czwartek, 31 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział VII

[Gerard]
Chłopak stał i ze znudzeniem opierał się na wózku sklepowym, podczas gdy ja wybierałem odpowiednie płatki. Muszę się pospieszyć, bo coś czuję, że Franio zaraz zaśnie na stojąco. Wpakowałem płatki czekoladowe do załadowanego wszystkim co potrzeba wózka i lekko go pchnąłem. Frank drgnął jak oparzony i już po chwili grzecznie szedł obok mnie do kasy. Stanęliśmy w dosyć długiej kolejce. Cały czas obserwowałem młodego Iero. Schował ręce do kieszeni swoich czarnych jeansów i spuścił głowę. Co tam zaprząta jego śliczną główkę? Zaraz, pomyślałem śliczną? Oj, źle z tobą Gerard. Lepiej wybierz się do psychiatry, chyba, że znów coś przedawkowałeś, w co wątpię. Nie biorę już nic od dobrych kilku miesięcy. Odwyk zdziałał cuda. Kolejka przesunęła się i zacząłem wypakowywać rzeczy z wózka na taśmę.
-Ziemia do Franka.- odezwałem się.
-Czego?- powiedział.
-Czy mógłby mi szanowny pan Iero łaskawie pomóc?- zapytałem z powagą w głosie.
-Yhy.- mruknął i zaczął mi pomagać.
Może nie będzie aż tak źle. Chyba w końcu znajdę z nim jakiś wspólny język. W końcu kasjerka zaczęła kasować nasze zakupy. Zapłaciłem, po czym wyszliśmy ze sklepu. Był niedaleko kamienicy, co oszczędziło mi tachania ciężkich toreb, ponieważ Frank Pocałuj Mnie W Dupę Iero odmówił współpracy. Gdy wreszcie weszliśmy do kamienicy, a następnie na ostatnie jej piętro odstawiłem ciężkie pakunki na ziemię. Z kieszeni spodni wyjąłem klucz i otworzyłem drzwi. Przepuściłem Franka przodem, po czym wziąłem reklamówki i sam wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi. Przełączyłem włącznik i czerwone pomieszczenie zalało mdłe światło. Przebrnąłem przez korytarz, brązowy, przytulny salon i wszedłem do białej kuchni. Odstawiłem zakupy na blat, po czym wróciłem do przedpokoju. Frank stał tam i dalej rozglądał się. Zdjąłem glany, chwyciłem go za nadgarstek i pociągnąłem go w stronę salonu, uprzednio gasząc światło. Frank rozejrzał się po całym pomieszczeniu. Cóż było dosyć ładnie urządzone, przytulnie, więc myślę, że nie powinien narzekać. Po jego twarzy było widać, że mu się tu podoba.
-No, jak już zauważyłeś, tu jest salon.- odparłem.- Tam jest kuchnia.
Pociągnąłem go dalej. Otworzyłem drzwi do mojej starej sypialni, gdzie obecnie chłopak będzie spał. Fioletowe pomieszczenie, duże łóżko, szafa, komoda i lustro. Wszystko zachowane w ciemnych barwach.
-Tu będziesz spał.
Wyszliśmy z pokoju. Pokazałem mu łazienkę.
-A tu jest moja pracownia i teraz sypialnia. Pod żadnym pozorem nie zbliżaj się do tego pomieszczenia.- mówiłem.- Jak ktoś tu wchodzi, to czuję się jakby ktoś miał wgląd do mojej duszy. W swoim pokoju masz laptop, jakieś ubrania.
-Ale możemy iść przecież do mojego domu i wziąć jakieś moje ubrania...- wymamrotał.
-Jasne, jak będziesz chciał to tam pojedziemy. Masz klucz?
-Tak.
-No to możemy jutro się wybrać. Na razie musisz się nacieszyć moimi, bo ja popołudniu idę do pracy.
-Okej.- uciął krótko.
-No to zajmij się czymś, nie wiem pooglądaj sobie coś, a ja muszę cię opuścić, idę malować.- powiedziałem i wszedłem do mojej pracowni.
Nie wiem, czy to aby na pewno dobry pomysł, aby go tam zostawić samego. Co jeśli mi zdemoluje cały dom? Nie no, spokojnie. Ten chłopak nie wygląda na takiego, który jednym ruchem dłoni potrafi wszystko zniszczyć. Podszedłem do biurka i wziąłem do rąk farby, oraz pędzle. Ustawiłem je na podłodze. Chwyciłem pędzel i umaczałem go w czarnej farbie. Przyłożyłem czubek do płótna, ale zaraz go oddaliłem. Zrobiłem tak mniej więcej kilka razy i rzuciłem pędzel na podłogę. Odwróciłem się i opadłem na kanapę. Nie mam co namalować. To skandal. Może spróbuję narysować jakiś komiks? O tak, może się udać. Zasiadłem do biurka i wziąłem mój czarny zeszyt do rysowania historyjek. Nim zdążyłem cokolwiek narysować, usłyszałem huk. Cholera jasna. Wstałem szybko z krzesła, otworzyłem drzwi i wybiegłem z pokoju. Wpadłem do kuchni, gdzie stał, albo raczej klęczał Frank i zbierał odłamki szkła z podłogi.
-Ja pierdolę, kawy nie umiesz sobie zrobić, bez zniszczenia kubka?- zapytałem.
Frank wstał z podłogi i wyrzucił do kosza szkło. Oparłem ręce na jego ramionach i popchnąłem go delikatnie na krzesło. Wyjąłem z szafki dwa kubki, kawę i cukier. Wsypałem odpowiednią ilość kawy i cukru, następnie zalałem gorącą wodą. Z lodówki wyjąłem mleko i nalałem do kubków. Postawiłem kawy na stół. Frank chwycił ostrożnie w ręce kubek i upił troszkę kawy. Co za dzieciak. Wypiłem kawę.
-Masz ochotę coś zjeść?- spytałem.
-Nie.
-Jak będziesz chciał, to mów, bo czuję, że jeśli chwycisz się za cokolwiek to mi zdemolujesz mieszkanie.- głośno westchnąłem i skrzyżowałem ręce na piersi.- Opowiedz mi coś może o sobie.
-Nie.
-Nie znasz innego słowa?
-Nie.
Większego jadu w głośnie nie było dane mi w życiu słyszeć. Nawet mój brat był milszy. Wstałem od stołu, wziąłem opróżnione z napoju kubki i włożyłem je do zlewu. Później je umyję.Wyszedłem z pokoju i usiadłem na kanapie w salonie. Chyba będę musiał sobie wziąć kilka dni wolnego, aby rozgryźć i popilnować tego upierdliwca. Ja pierdolę, masakra. Czego ja się podjąłem? Było go zostawić w szpitalu. Chociaż w sumie... Na miejscu lekarzy to bym go wysłał do szpitala psychiatrycznego na odosobnienie. To by mu dobrze zrobiło. Wtedy by docenił obecność każdego człowieka na świecie. Tymczasem on woli być chamskim gburem. Szczerze, to bym wolał jeszcze raz wychowywać mojego brata. A jednak jest coś w tym kurduplu, co mnie do niego ciągnie. Iero wszedł do salonu i wygodnie rozsiadł się w fotelu zakładając nogę na nogę. Oparł głowę na ręce i utkwił spojrzenie gdzieś w jakimś punkcie za oknem. Jego twarz nic nie wyrażała. Kruczoczarne kosmyki włosów pojedynczo opadały mu na bladą twarz. Czekoladowe oczy były puste. Były pozbawione radości, którą brunet niemal powinien tryskać w tym wieku. Zastanawiałem się, czemu on taki jest? Czemu nie chce ze mną rozmawiać? Ja nie gryzę. Przynajmniej bym nie pogryzł tej kruszyny... Co do kogoś innego bym się zastanowił. Jednak młodemu, który siedział w fotelu naprzeciwko okna w życiu bym nic nie zrobił. Chciałem, by mi zaufał. Chciałem, żeby mnie chociaż trochę polubił. Nie wiem, jak to zrobię, ale wiem, że zrobię wszystko. Chciałem, żeby chłopak znalazł we mnie coś na wzór pocieszenia. Wiem, że on potrzebuje czasu. Znajduje się w zupełnie nowej sytuacji. Stracił rodziców, wiem, jak się czuje. Też straciłem rodziców, chociaż moich ciężko było kochać. Na szczęście miałem babcię, którą nie trudno darzyć najsilniejszym uczuciem na ziemi. Spojrzałem w oczy Franka. On odwrócił wzrok z punktu za oknem i patrzył prosto w moje oczy. Teraz widziałem w nich smutek... Ból... Rozpacz. On sobie nie radził z tym co go spotkało.
-Co się tak na mnie gapisz?- zapytał szorstko.
-Chciałbym ci pomóc, ale nie wiem jak.
-Możesz chcieć, ale mi już nikt nie pomoże.
Wstał z fotela. Po jego policzkach spływały pojedyncze łzy. Pobiegł do swojego pokoju i z hukiem zamknął drzwi. Nikt mu nie pomoże, tak? Ja to zrobię.

środa, 30 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział VI

[Gerard]
Obudziłem się po zaledwie trzech godzinach spania, ponieważ zapomniałem wyłączyć budzik. Gdy już uspokoiłem od dzwonienia urządzenie, z powrotem opadłem twarzą na łóżko. Znajdowałem się w nieco dziwnej pozie, ponieważ na nogach klęczałem, rękę miałem spuszczoną poza łóżko, a twarz była wbita w poduszkę. Uniosłem się gwałtownie. Pomachałem kilka razy głową w lewo i prawo. Przetarłem twarz dłońmi i poprawiłem kosmyki włosów opadające mi na czoło. Zasnąłem w ubraniu, byłem zbyt zmęczony o piątej rano sprzątaniem, a później malowaniem, aby przebierać się w piżamę, a co dopiero umyć się. Dziś nie idę na uczelnię. Nie ma żadnych wykładów, co prawda jest poniedziałek, a do pracy idę dopiero popołudniu. Mam cały ranek dla siebie. Genialnie. Wstałem powoli z łóżka i się przeciągnąłem. Zdjąłem wczorajszą podkoszulkę, po czym rzuciłem ją na ziemię. Znajdowałem się w swojej pracowni, czyli nie spałem na łóżku, lecz na rozkładanej kanapie. Podniosłem podkoszulkę z podłogi i rzuciłem ją na uwalone farbami krzesło. Pozbierałem resztę pozostawionych farb po wczorajszym malowaniu z podłogi i odłożyłem je na biurko, aby potem przypadkiem w nie nie wdepnąć, a zdarzało mi się to często. Potem kolorowe skarpetki lądowały w koszu na pranie i dalej tam leżą, bądź łaziłem po mieszkaniu z kolorowymi stopami. W sumie, to i tak nikogo to nie obchodziło, bo mieszkam sam. Właśnie, czy ja coś dzisiaj miałem zrobić? Nie, chyba nie. Otworzyłem drzwi prowadzące na mały korytarzyk. Pusto i czysto, o dziwo. Co ja się wczoraj naćpałem, że tak tu wysprzątałem? Sam nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. W salonie na półce były poukładane książki i płyty alfabetycznie, ani grama kurzu, okna i podłoga wymyte, że się można było w nich przejrzeć. No no, robię postępy w sprzątaniu.  Babcia by była ze mnie dumna, gdyby jeszcze żyła. Wszedłem do kuchni w celu zrobienia sobie kawy. Z szafki wyjąłem czarny kubek z białym napisem 'Boss', kawę rozpuszczalną i cukier. Do czajnika nalałem wody, a następnie ustawiłem ją na palnik. Do kubka wsypałem kawę i cukier. Zalałem to wrzątkiem i dolałem trochę mleka. Chwyciłem kawę w oburącz i usiadłem przy stole. Upiłem łyk. Po chwili sobie przypomniałem, że czegoś mi tu brakuje. A tak, śniadania. Otworzyłem lodówkę. Jakiś jogurt, mleko, kilka jajek. Wypadałoby dzisiaj zrobić zakupy. Czyli muszę wyjść z domu, cholera. Wziąłem jogurt do ręki i z szafki obok lodówki wyjąłem płatki śniadaniowe. Dosypałem ich trochę do jogurtu i usiadłem z powrotem do stołu. Popatrzyłem na moje śniadanie uważnie. Kurwa znowu czegoś zapomniałem. Łyżeczka. Wstałem ponownie od stołu i wyjąłem z szuflady łyżeczkę. Usiadłem na krześle i zamieszałem kremową konsystencję z płatkami. Wypiłem kawę. Jadłem, jadłem, aż w końcu łyżeczka zatrzymała mi się w połowie drogi do ust. Cholera, Frank! Miałem po niego iść do szpitala dzisiaj. Wstałem gwałtownie od stołu, wywracając krzesło, ale nawet nie pomyślałem o tym, aby je podnieść z podłogi. Pobiegłem do swojego pokoju i wyjąłem pierwszą lepszą koszulę z szafy, w której i tak będę wyglądał świetnie w połączeniu ze skórzanymi rurkami i glanami. Tak, mam za wysoką samoocenę. Wpadłem do łazienki i zdjąłem z siebie ubrania, po czym wrzuciłem je do kosza na pranie i wskoczyłem pod prysznic. Dokładnie się wyszorowałem, umyłem czerwone włosy i już po chwili stałem przed lustrem w samym ręczniku. Wytarłem włosy i założyłem na siebie ubranie. Drżącymi rękami zapinałem guziczki od koszuli w czarno-czerwono-granatową kratę. Nie dopiąłem do końca, zostawiając dwa, czy tam trzy guziki odpięte i wyjąłem z szafki pod zlewem suszarkę. Wysuszyłem włosy, zmierzwiłem je delikatnie dłonią i przeczesałem opadającą na twarz za długą grzywkę do tyłu. Chwyciłem do ręki czarny eye-liner i starałem się podkreślić oko czarną kreską, lecz jak na złość moja dłoń mi to skutecznie uniemożliwiała. Po pięciu minutach podkreślania oczu w końcu zatkałem pisak i odłożyłem go obok umywalki. Jeszcze raz spojrzałem w lustro. Jest moc. Mogę iść. Wybiegłem w pośpiechu z łazienki do przedpokoju i założyłem podskakując moje glany. Zawiązałem je, wziąłem klucze z wieszaka na kurtki i otworzyłem drzwi. Zamknąłem je z hukiem i przekręciłem klucz w zamku. Cholera, dlaczego dzisiaj? Dlaczego dzisiaj klucze muszą się nade mną znęcać? Zaklinowały się w zamku. Po dłuższym czasie szarpania się z nimi, w końcu je wyciągnąłem. Sukces. No to teraz biegiem do szpitala. Spojrzałem na zegarek na ręce. Nie jest źle, po dziewiątej. Chłopak może jeszcze spać, no ewentualnie zrzędzić lekarzom. Wbiegłem na chodnik przed kamienicą i rozejrzałem się dookoła. Stop Gerard, wystopuj. Twoja dziewczyna przecież nie rodzi dziecka. Błąd, ty nawet nie masz dziewczyny. Idziesz tylko po jakiegoś bachora do szpitala i to tyle. Schowałem ręce do kieszeni. Niebo dziś zwiastowało ładną pogodę. Było przyjemnie. Nie było upału, było po prostu ciepło. Słońce wychodziło zza chmur. Wiał lekki wiatr. Zero samochodów, drzewa szumiały pod wpływem małego wietrzyku, a ptaki latały i cicho ćwierkały. Ładny dzień.
Po około piętnastu minutach spokojnego spacerku przypomniałem sobie gdzie tak naprawdę idę, więc nieco przyspieszyłem. Znalazłem się przed budynkiem. Wbiegłem po schodach prowadzących do wejścia i pchnąłem mocno drzwi. Nie było dużo ludzi. Pani Margaret stała na recepcji i miło się uśmiechała tak, jak wczoraj. Podszedłem do niej. Uśmiechnęła się szerzej na mój widok. Również odwzajemniłem gest. Wiedziała po kogo przyszedłem, więc poszła ze mną do lekarza. Otworzyła drzwi.
-Panie Shidley?- odparła.
-Tak?
-Pan Way przyszedł po Franka Iero.
-Oczywiście, zapraszam za mną.- uśmiechnął się i wstał z krzesła.
Wyszliśmy z pokoju, pielęgniarka wróciła na recepcję, a my udaliśmy się do sali o numerze sto szesnaście, gdzie znajdował się chłopak. Lekarz uchylił drzwi. Frank siedział na łóżku ubrany w czarną koszulę i czarne spodnie, oraz czarne trampki. Robił coś na telefonie. Nawet nie zaszczycił nas swoim spojrzeniem. Już ja go nauczę kultury do innych ludzi.
-Frank?- odezwał się pan Shidley.- Pan Gerard po ciebie przyszedł, zbieraj się.
-Yhy.- mruknął.
Zablokował ekran telefonu, po czym włożył go do kieszeni i wstał z łóżka. Odgarnął włosy opadające mu na twarz. Wyminął nas w drzwiach i wyszedł z pomieszczenia. Spojrzałem na lekarza.
-Przyzwyczaisz się do niego.- poklepał mnie po ramieniu.- Powodzenia.
-Mam nadzieję, że nie wywinie większego numeru niż stłuczenie jakiegoś kubka.- wymamrotałem.- Do widzenia.
Odchodziłem od niego w pogoni za Frankiem, który mnie po prostu olał i kierował się w stronę wyjścia.
-A, Gerard?
-Tak?
-Będziemy was odwiedzać czasem, żeby zobaczyć co z nim.
-Dobrze, rozumiem.- kiwnąłem głową.- Do widzenia.
-Do widzenia.- odpowiedział.
Zacząłem biec truchtem, aż w końcu dogoniłem Franka. Szedł z rękami schowanymi w kieszenie i nie zwracał uwagi na moją osobę. Co za lekceważący wszystko na około kurdupel. Chłopak sięgał mi ramienia. Mógłby być równie dobrze moją drewnianą laską. O czym ja myślę. Spojrzałem na twarz chłopaka. Nie wyrażała nic, oprócz obojętności. Oczy lekko błyszczały, było w nich widać smutek, jakby strach i coś jeszcze, co trudno było zidentyfikować. Wkrótce wyszliśmy ze szpitala. Szliśmy do mojego mieszkania bez słowa. W połowie drogi musiałem się odezwać, ponieważ lekko mnie irytowała cisza panująca pomiędzy nami.
-Ech, zaprowadzę cię do mieszkania i jeszcze pójdę na zakupy, chyba, że chcesz iść ze mną...- powiedziałem.
-Obojętnie.- mruknął.
-Mógłbyś się trochę przy mnie rozluźnić? Wkurzają mnie tacy obojętni na wszystko ludzie.- wywróciłem oczami i utkwiłem spojrzenie w chłopaku.
-Zastanowię się.- syknął i spojrzał na mnie złowrogo.
-Ja pierdolę...- powiedziałem pod nosem.- Ciężki jesteś do rozgryzienia, wiesz?
-Wiem.
-Musisz mi wszystko opowiedzieć, co się wydarzyło w twoim życiu, inaczej nie będę w stanie ci pomóc.
-Jak będę chcieć i ochotę mieć.- powiedział z jadem w głosie.- To moje życie i żaden pieprzony ćpun nie będzie się w nie wtrącał. Myślisz, że mi na rękę przebywanie z tobą? Nie znam cię jeszcze, ale już moje uczucia do ciebie nie sięgają wyżej niż nienawiść i obrzydzenie.
Podszedłem do niego, chwyciłem go za nadgarstki i mocno przycisnąłem go do najbliższego drzewa. W jego oczach ujrzałem przerażenie.
-Słuchaj, młody. To moje mieszkanie, więc od dzisiaj masz się mnie słuchać. Żaden bachor nie będzie mnie tak traktować. Jeśli się coś nie podoba, to wracaj tam, skąd przybyłeś.- powiedziałem morderczym tonem w prost w jego twarz.- Masz szczęście, że w ogóle zgodziłem się ciebie przygarnąć.- dodałem po chwili.
Nie urywając kontaktu wzrokowego z czarnowłosym, oderwałem swoje dłonie od jego nadgarstków i odszedłem. Po chwili dołączył do mnie brunet. Przez resztę drogi nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Widocznie bał się podjąć jakikolwiek temat. I dobrze. Niech się boi, nie będzie ze mną zadzierał.

wtorek, 29 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział V

Haha, dedykacja dla Fun Ghoul, która za każdym razem podpuszcza mnie, aby kogoś zabić xD
Kiedyś jeszcze uśmiercę Gerdzia, heh :D
Ale na razie jeszcze żyje, więc ENJOY xD
______________________________________________________________________________
[Gerard]
Spierdolone życie, dwudziestoletni student na akademii artystycznej. Zła przeszłość. Ciężkie dzieciństwo, utrata obojga rodziców, narkotyki, alkohol, później na utrzymaniu młodszy brat, który teraz, gdy już ukończył osiemnaście lat postanowił wyjechać i nie odzywać się do brata. Zrobiłem dla niego wszystko, co było w mojej mocy, a uzyskałem od niego kopa w dupę na pożegnanie. Teraz wreszcie mogłem się oderwać od tego wszystkiego. Sześć miesięcy odwyku dobrze zrobiły. Jestem już czystym człowiekiem, bez żadnych skaz. Nie ćpam, nie piję. Nie chodzę na imprezy, nie zadaję się z złymi ludźmi. Co prawda, przeszłość zostawiła po sobie ślad w pamięci, ale myślę, że się od tego oderwę.
Szedłem przez ulicę w stronę kamienicy, w której posiadałem nieduże mieszkanie. Dwa pokoje, salon, łazienka i kuchnia. Wszystko, co jest mi potrzebne. Brakuje mi tylko bliskiej osoby, ale myślę, że taką w końcu znajdę. Moja droga do domu biegła koło szpitala. Podbiegłem do kiosku, obok budynku w celu kupienia dzisiejszej gazety. Pierwsze, co przykuło moją uwagę to wiadomość o śmierci prezydenta tego miasta. Przewróciłem kilka stron, aby przeczytać ten artykuł. Jechał gdzieś z żoną i synem. Samochód wpadł w poślizg i wyrąbali się na słupie. Kto normalny jeździ w taką pogodę jak dzisiaj samochodem? Czytałem dalej. Przeżył ich syn, obecnie znajduje się w szpitalu. Szukają dla niego opiekuna, który przygarnąłby go do siebie i przywróciłby jego zdrowie fizyczne, jak i psychiczne do normy. Czemu by nie spróbować? Oprócz szkoły nie mam nic lepszego do roboty. W moim mieszkaniu sieje pustkami, brak tam żywej duszy, oprócz mnie. Byłby to niezły eksperyment, zaopiekować się rozpieszczonym bachorem. Udałem się do szpitala w celu rozmowy na temat chłopaka. Pchnąłem mocno drzwi prowadzące do środka budynku i wrzuciłem gazetę do torby. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie panowała biel. Przyprawiała mnie o dreszcze. Ostatni raz tu się znajdowałem, gdy znaleziono moją matkę naćpaną w parku. Tak, i potem jeszcze ja tu wylądowałem naćpany. To był ostatni raz. Wzdrygnąłem się na myśl o nieprzyjemnych wspomnieniach i podszedłem do recepcji. Stała tam niska kobieta, o jasnej cerze. Blond włosy były spięte niemal na czubku głowy w niedbałego koka. Była pielęgniarką i przyjemnie się uśmiechała.
-Dzień dobry, ja w sprawie tego ogłoszenia w gazecie...- zacząłem.
-Och, myśleliśmy, że już nikt nie będzie chciał się zgłosić. Chłopak jest nieco... Rozwydrzony.- ostatni wyraz powiedziała niemal szeptem, jakby bała się, że ktoś ją usłyszy, a następnie wyleje ją z pracy.
Spojrzałem na nią z zaskoczeniem.
-Aż tak z nim źle?- zapytałem.
-Cały czas nawija, że nie wiemy, jak się czuje, że stracił w trzy dni wszystkich. Najpierw babcię, potem przyjaciela, potem rodziców. Było już tutaj chyba z siedmiu ludzi, którzy chcieli go przygarnąć, ale gdy tylko go poznali wyszli ze szpitala bez słowa. -mówiła.- Ciekawa jestem, czy ty sobie dasz z nim radę.
-Ależ to żaden dla mnie kłopot. Lubię przyjmować nowe wyzwania, a obecnie jestem nieco samotny, więc jeden rozwydrzony chłopak nie powinien zrobić żadnej różnicy.- uśmiechnąłem się do niej serdecznie.
-A więc, zapraszam do gabinetu jego lekarza.
Szliśmy korytarzem, który obładowany był mnóstwem ludzi gdzieś się spieszących. Rozwydrzony chłopak, tak? Może być ciekawie. Może nie jest aż taki straszny, jak opowiadała ta pani. Stanęliśmy w końcu przy drzwiach, na których widniała tabliczka z napisem "Doktor Max Shidley". Pielęgniarka otworzyła drzwi i weszliśmy do środka.
-Panie Shidley. Pan...
-Way.- dokończyłem.
-Pan Way przyszedł w sprawie opieki nad Frankiem Iero.
Pan Shidley zmierzył mnie wzrokiem. Zdjął okulary i odłożył je na biurko. Wskazał na miejsce przed biurkiem.
-Siadaj.- powiedział stanowczo.- A ty Margaret możesz już iść.
Pielęgniarka skinęła głową i wyszła z pokoju, a ja zasiadłem na wskazanym przez lekarza miejscu.
-Imię i nazwisko.- odparł.
-Gerard Way.
-Lat...?
-Dwadzieścia.
-Praca?
-Pracuję dorywczo w sklepie papierniczym.
-Studiujesz?
-Tak.
-Co?
-Malarstwo, znaczy no... Rysuję tam jakieś komiksy, chcę później jakiś wydać.
-Dobrze... Gdzie mieszkasz?
-W New Jersey, tutaj, niedaleko szpitala w kamienicy.
Wstał z krzesła i zaczął chodzić po pokoju. Patrzyłem na każdy jego ruch.
-A więc. Jesteś pewien, że chcesz przygarnąć go?- spytał.
-Tak, oczywiście. Będzie to dla mnie nowe wyzwanie. Myślę, że chłopak wcale nie jest taki zły. Może być dosyć fajnie.- powiedziałem rozpromieniony.
-To jest, znaczy był syn prezydenta, może być dosyć wymagający...
-Żaden problem. Pomagałem w wychowywaniu mojego brata, chyba nie trafi się nic gorszego niż on.
-No nie wiem.- powiedział pod nosem i z powrotem zasiadł przy biurku z jakąś kartką w ręce.- Podpisz tutaj swoim pełnym imieniem i nazwiskiem, a tu złóż swój podpis.- podał mi do ręki długopis.
Bez wahania podpisałem kartkę. Pan Shidley spojrzał z zaciekawieniem na podpis. No cóż, był bardziej, jak autograf, niż podpis dorosłego człowieka.
-Coś nie tak?- zapytałem po chwili.
-Nie, nie. Wszystko w jak najlepszym porządku, po prostu nieco zdziwił mnie twój podpis.
-Jak każdego.- wymamrotałem i przewróciłem oczami.
-Zapraszam zatem do Franka. Jutro możesz po niego przyjść.
Wyszliśmy z gabinetu i udaliśmy się na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się sala z młodym Iero. Stanęliśmy przy drzwiach z numerem sto szesnaście. Pan Shidley uchylił drzwi.
-Zostawiam was samych. Zapoznajcie się.- szepnął i poklepał mnie współczująco po ramieniu.
Czyli jest aż tak źle. Wszedłem do środka i zamknąłem za sobą drzwi. Chłopak leżał na łóżku i tępo wpatrywał się w sufit, lecz gdy usłyszał, jak zatrzaskuję drzwi szybko odwrócił wzrok. Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. No tak, niecodziennie do twojego pokoju wpada facet w czerwonych, przydługich włosach rozczochranych przez wiatr, czarnych, skórzanych rurkach, lekko za dużej podkoszulce, skórzanej kurtce i glanach. Oczy podkrążone od nie wyspania, przez co wygląda, jak ćpun. No, w końcu nim był... Zmierzył mnie wzrokiem i usiadł na łóżku. Odwrócił się przodem do mnie.
-A ty tu czego?- syknął.
-Nazywam się Gerard Way, będę się tobą opiekował.- oznajmiłem i wyciągnąłem w stronę chłopaka dłoń, aby się z nim przywitać.
Popatrzył na nią z odrazą.
-Eh, no dobrze. Skoro tak stawiasz sytuację... No ale mam nadzieję, że zmienisz swoje nastawienie do mnie gdy mnie bliżej poznasz.- uśmiechnąłem się do niego.
Chłopak popatrzył na mnie z znudzeniem.
-Przedstawisz mi się, czy zamierzasz siedzieć tu jak jakiś gbur?- zapytałem.
Byłem już nieco zirytowany tą sytuacją.
-Frank Iero.- mruknął.
Chwilę się w niego wpatrywałem. Trudny chłopak. W sumie też bym taki był po utracie bliskich mi osób. Był drobny. Blada cera. Rysy twarzy były delikatne, przez co miał urodę dzieciaka. Może i miał tam piętnaście czy szesnaście lat, ale i tak wyglądał jak typowe dziecko. Miał długie, czarne włosy z grzywką opadającą na pół twarzy. Małe, malinowe usta, zaciśnięte delikatnie w kreskę. Duże, o czekoladowo- miodowych tęczówkach oczy i drobny, zadarty lekko do góry nos. Był całkiem ładny.
-Dobrze, to do jutra.
-Jak to, do jutra?- zapytał zaskoczony.
-Jutro po ciebie przychodzę i idziemy do mnie.
-Yhy...- mruknął.
Spuścił głowę i z powrotem ułożył się na łóżku. Wyszedłem z pokoju. Na korytarzu czekał lekarz.
-No i jak tam?- zapytał.
-Wydaje się być trudny do rozgryzienia, ale dam radę.
-Uff... To dobrze.
-Nie będzie tak źle.- uśmiechnąłem się.- Do widzenia.
-Do widzenia.- odparł.
Wyszedłem ze szpitala i udałem się do mojego przytulnego mieszkania.
Będzie się działo...

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział IV

[Frank]
Leżałem na łóżku w domu. Wtulony w poduszkę cicho płakałem. Jak się czułem? Cóż... Jakby ktoś mi przywalił mocno w ryj, wytarł mną podłogę i na koniec rzucił gdzieś w kąt. Moja dusza była zmasakrowana. Straciłem jedynego przyjaciela, który był ze mną od zawsze. Zginął w wypadku samochodowym w drodze do Nowego Jorku. Nie wiem, czy to jest jakiś weekend nieszczęść? Wczoraj byłem na pogrzebie babci, dzisiaj idę na następny mojego przyjaciela i jego matki. Rodzice od jakiejś godziny próbują wyciągnąć mnie z pokoju, lecz ich starania na nic. Potrzebuję teraz samotności. Muszę sobie to wszystko poukładać w głowie. Zamknąłem się na klucz w pokoju i rodzice najprawdopodobniej teraz siedzą pod drzwiami. A niech siedzą, jak im się znudzi to pójdą. Usiadłem na krawędzi łóżka i chwyciłem do ręki telefon. Godzina dziewiąta pięćdziesiąt sześć. Muszę się zbierać. O jedenastej pogrzeb.
-Frankie, wyjdź wreszcie z tego pokoju, proszę.- powiedział tata.
Podszedłem do drzwi i otwarłem je na roścież. Rodzice odskoczyli od nich jak oparzeni.
-No nareszcie...- szepnęła mama i wstała z podłogi.
Wyminąłem ich szybko i wpadłem do łazienki. Zamknąłem drzwi na klucz i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem okropnie. Rozczochrane włosy, popuchnięte od płaczu i podkrążone siwymi cieniami od nieprzespanej nocy oczy. Wczorajsza, wymięta czarna koszula rozpięta do połowy i jeansy. Rozpiąłem resztę guziczków od koszuli i wrzuciłem ją do kosza na pranie. Zdjąłem resztę ubrań i wskoczyłem pod prysznic. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Gdy się umyłem, wytarłem się i obwinięty w pasie ręcznikiem wyszedłem z łazienki, aby się ubrać.
Wygrzebałem z szafy ciemną koszulę, założyłem bokserki i skarpetki i wróciłem do łazienki. Z podłogi zebrałem spodnie, po czym je na siebie włożyłem. Z szafki pod umywalką wyjąłem suszarkę i wysuszyłem włosy. Gotowy zszedłem na dół i udałem się do kuchni, gdzie siedzieli przy stole rodzice popijając kawę. Zrobiłem sobie magiczny napój i zasiadłem do stołu. Pochyliłem głowę nad kubkiem. Moje kruczoczarne włosy przysłoniły moją twarz. Chwyciłem kubek w oburącz i upiłem łyk kawy. Dziwne, dzisiaj nie działa tak jak potrzeba. Upiłem kolejny łyk. Brak efektów. Dobra, olać to. Wstałem od stołu z kubkiem w ręce i wylałem ją do zlewu. Drżąca dłoń upuściła kubek na podłogę przez co ten się roztrzaskał. Mama wstała od stołu i zaczęła zbierać odłamki kubka. Spojrzałem na zegarek naścienny, który wisiał w kuchni. Dziesiąta czterdzieści jeden. Czas się zbierać.
-Tato, możemy już jechać.- szepnąłem.
-Dobrze, synku.- odpowiedział i wstał od stołu.
***
Lał deszcz, jak z cebra. Zimno i wiał silny wiatr. Idealna sceneria na pogrzeb. Życie potrafi się spierdolić tak szybko. Dla mnie jak szybko? W dwa dni. Wszystko powoli zaczęło tracić sens. Nie mam już tak naprawdę nikogo, z kim mógłbym porozmawiać na każdy temat. Opuścił mnie jedyny przyjaciel w chwili, gdy go najbardziej potrzebuję. Ile bym dał, żeby móc z nim znowu porozmawiać, powygłupiać się, przytulić do niego. Niestety, to nie możliwe. Wszyscy musimy przygotować się do strat. Wszyscy kogoś tracimy, ale nie rozumiem, dlaczego tak szybko?
Patrzyłem jak w piach chowają trumnę z Andrew i jego mamą. Rodzinka Overblown w komplecie. Ta, w piachu. Albo w niebie, jak kto woli. Dookoła grobu stało tyle ludzi. Rodzina, przyjaciele. Wszyscy, którzy w ich życiu coś znaczyli. Do oczu zbierały mi się łzy, ale kto by to zauważył, przez taki deszcz. Gdy zamknięto płytą grób, ludzie pomodlili się i odeszli. Ja uklęknąłem przy grobie i wybuchłem płaczem. Nie mogę w to po prostu uwierzyć. Rodzice stanęli przy mnie. Tata poklepał mnie po ramieniu. On też źle się musiał czuć. Najpierw sam stracił przyjaciela, a potem umarła jego żona i jedyne dziecko. Umarła mojej mamy przyjaciółka. Mój przyjaciel. Życie jest okrutne, ale jeszcze gorsza jest śmierć. Nikt nie wie, kiedy będzie chciała złapać nas w swoje szpony, z których już nie wypuści. Wstałem z mokrej ziemi.
Udaliśmy się do samochodu. Tata wsadził kluczyk w stacyjkę i go przekręcił. Zapiąłem pasy bezpieczeństwa. Ruszyliśmy. Pojazd jechał przez las, który prowadził do miasta. Gdy znaleźliśmy się już w mieście, deszcz bardziej się rozpadał. Gówno było widać przez przednią szybę, a wycieraczki ledwo nadążały, aby wycierać szyby z nadmiaru kropel wody. Wyjrzałem przez okno. Miasto niemal tonęło w wodzie. Poczułem, jak samochód nagle przyspieszył. Spojrzałem z przerażeniem na tatę. Nie panował w ogóle nad samochodem. Mama również patrzyła na niego.
-Boże, James! Zatrzymaj się!- krzyczała.
-Staram się, do jasnej cholery.- powiedział tata.
Bum. Jedno wielkie bum. Samochód wylądował na jakimś słupie. Kręciło mi się głowie. Odpiąłem pasy. Przednia szyba była cała zniszczona. Wpadały przez nią krople deszczu, który jak na złość teraz się uspokoił. Próbowałem wstać, lecz odpowiedziały temu silne zawroty głowy i ból przeszywający kręgosłup. Zbliżyłem się do mamy.
-Mamo?- zapytałem.
Nie odpowiedziała.
-Tato?- mój głos się znacznie łamał.
Odpowiedziała mi cisza i jakiś samochód, który zatrzymał się przy naszym z piskiem opon. Opadłem z powrotem na tylne siedzenie. Po policzkach popłynęły mi łzy. Straciłem wszystko. Przed oczami pojawiły mi się mroczki.
Urwał mi się film.
***
Obudziłem się w białym pomieszczeniu, podłączony do pikających sprzętów. Porozglądałem się dookoła. Jasne światło, padające z okna. Na zewnątrz padał deszcz. Szpital. Znajdowałem się w szpitalu. Pogrzeb. Samochód. Wypadek. Szpital. Wszystko łączyło się w jedną całość. Do pomieszczenia wszedł jakiś facet. Domyślam się, że to jest lekarz. Biały fartuch, czarne, krótkie włosy postawione do góry, lekki zarost. Młody pan, może przed czterdziestką. W ręku trzymał jakąś teczkę. Zbliżył się do mojego łóżka. Następnie usiadł na nim.
-Frank Iero, prawda?- zapytał.
-Ta...- powiedziałem zachrypniętym głosem.
-Jak się czujesz?
-Nie jest źle, mogło być gorzej...- wymamrotałem.- Gdzie moi rodzice?
-Eh... No widzisz, twoi rodzice... Oni nie przeżyli tego wypadku.
-Nie, pan kłamie.
-Niestety Frank.- poklepał mnie po ramieniu i spojrzał na mnie z żalem.- Nie martw się. Wszystko się ułoży. Właśnie szukamy dla ciebie jakiegoś opiekuna, który mógłby cię wziąć na kilka dni do domu, aby się tobą zaopiekować i sprowadzić do dobrego stanu.
-Kurwa, ja nie chcę żadnych opiekunów!- krzyknąłem i zepchnąłem z mojego ramienia jego rękę.
Odgarnąłem kołdrę i próbowałem wstać, lecz nie ustałem długo w miejscu z powodu bólu, który przebiegł całe moje ciało. Opadłem z powrotem na łóżko. Lekarz wstał i wyszedł z pokoju.
Babcia, przyjaciel, rodzice. Straciłem wszystkie najważniejsze w życiu osoby.


poniedziałek, 28 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział III

[Frank]
-Frank, wstawaj! Zaraz wyjeżdżamy.
Z snu wyrwał mnie głos mojej matki. Jezu, ja nie chcę nigdzie jechać. A nie, muszę jechać. W końcu to pogrzeb mojej kochanej babci. Odkopałem się z pod kołdry i zwlokłem się bez pośpiechu z łóżka. W pokoju stała Linda i grzebała w mojej szafie. Chyba wiem czego tam szuka i raczej tego nie znajdzie. Garniaka ani śladu tam. W końcu wyjęła jakąś czarną koszulę i ciemne spodnie jeansowe i rzuciła mi je na twarz. Chwyciłem je do ręki i spojrzałem na nią. Nie była w najlepszym stanie. Sądząc po minie, całą noc płakała.
-Za ile jedziemy?- zapytałem, ziewając przy okazji.
-Masz piętnaście minut.- mruknęła i wyszła z pokoju.
-Że co?- powiedziałem sam do siebie.
Powlokłem się do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Ubrałem się i zszedłem na dół, aby zrobić sobie kawy. W domu panowała napięta atmosfera. Tata latał z pokoju do pokoju wkurzony, mama szukała czegoś w szafie w przedpokoju, a ja jak gdyby nigdy nic się nie stało usiadłem sobie na dupie, na krześle w kuchni i czekałem aż zagotuje się woda na kawę. Podparłem głowę na dłoni i przymknąłem powieki. Nienawidzę od dzisiaj sobót. Znaczy nienawidzę takich sobót, jak ta. Inne mogą być. Zrobiłem sobie magiczny napój (czytaj kawa), który zaraz postawi mnie na nogi. To niesamowite, że kawa ma takie zdolności. Niestety, czynność spożywania napoju została brutalnie przerwana przez mojego tatę, który pociągnął mnie mocno za rękę i oznajmił, że gdy będziemy w samolocie napiję się kawy. Ta, tyle, że tam będzie ohydna. Nie to co moja. Dokładnie odmierzona ilość łyżeczek kawy, cukru i doskonała ilość mleka. No cóż, będę musiał się zadowolić tym, co przygotuje stewardessa. Założyłem czarne trampki i wyszedłem z domu. Wsiadłem do auta i czekałem grzecznie na rodziców. Po chwili ujrzałem ich przed domem. Tata zamykał drzwi, a mama szła w stronę samochodu. Otworzyła drzwi, wsiadła i zamknęła je z hukiem. Zaraz dołączył tata i włożył kluczyk do stacyjki. Sprawdził jeszcze raz dokładnie czy wszystko ma i odjechaliśmy spod domu na lotnisko.

Gdy dojechaliśmy tata zaparkował samochód na parkingu strzeżonym i poszliśmy tam, gdzie znajdował się nasz prywatny samolot. Zalety posiadania taty prezydenta. Chociaż zawsze boję się lotu, bo kto wie, czy pilot to przypadkiem nie jest jakiś terrorysta, a do samolotu wcześniej przypadkowo nie wsiedli jego wspólnicy, którzy gdzieś się dobrze ukryli. Masakra. Wszędzie czają się niebezpieczeństwa. No więc, wsiedliśmy do samolotu. Ładne, przestronne wnętrze, wygodne kanapy i jakiś barek obładowany napojami, słodyczami i czego tam dusza zapragnie. Mama rzuciła torbę z jakimiś rzeczami podręcznymi na podłogę, a ja rozsiadłem się na kanapie. Po niedługim czasie wystartowaliśmy. No to przyszedł czas na kawę, bo zachowuję się, jak zombie. Na szczęście mogę sobie sam zrobić kawy. Podszedłem do barku i wyjąłem z szafki kawę rozpuszczalną, jakiś czarny kubek, cukier i czajnik elektryczny. Wstawiłem wodę na kawę. Z małej lodówki wyjąłem mleko. Do kubka wsypałem dwie płaskie łyżeczki brązowego proszku i zalałem je wrzątkiem. Dodałem cukier, mleko i wróciłem na kanapę. Upiłem łyk gorącego napoju. Moje ciało zalała fala ciepła, która mnie pobudziła.
***
Znajdowaliśmy się na lotnisku we Włoszech. Słonko świeci, ptaszki ćwierkają, upał, jak cholera a my na pogrzeb przylecieliśmy. I to jeszcze w czarnych, odświętnych ubraniach. Genialnie. Czekaliśmy na znajomą mojej mamy, która łaskawie miała po nas przyjechać na lotnisko i co? Nie ma jej. No to sobie tutaj chwilę posiedzimy. Na parkingu zaparkował biały Fiat 500 i wysiadła z niego wysoka kobieta. Jak się domyślam była to koleżanka mamy. Podeszła do nas i przywitała się z moimi rodzicami.
-O a tu nasz mały Frankie!- rozpromieniła się na mój widok i chwyciła moje policzki.
Boże, kobieto ja mam szesnaście lat, a traktujesz mnie jakbym miał co najmniej trzy.
-Tak, to jest Frank.- powiedziała ponuro moja mama.- Eh, Lizzy, mogłabyś go zostawić, nie chcę się spóźnić, a nie jest to moment odpowiedni do żartów.
-A tak, jasne. Zapraszam za mną.
Weszliśmy do małego autka i odjechaliśmy spod lotniska.
***
Wysiedliśmy z samochodu pod cmentarzem. Nie uczestniczyliśmy we mszy. Mama nie dała rady. Za nami przyjechał karawan z trumną babci. Z samochodu wysiadło czterech, wysokich i barczystych mężczyzn w czarnych strojach. Otworzyli tylne drzwi i wyjęli z nich trumnę. Znajomi babci, jak również my i członkowie rodziny, której w ogóle nie znałem, udaliśmy się na wielki plac obłożony nagrobkami. Nie cierpię takich miejsc. W ogóle nie cierpię pogrzebów. Szczególnie bliskich mi osób. To nie mogło się dziać naprawdę. Jeszcze tydzień temu rozmawiałem normalnie z babcią przez telefon, a wczoraj dowiedziałem się, że nie żyje. Stanęliśmy na końcu alejki, pod wysokim dębem. Pochowany tam był dziadek. Obok miejsca pochówku mojego dziadka był wykopany głęboki rów. Stałem koło mojej mamy. Płakała wtulona w tatę. Ksiądz odmówił jakąś modlitwę i włożono trumnę z babcią do ziemi. Jakiś facet zaczął grać na trąbce jakąś smutną melodię. Nie, nie będę płakać. Muszę być silny. Silny, kurwa, jak żelek. Po policzku spłynęło mi kilka łez. Mam zbyt słabą psychikę. Nie, błąd ja nie mam słabej psychiki, tylko umarła osoba, którą tak mocno kochałem. Podszedłem do rodziców. Tata objął mnie i mamę ramionami. Wybuchłem płaczem. Ludzie, którzy przyszli na pogrzeb babci powoli się rozchodzili. My postaliśmy jeszcze chwilę. Położyliśmy kwiatki na grobie babci i odeszliśmy.
Mama płakała przez cały czas. Podjechała po nas znowu koleżanka mamy i odwiozła na lotnisko. Wysiedliśmy z samochodu no i oczywiście nie obeszło się bez pożegnania. Pani Lizzy znowu chwyciła mnie za policzki, miętosiła je w swoich palcach, potem ucałowała mnie ustami pomalowanymi krwisto- czerwoną szminką w policzki, następnie mocno przytuliła, jakby mnie chciała udusić. Odetchnąłem z ulgą, gdy zakończyła te męczarnie. Pożegnała się z rodzicami i wsiedliśmy do samolotu.

Rozsiadłem się wygodnie na kanapie, w sumie to położyłem. Mama usiadła na sofie na przeciwko razem z tatą. Wtuliła się w niego cicho szlochając. Przymknąłem powieki chcąc się zdrzemnąć, lecz uniemożliwił mi to głośny dzwonek telefonu taty. Wyjął z kieszeni marynarki telefon i spojrzał z zaciekawieniem na wyświetlacz. Odebrał połączenie. Jego twarz zbladła. Zakończył rozmowę.
-Tato, coś się stało?- zapytałem.
Mama spojrzała na niego.
-Frankie...- zaczął.- Andrew... On i jego mama...
Nie. Proszę nie. To nie może być prawda. Nie. Proszę, tylko nie wymawiaj tych dwóch przeklętych słów.
-Nie żyją.
Życie pierdoli nas wszystkich.
Ja właśnie dostałem kolejnego kopa w dupę.

niedziela, 27 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział II

[Frank]
Otworzyłem drzwi do domu. Znajdowałem się w niedużym korytarzu, w którym dominowały jasne kolory. Na ścianie widniało duże lustro i odsuwana szafa. W całym domu panowała cisza. Czyżby nikogo nie było? Przecież już jest po piętnastej, albo i przed szesnastą. Rodzice już skończyli pracę. Zdjąłem moje czerwone trampki i rzuciłem plecak w kąt przedpokoju. Zajrzałem do salonu. Pusto. W kuchni również nikogo nie było. To samo zastałem również w pracowni rodziców. Udałem się powoli na piętro. Otworzyłem drzwi do sypialni moich rodziców. Leżeli na łóżku. Mama była wtulona w tatę i cicho łkała. Co się stało? Stałem w drzwiach i patrzyłem na nich. Nie zauważyli mnie. Mama rzadko płakała, więc jaki musiał być teraz powód? Z tego co widzę musiał być naprawdę duży. Podszedłem cicho do łóżka i położyłem się obok matki. Przytuliłem się do niej.
-Mamo, co się stało?- szepnąłem.
Lekko drgnęła. Rodzice unieśli się do siadu, ja również. Spojrzałem na twarze obojga rodziców. Mieli popuchnięte oczy i twarze mokre od łez.
-Co się stało?- powtórzyłem.
-Powiedz mu, przecież musi wiedzieć.- powiedział cicho tata.
-Widzisz kochanie...- zaczęła, powstrzymując się od płaczu.- W tym roku nie pojedziemy do Włoch, w przyszłym roku też.
-Co? Jak to? Czemu?- zszokowany wpatrywałem się w rodziców.
Matka spuściła wzrok.
-Babcia nie żyje.- wybuchła płaczem.- Dwie godziny temu zmarła na zawał.
-Nie. To niemożliwe.- załkałem.
-Niestety.- szepnęła.
Nie wytrzymałem i wybuchłem płaczem. Rzuciłem się ramiona mamy. Jak to możliwe? Boże, dlaczego postanowiłeś wziąć do siebie babcię? Tą uczynną, dobrą dla każdego istotę? Przecież to nie może być prawda. Nie mogę w to uwierzyć. To wszystko to jakiś cholerny zły sen. Całe życie się pierdoli w ciągu jednej godziny. Najpierw opuszcza mnie przyjaciel, na szczęście nie na zawsze, a teraz babcia. Gdzie ja w życiu popełniłem błąd, że teraz wszystko się sypie? Wstałem z łóżka i pobiegłem do swojego pokoju. Całym moim ciałem przechodziły dreszcze bólu i rozpaczy. Rzuciłem się na ciemne łóżko i wtuliłem głowę w poduszkę. Proszę, niech ktoś przyjdzie mi powiedzieć, że to zły sen i zaraz się obudzę i wszystko wróci do normy. Ja nie chcę tak. Ja się tak nie bawię. Po moich policzkach płynęły strumieniami łzy. Koniec z rozmowami z babcią. Koniec wyjazdów do Włoch. Koniec przytulania, kiedy jest mi źle. Koniec z wszystkim, co się z nią wiązało. Jest mi bardzo źle. W ręce miętosiłem materiał czarnej kołdry. W końcu usiadłem i zdjąłem z siebie czerwoną bluzę i rzuciłem ją gdzieś w kąt pokoju. Wstałem z łóżka i otworzyłem okno, ponieważ w pokoju było strasznie duszno. Położyłem się, pogrążony w gorzkim płaczu, na łóżko. Z tego wszystkiego głowa mnie rozbolała. Usłyszałem ciche zamykanie drzwi od mojego pokoju.
-Frankie, jutro wylatujemy do Europy na pogrzeb.- powiedział tata.
-Dobrze.- odpowiedziałem stłumionym przez poduszkę głosem.
Tata usiadł na łóżku i zaczął mnie delikatnie gładzić po moich długich włosach.
-W życiu tracimy wiele osób. Nie martw się. Wszystko się ułoży.- szeptał.- Babcia była dobrą kobietą, ale niestety na każdego z nas kiedyś przyjdzie pora. Na nią niestety czas śmierci przyszedł dzisiaj. Pamiętaj, że ona na zawsze pozostanie w twoim sercu.
-Pamiętam.- jęknąłem.
Wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Lekko domknął drzwi. Zostałem sam na sam z swoimi uporczywymi myślami. Eh, gdyby mógł być tu teraz Andrew... On na pewno by mnie pocieszył.
***
Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem, ale wiem, że się w końcu obudziłem. Leżałem na podłodze. Musiałem spaść z łóżka podczas snu. Wstałem powoli z podłogi. Pozbierałem z niej kołdrę i rzuciłem ją niedbale na łóżko. Wyszedłem z pokoju i udałem się do łazienki. Ściągnąłem z siebie ubrania i wskoczyłem pod prysznic. Skończyłem się myć, wytarłem moje za długie, jak dla mamy, jak dla mnie idealne włosy i okręciłem ręcznik wokół bioder. Otworzyłem drzwi do łazienki i wpadłem do mojego pokoju, aby ubrać się w piżamę. Ręcznik położyłem na krzesło i wyszedłem z pokoju. Powoli zszedłem po schodach. Rodziców chyba nie było w domu, ponieważ ani na górze, ani na dole ich nie zastałem. Pewnie pojechali coś załatwić, albo na jakieś ważne spotkanie i kto wie, kiedy wrócą. Czyli dzisiejszy wieczór spędzę sam. Świetnie. Zapaliłem światło w kuchni i wyjąłem z szafki rozpuszczalne kakao. Na kawę było za późno. Do garnka nalałem mleka i wstawiłem je na palnik. Udałem się do białego salonu, w którym czuję się jak w szpitalu, ale pomińmy ten fakt. Miał być nowoczesny, jak to moja mama wymyśliła. I jest. Aż za bardzo. Nienawidzę takich nowoczesnych rozwiązać. Wszystko kanciate, zero przytulności. Otworzyłem szafkę pod telewizorem i wywaliłem z niej koc, który rzuciłem celnie na kanapę. Włączyłem telewizor w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym dzisiaj obejrzeć. Kabaret, film dokumentalny, horror, thriller... Nudy. O, Harry Potter. Czemu nie? Nie ma nic lepszego, z resztą, jak zwykle. Wróciłem do kuchni i nalałem do czarnego kubka z Ciasteczkowym Potworem mleko, a następnie wsypałem kilka łyżeczek kakao. Zamieszałem łyżeczką napój i wychodząc z kuchni wyjąłem z szafki ciastka, oraz zgasiłem światło. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie i przykryłem się kocem.
***
Film się skończył. Opróżniłem całą paczkę ciasteczek, wypiłem chyba trzy kubki kakao i dalej czułem się tak samo, czyli do dupy. Odniosłem kubek do kuchni, nie trudząc się aby go umyć. Opakowanie po ciastkach wyrzuciłem do kosza i poszedłem na górę do swojego pokoju, aby położyć się spać. Rodzice nie wrócili. Może wrócą w nocy, albo rano. Cholera wie. Często wychodzą tak, że wracają dopiero na następny dzień. Przyzwyczaiłem się.
Opadłem na łóżko i przykryłem się szczelnie kołdrą. Boże, jak ja sobie teraz z tym wszystkim sam poradzę? Przecież rodzice oleją to, że ich syn jest załamany i nie ma co ze sobą zrobić...
_________________________________________________________________________________
Rozdział- krótki, bo krótki, ale myślę, że się jeszcze rozkręcę i będę dłuższe pisać :)
Także ten tego, mam nadzieję, że się podobało :)
xoxo


sobota, 26 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział I

23 maja
[Frank]
Gówniana szkoła, głupi nauczyciele i głupie, naiwne bachory... Zaraz. Nazywam bachorami ludzi, którzy są w wieku szesnastu lat, czyli są moimi rówieśnikami? Tak, brawo Frank. W sumie, co to ma do rzeczy? I tak ich wszystkich nienawidzę. Ludzie to zwykli idioci, pomijając moich rodziców i moją cudowną babcię, która świetnie rysuje i piecze pyszne ciasta. Tak, uwielbiam jej ciasta... Wiele bym dał, aby teraz skosztować chociaż jedno z nich, ale to niemożliwe... Babcia wyprowadziła się na starość do Europy, a dokładniej mówiąc do Włoch. Jeszcze tylko dwa miesiące nauki i wreszcie do niej wyjadę razem z rodzicami. Nie mogę się doczekać.
Siedziałem w klasie. Co za nudy, lekcja do dupy. Nudziło mi się, bo... yyy... Cóż, uczyłem się najlepiej w całej klasie. Byłem bardzo zdolny, ale i tak mnie to obecnie gówno obchodziło. Teraz liczy się tylko, żeby skończyć naukę i zacząć normalnie żyć. Tak, imprezowanie mi w głowie. Trochę dziwne, ale nie chodziłem na imprezy w tym wieku. Wszyscy moi znajomi mogli wychodzić, gdzie tylko chcieli, a ja musiałem zostawać w domu pod ręką moich, czasami, zbyt opiekuńczych rodziców, przez co ludzie ze mnie szydzili... Bywa i tak. Jedynym prawdziwym przyjacielem jest dla mnie, jak na razie Andrew Overblown- chłopak chodzi ze mną do klasy, znamy się od piaskownicy. Jest synem przyjaciela mojego taty. Andrew siedział kilka ławek dalej i słuchał uważnie głosu nauczyciela, który obecnie tłumaczył jakieś zadanie. Podziwiam go, za takie skupienie na lekcji. Jest świetnym przyjacielem, zawsze słucha co do niego mówię. Odzwierciedla się to również na lekcjach. Zawsze słucha, w domu nic się nie musi uczyć, a i tak zdaje do następnych klas z bardzo wysokimi ocenami. Farciarz. Ja nie słucham na lekcji, a mimo to potrafię napisać najtrudniejszy sprawdzian nawet, bez przygotowania i oczywiście zdaję go na wysoką ocenę. Tak wyszło. Wyrwałem kartkę z tyłu zeszytu i nabazgrałem na niej wiadomość.
"Ej, Andi, wpadniesz dzisiaj do mnie? Mam nową grę na konsolę, trzeba ją rozpracować, hehe :)"
Spojrzałem na nauczyciela. Stał tyłem do klasy. Złożyłem szybko kartkę w samolocik i posłałem ją do mojego przyjaciela. Patrzyłem na niego z wyczekiwaniem. Przeczytał liścik i chwycił pióro. Po chwili dostałem wiadomość zwrotną.
"Wybacz, Frank. Dzisiaj nie mogę... Jadę z mamą do cioci Sissy, do Nowego Jorku ... Masakra. :("
Spojrzałem na niego. Na jego twarzy widać było grymas niezadowolenia. Na mojej również się pojawił. Zgniotłem kartkę w kulkę i celnie wrzuciłem ją do kosza. Nauczyciel był zbyt pochłonięty pisaniem jakiś bzdetów na tablicy, aby zauważyć, że Frank Iero rzuca kulkami z papieru, gratulacje. Spojrzałem na wyświetlacz mojego IPhone'a, który leżał sobie spokojnie na ławce i nikt nie śmiał zwrócić na niego uwagi. Czternasta osiemnaście. Jeszcze tylko dwie minuty. Schowałem do piórnika wszystkie moje długopisy porozwalane na ławce i zasunąłem go. Wrzuciłem niechlujnie książki i piórnik do plecaka. Telefon wylądował w kieszeni spodni. Stukałem nerwowo palcami o ławkę wyczekując na dzwonek. Nauczyciel mozolnie skrobał kredą po tablicy, chociaż i tak wszyscy uczniowie siedzieli już spakowani i gotowi do wyjścia z sali. Czasami dziwię się nauczycielom, że im się chce, bez względu na to, że nikt ich nie słucha... Oprócz Andrew'a oczywiście.
Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek kończący zajęcia, a który rozpoczynał upragniony przez wszystkich weekend. Podbiegłem do Andi'ego. Szedł powoli przez korytarz. Dziwne, nie poczekał na mnie? Eh, co mu się stało?
-Ej, Andi, co jest?-zagadałem do niego.
Chłopak drgnął z zaskoczenia. Spojrzał w moją stronę. Coś tu nie pasowało. W jego oczach było widać smutek. Przecież jedzie tylko do cioci, prawda? Chyba nic jej nie jest, a przynajmniej przez poprzednie kilka dni nie skarżył się na nic.
-Szkoda gadać.- odezwał się po dłuższym milczeniu.
-Jesteśmy przyjaciółmi, mi możesz powiedzieć wszystko.- zapewniłem go.
Spuścił głowę w dół. Jego długie, blond włosy opadły na jego twarz, przysłaniając zielone tęczówki. Ah, wspominałem, jak wygląda? Chyba nie. No więc, Andrew jest wyższym ode mnie chłopakiem. Tak, jak zwykle jestem najniższy w całej klasie. Przecież mój ojciec jest wysoki, czemu nie odziedziczyłem po nim wzrostu? Cóż za ironia losu. Wracając do mojego przyjaciela. Jest szczupły. Ubiera się zwyczajnie, najczęściej koszule w kratę, jeansy i trampki. Laski na niego lecą, nie to co na mnie. Niemal wychudzony, niski chłopak o bladej cerze i ciemnych, długich włosach. Nikt mnie nie chce. Tylko babcia mnie kocha. Czasem zastanawiam się, czy rodzice choć trochę mnie kochają, bo ciągle dla nich liczy się tylko praca, praca i jeszcze raz praca. Ja ich kocham najbardziej na świecie, ale nie wiem, czy odwzajemniają moje uczucia. Chciałbym, żeby tak było.
-No więc, co się stało?- zapytałem ponownie.
Spojrzał na mnie ponownie.
-Widzisz Frank, bo nie wyjeżdżam na dzień, czy tam na dwa, tylko na zawsze. Mama znalazła tam nową pracę, lepiej płatną, a wiesz, że ciężko nam po śmierci ojca...-wspomniał o swoim zmarłym tacie i na jego twarz wpłynął smutek.
-Szkoda... Będzie mi ciebie bardzo brakowało.
-Mi ciebie również. Ale wiesz, zawsze możemy do siebie pisać, spotykać się co jakiś czas...
-Myślę, że to dobry pomysł, co prawda nie będzie tak jak zawsze, ale to najlepsze rozwiązanie.- powiedziałem.- Kiedy wyjeżdżasz?
-Jak tylko wrócę do domu.
-Naprawdę? Tak szybko?- spytałem z niedowierzaniem.
-Tak...- mruknął pod nosem, zmartwiony tym faktem.
-Ej, tylko mi tu nie bucz.- klepnąłem go po ramieniu.- Odprowadzę cię pod dom, co ty na to?
-Zgoda.- posłał do mnie lekki uśmiech, a ja odwzajemniłem ten gest.
***
Siedzieliśmy na chodniku, pod domem Andrew'a w ciszy, jak za dawnych czasów. Z jego domu wynoszono meble, a my po prostu siedzieliśmy i się napawaliśmy swoją obecnością, której przez długi czas będzie nam brakowało.
-Andrew, możemy jechać!- krzyknęła jego mama, gdy wyszła z domu.
Chłopak popatrzył na mnie z smutkiem. Wstaliśmy z ziemi.
-No to przyszedł czas, żeby się pożegnać...- szepnąłem i spuściłem głowę. Było mi cholernie smutno, że tak nagle muszę go żegnać, kogoś, kogo znam tyle lat i prędko takiej osoby nie poznam.
-Ej, ale nie smuć się. Proszę, wtedy nie będę mógł znieść, że zostawiam cię tu samego na pastwę losu...- powiedział cichutko z drżeniem w głosie.
Spojrzałem na niego. W jego oczach stanęły łzy. Nie wiedziałem, że komuś przyjdzie za mną tak tęsknić. Rzuciłem się w jego ramiona. Staliśmy w uścisku. Rozpłakaliśmy się. Mam nadzieję, że chociaż nie urwiemy ze sobą kontaktu. Oderwaliśmy się od siebie.
-Nie żegnam się z tobą na zawsze.- wydusił z siebie.
-Tak więc, do zobaczenia, przyjacielu.
-Do zobaczenia.
Ostatni raz się do siebie przytuliliśmy. Andrew pobiegł do samochodu, gdzie czekała na niego mama. Pani Overblown wyjrzała przez okno samochodu.
-Do widzenia, Frank!- krzyknęła.
-Do widzenia!- krzyknąłem.
Odjeżdżał. Andrew zaczął mi machać przez szybę. Również mu odmachałem. Stałem pod starym domem mojego przyjaciela i patrzyłem, jak samochód znika za zakrętem. Odwróciłem się przodem do domu. Jakiś facet zawiesił tabliczkę głoszącą, że dom jest na sprzedaż. Będę miło wspominał czasy spędzone tutaj z Andi. Głośno westchnąłem i udałem się w stronę domu.

piątek, 25 lipca 2014

"Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes" ~~ Prolog

[Narrator]
      Październik. Jesień siała spustoszenie od dłuższego czasu w przyrodzie. Zwierzęta szykowały się do zimy, a ptaki odlatywały do ciepłych krajów. Drzewa gubiły śliczne, różnokolorowe liście.
      Na ogół piękny, słoneczny dzień w New Jersey. Dla kogo piękny, dla tego piękny. W jednym domu panował harmider. Otóż nadszedł dzień narodzin dziecka... Niechcianego dziecka, dwojga bogatych, posiadających naprawdę dobre stanowiska pracy, ludzi. James Iero- prezydent miasta, Linda Iero- sędzia. Państwo Iero nie chciało mieć dzieci, ze względu na to, że będzie im przeszkadzało w pracy. No ale cóż, wpadka to wpadka, nic się nie dało zrobić. Trzeba je wychowywać, aż osiągnie pełnoletność i będzie można je wygonić z domu. Wysłać na dobre studia i urwać kontakt. Czy to najlepsze rozwiązanie? Oczywiście, że jest lepsze... Po prostu oddać je do adopcji. A może na ogół te bezduszne istoty miały w głębi serca choć trochę miłości? Albo obawiali się, że ich dziecko wyrośnie na złego człowieka i przyjdzie im się wstydzić za nie? Wiele może być powodów... Ale te dwa zdają się być najprawdopodobniejsze.


       Szpital. Sala numer dwieście trzydzieści pięć. W tej sali leży Linda Iero. Na świat przyszedł maleńki chłopczyk- Frank. Drobny, chudziutki. Ważył zaledwie dwa i pół kilo. Spał wtulony w matczyną pierś. Na twarzy Lindy było widać nikły uśmiech, a w oczach jej maleńkie iskierki szczęścia. A jednak cieszyła się z narodzin swojego pierwszego i ostatniego dziecka. Gładziła go delikatnie po główce. Obok łóżka, na drewnianym stołku siedział ojciec Frankiego. Czyżby on też był szczęśliwy? Wygląda na to, że tak. Uśmiechał się szeroko na widok swojego słodkiego synka. Rodzice cieszyli się.
        Po kilku dniach, szczęśliwa rodzina wróciła do domu. Szczęśliwa matka udała się na pierwsze piętro, aby zanieść maluszka, którego trzymała na rękach do kołyski znajdującej się w pokoju dziecka. Nie za duży, w sam raz pokój, jasne niebieskie ściany z wesołymi zwierzątkami wymalowanymi przez babcię Franka, która posiadała wielki talent artystyczny. Kilka pudełek z zabawkami, rzeczami potrzebnymi do wychowania małego dziecka, miliony misiów porozrzucanych po całym pokoju. Matka zwinnie ominęła tor przeszkód złożony z misi i podeszła do kołyski. Ułożyła delikatnie Franka do kołyski, tak aby się nie wybudził z głębokiego snu. Przez chwilę wpatrywała się w swoje dziecko. Czyjeś silne ramiona oplotły ją w pasie i usta cmoknęły w policzek. James ją tulił do siebie. Małżeństwo stało uśmiechnięte i wpatrywało się w swoje wspólne dzieło.


Bogactwo, zapewniona dobra przyszłość, miłość rodziny, wszystko co można sobie wymarzyć.


Ale czy życie Franka Iero będzie usłane różami?


_________________________________________________________________________________
Witam wszystkich! :D
Tak, bardzo długa przerwa (sarkazm)
No ale na co miałam czekać, aż mój pomysł zniknie? xD
A więc, dałam króciutki prolog, aby was chociaż minimalnie wtajemniczyć w to gówno xD
W sumie, to chyba nawet nie potrzeba dłuższego wstępu...
Rozdziały będą się pojawiać... Mam nadzieję, że często.
To chyba tyle. 
xoxo 
Nancy :)





środa, 23 lipca 2014

The Only Hope For Me Is You/The End

Tadadadam! Nadszedł koniec!
Mam nadzieję, że bardzo się nie nudziliście, czytając moje wypociny. :D
Tak więc, zapraszam to przeczytania ostatniego rozdziału opowiadania "The Only Hope For Me Is You"!
ENJOY! :D
________________________________________________________________________________
[FRANK]
-Daleko jeszcze?-odezwałem się.
-Tak.
Włączyłem radio. Boże, sama beznadziejna muzyka. One Direction, Justin Bieber i inny syf. Otworzyłem półkę w samochodzie w poszukiwaniu jakiś płyt. Niestety nic nie znalazłem.
-Ja pierdolę, nie masz tu żadnych płyt z porządną muzyką?- warknąłem.
-Mam.-odpowiedział Gerard.
-Gdzie?- rozejrzałem się po całym samochodzie.
-W bagażniku.-zachichotał.
-A spadaj.- rąbnąłem go lekko w głowę i odwróciłem się do okna.
Zajebiste widoki. Ciemność, las, ciemność, las, niebo, księżyc, gwiazdy, chmury, las. Wyłączyłem dudniące radio. Oparłem głowę o zagłówek. Spojrzałem na Gerarda. Był skupiony na drodze.
-Daleko jeszcze?
-Kurwa tak.
-To daleko, czy nie?
-Jeszcze raz zapytaj czy daleko to cię wysadzę tutaj gdzieś na drodze i będziesz szedł na nogach.
-Daleko jeszcze?- zaśmiałem się.
Gerard zatrzymał samochód z piskiem opon. Wysiadł z auta i otworzył mi drzwi po mojej stronie. Spojrzał na mnie wyczekująco. Odpiąłem pas bezpieczeństwa i wygramoliłem się z samochodu. Schowałem ręce do kieszeni spodni. Zacząłem iść przed siebie. Usłyszałem za sobą ruszanie auta i dźwięk klaksonu. Spojrzałem za siebie. Co za kretyn. Pokazałem mu środkowy palec. Samochód mnie wyprzedził. Ta, serio Gerard? Zamierzasz mnie tu zostawić? Dobra, teraz to ja już nieco spanikowałem. Cholera jasna! Przyspieszyłem kroku, aż w końcu zacząłem biec. Gerard, proszę nie zostawiaj mnie na pastwę losu! Po pięciu minutach biegu zauważyłem samochód Gerarda. Co za dureń. Stał w miejscu, zapalony silnik. Czekał na mnie? Dobiegłem do samochodu i ruszył. Tak po prostu ruszył. Jechał powoli, a ja za nim biegłem.
-Gerard, idioto! Co ty odpierdalasz?!- krzyknąłem zbulwersowany.
Chłopak otworzył okno i wychylił głowę.
-Ja?- zapytał.- Droczę się z tobą.
-To przestań!
-Bo co mi zrobisz?- odwrócił się do mnie i pokazał mi język.
Siadłem na środku drogi i strzeliłem focha. Gerard wyłączył silnik i wyszedł z samochodu. Uklęknął przy mnie i delikatnie mnie pocałował w usta.
-No więc, zaprzestaniesz pytać, czy daleko jeszcze, czy wolisz biegać za samochodem, kurduplu?-szepnął mi do ucha, spojrzał na mnie i posłał mi zwycięski uśmiech.
-Siądę na dupie w aucie i się nic nie odezwę.
-No i prawidłowo. Zdradzę ci, że zostało nam jeszcze 30 minut jazdy, więc lepiej nie jęcz. A teraz chodź do samochodu, prześpisz się.
-Dobrze.
Cmoknąłem go w usta. Wstałem z zimnego asfaltu i udałem się do samochodu. Wsiadłem i ułożyłem się wygodnie, tak abym mógł zasnąć.
***
-Frankie... Obudź się, jesteśmy na miejscu.
-Już?- zapytałem i rozejrzałem się nieprzytomnym wzrokiem.
Samochód. Wyjrzałem za szybę i zobaczyłem wysoki budynek. Wieżowiec, w którym chyba będziemy mieszkać. Wysiedliśmy z samochodu. Gerard otworzył bagażnik i wziął moje walizki. Ja wziąłem lżejsze rzeczy i moją gitarę. Swoje rzeczy miał już w mieszkaniu, ponieważ był już tutaj kilka razy.
Po wjeździe windą na dziesiąte piętro stanęliśmy przed drzwiami z numerem sto dwadzieścia trzy. Mój chłopak wyjął z kieszeni kurtki klucze i otworzył drzwi do mieszkania. Odstawiłem rzeczy, które trzymałem w rękach na podłogę, a Gerard zapalił światło. Korytarz był koloru białego, na ścianie wisiało duże lustro i obraz przedstawiający... Abstrakcję. Na suficie wisiało kilka lampek, a podłoga była z drewnianych paneli. Zdjąłem buty i powiesiłem kurtkę na metalowym wieszaku. Stąpałem delikatnie po podłodze przed siebie. Wymacałem na ścianie kolejny włącznik. Salon. Czarny dywan, ciemne meble. Na przeciwko kanapy na ścianie wisiała plazma. Mały stoliczek na kawę. Ściany miały ciemny, zielony kolor. Widniało na nich kilka obrazów. W kącie pomieszczenia stała duża lampa, a druga wisiała na suficie. Duże okno z wyjściem na balkon z widokiem na Nowy Jork. Pół ścianką od salonu była oddzielona kuchnia. Siwe ściany i czarne, nowoczesne meble. Nieduży stół, przy którym stały dwa krzesła. Całe mieszkanie robiło wrażenie, co prawda jeszcze nie widziałem łazienki i sypialni, ale już mi się tu podobało.
-Gdzie jest łazienka? Chciałbym się trochę odświeżyć.-zapytałem.
-Ostatnie drzwi na końcu korytarza. Porozglądaj się po sypialni, możesz zajrzeć również do mojej pracowni. Ja zrobię coś do jedzenia.
-Okej.
Wszedłem znowu na korytarz i otworzyłem pierwsze drzwi. Sypialnia. Ładna, przestronna, prosto urządzona. Duże, dwuosobowe łóżko z ciemną pościelą. Czerwono-czarne ściany i duże okno. Na przeciwko łóżka stała czarna komoda, a nad nią, na czerwonej ścianie wisiało nieduże lustro. Dwie lampki przy łóżku stały na szafkach nocnych.
Wyszedłem z pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Otworzyłem następne. Pracownia Gerarda. Cóż tu dużo mówić. Brązowe ściany, pełno przyborów do malowania i porozwalane na podłodze rysunki. Wychodzę. Dobra, czas na łazienkę. E tam, normalna... Ciemny wystrój, ciemne kafelki. W stylu Gerarda.
***
Leżeliśmy na kanapie, piliśmy wino i oglądaliśmy jakąś beznadziejną komedię romantyczną. Nudy. A gdyby tak... Spojrzałem na mojego ukochanego. Patrzył tępo w ekran telewizora. Pocałowałem go delikatnie w policzek. Drgnął i obrócił się w moją stronę. Wpiłem się w jego usta. Gerard usiadł i wziął mnie na kolana. Oplótł mnie rękami w pasie, a ja oderwałem się od jego ust i zacząłem błądzić pocałunkami po szyi. Chłopak wyłączył telewizor. Wsunąłem rękę pod jego podkoszulkę. Był taki cieplutki, a jego skóra była taka delikatna... Niczym jedwab. Pocałowałem go w policzek i zszedłem pocałunkami wzdłuż jego szczęki, a na końcu pocałowałem go. Oddał pocałunek. Wziął mnie na ręce, nie przerywając pocałunku i udał się do sypialni. Otworzył za pomocą kopniaka drzwi i rzucił mnie na łóżko. Wskoczył na mnie i oparł ręce po obu stronach mojej głowy. Z siłą wpił się w moje usta i pogrążyliśmy się w namiętnym pocałunku. Gerard wepchnął swój język w moje rozchylone wargi, przez co wydałem z siebie cichy jęk. Zaśmiał się w moje usta i oderwał się ode mnie. Ściągnął ze mnie moją podkoszulkę i zaczął błądzić pocałunkami po moim nagim torsie, przyprawiając mnie o dreszcze. Zakończył całowanie na moim podbrzuszu i przejechał językiem wzdłuż mojego torsu. Sapnąłem z podniecenia. Fala ciepła zalała moje dolne partie ciała. Zdjąłem z Gerarda podkoszulkę, a on ściągnął moje spodnie od piżamy. Postąpiłem tak samo z jego spodniami. Gerard wpił się z brutalnością w moje usta, pulsujące bólem od namiętnego pocałunku. Przywarł do mnie mocniej swoim ciałem i rozchyliłem usta. Nasze języki otarły się o siebie. Czułem jego nabrzmiałą męskość na sobie. Po chwili Gerard rozchylił moje uda i bez przygotowania we mnie delikatnie wszedł. Jęknąłem przeciągle z bólu. Następnie wszedł we mnie cały i zaczął delikatnie się poruszać. Bolało cholernie, ale jaka przyjemność się z tym wiązała. Moje ciało wygięło się w łuk, gdy mocniej we mnie pchnął. Krzyczałem głośno. Pocałował mnie, aby zagłuszyć moje krzyki. Cóż, podobało mi się to. Aż za bardzo, że z podniecenia musiałem krzyczeć. Gładził moją klatkę piersiową, schodząc niżej na żebra, brzuch, aż w końcu natrafił na uda. Poruszał się energicznie, nie zaprzestając czynności agresywnego, pełnego miłości pocałunku i masowania mojej nagiej skóry. Ostatnie pchnięcie. Poczułem przyjemne ciepło rozlewające się w środku mnie. Wytrysnąłem na jego brzuch. Opadł na łóżku obok mnie i przykrył nas kołdrą. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Gładził mnie po policzku. Jego skóra świeciła się od potu. Przesunął rękę wzdłuż mojego ciała i oparł ją w mojej talii. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową.
-Kocham Cię, Gee.-szepnąłem i spojrzałem w jego zielone, błyszczące tęczówki.
-Ja ciebie też, skarbie.- odpowiedział.
Teraz już nic nam nie stanie na drodze do bezgranicznego szczęścia.


KONIEC.

The Only Hope For Me Is You/Part 33

Przed ostatni rozdział opowiadania :( Smutek i żal... 
________________________________________________________________________________
Rok później, 31 października
[GERARD]
Jamia, Ray, Mikey, Christa, Bob i Alicia szliśmy w odwiedziny do Franka do szpitala. Tak, pech chciał, że jeszcze się nie obudził i szczerze, to już powoli zaczynam tracić nadzieję. Może się obudzić jutro, za dwa tygodnie, a w najgorszym wypadku nigdy. Dziś są jego urodziny. Kończy 19 lat i mógłby już kończyć szkołę. Ja wyjeżdżam na studia do Nowego Jorku. Wszystko się popieprzyło. Obiecuję, że jak tylko mój kochany kurdupel się obudzi, biorę go do siebie i będziemy sobie żyć długo i szczęśliwie. Stanęliśmy przed drzwiami szpitala i lekko je pchnąłem. Moi przyjaciele weszli za mną. Długi, biały korytarz, ciemna podłoga. Pełno ludzi. Pamiętam dzień, w którym trafiliśmy tutaj i okazało się, że Frank jest w śpiączce.
-Państwo do kogo?- z zamyśleń wyrwał mnie głos pielęgniarki.
Spojrzałem na nią. Niska brunetka, biały fartuszek.
-My do Franka Iero, znam drogę.-wymamrotałem.
Ruszyliśmy na pierwsze piętro, gdzie w sali 129 leżał Frank. Otworzyłem drzwi i weszliśmy do środka. Pełno pikających urządzeń, jasne światło. Frank nieruchomo leżał na łóżku. Zamknięte powieki, które chyba nawet nie miały zamiaru się otworzyć. Usiadłem przy łóżku, na drewnianym krześle. Ray i inni stanęli przy łóżku.
-Wszystkiego najlepszego, Frank.- szepnęła Jamia łamiącym się głosem.
Na jej twarzy ujrzałem pierwsze kropelki łez. Pochyliłem się nad Frankiem i lekko go przytuliłem. Tak, nie ma to jak przytulanie prawie nieżywego człowieka. Pocałowałem go w policzek. Po moich policzkach popłynęły łzy. Ścisnąłem jego dłoń i pogłaskałem go po jego miękkich, długich włosach.
***
-Gerard, my już pójdziemy.- powiedział Bob.
-Dobrze, ja jeszcze chwilę zostanę.-spojrzałem w ich stronę.-Mikey.-zwróciłem się do mojego brata.-Nie czekaj na mnie.
-Dobrze.-utkwił we mnie spojrzenie i wyszedł za drzwi, zamykając je.
Zostałem sam. Niezupełnie sam. Posunąłem trochę bezwładne ciało chłopaka i położyłem się koło niego na łóżku. Chwyciłem jego dłoń i począłem ją delikatnie masować. Spojrzałem na jego nieruchomą twarz, a następnie przeniosłem spojrzenie na okno. Był już wieczór. Halloween. Z daleka było widać biegające po ulicy dzieci poprzebierane w różne, straszne, lub niekoniecznie straszne, kolorowe stroje. Utkwiłem wzrok w białym suficie.
-Eh...-westchnąłem.-Chciałbym wiedzieć, czy wreszcie się obudzisz.-zwróciłem się do Franka, który i tak mnie nie słuchał.- Jak się obudzisz, to wyjedziemy do Nowego Jorku. Znalazłem dobre studia, mieszkanie. Zamieszkamy razem oczywiście, jak nie będziesz miał nic przeciwko.-mówiłem.- Nie znalazłem sobie nikogo innego, więc myślę, że ty raczej też nie będziesz nikogo szukał.
Pocałowałem go ostatni raz dzisiaj w policzek i wstałem z łóżka. Ułożyłem go delikatnie tak, jak leżał i wyszedłem z pokoju, nie domykając drzwi. Schowałem ręce do kieszeni ciemnych, jeansowych, prawie idealnie dopasowanych rurek. Do pomieszczenia weszła pielęgniarka, którą wcześniej spotkałem na korytarzu. Oddaliłem się o kilkanaście metrów. Spojrzałem za siebie. Do pomieszczenia wchodzili kolejno lekarz i jeszcze kilka pielęgniarek. Co? Co się dzieje? Co jest grane? Obróciłem się na pięcie i pomknąłem w stronę sali 129. Z sali wyszedł lekarz i do mnie podszedł.
-Pan...?- powiedział.
-Way.
-Rodzina, czy coś?
-Chłopak...-mruknąłem.
-A więc, yyy, pański chłopak się obudził.-powiedział.
Informacja jakby do mnie nie docierała. Wyminąłem młodego lekarza i wpadłem do pokoju. Frank miał otwarte oczy, leżał w bezruchu i patrzył tępo w sufit. On, kurwa, on żyje. Podbiegłem do niego i go mocno uścisnąłem.
-Frankie...-szepnąłem.-Frankie, ty żyjesz!
-A co mam być martwy?-zapytał zirytowany.
-Oczywiście, że nie!-krzyknąłem radośnie.-Jezu, jak się cieszę!
Oddaliłem się do niego i wpiłem się brutalnie w jego wargi. Oderwał mnie od siebie.
-Gee, to nie miejsce na coś takiego...
-Dobrze, dobrze. Tak w ogóle to wszystkiego najlepszego.
-Spałem rok?
-Tak... Boże, martwiłem się, że już się nie obudzisz.
-Ale się obudziłem.
-No i dobrze. Zbieraj gnaty do kupy i jedziemy do twojej mamy.
-Ok...
***
Po nie całej godzinie siedzieliśmy w moim samochodzie i jechaliśmy do domu Iero. Na jego twarzy widziałem uśmiech, cóż ja też byłem szczęśliwy. Mój kochany wreszcie się obudził, wszystko wróciło do normy. Jeszcze dzisiaj wyjedziemy do Nowego Jorku. Frank bardzo się ucieszył, że zamieszkamy razem. Nie wiem tylko, czy jego mama będzie zadowolona z tego pomysłu. No nic, zobaczy się.
Stanęliśmy autem na podjeździe do domu. Wyjąłem kluczyk ze stacyjki. A, wypadałoby napisać do Ray'a, czy tam do kogoś i poinformować, że Frank się obudził. Wyciągnąłem z kurtki telefon i wybrałem numer do Ray'a.
<Frank się obudził!>
Po nie długim czasie mój telefon zawibrował.
<Ray: Naprawdę? To super! Pozdrów go ode mnie.>
<Okej, właśnie jesteśmy pod jego domem. Posiedzimy chwilę z jego mamą, Frank weźmie potrzebne rzeczy i jedziemy do Nowego Jorku.>
<Ray: Yhh, już dzisiaj jedziecie? Musimy was kiedyś odwiedzić.>
<No jasne, pewnie zrobię jakąś małą imprezę w nowym mieszkaniu.>
Frank popatrzył na mnie. Schowałem telefon do kieszeni i wyszedłem z samochodu. Podbiegłem z drugiej strony i otworzyłem Frankowi drzwi. Stanął na ziemi i obciągnął swoją jeansową kurtkę na dół. Zamknąłem samochód i podeszliśmy do drzwi domu. Frank nacisnął kilka razy dzwonek. Odpowiedziała nam cisza. Chłopak ponownie zadzwonił. Tym razem usłyszeliśmy kroki wewnątrz domu. Drzwi otworzyły się i w progu stanęła mama Franka w szlafroku. Popatrzyła na nas. Zmierzyła Franka wzrokiem, jakby co najmniej zobaczyła ducha. Młody Iero uśmiechnął się delikatnie do swojej mamy, a ona rzuciła się na niego z łzami w oczach i go tuliła. Po chwili oderwała się od niego.
-Boże, Frank. Tak się stęskniłam. Myślałam, że już się nie obudzisz.- powiedziała.
-No ale, jak widać jestem. Żywy.- zaśmiał się i ponownie ją do siebie przytulił.
-Wejdźcie, nie stójcie tak na zimnie.
Weszliśmy do środka. Linda zamknęła drzwi na klucz i poszła do kuchni. W środku było przyjemnie ciepło i pachniało ciastem. Zdjęliśmy buty i kurtki i poszliśmy do salonu. Usiadłem na kanapie obok Franka. Rozglądał się po całym pomieszczeniu. W jego oczach było widać szczęście. Czekoladowe tęczówki błyszczały dawnym blaskiem. Objąłem go ramieniem i do siebie przytuliłem. Pani Iero przyniosła ciasto i cieplutką kawę. Wypiliśmy, zjedliśmy i chwilę porozmawialiśmy o różnych pierdołach. Przyszedł czas, aby powiedzieć jej, że Frank już nie będzie tutaj mieszkał.
-A więc...- zacząłem.- Ja wyjeżdżam do Nowego Jorku na studia i mam tam mieszkanie.
-I co w związku z tym?-zapytała podejrzliwie rodzicielka mojego chłopaka.
-No i ja...- wymamrotał Frank.- Ja pojadę z nim.
-Nie wiem co mam wam odpowiedzieć, ale jeśli mój syn będzie tylko szczęśliwy, to czemu nie?-powiedziała smutno.-Frankie, zamieszkaj z Gerardem, wiem, że go kochasz.-mówiła.- Ale nigdy nie zapominaj o starej, zrzędliwej matce!- zaśmiała się.
-Dobrze, będę pamiętał. To ja pójdę się spakować.
-To już dzisiaj wyjeżdżacie?- zapytała zdziwiona.
-Tak.-odparłem.
-Eh, no dobrze. Jedźcie sobie zakochańce.
Wstała z fotela i wzięła kubki, talerzyki, a następnie udała się do kuchni. Ja pobiegłem za Frankiem na górę.
Otworzyłem drzwi do jego pokoju. Frank wyjmował z szafy jakieś kartonowe pudła i postawił je na podłodze. Wyjął z szafy ubrania i zaczął je składać, a potem wrzucać do pudła. Podszedłem do niego i objąłem go rękami w pasie. Składałem delikatne pocałunki na jego białej skórze.
-Gerard, nie teraz. Nigdy stąd nie wyjedziemy, jak mi będziesz przeszkadzał w pakowaniu się. Lepiej mi pomóż.
-No dobrze, dobrze.-powiedziałem zirytowany.


_______________________________________________________________________________________HAPPY INTERNATIONAL MCR DAY



wtorek, 22 lipca 2014

The Only Hope For Me Is You/Part 32

[GERARD]
Pełno ludzi. Obrzydliwie białe ściany, przez które czuję się tak, jakbym umarł. Siwa podłoga. Niewygodne krzesło. Popołudnie. Siedziałem na, jak już wspomniałem, niewygodnym krześle i czekałem na wyniki badań Franka. Leżał od jakiś pięciu godzin w jednej z sal szpitalnych i nie było żadnych wieści na temat jego zdrowia. Martwiłem się o niego, jak cholera. Podkuliłem nogi na krześle i objąłem je ramionami. Wyglądałem co najmniej, jak obłąkany uciekinier z domu psychicznie chorych. Serce waliło mi jak oszalałe. Jak źle pójdzie, to zaraz wyskoczy ze mnie. Boję się, że coś się stało poważnego Frankowi. Ale przecież to nie tak miało być. Już nic nam miało nie stanąć na drodze do szczęścia. Wszystko miało być dobrze. A tu co? Wypadek. I to wszystko moja, jebana wina. Życie jest okrutne. Twierdzisz, że już nic nie może ci stanąć na drodze do bezgranicznego szczęścia, a tu jedna zła decyzja, jedna chwila i koniec. Koniec, który rozjebie cię od środka. Życie sypie się na małe kawałeczki. Na drodze do radości staje ci potężny mur, którego nie w sposób pokonać. Zamykasz się w sobie i już nic nie jest takie, jak wcześniej. Teraz tylko siedzisz gdzieś skulony w kącie. Płaczesz, nad tym, co zrobiłeś źle. Gdybyś mógł, cofnąłbyś czas, ale takie rzeczy tylko w bajkach. Cofnąłbyś błędną decyzję, ale to też niemożliwe. Przymknąłem powieki i usłyszałem szybkie kroki. Spojrzałem w górę. Mama Franka. Moja też. Szykuje się kolejna pogawędka na temat, jaki to ja nieodpowiedzialny jestem. Gdy mnie zauważyły podbiegły do mnie i usiadły na krzesłach po obu moich stronach.
-Boże, Gerard! Co się znowu stało?!- powiedziała zdyszana Donna.
-To wszystko moja wina.- załkałem.- Gdybym się nie zgodził...
-Nie zgodził na co?- zapytała płaczliwym tonem pani Linda.
-Na ucieczkę ze szkoły...- westchnąłem głośno i się rozpłakałem.
Moja mama mnie przytuliła.
-Uciekliście ze szkoły?- zapytała spokojnie mama.
-Tak... To był pomysł Franka... Boże, ale to wszystko przeze mnie. Gdybym się nie zgodził, to by nie było tego wypadku i Frank by teraz nie leżał na tej cholernej sali w tym jebanym szpitalu!- krzyknąłem zrozpaczony.
Mama Franka złapała się za głowę i pokiwała nią w dwie strony. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że prawdopodobnie po raz drugi straciła syna. Kto wie, czy teraz już bezpowrotnie. Drzwi sali, w której przebywał młody Iero otworzyły się. Wyszedł z nich wysoki, dobrze zbudowany, w wieku na oko czterdziestu lat, mężczyzna. Miał czarne włosy i śniadą karnację. Na nosie miał okulary z czarną oprawką. Podszedł do nas.
-Pani Linda Iero?- zapytał.
-To ja.- odezwała się pani Iero.
-Proszę za mną.
-Dobrze.- odpowiedziała.
Wstała z krzesła i poszła za lekarzem. Siedzieliśmy z mamą. Ciszę panującą pomiędzy nami przerywały moje szlochy. Donna spojrzała na mnie z żalem w oczach i objęła mnie ramionami, mocno tuląc do siebie. Zaczęła delikatnie gładzić moje plecy. Ucałowała mnie w czubek głowy.
-Będzie dobrze, kochanie.- szepnęła.
Po chwili wróciła pani Linda. Była zapłakana. Była cała roztrzęsiona. Usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach.
-Co z nim?- zapytała moja mama.
-F... Frank jest w ś...śpiączce...- załkała.- N...Nie wiadomo kiedy się wybudzi...-wybuchła płaczem.
Moje serce jakby stanęło. Nie, to nie może być prawda. Tylko nie mój kochany Frankie. Tylko nie on. Nigdy sobie tego nie wybaczę. To wszystko moja wina. Kurwa nie. To nie może być prawa. Błagam, to nie prawda. Wybuchłem płaczem. Wstałem z krzesła i pobiegłem do wyjścia. Stanąłem przy drzwiach dzielących mnie od świeżego powietrza i mocno je pchnąłem. Po całym moim ciele owiał mnie chłód. Było zimno. Bardzo zimno. Wieczór. Gdzie ja mam teraz iść? Pójdę do domu. Nie mam zamiaru się nigdzie włóczyć. Potem będę miał problemy. Rozejrzałem się po okolicy. Czeka mnie godzinny spacer.
***
Spacerowałem chodnikiem. Ręce schowałem do kieszeni spodni i powolnym krokiem szedłem do domu. Spojrzałem na niebo. Było ciemne, pełno gwiazd. Była pełnia. Delikatny, chłodny wiatr wiał na moją twarz, dając mi ukojenie. Oczy miałem popuchnięte od płaczu, również na nie wietrzyk działał kojąco. Dzieliła mnie tylko ulica do mieszkania, w którym siedział Mikey i o tej porze był zajęty oglądaniem wesołej bajki o jednorożcach. Dzieliła mnie tylko ulica do domu, w którym wreszcie napiję się kawy i położę w ciepłym łóżku. Dzieliło mnie tylko kilkadziesiąt metrów od tego cholernego miejsca, w którym jeszcze wczoraj miło spędzałem z Frankiem, a potem z nim zasnąłem w moim łóżku, tuląc go do siebie. Cholera jasna. Co ja zrobiłem? Co ja najlepszego zrobiłem? Wbiegłem po schodkach do drzwi. Zapukałem kilka razy. Poczekałem chwilę i drzwi otworzył mi Mikey w piżamie. Zmierzył mnie podejrzliwie wzrokiem.
-Coś się stało?-zapytał z wahaniem w głosie.
-Tak, kurwa wszystko się pojebało.-rzuciłem ze złością w głosie i wpadłem do środka.
Za sobą usłyszałem trzask drzwi. Pobiegłem na górę do swojego pokoju, nawet się nie męcząc, aby zdjąć i zostawić w przedpokoju brudne glany. Po prostu wbiegłem po schodach na górę jak gdyby nigdy nic i z impetem wpadłem do mojego pokoju, mocno przy tym zatrzaskując drzwi. Zasłoniłem rolety, zgasiłem każde możliwe urządzenie, które dawało światło, rzuciłem telefonem o ścianę. Znowu mnie rozwalała od środka złość. Byłem zły na siebie. Znowu przeze mnie coś musiało się stać. Znowu wszystko spierdoliłem. Znowu jestem bezsilny. Czułem się tak, jakby ktoś wyjął mi serce, z powrotem je włożył do środka, następnie poćwiartował mnie na kawałki i rzucił gdzieś w kąt. W moim umyśle odbywała się trzecia wojna światowa. Moja psychika padła. Straciłem Franka. Straciłem wszystko. Straciłem miłość. Boże, nie. Gerard. Uspokój się. Może go jeszcze nie straciłeś? Może się obudzi. Bądź dobrej myśli, chłopie. Tylko słabi przegrywają. Ja muszę być silny i dać radę. Muszę to przetrwać. Choćby to miało trwać wieczność, muszę być mocny. Wziąłem trzy głębokie wdechy i wydechy i opadłem na łóżko. Założyłem ręce za głowę. Drzwi do mojego pokoju uchyliły się i wszedł Mikey.
-Powiesz mi wreszcie, co się stało, Gerard?-mruknął i podszedł do łóżka.
-Mieliśmy wypadek.
-Mieliśmy, czyli ty i kto?
-Frank, imbecylu.
-Ej no...
-Jakiś dureń wpadł w poślizg i w nas wjechał. Masakra. Frank leży w śpiączce, nie wiadomo kiedy się obudzi.
-Kurwa, nie dobrze.- zatkał sobie usta, z których wypłynęło pierwsze w historii Michael'a James'a Way'a przekleństwo.
-Młody dorasta?- zaśmiałem się.
-Spadaj na drzewo, prostować banany.- strzelił focha.
-Mikey, błagam...
-Foch i spierdalaj.
-Ohoho, zdaje się, że dzisiaj mama się o wszystkim dowie, jak jej kochany synuś klnie. Hmmm, a może ciebie uczą czegoś takiego w bajeczkach?-naśmiewałem się.
-Spadaj!- wziął poduszkę z mojego łóżka i rąbnął mi nią w twarz.
-Tak się bawimy?- zapytałem złowrogo i chwyciłem drugą poduszkę.
Zaczęliśmy się nawalać poduszkami.
-Dobra, dobra. Poddaję się!- krzyknął.-Ale nie mów nic mamie, proszę...- błagał.
-Spokojnie, nie jestem tobą i nie skarżę.
-Eh, ja idę spać.-powiedział.- Dobranoc, zgredzie.
-Dobranoc, patałachu.
Mikey pokazał mi język i wyszedł z pokoju. Zdjąłem z siebie spodnie, buty i skarpetki i rzuciłem się na łóżko. Po godzinnym rozmyślaniu o Franku, wreszcie zasnąłem.
________________________________________________________________________________
Zdaje się, że jakaś wena mnie dziś napadła xD Haha, Fun Ghoul, czuję się już martwa... ;_;


The Only Hope For Me Is You/Part 31

Wybaczcie tak długą przerwę, ale jakoś nie mogłam się zebrać w sobie, aby napisać następny rozdział ._.
Tak więc, ENJOY! :)
_______________________________________________________________________________
[GERARD]
Pokój zalało bardzo jasne światło. Przetarłem leniwie oczy jedną ręką i ujrzałem mamę, która odsuwała żaluzję. Przeniosła na mnie swoje spojrzenie.
-Gerard, wstawajcie już. Dzisiaj nie niedziela. Musicie iść do szkoły.- powiedziała i zniknęła za drzwiami do mojego pokoju.
Boże, jak ja nienawidzę tego tekstu. "Dzisiaj nie niedziela". Kurwa no brawo, może dlatego, że dzisiaj jest wtorek? Chciałem wstać, lecz coś, albo raczej ktoś mi to uniemożliwił, gdyż moja ręka leżała pod tą osobą. Frank słodko spał, zupełnie nieporuszony tym, że przed chwilą moja matka nas budziła. Wtulił się mocniej w moją klatkę piersiową i udawał, że dalej spokojnie śpi. Przejechałem wolną dłonią po policzku chłopaka, na co na jego twarz wpłynął uroczy uśmiech. W momencie na mojej twarzy również pojawił się banan. Pochyliłem się nad nim i lekko pocałowałem go. Frank leniwie otworzył oczy i zatrzepotał kilka razy powiekami, wprawiając tym samym w ruch swoje długie, czarne rzęsy. Oparł się rękami o materac z próbą wstania z łóżka, ale z powrotem opadł na mój tors. Rozłożył się wygodnie, znaczy dla kogo wygodnie, dla tego wygodnie i zamknął swoje czekoladowe oczka. Przewróciłem oczami i uniosłem go do siadu. Frank miał dalej zamknięte oczy. Przybrał na twarz grymas niezadowolenia.
-Gerard, weź mi daj spokój, tak dobrze mi się spało.- wymamrotał pretensjonalnie.
Spuścił głowę, na co zareagowały również jego włosy przysłaniając mu pół twarzy. Odgarnąłem grzywkę opadającą mu na twarz do tyłu, a on zaczął coś mamrotać pod nosem. Opadł na mnie, pozostawiając swoje ręce w bezładzie, w przeróżnych pozach. Po chwili już nie wytrzymałem zachowania kurdupla i zrzuciłem go z siebie na łóżko. Odgarnąłem pościel i wstałem. Z podłogi, na której brak było jakiegokolwiek dywanu, bił nieprzyjemny dla moich stóp chłód. Powędrowałem w stronę szafy i wyciągnąłem z niej ubranie dla siebie, jak i również mojego chłopaka, który nie wziął ze sobą żadnego z domu i w najlepsze teraz spał. Rzuciłem mu na twarz ubranie. Odpowiedziało mi ciche przekleństwo. Po kolejnych, długich pięciu minutach chłopak wstał. Wyglądał na wyraźnie pobudzonego i prawie gotowego do pójścia do szkoły. Zerwał się z łóżka, chwycił ubranie i zniknął za drzwiami w celu zapewne udania się do łazienki. Położyłem swoje ubrania na krześle i chwyciłem torbę. Spakowałem potrzebne mi dzisiaj książki. Nie miałem nic więcej do roboty, więc wyszedłem z pokoju i poszedłem do kuchni, aby zaparzyć kawę. W kuchni spotkałem moją mamę, która w pośpiechu szykowała sobie drugie śniadanie do pracy. Wstawiłem wodę na kawę. Z szafki wyjąłem kubki i słoik z kawą. Mama wyszła do przedpokoju, założyła buty, płaszcz i wyszła z domu. Po chwili wróciła.
-Chciałam pojechać bez kluczyka.- wymamrotała pod nosem.- Mikey już poszedł do szkoły, powiedział, że ma coś do załatwienia.- powiedziała.
Usłyszałem trzask drzwi, a następnie przekręcanie kluczyka. Woda zagotowała się, więc zalałem kubki z kawą rozpuszczalną. Dolałem mleka. Wziąłem niebieski kubek i oparłem się o blat kuchenny, pijąc ciepły napój. Co Mikey musiał załatwić o tej porze i to na dodatek w szkole? Czy go Bóg opuścił? Oby go nikt tylko nie szantażował... A może musiał iść do jakiegoś nauczyciela coś poprawić? Nie, nie widziałem ostatnio, aby się uczył... Coś mi tu nie pasuje.
Po schodach zszedł Frank. Gdy zauważył drugi kubek z kawą na stole, zobaczyłem błysk w jego oczach. Wyciągnął ręce do przodu i już po chwili znalazł się obok mnie z kubkiem w rękach, popijając kawę. Spojrzałem na niego. Lekko za duże, ciemne jeansy spadały mu delikatnie z tyłka. W czarnej, oczywiście również za dużej podkoszulce prawie się topił, a tego wszystkiego dopełniała czarna koszula, która na szczęście była najmniejsza, jaką znalazłem w szafie. Słodko wyglądał w za dużych ubraniach. Włosy ułożyły mu się w twórczym nieładzie, a śliczne czekoladowe oczka były podkreślone czarnym eye-linerem. Dopiłem kawę i włożyłem kubek do zmywarki. Wyszedłem z kuchni i poszedłem do łazienki, aby się naszykować.
***
Lekcja historii, godzina jedenasta dziesięć. Dwadzieścia minut do dzwonka i długiej przerwy. Nie mogę wyciągnąć z torby mojego kochanego zeszytu z szkicami, to by było samobójstwo. Pan Clive chodził po klasie i patrzył, jak uczniowie rozwiązują ćwiczenia. Ja postanowiłem ich nie rozwiązywać, bo i tak mi się w życiu nie przydadzą, więc rozsiadłem się na krześle. Profesor rzucił mi swoje diaboliczne spojrzenie i podszedł do mojej ławki, ponieważ dopiero po... Dwudziestu pięciu minutach lekcji zorientował się, że nic nie robię. Brawa dla nauczyciela. Genialny typ. Patrzyłem, jak podąża w moją stronę. Oparł dłonie na ławce i zmierzył mnie uważnie wzrokiem.
-Gerardzie Way.- zaczął.-Czy zechcesz ruszyć swoje cztery litery do dyrektora, znowu, czy raczej wolisz rozwiązywać ćwiczenia?- krzyknął głośno, tak, że cała klasa oderwała się od wykonywanych czynności i odwróciła się w moją stronę.
-Przepraszam pana, ale nikt tu głuchy nie jest.- odpowiedziałem i rzuciłem mu złowrogie spojrzenie.
-No proszę, jaki pyskaty. Czyli jednak wolisz kolejną wizytę u dyrektora?
-Z przyjemnością tam pójdę.
Cały czas patrząc na pana Clive'a wrzuciłem książki do torby. Podszedłem do białych drzwi od sali, otworzyłem je. Z korytarza bił przyjemny chłód. Wyszedłem za drzwi i zamknąłem je z hukiem. Szedłem zielonym korytarzem w stronę gabinetu dyrektora. Gdy wreszcie stanąłem przed drzwiami ujrzałem Franka. A on co tu robi?
-Frank? Co ty tu robisz?- zapytałem i spojrzałem na niego jak idiota.
-Szkoda gadać... Babka od angielskiego na mnie nakrzyczała, stwierdziła, że się nie uczę, po czym mnie wywaliła z lekcji. Miło.- mówił.- A ty co tu robisz?
-Pan Clive zauważył, że nic nie robię na lekcji.
Frank stał zamyślony. Zapanowała cisza. Spojrzałem na mojego chłopaka z zaciekawieniem. Na jego twarzy stopniowo pojawiał się podejrzany uśmieszek. Co tam się dzieje w jego główce?
-Uciekamy?- zapytał nagle.
-Czemu nie, chodź.- odparłem.
Pociągnąłem go za nadgarstek i po cichu udaliśmy się do wyjścia ze szkoły. Rozejrzeliśmy się po okolicy, czy aby nikt przypadkiem nas nie zauważył. Podeszliśmy do mojego Harley'a i wsiedliśmy na niego. Frank objął mnie rękoma w pasie. Wsadziłem kluczyk do stacyjki i już po chwili znaleźliśmy się na drodze. Jechałem dość szybko. Poczułem, jak Frank zadrżał. Zatrzymaliśmy się na światłach. Popatrzyłem w górę, na sygnalizację. Pojawiło się żółte światło. Przygotowałem się do ruszenia. Zielone. Ruszyłem.
-GERARD! UWAŻAJ!- krzyknął histerycznie Frank.
O co mu chodzi?
Poczułem ból. Leżałem na mokrym asfalcie. Wszystko zrozumiałem. Jakiś dureń wpadł w poślizg i nie zdążył wyhamować. Ale zaraz... Gdzie jest Frank? O Boże, nie. Nie przeżyję, jeśli mu się coś stało. Podniosłem się do siadu. Mój motocykl był zmasakrowany. Przed nim stał samochód, który spowodował wypadek. Z czarnego mercedesa wysiadł jakiś facet w garniturze. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem Franka. Leżał w bezruchu, oparty bokiem o podłoże. O nie. Nie. Nie. Nie. Frank! Moja kruszyna. Nie zwracając zbytnio uwagi na przeszywający mnie ból w klatce piersiowej i w nodze, podbiegłem do niego. Obróciłem go na plecy, a jego głowę oparłem na kolana. Do oczu napłynęły mi łzy, które po chwili stoczyły się po moich policzkach. Przytuliłem go do siebie, gorzko płacząc. Podbiegł do nas facet z mercedesa. Uklęknął. Sprawdził puls Frankowi. Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.
-Będzie dobrze. Ma puls.- poklepał mnie po ramieniu.
Wyjął z marynarki telefon. Jak się domyślam, zadzwonił po pogotowie. Gładziłem mojego ukochanego po policzku. Po mojej twarzy niemal płynęły wodospadem łzy. Frank, proszę. Tylko nie umieraj, błagam. Nie mogę do tego dopuścić. Boże, czemu nie wróciliśmy na te cholerne lekcje? Gdyby nie moja głupota, przez którą zgodziłem się na ucieczkę z Frankiem by było teraz wszystko dobrze. Siedziałby sobie grzecznie, no może niekoniecznie grzecznie w klasie i słuchał nauczycieli.
Po niedługim czasie przyjechała karetka. Z furgonetki wysiadło dwóch mężczyzn w czerwonych ubraniach i zabrali Franka na nosze.
-A pan? Pan z rodziny?- zapytał jeden.
-Nie, przyjaciel...-mruknąłem.- Chłopak.- poprawiłem się.
-Dobrze, w takim razie pojedziesz z nami. Musimy cię obejrzeć.
Wsiadłem do samochodu i już po chwili oddaliliśmy się z miejsca wypadku. Siedziałem w karetce i mocno ściskałem dłoń mojego chłopaka. Pochyliłem się nad nim i musnąłem jego wargi swoimi ustami. Znowu się rozpłakałem. Ja po prostu nie wytrzymuję takich chwil.
-Kocham cię, Frankie.- szepnąłem zdławionym przez łzy głosem.






piątek, 18 lipca 2014

The Only Hope For Me Is You/Part 30

[FRANK]
Siedziałem w kuchni przy stole i jadłem zupę pomidorową. Mama siedziała na przeciwko. Skończyłem jeść. Odsunąłem krzesło od stołu i wstałem. Byłem na pierwszym stopniu schodów, gdy zawołała mnie mama.
-Posprzątaj po sobie!
Z zrezygnowaniem udałem się z powrotem do kuchni i wziąłem miskę ze stołu. Na gąbkę nalałem żółty płyn do naczyń, chyba o zapachu cytrynowym, sądząc po wyglądzie. Odkręciłem kran z ciepłą wodą i umyłem miskę. Wytarłem ją i schowałem do szafki nad zlewem. Wyszedłem z pomieszczenia. Wszedłem do przedpokoju i założyłem trampki.
-Gdzie się wybierasz?- zapytała matka.
-Do Gerarda.
-Po co?
-Kurwa, żeby się z nim pieprzyć całą noc.- rzuciłem.- Już nie bądź taka ciekawska.
Wziąłem do ręki bluzę i zanim Linda zdążyła mi cokolwiek odpowiedzieć, zatrzasnąłem drzwi. Otworzyłem furtkę. Zamknąłem ją i skierowałem się do domu mojego chłopaka. Było chłodno, a ja miałem na sobie tylko koszulę i cienką bluzę. Spojrzałem w górę. Na niebie kotłowały się ciemne chmury. Cholera, będzie padało. Nałożyłem kaptur na głowę i schowałem ręce do kieszeni bluzy. Szedłem sobie powoli. Minąłem pierwszą ulicę, która dzieliła mnie do domu Gerarda i poczułem sporadyczne kropienie deszczu. Po nie długim czasie zaczęło mocno padać. Zacząłem biec. Bluza była cała przemoczona, zarówno jak i buty. Znalazłem się pod domem Way'ów i zadzwoniłem dzwonkiem. Otworzyła mi pani Way. Stałem cały mokry, zmarznięty w drzwiach.
-Matko boska! Frank, co ty tu robisz?- zapytała zaskoczona moją wizytą.
-Przyszedłem do Gerarda.
Po moim ciele przeszedł dreszcz zimna. Zza jej pleców wyłonił się Mikey w piżamie z jednorożcami. Rety, było już tak późno?
-Wejdź, skarbie.-odparła i zamknęła za mną drzwi.- Michael, przynieś mu jakieś suche ubrania.
-Już idę, mamo.
-Ściągnij tą bluzę. Mikey zaraz przyniesie ci ubranie i pójdziesz się przebrać.
Zdjąłem z siebie bluzę, którą wzięła ode mnie Donna. Buty postawiłem w przedpokoju. Po chwili przyszedł Mikey z suchym ubraniem i ręcznikiem. Poszedłem do łazienki się przebrać. Rozłożyłem idealnie poskładane ubrania, które wręczył mi Mikey. Szara podkoszulka i spodnie dresowe. Zdjąłem z siebie te mokre i włożyłem je do zlewu. Założyłem trochę za duże ubrania mojego przyjaciela i wyszedłem z łazienki, wycierając włosy. Z kuchni wyłoniła się pani Way i gestem dłoni zaprosiła mnie do pomieszczenia. Z salonu dobiegały dźwięki jakiejś bajki, którą zapewne oglądał młodszy z braci. Usiadłem przy stole i dostałem cieplutką kawę. Upiłem łyk napoju. Ciepło rozniosło się po całym moim ciele, a na moją twarz wpłynął błogi uśmiech. Z piekarnika doszedł mnie słodki zapach ciasta. Oparłem się łokciami o stół, a dłonie trzymałem na gorącym kubku, aby je rozgrzać.
-No to co się stało, Frank?- zapytała po chwili milczenia Donna i usiadła naprzeciwko mnie przy stole.
-Nie chciałem za bardzo siedzieć w domu, mama jest wkurzona całą tą sytuacją...- wymamrotałem.
-Yhh, też bym była na jej miejscu wkurzona. Ale nie martw się, też trochę pokrzyczałam na Gerarda.- puściła do mnie oczko.- Właśnie. Możesz do niego iść. Siedzi w swoim pokoju odkąd przyjechaliśmy ze szkoły.
-Dobrze.
Dopiłem kawę i wstałem od stołu. Wbiegłem po schodach na górę i otworzyłem drzwi do pokoju mojego chłopaka. Wszedłem po cichu do pomieszczenia i zamknąłem równie cicho drzwi. Bezszelestnie podszedłem do Gerarda. Oparłem ręce na jego ramionach. Gerard podskoczył na krześle i się obrócił do mnie przodem. W uszach miał słuchawki. Wyjął je i rzucił gdzieś na biurko. Usiadłem mu na kolanach. Chłopak objął mnie ramionami w pasie, a ja zarzuciłem mu ręce na szyję. Jeszcze wilgotne włosy opadły mi na twarz. Gerard odgarnął je i wpił się w moje usta. Oddałem mu ochoczo pocałunek. Delikatnie całowałem jego wargi, a on je lekko rozchylił. Przejąłem inicjatywę i wepchnąłem tam swój język penetrując jego podniebienie.
-Yyyy...- odkleiłem się od Gerarda i spojrzeliśmy zaskoczeni w stronę drzwi, w których stał zmieszany Mikey.- Przepraszam, że wam przeszkadzam. Mama was woła na ciasto.
-Zaraz przyjdziemy.- powiedział Gerard.
Mikey odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zszedłem z kolan Gerarda, a on złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Cmoknął mnie w usta i wstał z krzesła. Wyszliśmy z pokoju. Usiedliśmy w salonie, a mama Gerarda przyniosła ciasto z śliwkami. Rozkroiła je i dała nam po kawałku. Mikey przyniósł ciepłe kakao i włączył jakiś film.
-Frank, chcesz zostać na noc?- zapytał Gerard.
-Nie no, nie będę sprawiał kłopotu.- wymamrotałem pod nosem i zamieszałem łyżeczką gorący napój.
-Ależ to żaden kłopot.- powiedziała pani Way.
-Dziękuję, w takim razie zostanę, bo nie za bardzo moja mama się ucieszy, gdy się pojawię w domu...
-Nie ma problemu.- odparła Donna.
Gerard objął mnie ramieniem, a ja się w niego wtuliłem. Mikey oglądał z zaciekawieniem... No właśnie. Co my oglądaliśmy? Spojrzałem na ekran telewizora i ujrzałem... Minionki. Tak, z pewnością oglądamy pierwszą część. Mikey to ma gust... W ogóle nie zainteresowany filmem, który widziałem milion razy, położyłem się wygodnie na kolanach mojego chłopaka i zasnąłem.
***
Obudziłem się. Dookoła panowała ciemność. Na sobie poczułem miękką kołdrę i czyjąś rękę, oplatającą mnie w pasie. Odwróciłem lekko głowę. Zauważyłem za sobą Gerarda. Zamrugałem kilka razy i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Znajdowaliśmy się w pokoju Gerda. Odwróciłem się przodem do niego i wtuliłem się w jego klatkę piersiową, mocno zaciskając wokół jego torsu swoje ręce. Moja mama się teraz pewnie o mnie martwi... Ale jestem bezpieczny. Nic mi się przecież tutaj nie stanie. Mogła się ze mną nie kłócić, to by do czegoś takiego nie doprowadziła. Zaciągnąłem się cudownym zapachem ciała mojego chłopaka. Odetchnąłem z ulgą. Jak dobrze, że go mam.
Moje powieki stały się ciężkie i ponownie odpłynąłem w krainę snów... Ewentualnie koszmarów.



czwartek, 17 lipca 2014

The Only Hope For Me Is You/Part 29

[GERARD]
-Gerard do cholery jasnej! Czy na prawdę musiałeś rysować na lekcji?!- krzyczała moja matka.
-Tak musiałem.- mruknąłem i posłałem jej złowrogie spojrzenie.
Szliśmy opustoszałym korytarzem. Nawet zielony kolor, który panował dookoła, teraz przytłaczał. Moja mama szła wkurzona kazaniami dyrektora na temat, że nie umie poprawnie wychować syna. Za to pani Linda dostała opieprz, że nie pilnuje z kim się zadaje jej syn. Przecież nie jestem złym człowiekiem, no bez przesady. Ja tylko lubię rysować... Co prawda 'te' rysunki mogłem zostawić w domu. Frank szurał nogami po podłodze. Wlókł je za sobą. Po jego minie było widać, że dostanie kazanie dopiero w domu. Spuszczona głowa, grzywka leciała mu na całą twarz. Nasze matki szły kilka metrów dalej i o czymś rozmawiały. Podszedłem powoli do Franka. Był zamyślony. Po chwili nie uwagi wszedł na ścianę i upadł na podłogę. Podbiegłem do niego i pomogłem mu wstać z betonowej posadzki. Otrzepał spodnie z kurzu, który zalegał na podłodze. Chwyciliśmy się za ręce i wyszliśmy ze szkoły. Moja mama stała przy swoim samochodzie na parkingu przed budynkiem. Czekała na mnie. Pochyliłem się nad Frankiem i pocałowałem go w usta. Przytuliliśmy się i podszedłem do samochodu. Donna wsiadła za kółko.
-Mamo, ale ja przyjechałem na motorze.- powiedziałem jej i wysiadłem z auta.
Trzasnąłem drzwiami i pobiegłem do swojego Harley'a. Usiadłem na czerwo-czarnym pojeździe i założyłem kask. Włożyłem kluczyk do stacyjki i odjechałem spod terenu szkoły. Gdy jechałem, spojrzałem w lusterko. Ujrzałem w nim czarne auto. Tak, moja mama mnie śledziła. Genialnie. Bo ja to jestem pokraka i nawet do domu nie potrafię dojechać bez czyjejś pomocy. Też cię kocham, mamo. Przyspieszyłem tempo. Matka mnie otrąbiła. Tak, chce żebym dostał zawału na miejscu, albo żebym wypadek spowodował. Ta, a wtedy to by miała do mnie pretensje, że nie patrzę jak jeżdżę. Zatrzymałem się na podjeździe domu. Wyjąłem kluczyk. Zszedłem z pojazdu i zdjąłem kask. Następnie wbiegłem po kilku schodkach i znalazłem się pod drzwiami domu. Z torby wyciągnąłem klucz do domu i przekręciłem go w zamku. Po chwili usłyszałem hałas silnika samochodu mojej mamy. Wszedłem do domu. Torbę rzuciłem gdzieś w kąt przedpokoju razem z butami. Odwiesiłem kurtkę na wieszak i udałem się do kuchni w celu zaparzenia kawy. W pomieszczeniu panował półmrok. Rolety były zasunięte. Podszedłem do dużego okna, które znajdowało się nad zlewozmywakiem i odsunąłem roletę. Do kuchni wpadło jasne światło. Otworzyłem szafkę i wyjąłem z niej kubek i kawę. Usłyszałem trzask drzwi frontowych. Donna weszła do kuchni.
-Zaparz mi też kawy.- odparła i usiadła na krześle.- Powiedz mi, co ja mam teraz z tobą zrobić?
-Nic?
-Przecież tak nie może być, że ty takie rzeczy rysujesz... A do tego syna mojej przyjaciółki.
-Po pierwsze: to mój chłopak, więc mam prawo, a po drugie: już jesteście przyjaciółkami? Wow.- wyjąłem drugi kubek i wstawiłem wodę na kawę.
-Boże, zrób tej kawy i nie jęcz.- głośno westchnęła.
Oparła głowę na dłoni. Woda zagotowała się. Do kubków wsypałem po dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej, a następnie zalałem je wodą. Dolałem mleka. Postawiłem mamie kawę na stole. Wzięła do ręki kubek i upiła łyk. Wyszedłem z kuchni z kawą w ręce i udałem się do swojego pokoju.
***
[FRANK]
-Kurwa, Frank! Co mają oznaczać te rysunki?!- krzyknęła moja mama, gdy już znaleźliśmy się w samochodzie.
-To, że się pieprzyłem z Gerardem.- mruknąłem ze złością.
-CO?!
-Pieprzyłem się z Gerardem, jakbyś niedosłyszała! - krzyknąłem, wyraźnie akcentując pierwszy wyraz.
Linda spojrzała na mnie z przerażeniem.
-Jezu, Frank! Ty masz siedemnaście lat!
-No i co z tego? W ciążę nie zajdę.
-Boże, co za matoł.- mruknęła pod nosem.
-Wszystko słyszałem.
Odwróciłem głowę do okna. Niebo było zachmurzone, padał deszcz. Wkrótce samochód zatrzymał się pod domem i wysiadłem z niego szybko, mocno trzaskając drzwiami. Stanąłem pod drzwiami domu. Mama otworzyła drzwi. Wszedłem do środka i nie zwracając uwagi na to, że mam na sobie buty, wbiegłem na górę po schodach do swojego pokoju. Wszedłem do pomieszczenia. Otworzyłem okno i usiadłem na parapecie. Mam dość. Ledwo się skończył koszmar, zaczyna się następny. Masakra. Co za życie. Rozsznurowałem glany, zdjąłem je i rzuciłem na podłogę. Rozprostowałem nogi na parapecie. Głowę oparłem o chłodną ścianę. Drzwi do mojego pokoju otworzyły się. Spojrzałem ze zrezygnowaniem w ich stronę. Mama stała i opierała się o framugę. Pokiwała głową w dwie strony i wyszła z pokoju. Wstałem z parapetu i zamknąłem drzwi. Do radia wsadziłem płytę zespołu The Misfits i rzuciłem się na łóżko. Boże, po co ten dureń wyjmował w ogóle zeszyt na lekcji? Ten nauczyciel mógł pokazać całej klasie te rysunki i wtedy była by klapa. Gnębienie do końca roku szkolnego, a może i przez następne trzy lata. Przewróciłem się na bok i wtuliłem się w poduszkę. Wsłuchałem się w rytm i melodię piosenki Die, Die, My Darling. Po niedługim czasie usłyszałem kolejny trzask drzwi i wyłączanie muzyki.
-Raczysz zejść na obiad, czy nie?- zapytała wkurzona Linda.
-Widzisz, ruszę mój obolały od całonocnego pieprzenia tyłek i zejdę na dół.- rzuciłem.
Linda wyszła z pokoju, a ja za nią. Ta, dolewam oliwy do ognia. Brawo, idioto.
_________________________________________________________________________________