiadłem na krześle przy stole, a mama zawołała tatę.

- Kto to był? - zapytała nadzwyczaj spokojnie, aż za spokojnie, ale ja wiedziałem, że zaraz wybuchnie istny wulkan, a dom zamieni się w piekło.
- Kolega - odpowiedziałem powoli i ostrożnie.
- Kurwa, co to za kolega, z którym się całuje na pożegnanie?! Nie wciskaj mi tu kitu! - podniosła głos.

Znacie uczucie, kiedy macie ochotę rozpłynąć się w powietrzu albo zapaść się pod ziemię i nie pojawiać się na czyiś oczach? Tak właśnie się czułem, nie miałem bladego pojęcia jak gustownie wyjść z całej tej niezbyt przyjemnej sytuacji.

- Ale... - zacząłem.
- Żadnych ale! Zakaz wychodzenia z domu!

Spojrzałem na mojego tatę błagalnym wzrokiem, a on spojrzał na mnie rozbawiony całą tą sytuacją.

- Ale...
- Nie będzie mi tutaj żaden cholerny, podejrzany typ demoralizował syna! - krzyknęła.

Widziałem, że tata już po prostu nie może wytrzymać i zaraz wybuchnie śmiechem. Ciekawe, czy by mu było tak do śmiechu, gdyby to on był na moim miejscu. To nie on tutaj teraz dostawał opierdol od mamy za takie bzdety.
Nie odpowiedziałem jej nic. Po cichu wstałem od stołu i udałem się do swojego pokoju na piętrze. Trzasnąłem drzwiami i rzuciłem plecak pod biurko. Z plecaka wyjąłem słuchawki i telefon. Skoczyłem na łóżko i ułożyłem się wygodnie na nim, wkładając słuchawki do uszu i włączając swoją ulubioną muzykę. Poczułem się dużo lepiej.

***

Kiedy Frank leżał na łóżku, na drugim końcu miasta, w ciemnym lesie spacerował chłopak ubrany w czarne ubrania. Zbliżał się do miejsca, w którym tak bardzo nie chciał się znaleźć, ale musiał. Musiał stanąć przed swoim ojcem i zapewnić go, że za niedługo pozna jego wybrankę. Bycie wampirem, który miał przejąć władzę po ojcu nie było takie proste, a jeszcze trudniejsze było to, że on wcale nie zamierzał mieć dziewczyny. Owszem, uważał, że kobiety to nadzwyczaj piękne istoty, ale one do niego w ogóle nie trafiały. Wolał mężczyzn i wcale nie chciał tego ukrywać lecz musiał, bo co powiedziałby na to wszystko jego ojciec? Byłaby to hańba dla całego ich rodu, wtedy jedyne co by mogli z nim zrobić to spalić go na stosie, taki syn to wstyd. 
Biegiem pokonał ostatnie kilkadziesiąt metrów dzielących go od ogromnego domu. Pchnął żelazną bramę bez większego wysiłku i wszedł na plac przed domem. Posiadłość jego rodziców przyprawiała o dreszcze, a zwykli śmiertelnicy omijali ją szerokim łukiem. Z trudem udał się w stronę ogromnych, drewnianych drzwi prowadzących do środka. Otworzył je i zniknął w środku. Dom był wielki, a pomieszczenia były urządzone w wiktoriańskim stylu. Czuł wstręt do tego domu, ale i tak w nim musiał mieszkać. Może i nie przebywał tu jakoś często, ponieważ całe dnie spędzał praktycznie po za nim, ale i tak go nienawidził. Wolałby się oderwać od tego chorego układu cudownej rodzinki wampirów i wyjechać. Zacząć nowe życie.
Udał się do dużego pomieszczenia, w którym siedzieli jego rodzice oraz młodszy brat. Z niechęcią usiadł w jednym z starych foteli i spojrzał na ojca.

- Synu, kiedy wreszcie mi przedstawisz swoją narzeczoną? - spytał go, popijając przy tym herbatę z pięknie zdobionej drobnymi kwiatami filiżanki.
- Zapewniam cię ojcze, że niedługo to nastąpi - odpowiedział po raz któryś z rzędu w tym miesiącu. 

Jego młodszy brat spojrzał na niego z rozbawieniem, wiedział bowiem, że prędko to nie nastąpi, ponieważ chłopak nie preferował kobiet.

- Mówisz już tak od miesiąca - wtrącił się.
- Siedź cicho, durniu - syknął do niego.

Wstał z fotela.

- Chcę ją najpóźniej poznać w niedzielę - rzucił ojciec, gdy chłopak wychodził z pokoju. 
- Oczywiście, ojcze - mruknął pod nosem.

Za nim wyszedł jego brat.

Młodszy z nich zamknął drzwi od salonu.
- Ja nie chcę nic mówić, Gee, ale ojciec chyba nie będzie zadowolony, gdy przyprowadzisz tutaj faceta - zaśmiał się, ale widząc minę swojego brata spoważniał.

Czarnowłosy posłał mu złowrogie spojrzenie.
- A spierdalaj - mruknął i poszedł do swojego pokoju na piętro.

Wszedł do ciemnego pomieszczenia, w którym okna były pozasłaniane ciężkimi zasłonami. Jak każdy wampir nienawidził światła, kochał przebywać w ciemności zupełnie sam. Usiadł na podłodze w najciemniejszym zakamarku swojego pokoju i skulił się, obejmując swoje nogi ramionami. Oparł głowę na kolanach. Nie miał żadnego pomysłu na dalszą egzystencję. Nie pasowało mu już takie życie, jeśli w ogóle można było go nazwać żywym, przecież był wampirem. Wiedział, że ojciec nie żartował, że chciał jak najszybciej poznać jego ukochaną, ale on jej nie miał. Ponad to spodobał mu się zwykły śmiertelnik. Zakochał się w śmiertelniku. Ten związek byłby skazany na potępienie, on nie miał prawa istnieć. Ale zakochał się w nim, od pierwszego wejrzenia. Doznał czegoś, czego nie doznawał przez długi czas. Gdy wtedy zobaczył go w tym zaułku nocą, poczuł coś, czego dawno już nie czuł. Poczuł motylki w brzuchu, to było niesamowite uczucie. On był taki delikatny, taki drobny i z niczego niezdający sobie sprawy. Chciał go wtedy zabić, przecież zobaczył za dużo. Widział, jak zabijał Jane. Mógł go wydać. Gerard mógł już siedzieć w więzieniu, mógł zostać potępiony na wieki. Ale on go nie wydał i Way wiedział, że go nie wyda. Zakochał się w cholernym śmiertelniku.

Niskim, czarnowłosym chłopaku o imieniu Frank.

Bez dłuższego namysłu wstał z podłogi i podszedł do okna. Gdy odsłonił zasłony uderzyło go niezwykle jasne światło. Syknął ze złości, nienawidził światła dziennego. Czuł się podle w swojej skórze, wolałby być już cholernym człowiekiem. Bycie wampirem owszem, ma swoje zalety ale ma także wiele wad. Spojrzał na okno, o które uderzały maleńkie kropelki deszczu, które z sekundy na
sekundę przybierały na sile. Chwycił za klamkę od przestarzałego okna i przekręcił ją. Otworzył okno na roścież. Wspiął się na drewniany parapet i usiadł na nim. Spojrzał w dół i przez chwilę zastanawiał się, czy wyskoczyć przez okno, czy wyjść kulturalnie drzwiami. Zdecydował się jednak na skok przez okno. Stanął na parapecie i przygotował się do skoku. Niezbyt gustownie wylądował na mokrej ziemi, tocząc się przez chwilę po niej. Czuł, jak jego ubranie oraz włosy powoli nasiąkają wilgocią.

Cholerny deszcz, pomyślał.

Podniósł się z ziemi, otrzepał ubranie z niewidzialnego brudu i skierował swoje kroki do domu młodego Iero.


__________________________________________________________________________

Hej ho!
Ludzie, ponad 10000 wyświetleń bloga! Jesteście wielcy! Strasznie Wam dziękuję, jestem niesamowicie szczęśliwa! 

Dziękuję, że wchodzicie na bloga i czytacie moje wypociny, to wiele dla mnie znaczy.
Mam nadzieję, że druga część short story Wam się spodobała.

xoxo
Nancy



czwartek, 16 lipca 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Epilog

[Frank]

I znów wszystko było dobrze.

      Po tym, jak policja zabrała ze sobą Maxa Shidleya, zaledwie po dniu poszukiwań znaleziono Julesa. Obaj stanęli przed sądem najwyższym. Nie interesowało mnie, na ile zostali zamknięci w więzieniu. Liczyło się dla mnie to, że zapłacili za swoje czyny i że nic mi, Gerardowi, ani Margaret nic nie groziło. Szkoda mi było jej najbardziej, chociaż mnie życie niemało skopało po dupie. Miała męża tyrana i nie mogła nic na to poradzić. Kto wie, co by jej zrobił gdyby wcześniej prawda wyszła na jaw? Być może nasłałby na nią Julesa.
      Margaret Collins, bo tak miała na nazwisko Margaret, zanim wyszła za Maxa, postanowiła wyjechać z Newark, nie chciała już tu mieszkać, chciała o tym wszystkim zapomnieć i na nowo ułożyć sobie życie. Pojechała do Los Angeles. Cóż, życzę jej szczęścia.
      Mikey Way oraz Kristin, nie znam niestety jej nazwiska, zamierzają wziąć ślub i zamieszkać w Nowym Jorku. No to... W sumie im też życzę szczęścia.

A ja?

      Cóż, a ja właśnie siedzę w niedużym mieszkaniu w kamienicy, w wygodnym, skórzanym fotelu i oglądam telewizję. Tak, wróciłem do mieszkania Gerarda Waya, mojej jedynej miłości i jest wspaniale. Chodzę grzecznie do szkoły, Gerard chodzi grzecznie na studia i do pracy i tak jakoś nam życie leci. Jestem naprawdę szczęśliwy, że wszystko się wyjaśniło. Lepiej nie mogło już chyba być.
      Gdy tak znudzony siedziałem, po całym mieszkaniu rozległo się uporczywe pukanie do drzwi. Zerwałem się z fotela i pognałem w kierunku przedpokoju. Przekręciłem klucz w zamku, nawet nie patrząc kto przyszedł. Otworzyłem drzwi na roścież, a na moją twarz wpłynął szeroki uśmiech. Gdy widziałem tę osobę, nie mogłem się po prostu powstrzymać od nie uśmiechnięcia się.

Był cały przemoczony.

       Gerard rzucił się na mnie obejmując mnie swoimi ramionami i mocno przyciskając do siebie. Poczułem jak moje ubranie przesiąka wilgocią. Zamknął drzwi kopniakiem i oddalił się ode mnie nieznacznie, aby pogrążyć nasze wargi w gorącym pocałunku. Gdy oderwał się ode mnie, przekręcił klucz w drzwiach i spojrzał na mnie. Jego buzia była rumiana, zapewne od chłodu panującego na dworze, a do twarzy kleiły się mokre od deszczu, czerwone włosy, które miały już sporo odrostów. Odgarnął moje czarne włosy za ucho i pocałował mnie krótko w policzek. Pod wpływem jego pocałunków nogi się pode mną uginały.

- Jak ci minął dzień, skarbie? - spytał swoim cudownym głosem.

- Dobrze - odpowiedziałem krótko. - A jak tobie?

- Też nieźle, ale czuję, ze teraz będzie jeszcze lepiej - i znów mnie pocałował. - Kocham cię.

- Och, wiem Gee. Ja ciebie też kocham.

      Zdjął z siebie przemoczony płaszcz i powiesił go na wieszaku. Następnie pozbył się swoich czarnych glanów, które ładnie odstawił koło szafki.
      Poszedł do salonu, a ja razem za nim. Rzucił swój plecak na podłogę obok kanapy i rzucił się na nią i wygodnie ułożył na poduszce. Stanąłem obok kanapy, na której leżał i spojrzałem na niego rozbawiony. Wydął wargi przyglądając mi się z zastanowieniem i wyciągnął do mnie ręce niczym małe dziecko proszące, żeby je wziąć na ręce i przytulić. Pociągnął mnie za nadgarstki, a ja opadłem na niego i z trudem wygodnie się ułożyłem. Objął mnie swoimi silnymi ramionami i przytulił mnie mocno do siebie, jakby się bał, że zaraz mu ucieknę. Uśmiechnąłem się szeroko i wyplątałem się z jego uścisku. Oparłem się na rękach i pocałowałem go krótko, lecz on chciał znacznie więcej. Podniósł się do siadu, a ja razem z nim. Zbliżył się do mojej twarzy. Delikatnie pocałował mnie. Po chwili nasze usta męczyły się nawzajem wolnym pocałunkiem.
       Gerard objął mnie mocno w pasie i ostrożnie podniósł się z kanapy. Nie przerywając pocałunku wstaliśmy i stanęliśmy przed kanapą. Oparł swoje ręce na moich biodrach, a ja przyłożyłem dłonie do jego twarzy. Rozchylił moje wargi językiem, a ja posłusznie zrobiłem mu pole do popisu. Zaczęliśmy się przemieszczać w stronę sypialni. Gdy spotkałem się z zimną powierzchnią drewnianych drzwi, Gerard oderwał się ode mnie i spojrzał na mnie znacząco. Dobrze wiedziałem co oznacza to spojrzenie jego zielonych oczu.

Po wejściu do sypialni...

Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć co się działo.







________________________________________________________________________

    Witajcie!
   
    Tak, wreszcie epilog, wreszcie udało mi się go napisać... Tak strasznie szybko mi czas leci, że aż w ogóle zapominam, że prowadzę bloga, że mam Facebooka i jeszcze kilka innych kont... xD
    No więc wydaje mi się, że w ogóle spieprzyłam i ostatnią część tego opowiadania, i epilog, możecie poczuć się trochę rozczarowani (ja się trochę tak czuję, bo myślałam, że wyjdzie lepiej, ale wyszło jak wyszło), no ale, mam nadzieję, że się Wam jednak podobało.
    Co dalej... Jak na razie zamierzam jeszcze skończyć short story, które już tam kiedyś zamieściłam i dalej nie mam bladego pojęcia co, może będą jakieś one shoty w przypływie weny i chyba przerwa dopóki czegoś fajnego nie wymyślę, więc jeśli zapytacie czy coś dłuższego teraz planuję to nie, niczego nie planuję. Chyba, że nagle dostanę natchnienia i dokończę Life Ain't Just A Joke ale to jest raczej ostatnie na co miałabym na razie ochotę.
    Jak tam w ogóle Wam mijają wakacje?

    Mi strasznie szybko... I trochę nudno (hehe, ironia losu, nudno? Raczej tak nie powinno być, tyle rzeczy bym mogła zrobić...). 

    No to chyba tyle jak na razie, spodziewajcie się za niedługo (chyba, bo za niedługo wyjeżdżam, więc nie wiem czy się wyrobię do wyjazdu, może jak wrócę to dopiero będzie) następnej części short story.

Trzymajcie się cieplutko.

xoxo
Nancy.



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XIX/Ostatni


Frank był przerażony. Nie ufał nowej rodzinie, wiedział, że zrobili coś bardzo złego. Coś, co wpłynęło na to, że jest w tym cholernym domu i nie może nic na to poradzić. Musiał jak najszybciej znaleźć jakieś dowody na to, że nie jest tu przez przypadek. Tylko jak? Nie miał zielonego pojęcia.

Zmęczony podciągnął się do siadu na łóżku. Nie spał całą noc, nie mógł sobie poradzić z zupełnie nową dla niego sytuacją i nie mógł przestać myśleć o wczorajszym wieczorze podczas którego to tajemniczy Jules przyszedł do Shidleyów.

Zrzucił z siebie kołdrę, a następnie powoli wstał z łóżka. Bez pośpiechu udał się do drzwi od swojego pokoju, które otworzył. Uderzyło go bardzo jasne światło, czuł się, jakby ktoś mu wypalał oczy. No i uderzyło go również to, że ktoś na dole przeprowadza bardzo głośną kłótnię. Bał się coraz bardziej. Wiedział, że Jules wczoraj nie żartował. Mężczyzna brzmiał na tyle pewnie, aby wzbudzić w Franku niepokój. Bał się o swoje życie? Z pewnością tak. Ale jeszcze bardziej bał się o to życie ukochanej osoby, należące do Gerarda. Nie był przekonany, co może zrobić, ale musiał jak najszybciej się dowiedzieć, czemu tutaj właśnie jest.

Zszedł na dół po schodach. Powoli, bez pośpiechu podążał do kuchni, gdzie najprawdopodobniej państwo Shidley kłócili się.

- Max, błagam, zrób coś! On nie da nam spokoju, słyszysz?! - krzyczała Margaret. - Ty i twoje pomysły kiedyś doprowadzą nas do zguby! Nie rozumiem, czego ci brakowało? Czy żyło ci się aż tak źle? Masz wszystko, nie potrafisz tego docenić. Jesteś chciwy, chcesz więcej, niż możesz mieć.

Mężczyzna wybiegł z pomieszczenia i wpadł do przedpokoju. Frank obserwował tę scenę z ukrycia. Shidley założył na siebie ciemny płaszcz i wyszedł z domu, mocno trzaskając drzwiami.

Młody Iero wszedł do kuchni i ujrzał Margaret skuloną, siedzącą na podłodze. Płakała, jej ciałem co chwilę wstrząsały mocne dreszcze. Frank podszedł bliżej, nie miał bladego pojęcia co mógł zrobić, los stawiał go w tak trudnej sytuacji. Uklęknął przy kobiecie i położył swoją dłoń na jej ramieniu.

Margaret drgnęła i podniosła swoją głowę, aby spojrzeć na chłopaka. Spojrzała w jego zmartwione oczy. Współczuł jej, ale ona nie chciała tego. Nie od niego. Nie chciała, by jej współczuł. Nie chciała od niego żadnej litości. Miała ochotę się zapaść pod ziemię. Pokazywała swoją słabość jemu- osobie, w której oczach miała być silna. To ona miała być dla niego jakby matką, to w niej on miał znajdywać oparcie. Tymczasem było na odwrót, to ona potrzebowała wsparcia, ale wiedziała, że gdy powie mu prawdę to Frank ich znienawidzi, za to, co zrobili. Nie mówiąc już o Maxie, w jego oczach byłaby nikim, byłaby martwa, obiecała mu, że będzie siedzieć cicho. Ale co jeśli ona nie dawała sobie już z tym wszystkim rady? Co jeśli było jej ciężko i miała ochotę powiedzieć mu o wszystkim? O wszystkim, co ją gnębiło i nie dawało jej w nocy spać. Chciała tego, ale bała się. Tak cholernie się bała.

- Co się stało, Margaret? - spytał cicho.

- Ja... Sama nie wiem - szepnęła, pociągając nosem.

- No przecież widzę, że coś się stało - spojrzał w jej oczy.

- Ja... Nie mogę ci nic powiedzieć, przepraszam - wyjąkała. - Jestem beznadziejna. Czemu ja musiałam wybrać akurat tego dupka?! - krzyknęła.

Rozryczała się na dobre. Musiała wybierać pomiędzy pieniędzmi, fałszywą miłością Maxa, a byciem szczerym. Nie chciała oszukiwać Franka. Chciała mu tak strasznie powiedzieć prawdę. Nie wiedziała, czy wyjdzie jej to na dobre.

- Frank, ja... - zaczęła.- Ja wiem, czemu tu jesteś, a nie stało się to przez przypadek.

Chłopak drgnął. Spojrzał zaskoczony na nią.

- Max... On... Wynajął płatnego zabójcę.

Frank opadł na podłogę. "Max wynajął płatnego zabójcę" - to zdanie huczało w jego głowie. Nagle wszystkie wydarzenia sprzed kilku miesięcy uderzyły w niego z dziesięciokrotną siłą. Przypomniał sobie, jak dowiedział się, że jego przyjaciel nie żyje. Przypomniał sobie wypadek. Pobyt w szpitalu. Przypomniał sobie o tym, jak dowiedział się, że jego rodzice nie żyją. Jak trafił do Gerarda. Wszystko wracało. Wszystkie złe wspomnienia wracały w zastraszająco szybkim tempie.

- C-co? - tylko na tyle go było stać. Tylko to słowo przechodziło przez jego gardło w tym momencie.

- Płatny zabójca zabił twojego przyjaciela i jego matkę podczas gdy jechali do Nowego Jorku. Max chciał ich pieniędzy - mówiła Margaret. Wiedziała, że to wielki cios dla młodego Iero, ale nie miała wyjścia. Musiała. Nie mogła wiecznie ukrywać prawdy. - Twoi rodzice... Oni mogli żyć. Ich stan po wypadku był ciężki, ale wyszli by z tego. Max kazał odłączyć cały sprzęt utrzymujący ich przy życiu. Wszystko dla pieniędzy - jej głos zaczął drżeć. - Przepraszam, Frank. Jest mi tak strasznie przykro, gdybym tylko mogła go powstrzymać. Jestem tak strasznie głupia...

- S-skończ, Margaret. To nie t-twoja wina - wymamrotał.

Frank poczuł, że po jego policzkach spływają łzy. Margaret objęła go swoimi chudymi ramionami i przytuliła do siebie.

Jego dusza była w rozdarta. Brutalnie została rozdarta.

***
W mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Gerard jak oparzony wstał z fotela i pobiegł szybko do pokoju, aby otworzyć drzwi swojemu gościowi. Ogarnął w lustrze swoje włosy i przekręcił zamek. Przed nim stał jego brat, Mikey. Tak, właśnie jego teraz potrzebował. Potrzebował jego wsparcia, a było mu strasznie źle. Lecz przed nim nie stał tylko Mikey, co bardzo go zdziwiło. Stała przed nim jeszcze o sporo niższa dziewczyna. Właśnie, uderzyło go to, że to dziewczyna. Była naprawdę ładna, miała delikatnie rysy twarzy. Miała długie, sięgające za ramiona, brązowe włosy. Ubrana była w letnią, ciemnogranatową sukienkę w drobne kwiatki, a na ramiona miała zarzuconą skórzaną kurtkę. Na stopach miała czarne trampki. Gerard spojrzał dziwnie na swojego brata, a ten się do niego lekko uśmiechnął i chwycił dziewczynę za rękę i wprowadził ją do środka. Czerwonowłosy zamknął drzwi i odwrócił się do brata.

- Gerard, to jest Kristin, moja dziewczyna - powiedział. - Kristin, to jest Gerard, mój brat.

Way spojrzał zdziwiony na swojego brata, a potem na dziewczynę, której podał dłoń. Lekko ją uścisnął i uśmiechnął się przyjaźnie do dziewczyny.

- Zapraszam do salonu - odparł Gerard i wskazał gestem dłoni pomieszczenie.

Zanim wszedł zatrzymał Mikeya, chciał się dowiedzieć o co chodzi z tą cała Kristin. Spojrzał wymownie na brata.

- A tak... Pewnie chcesz wiedzieć, co się stało? - spytał.

- No nie będę tego ukrywał, że mnie zaskoczyłeś tym, że masz dziewczynę.

- No bo... Poznałem Kristin i zakochałem się. Tak po prostu - mówił. - Kristin to wspaniała dziewczyna.

- Ech, cieszę się twoim szczęściem, braciszku - poczochrał jego krótkie włosy i wszedł do salonu.

Mikey usiadł obok Kristin na kanapie i uśmiechnął się do niej. Dziewczyna nerwowo poprawiła włosy. Gerard spojrzał na nich podejrzliwie i poszedł do kuchni.

- Napijecie się czegoś? - zapytał, włączając ekspres do kawy.

- Kawy, bracie! - krzyknął Mikey.

Czerwonowłosy wyjął z szafki trzy czarne filiżanki z spodeczkami, cukierniczkę i dzbanuszek na mleko. Ustawił jedną z filiżanek pod ekspresem i nacisnął jeden z przycisków. Po chwili do filiżanki zaczęła lać się ciemnobrązowa ciecz. Zapach kawy wdarł się do jego nozdrzy i uśmiechnął się do siebie. Nic tak nie pobudzało o poranku jak ciepła kawa prosto z ekspresu.

Z szafki nad ekspresem wyjął czekoladowe ciastka i wyłożył je na talerz, który następnie zaniósł do salonu i położył na ławę. Wrócił do kuchni po mleko i cukier. Zaniósł do salonu. Poszedł po kawę dla gości i dla siebie. Usiadł naprzeciwko Mikiego i Kristin w skórzanym fotelu i splótł swoje dłonie. Patrzył uważnie na każdy ruch blondyna i zastanawiał się, co się stało, że chłopak tak nagle zmienił swoją orientację. Doszedł jednak do wniosku, że nie ma sensu nad tym rozmyślać i upił łyk gorzkiej kawy. Taką najbardziej lubił. Bez mleka, bez cukru. Idealna czarna ciecz.

Odstawił filiżankę na spodek i odchrząknął. Zwrócił swoje spojrzenie na Mikeya i jego dziewczynę.

- No więc - zaczął - opowiedzcie mi, jak się poznaliście?

- Historia niestety dupy nie urywa - zaśmiała się dźwięcznie Kristin.

- Tak, to prawda - przyznał Mikey. - Gdy przyjechałem do Nowego Jorku, dzień po wyjeździe od ciebie, poszedłem do sklepu muzycznego i tam właśnie poznałem Kristin. Jest tam sprzedawczynią i zauważyła, że kręcę się przy regałach z rockowymi albumami. Od razu rozpoczęła się rozmowa o muzyce i Kristin spodobała mi się. Jej gust muzyczny jest wspaniały i niemal identyczny do mojego - spojrzał na nią i uśmiechnął się do niej szeroko. - Już wtedy wiedziałem, że to na pewno nie jest znajomość na jeden dzień. Podałem jej swój numer telefonu i tak znamy się już trzy miesiące, a jesteśmy ze sobą od prawie miesiąca.

- Och, to wspaniale - uśmiechnął się Gerard.

- A jak tam Frank? - spytała brunetka.

Gerard spojrzał na nią z niemałym zaskoczeniem. Skąd ona wiedziała o Franku?

Przeczesał swoje włosy nerwowo.

- Mówiłem Kristin o Franku, więc możesz wszystko nam powiedzieć. Zaniepokoił mnie twój wczorajszy telefon... - powiedział Mikey.

- Franka tu nie ma. Jest teraz u tych cholernych Shidleyów - powiedział ze złością starszy Way i zacisnął swoje dłonie w pięści.

- Żartujesz.

- Nie.

W pomieszczeniu zapadła bardzo niezręczna cisza, którą przerwało dzwonienie telefonu Gerarda. Way zerwał się szybko z fotelu i prawie biegiem ruszył do swojej pracowni, gdzie zostawił swój telefon. Bez wahania odebrał go, nie patrząc nawet kto dzwonił. Gdy usłyszał płaczliwy głos, którego nie dało się nie rozpoznać, zamarł.

- Frank? - zapytał, a w telefonie rozległ się płacz. - Kochanie? Co się stało? - spytał. Słuchał z coraz większym przerażeniem tego, co miał mu do powiedzenia brunet. - Co?! Nie wierzę... Dobrze, zaraz tam będę - zapewnił go.

Rozłączył się.

- Mikey... Musimy jechać.

- Gdzie?

- Do Franka...

***
W całym domu rozległ się dźwięk dzwonka. Frank i Margaret zerwali się z podłogi i szybko ruszyli do przedpokoju. Blondynka spojrzała przez wizjer i otworzyła drzwi. Na zewnątrz stał Gerard, Mikey i Kristin. Frank rzucił się w stronę Gerarda i przytulił się do niego. Zaskoczony Way objął go swoimi ramionami i przycisnął do siebie. Pocałował go w czubek głowy i wprowadził go do środka. Frank oderwał się od niego i spojrzał swoimi zapłakanymi oczami na twarz Gerarda. Starszy pogłaskał go po włosach, a Frank przymknął oczy pod wpływem jego kojącego dotyku. Stanął na palcach aby dosięgnąć jego ust i pocałował go krótko.

Oderwali się od siebie.

- Dzień dobry - czerwonowłosy przywitał się z panią Shidley.

- Witaj, Gerardzie - odpowiedziała.

- To jest Mikey, mój brat, a to jego dziewczyna Kristin - przedstawił parę kobiecie. - Mikey, Kristin, to jest pani Margaret Shidley.

Uścisnęli krótko swoje dłonie.

Frank spojrzał na Mikeya i Kristin nieco zdziwiony tym, że chłopak miał dziewczynę, ale nie roztrząsał tego, nie miało to najmniejszego sensu. Stało się i tyle.

Cała piątka skierowała się do salonu, gdzie usiedli na czarnych kanapach. Frank zajął miejsce obok swojego ukochanego i wtulił się w niego. Niesamowite, jak bardzo uspokajająca była obecność Gerarda dla niego. Wystarczyło, że go dotknął, a czuł się jakby zażył psychotropy. Gerard objął go ramieniem i uśmiechnął się do niego lekko.

- Wytłumaczcie nam, o co chodzi - powiedział Gerard.

- Max wynajął płatnego zabójcę. Przyjaciel Franka i jego matka zginęli w drodze do Nowego Jorku, a rodzice Franka mogli żyć, tylko, że Max kazał zabójcy zakraść się w nocy do ich sali w szpitalu i wyłączyć cały sprzęt utrzymujący ich przy życiu.

- Ja pierdolę, zabiję gnoja! - krzyknął.

- Ale... Przyznaj, że cała ta zła sytuacja ma również swoje plusy, gdyby nie to, nigdy byś nie poznał Franka - odezwał się Mikey.

- Niby tak, ale przez takiego idiotę jak Max, Frank teraz nie ma rodziny - ukrył twarz w dłoniach. - Masz jakieś dowody na to, że to Max wszystko wymyślił? - zapytał Margaret.

- Tak, mam wszystkie dokumenty, umowy. Mogę je przynieść - wstała z kanapy i na chwilę zniknęła za jakimiś drzwiami w salonie. Rzuciła plik kartek na ławę. - To wszystko.

Gerard przejrzał je razem z Frankiem. Wstał i poszedł zadzwonić na policję. Teraz wystarczyło tylko zwabić Maxa do domu, co raczej nie powinno być trudne. Zapewne był w pracy, a przynajmniej tak myślał Gerard. Zgłosił zeznania.

- Margaret! - zawołał ją.

- Co się stało?

- Musisz jakoś tu zaciągnąć Maxa, wiesz gdzie on teraz jest? - spytał.

- Nie wiem. Musiałabym zadzwonić.

- No to musisz niestety to zrobić, już zadzwoniłem po policję.

- Dobrze... - powiedziała z niechęcią.

Bała się, że z Maxem może być Jules. Ale nawet jeśli, to co z tego? Przyjadą oboje, to obu zamkną w więzieniu. Margaret w duchu cieszyła się z takiego obrotu spraw, ale nie chciała do niego dzwonić.

Pobiegła na górę, do swojej sypialni, po telefon. Chwyciła go w rękę i z lekkim wahaniem wybrała numer do Maxa. Po trzech sygnałach odebrał.

- Max? Gdzie jesteś? - spytała.

- W pracy - odpowiedział beznamiętnie.

- Mam prośbę, mógłbyś przyjechać do domu?

- Coś się stało?

- Nie, nic.

- Dobrze, zaraz będę.

Był dziwnie miły, co zbiło ją trochę z tropu. Wróciła do salonu i usiadła w fotelu. Siedzieli w ciszy, oczekując przyjazdu Maxa i policji. Margaret modliła się, aby z Maxem nie było Julesa. Mogło im się coś stać. Narażała na zbyt duże niebezpieczeństwo Franka, Gerarda, Mikeya i Kristin. Ale musiała to zakończyć, nie mogła być wiecznie jego zabawką. Liczyła na to, że policja pojawi się pierwsza.

Po niecałych piętnastu minutach od zadzwonienia Margaret do Maxa, w domu rozległ się dzwonek do drzwi. Blondynka chciała wstać i otworzyć drzwi, lecz uprzedził ją Gerard, który szybko wstał i poszedł do przedpokoju. Wyjrzał przez wizjer. Policja. Otworzył drzwi i zaprosił dwóch wysokich mężczyzn do środka. Jeszcze raz wytłumaczył o co chodzi. Teraz pozostało czekać na Shidleya.

Po dziesięciu minutach usłyszeli przekręcanie klucza w zamku, a następnie zamykanie drzwi od środka. Przyszedł Max. Zniecierpliwieni czekali, aż mężczyzna przyjdzie do salonu.

- Margaret? Już je... - zaniemówił, gdy zobaczył mężczyzn w granatowych mundurach.

Gerard uśmiechnął się pod nosem na widok wystraszonej twarzy Maxa. Wreszcie zapłaci za wszystko, co zrobił. Wreszcie pójdzie siedzieć za swoje czyny.

Mundurowi podeszli do Maxa i pokazali swoje odznaki.

- Zostaje pan zatrzymany - powiedział jeden z nich.

Próbował im uciec, lecz szybko go obezwładnili. Wyszli z domu i wpakowali go do swojego wozu. Margaret, Mikey, Gerard, Frank i Kristin wyszli za policjantami na zewnątrz. Margaret przez chwilę jeszcze rozmawiała z jednym z policjantów i odjechali.

- To koniec - powiedziała.

- Tak, to koniec - przyznał Gerard i objął Franka ramieniem przyciągając go do siebie.






________________________________________________________________________

Bardzo przepraszam, że rozdział nie pojawił się od razu po 11 czerwca, mimo, że miał. To co czuję od kilku dni to cholerne rozczarowanie.
Nie dostałam się na drugi stopień do szkoły muzycznej, więc mój humor jest nieco popsuty, przepraszam. Dałam z siebie wszystko jak zwykle, a dostały się zwykłe jełopy, że tak to ujmę.

No ale nie jestem tu po to, aby użalać się nad sobą, mam nadzieję, że rozdział się podobał, chociaż uważam, że jest w nim trochę za dużo dialogów, a za mało opisów, no ale. Liczę na Wasze komentarze.
Ostatni rozdział, niebawem pojawi się epilog.

xoxo,
Nancy.




niedziela, 31 maja 2015

One Shot - Pull This Trigger

Witajcie!

~* EDIT: Od niedawna prowadzę wattpada (*klik*), więc jeśli macie chęć i czas to możecie mnie tam zaobserwować, przeczytać jeszcze raz opowiadanie "Never Let Them Take", chociaż mi by się ogółem nie chciało jeszcze raz czytać tego, nie wiem jak wam. A nóż widelec pojawi się tam może jeszcze poprawiona wersja "The Only Hope", co prawda to jest na razie tylko pomysł, jeszcze nie wiem czy zostanie zrealizowany, więc zaglądajcie tam, serdecznie zapraszam *~

No więc. Następny rozdział opowiadania się obecnie pisze, więc jeśli dobrze pójdzie to na sto procent pojawi się on po 11 czerwca. 

Co dalej... Dupa, dalej nie wiem co z opowiadaniem "Life ain't just a joke". Najprawdopodobniej odeślę go w pizdu, bo nie mam teraz na niego ani czasu, ani chęci. Może kiedyś wezmę się za nie jeszcze raz. Ale tylko może. 

Short Story "And if they get me" na dziewięćdziesiąt procent zostanie dokończone.

No to chyba tyle z mojej strony...

To teraz łapcie pierwszego w historii tego bloga shota, nie wiem czy jest dobry, nigdy ich jeszcze nie pisałam, a że teraz dostałam weny na takiego no to jest. Więc komentujcie itd... Wybaczcie za wszystkie błędy, jakby się takowe pojawiły. 

No to endżoj, moi kochani! c:
________________________________________________________________________

Gerard Way.

Cholerny dupek.

Morderca.

Gwałciciel.

Gej.

Nie chciałem takiego życia.

Nigdy nie chciałem. Chciałem skończyć studia. Pójść do normalnej pracy. Wziąć ślub z piękną kobietą i mieć dzieci. Chciałem założyć rodzinę, ale wyszło, jak wyszło. Wystarczył jeden błąd w życiu, aby stać się tym kim jestem.

Zaczęło się od jednej osoby. Była nią moja dziewczyna. Pewnego razu, gdy byłem u niej, pokłóciliśmy się. Zdradzała mnie. Byłem na nią cholernie zły. Nie wiedziałem, czemu jej nie wystarczam.

Ogarnęło mną coś, czego nigdy w życiu do tej pory nie zaznałem. Miałem ochotę ją zabić. Miałem ochotę wziąć cholerny nóż i poderżnąć jej gardło. Nikt sobie nie jest w stanie wyobrazić, jaką nienawiść wtedy do niej czułem. Potraktowała mnie jak gówno, ładnie to ujmując.

Sięgnąłem po nóż, a akurat na jej nieszczęście znajdowaliśmy się w kuchni i rzuciłem nim w nią. Tak po prostu. Zdaje się być to bardzo absurdalne, ale tak właśnie zrobiłem. Wiedziałem, że zrobiłem źle, ale jednocześnie sprawiało mi to chorą satysfakcję. Widok kobiety upadającej na białe kafelki, a po chwili powiększająca się z sekundy na sekundę plama krwi pod jej ciałem, które stawało się trupio-blade.

Widok jej oczu, które jakby błagały o ratunek, o litość. Widok jej oczu, które coraz szybciej robiły się matowe i bez życia. Było to niesamowite. Czułem się wtedy lepiej, chociaż jakaś cząstka mojego zdrowego rozsądku wołała, że jestem zły i nigdy coś takiego nie powinno się wydarzyć.

Ale ja byłem zły.

I taki już chciałem być.

Wtedy postanowiłem sobie, że już nigdy nie zaufam żadnej kobiecie. Będę je w sobie rozkochiwał, a potem zabijał, żądny krwi i ich cierpienia. Miały to być na początku tylko kobiety, ale później przyłapałem się na tym, że zabijanie mężczyzn również sprawia mi taką samą satysfakcję. Uprawianie z nimi seksu to było coś, czego chciałem. Oni byli o wiele lepsi, niż kobiety. Jęki jakie wydawali podczas stosunku, ich ciała... Tak, to było to, czego pragnąłem.

Rodzina nic nie wiedziała. Zniknąłem z ich życia.

***

Był to słoneczny dzień. Jechałem z Nowego Jorku do swojego mieszkania w Newark. W głośnikach mojego samochodu brzęczała głośna muzyka Misfitsów, a ja wystukiwałem rytm piosenki na kierownicy. Na nosie miałem okulary przeciwsłoneczne, które co chwilę nerwowo poprawiałem. 

Nagle na drogę wyskoczył młody chłopak z kartką z wielkim napisem "Newark". Szukał podwózki. Na swoich plecach miał wielki plecak. Chcąc nie chcąc zatrzymałem się, aby go nie rozjechać. 

Wyłączyłem silnik samochodu i wysiadłem z niego podchodząc do chłopaka.

Był niższy ode mnie o głowę, albo i więcej. Miał długie, czarne włosy. Ubrany był w ciemną podkoszulkę ze spranym nadrukiem i w dziurawe jeansy oraz podniszczone trampki. Jego ramiona pokrywały liczne tatuaże. Miał śliczną twarz; oczy błyszczały się od słońca, ich kolor przypominał płynny miód. Miał wąskie usta oraz drobny nosek. W wardze i nosie miał cieniutkie, srebrne kolczyki a w uszach miał małe tunele. Miał może osiemnaście lat. Spodobał mi się.

- Jedzie pan może do Newark? - zapytał brzmiącym, niskim głosem. Od razu mi się spodobał jego głos, nie wiem czy wspominałem, ale mam dziwny fetysz co do ludzkich głosów. Jego był taki cudowny.

- Tak, jadę - oznajmiłem.

- Głupio mi pytać, ale czy byłaby taka możliwość... Mógłby mnie pan zabrać ze sobą?

Nie wiedziałem co odpowiedzieć.

- Dobrze, ale pod jednym warunkiem, który będziesz musiał spełnić, czy tego chcesz czy nie - musiał się zgodzić, nie miał wyjścia. Do Newark została jeszcze około godzina jazdy, a przy takim upale wycieczka na piechotę była bardzo nieprzyjemna.

Uśmiechnąłem się do niego zadziornie.

- Ale ja nie mam... - zaczął, ale mu przerwałem.

- Nie, nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy, dowiesz się na miejscu - chłopak posłał mi zaskoczone spojrzenie. - A teraz wsiadaj do samochodu.

Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i wykonał moje polecenie. Wrzuciłem jego plecak do bagażnika i wsiadłem za kierownicę. 

Myślał, że mu pomogę. Nie wiedział, jakie mam zamiary wobec niego. Chciałem go po prostu zabić, jak każdego innego. Uwielbiałem to robić. To już była nieodłączna część mnie. Chłopak był śliczny, ale pech chciał, że musiałem akurat tędy przejeżdżać. Nie wiedziałem, gdzie moja bestialska natura. Gdyby to nie był chłopach o pięknych, złotych oczach i ciemnych włosach, na pewno bym go wywiózł w las, zgwałcił i zabił. On mi się spodobał. Był jakiś inny, taki kruchy i bezradny, Nie chciałem go od razu zabijać. Chciałem się nim troszkę pobawić, wzbudzić zaufanie, a potem się z nim rozprawić na dobre.

Odpaliłem silnik.

- No więc, jak się nazywasz? - zagadnąłem do chłopaka.

- Frank - odpowiedział. - Frank Iero.

- Ładne imię, Frank - rzuciłem mu krótkie spojrzenie. - Ja się nazywam Gerard Way.

Nastała bardzo niezręczna cisza. Próbowałem ją jakoś przerwać, ale niestety nie wiedziałem jak. Włączyłem radio, a dokładniej moją ulubioną płytę. Kątem oka ujrzałem, jak Frank się uśmiecha.

- Lubisz Misfitsów? - spytał.

- O tak, uwielbiam ich.

- Ja też.

Zaczął sobie nucić pod nosem piosenkę, która leciała.

- Tak właściwie, to co cię sprowadza do Newark, Frank? - zapytałem go.

Chłopak zmieszał się.

- Uciekłem z domu... - odpowiedział po chwili namysłu. - Miałem problemy z rodzicami, nie mogłem wytrzymać. Możesz mnie wyśmiać, ale ja już naprawdę nie chciałem tam mieszkać... Ojciec jest alkoholikiem, cały czas się kłóci z matką.

- A ile ty masz lat?

- Szesnaście.

Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Pomiędzy nami była różnica dziesięciu lat. Nagle coś mnie zakuło w sercu. Na myśl, że za niecałe czterdzieści minut miałem go wykorzystać, a potem na sam koniec zabić robiło mi się słabo. Poczułem coś na wzór litości, żalu i smutku. Nie wiedziałem, co się ze mną stało. Chciałem mu pomóc. Chciałem, by mi zaufał. Moje sumienie nie pozwalało mi go zabić. Chciałem się nim zaopiekować.

Dojeżdżaliśmy już do mojego domu. Słońce powoli zaczęło zachodzić. Temperatura spadła o kilka stopni.

Zaparkowałem na podjeździe. Zgasiłem silnik samochodu i wysiadłem z niego. Otworzyłem drzwi po drugiej stronie. Frank wysiadł z samochodu i stanął przy mnie. Z bagażnika wyjąłem jego rzeczy i udaliśmy się do domu. Położyłem jego rzeczy w przedpokoju i zdjąłem buty.

- Jesteś głodny? - spytałem go, wchodząc do kuchni.

- Nie, właściwie to nie chciałbym robić kłopotu... - odpowiedział, rozglądając się po salonie. - Umówiłem się z kumplem, że jak tylko będę na miejscu to mam do niego zadzwonić.

- No dobrze... - odpowiedziałem.

Odsunąłem szufladę w kuchni i wyjąłem z niej pistolet. Wiem, dziwne miejsce na chowanie takich rzeczy, ale lepszego nie miałem. To była najlepsza skrytka. Schowałem broń do kieszeni marynarki, którą miałem na sobie i przeczesałem dłonią swoje kruczoczarne, przydługie włosy do tyłu. Udałem się do salonu.

- Wiesz, bo miałem ci zapłacić... - powiedział Frank.

- Żadnych pieniędzy, jak już wspominałem. Jest tylko jedna rzecz, którą możesz dla mnie zrobić.

- No więc? Czego oczekujesz w zamian?

Podszedłem do niego szybkim krokiem. Stanąłem blisko niego. Spojrzał na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Wyciągnąłem dłoń do jego twarzy i pogłaskałem go po policzku. Odgarnąłem z twarzy jego włosy i pocałowałem go w policzek.

- Kochaj się ze mną, Frank - wymruczałem do jego ucha.

Chłopak się zatrząsł. Pewnie niecodziennie jakiś stary facet proponuje mu seks.

- C-co...? - wyjąkał.

Wpiłem się brutalnie w jego usta. Chwyciłem w dłonie jego twarz. Na początku wcale się nie angażował w pocałunek. Stał po prostu zszokowany moim postępowaniem. Zjechałem rękami niżej, po jego ramionach i objąłem go w pasie. Chłopak w końcu poddał się mojej pieszczocie i sam w nią włożył trochę siebie. Nasze wargi męczyły się nawzajem przez długi czas. Frank rozchylił usta, jakby chciał powiedzieć, że mogę iść dalej. Dał mi pozwolenie na dalszą grę.

Wepchnąłem język do jego ust. Zacząłem penetrować jego podniebienie, czasem ocierając się o ten język należący do niego. Pocałunek przybierał na sile. Zaczęło nam brakować tchu, ale nie chciałem przerywać. Podobała mi się ta cała brutalność. Zero delikatności w tym wszystkim i to było wspaniałe. Uwielbiałem takich mężczyzn, jeśli jego można w ogóle nazwać mężczyzną. Miał dopiero szesnaście lat. W mojej głowie się kotłowało, nie byłem pewien, czy chcę go wykorzystać. Był delikatny, mogłem mu zrobić krzywdę. Chociaż, gdyby się dobrze zastanowić, to nie bez powodu wziąłem pistolet naładowany kilkoma kulkami z kuchni.

Podniosłem go, a on od razu zarzucił swoje ramiona na moją szyję. Oplótł mnie nogami w pasie.

Poszliśmy na górę, do mojej sypialni. Rzuciłem go delikatnie na łóżko i zdjąłem z siebie marynarkę, którą położyłem ostrożnie na łóżku. Następnie szybko i sprawnie zdjąłem z siebie czarną koszulę i rzuciłem się na chłopaka. Siadłem na nim okrakiem i pochyliłem się nad nim. Pocałowałem go czule w usta, a potem zacząłem składać krótkie pocałunki na jego szyi. Cicho jęknął. Począł się pode mną wiercić. Czułem, jak moje spodnie robią się dziwnie ciasne z przodu, a przyjemne ciepło rozlewa się po całym moim ciele.

Próbował podnieść się do siadu. Gdy już siedział, ściągnąłem z niego podkoszulkę. Był taki piękny. Blada skóra, którą ślicznie zdobiły tatuaże. Był strasznie wychudzony. Jego klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała. Patrzył na mnie swoimi dużymi oczami. Jego buzia była niezdrowo rumiana. Wstydził się mnie. Wstydził się swojego ciała. Nie wiedziałem czemu. Był taki niesamowity. Ideał. Nie miał powodu, żeby wstydzić się swojego ciała, nie mówiąc już o tym, że nawet nie był w całości rozebrany. Zdjąłem mu tylko podkoszulkę. Przygwoździłem go rękami do łóżka. Nachyliłem się nad nim i uśmiechnąłem się uwodzicielsko.

Jeździłem ręką z zafascynowaniem po jego klatce piersiowej, jego oddech był coraz szybszy. Zjeżdżałem coraz niżej i niżej. Gdy zahaczyłem o jego pasek od spodni, głośno westchnął. Poczułem jak rośnie pode mną. Całowałem go po klatce piersiowej, nie mogłem się powstrzymać przed zasmakowaniem jego skóry. Był rozpalony, jakby miał gorączkę.

Pocałunkami schodziłem coraz niżej, chłopak cicho pojękiwał, jakbym robił nie wiadomo co, a jeszcze nawet zabawa się nie zaczęła. Nie chcąc dłużej czekać, zająłem się jego paskiem od spodni, który szybko rozpiąłem. Chłopak podniósł się i ściągnął swoje spodnie, które odrzucił gdzieś na bok. Pozbyłem się swoich spodni.

Usiadłem na nim i poruszyłem się. Jego usta wygięły się w dziwnym grymasie, gdy moje krocze otarło się o jego. Jęknął przeciągle. Zjechałem ręką po jego szczupłej klatce piersiowej i zahaczyłem o gumkę od bokserek. Wsadziłem tam rękę. Jego oddech znacznie przyspieszył. Ścisnąłem jego erekcję. Głośno jęczał, czułem, że jest bliski końca. Skończyłem pieszczotę i wyjąłem rękę bardzo powoli z jego bielizny. Jednym szybkim ruchem zdjąłem jego bokserki i rzuciłem nimi za siebie.

Frank przymknął powieki. Zszedłem z niego na moment, aby pozbyć się swojej bielizny. Rozszerzyłem jego nogi.

- Otwórz oczka skarbie - wymruczałem.

Otworzył je, jakby z niechęcią. Spojrzał w moje oczy.

- Gotowy? - spytałem.

- Chyba tak - szepnął.

Było to dla mnie potwierdzenie. Mogłem przejść dalej. Widziałem, że Frank się jeszcze wahał. Być może nigdy nie uprawiał seksu z facetem. To mógł być jego ogólny pierwszy raz. Zrobiło mi się go dziwnie żal. Gdzie moja brutalność?

Zacisnąłem dłonie na jego pośladkach. Rozciągnąłem go bardzo delikatnie. Chciałem mu sprawić jak najmniej bólu, co raczej było nieuniknione. Seks mężczyzny z mężczyzną strasznie bolał, dobrze o tym wiedziałem. Widząc jego smutne oczy, które jakby błagały o pomoc, były pełne bólu i rozpaczy. Niekoniecznie chciał przeżyć swój pierwszy raz ze mną. Wiedział, że to będzie bolało.

- Spokojnie, będę delikatny - powiedziałem, aby dodać mu chociaż trochę otuchy.

Powoli wszedłem w niego. Frank zawył z bólu.

- Zaraz poczujesz tylko przyjemność - zapewniłem.

Pokiwał głową. Pocałowałem go czule w usta. Niepewnie wykonałem pierwsze pchnięcie, aby chłopak mógł się przyzwyczaić do moich rozmiarów. Z jego zaciśniętych mocno powiek poleciały łzy. Pogładziłem go po twarzy. Otworzył oczy.

- Wszystko w porządku? - szepnąłem.

- Tak...

Zacząłem się w nim poruszać. Chłopak cicho pojękiwał. Och, był taki przyjemnie ciasny. Uwielbiałem to w facetach. Oplótł mnie rękami w pasie, jakby chciał być jeszcze bliżej mnie. Wpiłem się w jego usta. Jego usta były takie miękkie, w porównaniu do innych mężczyzn. Jego były jeszcze takie dziecięce, mimo to, że był już młodym mężczyzną. Zjechałem po jego ciele dłonią w poszukiwaniu jego penisa. Chciałem mu sprawić przyjemność. Objąłem moją dłonią jego członka i zacząłem nim poruszać w tych samych rytmach, w jakich wykonywałem pchnięcia w środku niego. Chłopak głośno jęczał w moje usta. Było mi cholernie dobrze. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem tak niesamowitego stosunku. Czułem się, jakby nic oprócz nas nie było. Tylko my, na tym łóżku, krzyczący swoje imiona i jęczący wprost w swoje nabrzmiałe od pocałunku wargi.

Frank wbił swoje paznokcie w moje plecy. Krzyknąłem w jego usta. Przyspieszyłem swoje ruchy, byłem bliski finału. Poczułem ciepłą, lepką substancję na mojej ręce. Doszedł, krzycząc moje imię. Wykonałem kilka mocniejszych pchnięć i spełniłem się w środku niego.

Wyszedłem z niego.

Opadłem zmęczony od stosunku na łóżko, koło Franka. Słyszałem coraz równiejszy oddech mojego kochanka. Obróciłem głowę w jego stronę i przybliżyłem się do niego, aby złożyć czuły pocałunek na jego wargach. Chłopak był zmęczony. Niemal wycieńczony. Jego oczy nie były już takie smutne, ale widziałem, że dalej czuje ból. I to wszystko nawet nie z mojego powodu; nie z powodu uprawiania seksu ze mną.

Za niedługo pozbędzie się raz na zawsze uczuć bólu, smutku i nadziei na lepsze życie.

Za niedługo zginie. Mordercy nie mają litości. Nawet nie ulegają pod wpływem spojrzenia pięknych, miodowych oczu.

- Załóż teraz ładnie bieliznę i nie ruszaj się stąd - szepnąłem do niego i podniosłem się do siadu. Wcisnąłem swój goły tyłek w bokserki, a następnie w czarne spodnie i zapiąłem pasek. Frank siedział na łóżku ubrany w same bokserki. - Usiądź wygodnie, skarbie - chłopak oparł się o ramę łóżka. - Teraz zaczynamy prawdziwą zabawę - spojrzał na mnie zaskoczony.

Sięgnąłem po marynarkę i wyciągnąłem z niej spluwę. Chłopak wbił spojrzenie w broń, a ja zaśmiałem się. Pogładziłem pistolet ręką i zbliżyłem się do niego. Był przerażony. Czułem tę jego panikę. Lubiłem strach w oczach ofiar. Usiadłem na łóżku.

- Jaka z ciebie śliczna dziwka, Frank - wyszeptałem do jego ucha. - Moja mała, śliczna, męska dziwka.

Zadrżał. Przejechałem po jego policzku lufą od broni. Spojrzał niepewnie w moje oczy.

- Gerard - szepnął.

Trach.

Postrzeliłem go w nogę. Chłopak zawył z bólu.

- Jak to jest być dziwką, co Frank? - zapytałem. - Widzisz, ja jestem pierdolonym mordercą i podoba mi się moja robota. A najbardziej lubię zabijać takich chłopców jak ty.

Frank zwijał się z bólu. Spod mocno zaciśniętych powiek zaczęły mu wypływać łzy. Łapczywie nabierał powietrza.

- Ale nic się nie martw. Nie będziesz już musiał więcej cierpieć - pocałowałem go. - Żegnaj, kochanie. Tak będzie o wiele lepiej.

Trach.


Z niemałą satysfakcją patrzyłem, jak z mojego kochanka uchodzi życie. Jak coraz więcej krwi z jego chudego ciała wypływa na śnieżnobiałą pościel. Jego otwarte oczy robiły się coraz bardziej matowe. Pozbawione życia.

Zaśmiałem się histerycznie. Nie mogłem uwierzyć, że go zabiłem. Nie chciałem tego. Pragnąłem, by żył. Czułem się paskudnie. Czułem się jak największe gówno tego świata. Miałem do siebie żal. Zabiłem kolejnego, niewinnego człowieka. Byłem chory psychicznie i nikt nie mógł mi pomóc. Satysfakcję sprawiało mi zabijanie ludzi i bycie złym. Czułem się beznadziejnie, patrząc na martwe ciało Franka. Ten chłopak mógł żyć, przecież wszystko mogło się jeszcze ułożyć. On miał prawo do życia, które mu zabrałem. Odebrałem mu życie. Nie mogłem z tym wytrzymać.

W pistolecie został jeszcze jeden nabój.

Rozryczałem się. Zacząłem się śmiać, jak jakiś psychopata przez łzy. Nigdy nie okazywałem takiej słabości. Przyłożyłem pistolet do swojej skroni. Chciałem ze sobą skończyć, na to teraz tylko zasługiwałem. Byłem skończony. Nie chciałem więcej zabijać, a obraz martwego szesnastolatka pozostałby w mojej głowie do końca życia. Chciałem umrzeć. Nie mógłbym patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Na osobę, która była tak zła.




Pociągnąłem za spust.













poniedziałek, 11 maja 2015

And If They Get Me / Short Story [1/?]

Witam wszystkich!
Zapewne czekaliście na rozdział, ale niestety nie napisałam go jeszcze. 

W ogóle nawet się za niego nie zabrałam, więc jak na razie go w ogóle nie ma. 
W zamian za to, wstawiam pierwszą część do short story. Nie wiem, czy przypadnie wam do gustu, ale liczę na to, że jednak tak.
Ogółem to... Nie mam czasu. Do 11 czerwca, bądź dalej jestem strasznie zajęta, więc niestety nie mogę Wam powiedzieć, za ile będzie kolejny rozdział "Never Let Them Take". Postaram się go napisać jak najszybciej, ale nic nie obiecuję.
Egzaminy, egzaminy wszędzie.

Historię opowiada szesnastoletni Frank (znowu zrobiłam go jako sierotę losu, nie bijcie, proszę). Nie muszę Wam go chyba opisywać. Długie, czarne włosy. Co tym razem zabawne- nie jest kolejnym emosem. Może i słucha rocka, ale wygląda normalnie. Jest normalnym chłopakiem. Żadnym punkiem, czy czymś takim.
Zwykły Frank. 

Oczywiście ma obojga rodziców, super przyjaciela i wszystko by było dobrze, gdyby nie jedna sytuacja, która zmieni całkowicie jego życie.
Początek strasznie nudny...

No to endżojujcie. 

Betowała Amia. Dziękuję Ci bardzo, bardzo, bardzo jeszcze raz ^^ Dzięki tobie ma to ręce i nogi! XD

___________________________________________________________________________
Był maj, a dokładnie jego końcówka. Piątek; piękny, słoneczny dzień, a ja siedziałem na ostatniej lekcji, matematyce, która kończyła się dopiero o 15:55. Nie wiem, kto wymyślił tak chore godziny zakończenia zajęć, ale miałem już dość. Nie byłem w stanie normalnie myśleć.

Siedziałem sam, w ostatniej ławce przy oknie i z utęsknieniem patrzyłem przez szybę na dzieci, które już wcześniej skończyły lekcje, a teraz bawiły się na placu zabaw. "Szczęściarze" - myślałem za każdym razem, gdy przypominałem sobie, że jak wrócę do domu, to będę miał masę nauki.

Spojrzałem na zegar ścienny, który, wydawałoby się, od dłuższego czasu wskazywał godzinę piętnastą czterdzieści dwie. Jeszcze głupie trzynaście minut do dzwonka. Nagle poczułem, jak coś we mnie uderzyło. Zerknąłem w dół, obok mnie na podłodze leżała zmięta kartka papieru. Bez wahania podniosłem ją i rozwinąłem. Znajdowała się na niej wiadomość od mojego przyjaciela - Quentina.

Ziomuś, przyjdź dzisiaj do mnie. Pogramy sobie w jakąś gierkę na konsoli. Np... Need For Speed?
Q

      Uśmiechnąłem się do siebie. Od razu wyrwałem z zeszytu kartkę i nabazgrałem na niej odpowiedź. Pomysł był wyśmienity, lubiłem grać w gry. Szczególnie z Q. Mogłem się wtedy wyłączyć i skupić tylko na nich. Popatrzyłem na nauczyciela, który stał tyłem do klasy. Rozejrzałem się wkoło, wzrokiem szukając przyjaciela. Chłopak siedział w pierwszej ławce, w środkowym rzędzie. Zamachnąłem się i szybko rzuciłem do niego zwiniętą kartkę. Gdy rozłożył ją, odwrócił się i posłał mi szeroki uśmiech, a ja odwzajemniłem ten gest. Teraz już miałem jakieś kreatywne zajęcie na popołudnie, jeśli granie w gry w ogóle można zaliczyć do kreatywnych zajęć.

***

- Mamo, wychodzę do Quentina! - krzyknąłem, schodząc do przedpokoju.

W pomieszczeniu pojawiła się drobna kobieta, ubrana w luźne dresy i czerwoną podkoszulkę, o ciemnych włosach i niemal czarnych oczach. Moja mama - Rosalie.

- O której godzinie zamierzasz wrócić?- zapytała stanowczo kobieta, spoglądając na mnie.

Wcisnąłem na stopy czarne, podniszczone trampki.

- Nie wiem, chyba jakoś wieczorem - odpowiedziałem bez dłuższego namysłu.

- Jakoś wieczorem? Frank, tutaj jest strasznie niebezpiecznie wieczorem, przecież dobrze o tym wiesz. Zadzwoń, to po ciebie przyjadę - oznajmiła.

- Nie, naprawdę nie trzeba. Mamo, jestem już duży i dam radę sam wrócić na nogach - uśmiechnąłem się krzywo.

- Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł. No ale... Dobrze, wróć sam, tylko błagam, uważaj na siebie, kochanie.

- Okej, okej no - wstałem z podłogi i zgarnąłem z komody, stojącej przy drzwiach, telefon i klucze - To ja idę - dodałem.

- Pa. Uważaj na siebie.

- Pa - powiedziałem z naciskiem i wyszedłem z domu.

***

- No kurczę no! - krzyknął rozzłoszczony blondyn - Znowu z tobą przegrałem, jak to możliwe w ogóle?- jęczał Quentin.

Zaśmiałem się. Chłopak rzucił pada od konsoli na czerwony dywan i opadł na podłogę. Spojrzałem na niego rozbawiony. Ech, czasem zachowywał się jak małe, rozkapryszone dziecko, ale w sumie za to go lubię, za tą jego dziecinność, brak powagi i całkowite rozluźnienie. Podchodził to życia pozytywnie i choćby się paliło i waliło to on dalej miał szerokiego banana na twarzy. W sumie nie miał go tylko wtedy, gdy przegrywał ze mną po raz setny wyścig w grze, ale pomińmy to.

- Jak to możliwe?- powtórzył pytanie i głęboko westchnął.

- Widocznie jestem od ciebie lepszy, ćwoku - pokazałem mu język. Tak, takie wyzwiska u nas były na porządku dziennym, ale żaden z nas wcale się tym nie przejmował.

Quentin strzelił mnie pięścią w ramię.

- Ała! - syknąłem i rozmasowałem rękę.

Wyjąłem z kieszeni moich szarych jeansów telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Zegar wskazywał godzinę dwudziestą pierwszą pięćdziesiąt, co oznaczało, że nadeszła na mnie pora. Musiałem się zbierać do domu, czułem, że moja mama już nieźle zaczęła się martwić.

- Późno już - wstałem z podłogi, uprzednio odkładając na nią pada - Będę się zbierał - stwierdziłem.

- Och, już? Frano, młoda godzina jest - zaśmiał się.

- Ta, już prawie dwudziesta druga. Matka pewnie już postawiła na nogi cały komisariat policji - zaśmialiśmy się głośno.

- Eee, no dobrze. Pozwalam ci iść.

- O mój Boże, jakiś ty łaskawy, Q.

- No wiem, nie musisz mi za to dziękować.

Podniósł się z podłogi i odprowadził mnie do drzwi. Założyłem trampki, pożegnałem się z przyjacielem i jego rodzicami, a następnie wyszedłem i ruszyłem w kierunku mojego domu.

***

Byłem w połowie drogi do mojego mieszkania. Na dworze byłoby już całkiem ciemno, gdyby nie blade światło ulicznych lamp. Panował okropny chłód i żałowałem, że nie wziąłem ze sobą nic oprócz cienkiej, czarnej bluzy. Zasunąłem ją pod samą szyję, naciągnąłem na głowę kaptur i schowałem ręce do kieszeni. starając się chociaż trochę ogrzać. Spojrzałem w górę, na niebo. Było bezchmurne - dokładnie widziałem księżyc w pełni oraz lśniące gwiazdy. Zawiał silniejszy wiatr, a ja usłyszałem, że ktoś za mną idzie, a raczej biegnie. Wystraszyłem się nie na żarty, ponieważ New Jersey słynęło z zabójstw, pobić i napadów.

Odwróciłem się i wtedy w ciemności ujrzałem zbliżającą się postać. Sądząc po posturze, był to młody mężczyzna, szczupły i wysoki, dużo wyższy ode mnie. Ubrany w ciężkie, wojskowe buty, czarne, jeansowe rurki oraz elegancki płaszcz zamszowy, pod którym miał ciemnoszarą bluzę z kapturem, który naciągnął na głowę, przez co nie mogłem ujrzeć jego twarzy.

Wyminął mnie z nadzwyczajną prędkością. Zobaczyłem, jak gwałtownie skręca w prawo, w ślepą uliczkę i w sumie to przeszedłbym zupełnie obojętnie; mało mnie obchodziło, co ten typ tam będzie robił, ponieważ na początku pomyślałem, że po prostu pewnie tam mieszka i wraca do domu, czy coś w tym stylu, ale nagle usłyszałem pisk.

Przestraszony wbiegłem tam natychmiastowo - nawet nie zastanowiłem się czy robię dobrze czy nie. Nie myślałem nad późniejszymi konsekwencjami i, że próbując kogoś uratować, sam mogę targnąć się na własne życie. Mogło mi się coś stać, a mama mówiła, żebym uważał. Ale oczywiście ja, Frank Iero, po prostu musiałem maczać palce w nie swoje sprawy. Ukryłem się za dużym kontenerem. Światło latarni padało na dwie postacie, czyli na chłopaka i jakąś kobietę.

- Umawialiśmy się, Jane! - krzyknął.- Miałaś do cholery nic nikomu nie mówić - warknął prosto w jej twarz.

- Zrozum, że musiałam - próbowała bronić się kobieta.

- Nic nie musiałaś - powiedział, a ta jęknęła, gdy ścisnął jej szyję dłonią.

- Gerard...- chrapnęła, brakowało jej powietrza.

Puścił ją, a ta próbowała mu uciec. Niestety nie udało się jej. Zacisnął swoje trupio-blade dłonie na jej chudych nadgarstkach. Była bardzo wystraszona. Wyszeptał jej coś do ucha i oddalił się od jej twarzy. Ujrzałem białe kły. Tak, to były kły. Wcale mi się nie wydawało. Nagle wgryzł się w jej tętnicę szyjną, a ona zawyła.

Zasłoniłem usta dłonią, aby z moich ust nie wyrwał się krzyk. Patrzyłem otępiały, jak z dziewczyny uchodzi życie. Do oczu cisnęły mi się łzy. Miałem poczucie winy, ale nie mogłem temu w żaden sposób zapobiec. Siedziałem tam i się gapiłem jak facet... Kurwa, przecież to nie był facet! Jak wampir łapczywie pije szkarłatną posokę. Chyba mnie odeślą do psychiatry, jak usłyszą historię o tym, że spotkałem wampira. Wariuję. Widziałem istotę nadnaturalną, czy to aby nie było nienormalne?

Mężczyzna oderwał usta od szyi Jane. Trzymał ją martwą w swoich ramionach przez dłuższą chwilę.

- A ja ci kurwa ufałem - powiedział i puścił ją.

Ciało dziewczyny bezwiednie opadło na beton.

Po moich policzkach spłynęło kilka łez. Bardzo chciałem stamtąd uciec i zapomnieć o całym zdarzeniu. Wstałem na drżących nogach i gdy tylko się odwróciłem, potknąłem się i runąłem jak długi na ziemię. Ujrzałem przed sobą glany, które na nogach miał tamten chłopak. Podniosłem się na obdartych dłoniach i spojrzałem w górę. Nie miał już na głowie kaptura, teraz dokładnie widziałem jego strasznie bladą twarz. Duże, zielone oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem. Miał lekko zadarty do góry nos i wąskie, krwistoczerwone usta. Na twarz opadały długie, lśniące, kruczoczarne włosy. Pociągnął mnie gwałtownie za bluzę do góry i trzymał mnie jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią. Patrzył na mnie spod lekko przymrużonych powiek.

- Coś ty za jeden?- syknął mi prosto w twarz.

- F-frank...- wykrztusiłem. - Ja przechodziłem obok... I usłyszałem pisk - zacząłem się tłumaczyć - Boże, proszę nie zabijaj mnie! - krzyknąłem rozpaczliwie, gdy Gerard odstawił mnie z powrotem na ziemię i zniknął na chwilę.

Nagle poczułem mocne szarpnięcie za kaptur. Czarnowłosy oplótł mnie ramieniem wokół szyi.

- Nic tu nie widziałeś, zrozumiano? - szepnął dźwięcznym głosem wprost do mojego ucha. Jego gorący oddech owiał mój policzek. Kiwnąłem niepewnie głową.

Nagle poczułem mocne ukłucie w okolicach szyi. Chciałem krzyknąć, ból był niemiłosierny, lecz zasłonił mi usta ręką. Zdawało mi się, że płonę od środka. Gdy oderwał się ode mnie, poczułem się słabo i osunąłem się na ziemię. Uklęknął przy mnie. Spojrzałem prosto w jego szmaragdowe oczy.

- Coś słabo wyglądasz - stwierdził i poklepał mnie ręką po twarzy. - Lepiej odprowadzę cię do domu, co Frank?- zaśmiał się i wziął mnie na ręce.

Urwał mi się film.

***

Obudziłem się w swoim własnym łóżku. "A więc był o to tylko głupi sen" - pomyślałem i odkopałem się spod kołdry. Boże, piję zdecydowanie za dużo kawy. Tak, to wszystko wina kawy, przez nią potem mam takie głupie i realistyczne sny. Usiadłem i poczułem przeszywający ból w szyi. Oprócz tego strasznie bolała mnie głowa, jakbym poprzedniej nocy się schlał w trzy dupy. Pomasowałem swoją szyję i wstałem.

Zszedłem na dół do kuchni, gdzie byli moi rodzice. Tata pił kawę i czytał gazetę, a mama smażyła naleśniki. Usiadłem przy stole i oparłem głowę na ręce.

- Hej, synu - uśmiechnął się tata.

- Hej... - powiedziałem, ziewając przy tym. Mama podała mi herbatę i talerz z naleśnikami.

- Jak się spało? - spytał.

- Nawet dobrze, ale strasznie mnie boli głowa - odpowiedziałem.

- Zaraz dam ci jakąś tabletkę, Frankie - powiedziała miłym tonem kobieta.

Zastanawiałem się, jak wczoraj dotarłem do domu, bo zupełnie nic nie pamiętałem, w między czasie zabrałem się za jedzenie.

- Rosalie, Frank... - zaczął tata, odkładając gazetę na stół - Wczoraj wieczorem dostaliśmy wezwanie na policję o zabójstwie dwudziestoletniej kobiety.

Ta informacja na początku do mnie w ogóle nie trafiła. Tata pracował na komisariacie i tygodniowo dostawali tam masę takich wezwań. Po dłuższym rozmyślaniu zakrztusiłem się herbatą. Zaraz, przecież wczoraj... Nie, to nie może być prawda. To był tylko głupi sen.

- Nie możemy ustalić, co ją zabiło. Najprawdopodobniej nie był to ani człowiek, ani zwierzę. To podejrzana sprawa - a jednak to nie sen - Frank, czy ty wczoraj tamtędy nie wracałeś?

Od ścian mojej czaszki z łoskotem odbijało się jedno pytanie: - Co teraz?

- Nic o tym nie wiem... - powiedziałem powoli.

- Dobrze. Proszę was, uważajcie na siebie. Kto wie, gdzie to coś teraz grasuje - stwierdził tata.

Kiwnąłem głową. Dopiłem herbatę i poszedłem do swojego pokoju.

Cholera, zrobiło się nieprzyjemnie. Nie mogłem wydać Gerarda. Wyjrzałem przez okno na ulicę. Po drugiej stronie, na przeciwko mojego domu stała jakaś ciemna postać i patrzyła w kierunku mojego okna. Przerażony odskoczyłem od niego i zamrugałem kilka razy. Osobnik zniknął.

Następny tydzień minął spokojnie.

Nie widziałem go więcej, ale mimo to, wiedziałem, że on mnie cały czas obserwuje.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ XXVIII

   
      Gerard od wyjścia Franka stał jak wryty w ziemię w przedpokoju od około pięciu minut. Ręce zaciśnięte w pięści całe mu się trzęsły z żalu do samego siebie, że nic nie zrobił, żeby go zatrzymać przy sobie odrobinę dłużej. Ze złości, że pozwolił tak po prostu doktorowi mu go odebrać. Nie wiedział, co było złego w związku dwóch mężczyzn? Miłość to miłość, czy to dwóch kobiet, czy to kobiety i mężczyzny, czy to dwóch facetów. Serce nie sługa. Co z tego, że chłopak jest niepełnoletni? Nie przyłapali ich w nie wiadomo jakiej sytuacji. Frank chciał tylko nic nieznaczącego całusa. Właśnie, tylko tyle. A doktorek zrobił z tego niemałą aferę.
      Way przymknął powieki, a po chwili poczuł, jak po jego policzkach spływają pierwsze łzy.
Weź się w garść, idioto. Świat się jeszcze nie skończył na jednym chłopaku. 
      Ale on go tak strasznie kocha. Wskoczyłby za nim do ognia, kurwa zrobiłby wszystko, byle by tylko móc być z nim.
      Opadł bezwładnie na kolana, na zimną podłogę. Z jego oczu płynęło coraz więcej łez...
      Był taki bezradny. Nie mógł nic zrobić. Nic, co by przywróciło Franka.
Człowieku! Opanuj się!
      Znowu zachowywał się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, a miał pieprzone dwadzieścia lat. Dlaczego był taki durny? Sam nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ukrył twarz w dłoniach. Powoli zaczął wstawać z podłogi. Potrząsnął na otrzeźwienie głową i podszedł do drzwi wejściowych, aby je zamknąć.
Musisz być silny. Jeszcze nie wszystko stracone.
      Powoli wszystko zaczęło wracać do normy, mimo to, że czuł wielką pustkę. Będzie starał się funkcjonować normalnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Dobrze zdawał sobie sprawę, że zachowywał się jak małe dziecko, któremu matka zabrała ulubioną zabawkę, bo było niegrzeczne. Dobrze wiedział, że ktoś inny po prostu by mu powiedział, że jest głupi, że załamuje się z byle powodu, że jest dorosły i powinien się zachowywać jak dorosły. Wszystko doskonale wiedział.
      Z ławy w salonie wziął telefon. Wybrał numer. Ta osoba na pewno mu pomoże.

***
    
      Jechali już samochodem z dwadzieścia minut. Frank był wkurzony. W końcu dojechali na jakieś totalne zadupie za miastem. Tak sądził młody Iero. A tak naprawdę było to, no dobrze, może sporo oddalone od miasta miejsce, ale było całkiem urokliwe, gdyby nie patrzeć na świat tak jak Frank. Był zły na całą tą okropną sytuację i miał już dość. Najchętniej skoczyłby z dywanu. Śmierć pierwszorzędna i bardzo oryginalna. Nie chciał być w tym samochodzie z tą dziwną kobietą, która cały czas gadała ze swoją przyjaciółką przez telefon i chwaliła się jakiego to przystojniaka będzie miała w domu. Jeśli mowa o nim, to po pierwsze jest już zajęty, a po drugie... Czy ktoś tu widzi jakiegoś przystojniaka? On nie widział. Jest chudy, niski i blady. 
Ten, kto uważa, że jestem przystojny jest ślepy. Ale zaraz... Gerard nie jest ślepy. Chyba.
      Zatrzymali się na podjeździe jakiegoś ogromnego, białego domu z czarnym dachem i wielkimi oknami. Z przodu domu rosło pełno roślin, ale przede wszystkim krzewów. Pani Shidley kliknęła jakiś przycisk na kluczyku od swojego samochodu. Brama prowadząca na plac posiadłości zaczęła powoli się otwierać. Następnie kliknęła jeszcze raz i otworzyła się brama od garażu. Czarne BMW wjechało do budynku. Kobieta wyłączyła silnik samochodu i wysiadła z niego. Frank niechętnie postąpił tak samo jak ona. Zamknął z hukiem drzwi samochodu i podszedł do Margaret, która otwierała bagażnik. Iero wyciągnął z niego swoją torbę i gitarę schowaną w czarny pokrowiec. Blondynka zamknęła garaż i razem udali się do domu, gdzie czekał na nich Max.
      Przywitał się najpierw z kobietą, którą pocałował delikatnie w usta, a potem z Frankiem, który z zaciekawieniem rozglądał się po ogromnym salonie, który był połączony z kuchnią i jadalnią. Wszystkie pomieszczenia były bardzo nowoczesne. Cały dom był urządzony w jednym stylu. Dominowały tu różne odcienie szarości, bieli i czerni. Jedynie dodatki, typu wazony i obrazy były w bardziej konkretniejszych barwach.
      Frank poprawił futerał z gitarą przewieszony przez jego ramię i chwycił torbę z ubraniami w dwie ręce, bowiem zaczęła ona mu już lekko ciążyć.
Jak się jest takim chudym, to dziwne nie jest, że torba jest za ciężka- pomyślał.
- No to Frank, chciałbyś zobaczyć swój pokój? Spokojnie, pomyśleliśmy o tobie i nie jest w nim tak samo biało jak w całym domu. Zdążyliśmy zrobić tam mały remont- powiedział Max i uśmiechnął się szczerze, a właściwie to z lekkim przymusem. Frank od razu zauważył, że jest to jednak nieszczery uśmiech.
Frank spojrzał na niego podejrzliwie.
- Hej, Frankie. Nie jesteśmy twoimi wrogami, tylko nową rodziną. Jesteśmy osobami, którym możesz zaufać - mówiła Margaret. Sranie w banię, a nie. Ja wam nie zaufam. - To co, chcesz zobaczyć swój pokój?
       Chłopak niepewnie zgodził się. Jeszcze raz nerwowo poprawił swoją gitarę i ruszyli na górę, na piętro. Trzymał się raczej z tyłu; szedł za nimi, uważnie rozglądając się po obszernym korytarzu ozdobionym licznymi malowidłami na ścianach. Margaret lubiła bardzo sztukę, miała na jej punkcie bzika. Być może dla tego chciała uwieść Gerarda, gdy dowiedziała się, że ten jest artystą...
       Było tu pusto... Wszystko było od linijki. Max był perfekcjonistą. Zwariowanym lekarzem perfekcjonistą. Było tu nawet trochę strasznie. Franka przerażał ten dom, a jeszcze bardziej jego właściciele i wystrój budynku w środku.  Wszystko było takie nienaganne, wysprzątane i poukładane. Margaret i Max byli dziwną parą. Czarnowłosy czuł się tu nieswojo i chciał wrócić do domu Gerarda, tak bardzo chciał, żeby się okazało, że to jakiś chory sen i że zaraz się obudzi. Czuł się tu jak w psychiatryku. Czuł się, jakby zwariował.
      W końcu doszli do ciemnych drzwi. Max otworzył je i weszli do środka. Pokój był niesamowicie wielki i od razu zrobił na Franku duże wrażenie. Był jeszcze większy od tego w domu, w którym mieszkał jeszcze z rodzicami. Jednak nie potrzebował aż tak dużej przestrzeni. W zupełności wystarczyłaby połowa tego pokoju.
      Pokój miał granatowo-szare ściany, jasną, drewnianą podłogę i duże okno z widokiem na naprawdę duży ogród z basenem. Cholera, będzie mieszkał w jakiejś pieprzonej willi z basenem! Odstawił torbę i gitarę na duży, miękki czarny dywan. Rozejrzał się po pokoju. Pod ścianą obok okna stało dwuosobowe czarne łóżko z narzutą w czarno-czerwone paski i dużą ilością poduszek. Na przeciwko łóżka stało biurko w kolorze łóżka, na którym leżał laptop, czerwona lampka i metalowy pojemnik na długopisy i różne tego typu inne duperele. Przy biurku stał czerwony fotel na kółkach. Po obu stronach biurka stało kilka półek z szafkami. Przy drzwiach stała ciemna kanapa. Na suficie wisiała ogromna o bliżej nie określonym kształcie lampa. Miał własną łazienkę i dużą garderobę, która z łatwością pomieściłaby rzeczy dziesięciu osób. Nigdy nie marzył o tak dużym pokoju. Musiał wprowadzić tu kilka poprawek, czyli powiesić plakaty swoich ulubionych zespołów i tak dalej, ale uważał, że jest tu całkiem ładnie.
- I jak? Podoba ci się tu?- usłyszał tuż przy swoim uchu dźwięczny głos Margaret. Jak się zorientował, kobieta była sporo wyższa od niego. Oplotła go rękami wokół szyi, mocno do siebie przytulając. Frank kiwnął nieznacznie głową.- To wspaniale. Wszystkie książki do szkoły masz już zakupione. Są w szafce przy biurku. Rozpakuj swoje rzeczy, idź się wykąp, a za półtorej godziny widzimy się na kolacji, dobrze?
- Dobrze- odpowiedział jej krótko.
- Chodź już, Margaret. Ugotujemy coś dobrego dla Franka- Max puścił do niego oczko i objął swoją żonę w pasie.
       Wyszli z pokoju, a Frank został sam. Wyglądali na dość miłe osoby.
       Jednak było w nich coś podejrzanego.
       Nie miał zamiaru dzwonić do Gerarda i nie potrzebnie go martwić.

***

      Frank wyszedł na korytarz, wycierając mokre włosy. Przeszedł przez całą długość korytarzu i zszedł na dół po schodach. Zatrzymał się w połowie drogi, słysząc głosy. Nie, to nie były tylko głosy Margaret i Maxa. Słyszał jeszcze jeden, potężny i melodyjny bas. Zszedł cichutko prawie na sam dół i ukrył się za ścianą. Dojrzał w przedpokoju wysokiego faceta, mówiącego coś spokojnie do Maxa. Mężczyzna miał długie, kręcone włosy, które były spięte nisko w niedbałego kucyka. Był dosyć przystojny. Jego twarz ozdabiał lekki zarost. Ubrany był w czarne spodnie, czarną podkoszulkę, skórzaną kurtkę i ciężkie buty wojskowe. Był młody, być może był w wieku Maxa.
- Kurwa, macie tydzień. Nie dam wam więcej czasu!- krzyczał mężczyzna.- Rozumiesz, że nie mogę tyle czekać? Wsadzą mnie znowu do pierdla, jak się wszystko wyda! Chcę wracać do żony, nie mogę jej znowu zawieść. Ja już swoje odsiedziałem! Potrzebuję tej kasy!
- Spokojnie, Jules- uspokajał go Max.
- Jakie, kurwa, spokojnie?! Ja mam żonę! I dzieci! A przez was i wasze chore wizje znowu trafię do pierdla! Macie tydzień, rozumiecie? Inaczej spalę wam ten pieprzony domek, was, waszego pieprzonego Frania i jego jebanego w dupę pedała Waya oraz jego całą chorą rodzinkę, jeśli w ogóle jakąś ma!
Frank zadrżał pod wpływem słów Julesa. Przeszły go silne dreszcze, gdy usłyszał nazwisko ukochanego. Był przerażony.
- Dostaniesz swoje pieniądze- zapewniła go Margaret - ale teraz wyjdź.
- Wcale w to kurwa nie wątpię!- krzyknął.
Brunet zaśmiał się psychicznie i wyszedł z siłą trzaskając drzwiami. Przestraszony Iero wbiegł cicho po schodach na górę, a następnie zszedł powoli i naturalnie na dół, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Wszedł do kuchni, gdzie Margaret coś gotowała. Max stał zamyślony, oparty o blat.
- Och, Frank. Chodź, zjemy kolację. Wszystko już gotowe- powiedziała nerwowo pani Shidley.- Ugotowałam spaghetti, mam nadzieję, że lubisz.
- Tak jasne- uśmiechnął się do niej Frank. Stwarzaj pozory. Udawaj, że wszystko jest w porządku.
Małżeństwo uśmiechnęło się do niego sztucznie. Usiedli przy stole.
Jak oni dobrze grali.
O co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło? Co to za układy? Kim jest Jules? Co dla nich zrobił i skąd zna Gerarda?
W głowie Franka narodziło się tysiące nowych pytań, na które w najbliższym czasie uzyska właściwą odpowiedź.



______________________________________________________________________________
Ha, napisałam to! :D
Taka mnie wczoraj wena dopadła, że aż musiałam to napisać.
Mam dla Was także wesołą, albo smutną wiadomość (zależy czy wam się podobało, czy nie. Mi osobiście nie)! KOŃCZĘ JUŻ TO CHOLERSTWO.
Tak, został jeden rozdział i epilog. 
A wszystko przez obiad u babci. Albo to ja jestem geniuszem, albo to rosół nim jest. xD
Miało być jeszcze około cztery rozdziały, ale po prostu dostałam takiego oświecenia...
I tak, wiem, że trochę krótko, ale następny rozdział będzie zarąbiście długi!











Komentujcie, bo wiecie, że inaczej przyjdę i was zjem.



piątek, 13 marca 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXVII

   
      - No cholera, kto znowu?- syknął Gerard.
Frank wyplątał się z jego uścisku i szybko wstał z łóżka, aby się ubrać. Gerard zgarnął z ziemi bokserki i podkoszulkę. Ekspresowo założył na siebie ubranie, albo raczej piżamę i pobiegł do przedpokoju, aby otworzyć drzwi.
       Był tak strasznie wkurzony. Dzwonkiem do drzwi, który przerwał tak idealny poranek, który mógłby według niego trwać i trwać w nieskończoność, no ale cóż. Bywa i tak. Tylko dlaczego zawsze akurat, gdy oni muszą robić coś naprawdę przyjemnego?! Ktoś ma niezłe wyczucie czasu i tym kimś był...
       Nie, to nie był pan Shidley. Nie, to nie był wścibski sąsiad, aby nakrzyczeć na nich, że za głośno robią to, co robią. To nie był listonosz, ani nikt w tym stylu. To nie był nawet Mikey! To była pani Margaret Shidley we własnej osobie. Gerard myślał, że zaraz zemdleje. Padnie na twarz i już nie wstanie. Jedna, w dodatku głupia kobieta była powodem przerwania tak przyjemnej czynności, jaką jest przytulanie Franka Iero. Był gotów udusić ją własnymi rękoma, bądź po prostu zamknąć jej drzwi przed nosem i nie wpuszczać do środka, aż do wieczora, choćby nie wie jak by błagała. W jego głowie rodziły się najrozmaitsze pomysły, lecz i tak żadnego z nich nie wykonał. Zamiast tego przeczesał splątane czerwone włosy ręką i czekał na to, co kobieta ma do powiedzenia. Patrzył na nią z irytacją. Przyszła sobie tutaj postać? - pomyślał Gerard. Świetnie, miał przecież aż za dużo wolnego czasu na patrzenie się na tą swego rodzaju piękną, lecz tępą, jak niezaostrzony nóż, kobietę, która wczoraj była gotowa go uwieść pod sądem.
- Witaj, Gerardzie - odezwała się w końcu swoim dźwięcznym głosem.
- Dzień dobry - przywitał się oschle Gerard.
      Zlustrował ją wzrokiem. Dziś nie miała na sobie tyle tapety, co wczoraj. Miała lekko pomalowane czarnym tuszem rzęsy, a usta jasnym błyszczykiem. Włosy miała zaczesane w niedbałego koka na czubku głowy. Ubrana była w śnieżnobiałą podkoszulkę, na którą miała zarzuconą granatową marynarkę. Marynarka była szyta na miarę. Ujrzał to na pierwszy rzut oka. Jeansowe rurki idealnie opinały jej zgrabne nogi. Na stopach miała baleriny pod kolor marynarki, a w ręce trzymała dużą, czarną torbę. Gerard nie umiał nie ulec płci pięknej, mimo iż był homoseksualny i postanowił ją zaprosić do środka. Chociaż nie, może to nawet nie z uległości, gdy dziewczyna zatrzepotała tymi ślicznymi, długimi rzęsami, lecz zwyczajnie tak wypadało. Tego wymagała jego kultura osobista. Jeśli takową w ogóle posiadał. Ciężko u niego było z dobrym wychowaniem. Nienawidził nieproszonych gości.
- Może wejdzie pani do środka, zamiast tak stać? - spytał usuwając się z przejścia.
      Kobieta posłała mu szeroki uśmiech i weszła do środka. Zaczęła rozglądać się po małym, jasnym przedpokoju. Gerard zamknął drzwi za sobą i gestem dłoni zaprosił ją do salonu. Nakazał jej, żeby usiadła na kanapie i grzecznie zapytał czy ma ochotę na kawę bądź herbatę.
- Poproszę kawy.- odpowiedziała i usiadła na jednym z skórzanych foteli.
Gerard ruszył do kuchni, gdzie ku jego zdziwieniu był Frank, który stał oparty o blat a w ręku miał kubek z, jak się domyślał, kawą. Szybki jest. Chłopak był już w pełni ubrany i gotowy do dalszego funkcjonowania. Gerard podszedł do niego. Oparł ręce na jego biodrach i pocałował go krótko w usta.
- Wieczorem dokończymy, kochanie - wyszeptał mu do ucha.
Frank posłał mu słaby uśmiech. Gerard jeszcze raz go pocałował, po czym mocno przytulił.
- Zrobisz kawę dla pani Shidley?- spytał.
- Oczywiście. - odpowiedział krótko Frank.
      Gerard poszedł się ubrać, a on został sam w kuchni. Był zły. Nie wiedzieć czemu, ale był kurewsko zły. Zły na cały świat. Tak, miał humory. Miał i to dosyć często, ale co może na to poradzić? Nie codziennie przychodzi do twojego domu jakaś głupia baba i ci przeszkadza w spędzaniu czasu z twoim ukochanym. Ba, Frank nawet się domyślał po co przyszła, a raczej po kogo. Po niego. I dlatego był jeszcze bardziej zły na samą myśl, że gdy tylko wparuje do salonu kobieta zarzuci zdaniem, które będzie brzmiało:  "Przyszłam po Franka". Nie dokończy z Gerardem swojego przyjemnego poranku, bo ta głupia baba go stąd weźmie. Zaraz będzie musiał iść i spakować swoje rzeczy. Następnie opuścić mieszkanie, wyjść na dwór, wsiąść z kobietą do jej samochodu i odjechać Bóg wie gdzie.
      Chłopak wpatrywał się swoimi czekoladowymi, dziwnie smutnymi oczami w ekspres, jakby się spodziewał, że od samego patrzenia ten zadziała. Westchnął i wyjął z szafki nad zlewem filiżankę i spodek. Podstawił naczynie pod ekspres i nacisnął guzik. Ekspres zaczął mielić głośno kawę. Po chwili czarna ciecz zaczęła wypełniać filiżankę. Z lodówki wyjął mleko, nawet nie zastanawiał się nad tym, że będzie tak nieładnie podane. Mleko w kartonie nie prezentuje się zbyt dobrze przy gościach, ale on się tym wcale nie przejmował. Zamachnął się nogą i kopnął w drzwi lodówki, która zamknęła się z trzaskiem. Wyjął cukierniczkę i łyżeczkę. Kawa skończyła się robić. Odstawił filiżankę i łyżeczkę na spodek.
      Do kuchni wpadł Gerard ubrany w czarną koszulę, która miała rozpięte od góry dwa guziczki, jakby nie zdążył ich dopiąć, i siwe jeansy. Do tego ten twórczy nieład na głowie i voila! Wyglądał tak strasznie seksownie, że Frank był gotów znowu zedrzeć z niego ubrania i rżnąć się z nim jak dzikie kury w agreście tu i teraz na podłodze w kuchni. Jednak powstrzymał się i odgonił sprośne myśli na bok- nie byli sami w domu.
      Czarnowłosy spojrzał znacząco na Gerarda, który też mu się jakoś dziwnie przyglądał od dłuższego czasu. Gerard odchrząknął i chwycił za filiżankę z kawą. Frank wziął cukierniczkę i mleko. Razem weszli do salonu. Starszy postawił przed panią Shidley kawę, Frank odstawił na ławę bardzo gustowny karton z mlekiem i cukierniczkę. Iero kątem oka ujrzał minę Gerarda, gdy zobaczył karton z mlekiem. Mężczyzna zgromił go wzrokiem mordercy, a on sam się cicho zaśmiał pod nosem. Obaj zasiedli na kanapie i czekali na to, co kobieta ma do powiedzenia, lecz na razie się na to nie zapowiadało. Wydawałoby się, że kobieta przyszła tu tylko napić się kawy. Z niecierpliwością patrzyli, jak blondynka nalewa sobie mleka do kawy i słodzi jedną łyżeczką. Frank widział, jak Gerard zaciska ręce w pięści. Był mocno wkurzony. Był tak bardzo wkurzony, że aż Frank pomyślał, że zaraz wstanie i udusi Margaret.
- No więc, mogłaby pani nam powiedzieć czemuż to zaszczyciła nas pani swoją obecnością?- zapytał, chyba jak najmilej potrafił Gerard, a i tak było słychać w jego głosie to, jak bardzo złe miał nastawienie do kobiety.
Kobieta podniosła wzrok na Gerarda.
- Przyszłam po Franka, naturalnie. Mam nadzieję, że jest już spakowany, bo jeszcze muszę wstąpić w parę miejsc - odpowiedziała zupełnie beznamiętnie.
       Dla Gerarda jej wypowiedź była niemałym zaskoczeniem, zaś dla samego Franka było to oczywiste. Wiedział, dlaczego kobieta tu przyszła, przecież innego powodu nie mogła mieć. Byłoby to wręcz dziwne, gdyby przyszła do nich na kawkę i ploteczki. Widział w oczach Gerarda smutek i zdziwienie. Jego oczy pałały smutkiem. Był bliski płaczu. Chciał go przytulić. Nie przy niej, coś huczało w jego głowie. Wiedział doskonale, że nie przy niej. Kto wie, jakby to się skończyło. Musiał teraz szybko wymyślić jakąś wymówkę, aby skutecznie wygonić kobietę i móc się do końca dnia nacieszyć obecnością Gerarda.
- Ale... - zaczął, nie wiedząc jak dokończyć swoją wypowiedź.- Ale ja jeszcze nie jestem spakowany i nie wiem ile mi to zajmie.
- Och, myślałam, że już będziesz spakowany - powiedziała ze zrezygnowaniem.- Ale to nic. To ja przyjadę wieczorem, a ty się spakuj na spokojnie.
      Frank i Gerard rozpromienili się. Zapewne gdy tylko pani Shidley wyjdzie z domu zaczną skakać ze szczęścia, a potem całować i robić inne tego typu rzeczy. Chyba każdy wie o co chodzi.
Kobieta jednym duszkiem dopiła kawę. Chwyciła w rękę swoją dużą torbę, którą położyła koło fotela, z którego następnie wstała. Cała trójka skierowała się do przedpokoju. Gerard otworzył Margaret drzwi. Pożegnała się z nimi i opuściła mieszkanie. Frank zamknął drzwi, przy których nadal stał Gerard i posłał mu szeroki uśmiech. Mężczyzna odwzajemnił ten gest i przyciągnął do siebie bruneta. Oplótł go w pasie ramieniem i wpił się w jego usta rozciągnięte w szerokim uśmiechu. Całując się z nim zamknął drzwi na klucz i przyparł go swoim ciałem do pobliskiej ściany. Frank zacisnął swoje ręce na jego karku, następnie wplątując je w jego czerwone włosy. Jeszcze przez dłuższą chwilę nawzajem męczyli swoje wargi. Frank oderwał się z niechęcią od Gerarda. Ten spojrzał na niego zdezorientowany.
- No co? - spytał Frank, patrząc na swojego ukochanego z politowaniem.- Chyba nie będziemy się pieprzyć po raz drugi tego samego dnia.
- Niby nie...
- Ech Gerard, czasem zachowujesz się mniej dojrzale niż ja.
- No wiem, ale za to mnie kochasz - wyszczerzył swoje zęby w uśmiechu.
- Czasem zachowujemy się jak stare dobre małżeństwo.
- To także wiem, ale przeszkadza ci coś w tym?
- Nie, wcale.
Frank wyswobodził się z jego uścisku. Udał się w kierunku sypialni, aby wyjąć z szafy swoje rzeczy. Gerard poszedł za nim.
- Cholera, a może by udało się ciebie jakoś przekitrać? - odparł smutno czerwonowłosy.
- Ta, ty głupi jesteś.
- No chyba ty.
- Powodzenia z ukryciem dużego chłopaka.
- Oj wcale taki duży nie jesteś z tym twoim wzrostem...
- No dzięki! Nie musiałeś mi przypominać o tym, jak bardzo niski jestem.
- Ej no wcale nie miałem tego na myśli - zaczął się plątać Gerard.- Ja po prostu...
- Ja już tam wiem, co ty miałeś na myśli.
      Iero otworzył szafę i zaczął z niej wywalać swoje ubrania. Następnie z spodu szafy wyciągnął dużą torbę i położył ją na łóżku. Gerard pomógł mu się spakować.
***
      Uwinęli się w niecałą godzinę, Posprzątali, znaczy kto sprzątał ten sprzątał. Resztę dnia mogli spędzić na dziesięć razy bardziej przyjemniejszych rzeczach. Gerard zaproponował Frankowi spacer, lecz ten odmówił twierdząc, że jest naprawdę wykończony robieniem porządków, podczas gdy on wolał leżeć na kanapie i jęczeć jaki to jest nie wyspany. Naprawdę, zachowywali się jak stare dobre małżeństwo, ale... Może to i było dobre? Takie zwyczajne życie, bez żadnych rewelacji. Miłość bez żadnych ceregieli, bez zbędnych słów, bez zbędnych czynów. Po prostu są ze sobą, bo się kochają i nie obchodzi ich to czy przeżyją przygodę życia czy po prostu będą żyć z dnia na dzień tym samym nudnym rytmem, ale ze sobą. Każdego dnia będą się budzić w swoich objęciach, zaś wieczorem w nich zasypiać. Mogło by tak być. I tak będzie, już na zawsze, gdy tylko Frank osiągnie pełnoletność i nie będzie musiał mieszkać z tamtą przybraną rodziną. Zamieszkają razem i będą już na zawsze razem i nikt im w tym nie przeszkodzi choćby nie wiadomo co, czy by się paliło czy waliło. Nic ich nie zatrzyma. Brzmi jak słaby film romantyczny, ale właśnie tak miało być od początku. Chociaż na początku Frank miał złe podejście do całej tej nowej sytuacji; mimo to, nie żałuje, że poznał Gerarda. Dzięki niemu nauczył się, że warto żyć. Nie można się poddawać mimo tego, że utraciło się tak naprawdę wszystko.
      Leżeli w swoich objęciach w salonie na kanapie. Ciszę w pomieszczeniu tylko przerywały ich miarowe i spokojne oddechy. Patrzyli na siebie z uwielbieniem, niczym się nie przejmowali, jakby cały świat zniknął i po za nimi nie było nic. Napawali się swoją obecnością i nic więcej nie trzeba było. Wystarczyła tylko obecność tej drugiej osoby, żeby na twarz wpłynął szeroki uśmiech.
Gerard głaskał go delikatnie po głowie, odgarniając jego przydługie czarne włosy do tyłu, żeby móc widzieć całą jego twarz. Nagle Frank sobie o czymś przypomniał. Spadło to na niego jak grom z jasnego nieba. Mimowolnie się uśmiechnął. Gerard spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Coś się stało? - spytał ostrożnie.
- Nic, zupełnie nic - odpowiedział Frank.- Zaraz wracam.
      Zeskoczył z kanapy i pobiegł jak na złamanie karku do sypialni. Zaczął przetrząsać całą torbę z swoimi rzeczami i w końcu znalazł to, czego szukał. Zaśmiał się triumfalnie i wrócił do salonu gdzie czekał na niego nieco zagubiony chłopak. Usiadł pospiesznie naprzeciwko niego i chwycił go za ręce.
- Słuchaj, bo... Dzisiaj trochę myślałem i...- zaczął niepewnie Frank.
- I?
- Chciałbym ci dać klucze od mojego domu. Znaczy... Tak jakby przekazać ci go na własność.
- Mi? Ale czemu? To twój dom, a właściwie twoich rodziców. Nie mogę go tak po prostu sobie przywłaszczyć - zaśmiał się nerwowo.
- No ale... Jak nie chcesz to nie musisz tam przebywać. Chciałem po prostu, żebyś się nim tak jakby zaopiekował. Wiem, że tobie mogę zaufać, a jak będę u doktora w domu... Kto wie, co tak naprawdę stoi za tym, że zostali moimi prawnymi opiekunami? Może po prostu chcą moją kasę. Dlatego postanowiłem, że tobie właśnie dam te klucze. Wiem, że to nie jest takie proste, ale jakby nie patrzeć to ja jestem spadkobiercą majątku moich rodziców, więc mogę z nim zrobić co chcę.
- Ale Frank... Ty jeszcze nie jesteś pełnoletni, więc chyba nie bardzo możesz o tym decydować, ale no dobrze. Zgodzę się i wezmę te klucze.
- Dziękuję - młody Iero przytulił się do niego i wręczył mu do rąk pęk kluczy.
***
      Wieczorem ponownie zawitała do nich pani Shidley. Tym razem nie było żadnych wymówek, Frank musiał odejść i koniec. Gerard stał w przedpokoju z panią Margaret. Frank powlókł się do sypialni po swoją torbę. Szedł tam najwolniej jak się dało, chciał żeby moment rozstania nie nadszedł bardzo szybko. Pożegnał się ostatni raz z pokojem, w którym spał sam lub z Gerardem przez ostatnie pięć miesięcy. Zbierało mu się na płacz, wiedział bowiem, że szybko nie powróci tutaj. Chwycił w rękę torbę i wyszedł z pokoju zamykając delikatnie drzwi. W przedpokoju założył swoje czarne, podniszczone conversy. 
- Mogła by się pani na chwilę odwrócić?- poprosił Gerard.
- Dobrze...- odpowiedziała lekko zaskoczona Margaret. 
      Gerard przyciągnął do siebie Franka i mocno go przytulił. Oddalił się od niego na niedużą odległość. Poczuł, że nagromadzone do tej pory łzy w jego oczach zaczynają spływać po jego policzkach. Frank również nie potrafił się powstrzymać i się rozpłakał. Starszy wpił się mocno w jego rozedrgane wargi, jednak pocałunek nie był agresywny. Był delikatny. Pomieszany z wielkim uczuciem. Powoli całował jego usta, które teraz smakowały słonymi łzami. Wplątał rękę w jego włosy i oderwał się od niego. Ostatni raz go pocałował i oderwał się na dobre.
- Frank? Możemy już iść? - zapytała kobieta z zniecierpliwieniem.
- T-tak...- wyjąkał.
       Chwycił swoją torbę leżącą pod komodą. Frank wyszedł z mieszkania, nie zaszczycając Gerarda spojrzeniem. Nie dałby rady, wybuchł by płaczem już na dobre. Czasem może i zachowywał się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, ale co z tego? Był młody i miał prawo. Zszedł w pośpiechu po schodach na sam dół kamienicy i wyszedł przed budynek. Za nim wyszła pani Shidley, która zaprowadziła go do swojego samochodu. Czarne BMW X6 dumnie stało przed kamienicą. Kobieta otworzyła bagażnik, do którego Frank wrzucił torbę. Następnie oboje wsiedli do środka samochodu, w którym pachniało duszącym, waniliowym odświeżaczem powietrza.
Już mu się to nie podobało.
Już mu cała ta sytuacja się nie podobała.
Odjechali.
_________________________________________________________________________

W końcu zebrałam się w sobie i napisałam to!!! TAK!
Nie jestem do końca usatysfakcjonowana tym rozdziałem no ale xD Mam nadzieję, że się spodobało!
W ogóle... Pragnę tak strasznie wam podziękować (chociaż jest was mało, znaczy nie tak mało, bo dla mnie dużo, ale mało osób komentuje) za to, że mimo wszystko dalej czytacie ten shit, że jeszcze wam się nie znudziło i że BOŻE! 7000 wyświetleń bloga ;_; Jestem tak strasznie uradowana :D
Wirtualny uścisk dla was wszystkich! XD
Dla was to może małe wydarzenie, ale dla mnie duże, bo... 7000 dla mnie to już jednak coś. 
Dziękuję. Naprawdę. Jestem strasznie szczęśliwa, że mogę tu być i pisać to dziadostwo. 






Komentujcie, bo przyjdę i was zjem. Obiecuję. Dowiem się gdzie mieszkacie.