środa, 30 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział VI

[Gerard]
Obudziłem się po zaledwie trzech godzinach spania, ponieważ zapomniałem wyłączyć budzik. Gdy już uspokoiłem od dzwonienia urządzenie, z powrotem opadłem twarzą na łóżko. Znajdowałem się w nieco dziwnej pozie, ponieważ na nogach klęczałem, rękę miałem spuszczoną poza łóżko, a twarz była wbita w poduszkę. Uniosłem się gwałtownie. Pomachałem kilka razy głową w lewo i prawo. Przetarłem twarz dłońmi i poprawiłem kosmyki włosów opadające mi na czoło. Zasnąłem w ubraniu, byłem zbyt zmęczony o piątej rano sprzątaniem, a później malowaniem, aby przebierać się w piżamę, a co dopiero umyć się. Dziś nie idę na uczelnię. Nie ma żadnych wykładów, co prawda jest poniedziałek, a do pracy idę dopiero popołudniu. Mam cały ranek dla siebie. Genialnie. Wstałem powoli z łóżka i się przeciągnąłem. Zdjąłem wczorajszą podkoszulkę, po czym rzuciłem ją na ziemię. Znajdowałem się w swojej pracowni, czyli nie spałem na łóżku, lecz na rozkładanej kanapie. Podniosłem podkoszulkę z podłogi i rzuciłem ją na uwalone farbami krzesło. Pozbierałem resztę pozostawionych farb po wczorajszym malowaniu z podłogi i odłożyłem je na biurko, aby potem przypadkiem w nie nie wdepnąć, a zdarzało mi się to często. Potem kolorowe skarpetki lądowały w koszu na pranie i dalej tam leżą, bądź łaziłem po mieszkaniu z kolorowymi stopami. W sumie, to i tak nikogo to nie obchodziło, bo mieszkam sam. Właśnie, czy ja coś dzisiaj miałem zrobić? Nie, chyba nie. Otworzyłem drzwi prowadzące na mały korytarzyk. Pusto i czysto, o dziwo. Co ja się wczoraj naćpałem, że tak tu wysprzątałem? Sam nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. W salonie na półce były poukładane książki i płyty alfabetycznie, ani grama kurzu, okna i podłoga wymyte, że się można było w nich przejrzeć. No no, robię postępy w sprzątaniu.  Babcia by była ze mnie dumna, gdyby jeszcze żyła. Wszedłem do kuchni w celu zrobienia sobie kawy. Z szafki wyjąłem czarny kubek z białym napisem 'Boss', kawę rozpuszczalną i cukier. Do czajnika nalałem wody, a następnie ustawiłem ją na palnik. Do kubka wsypałem kawę i cukier. Zalałem to wrzątkiem i dolałem trochę mleka. Chwyciłem kawę w oburącz i usiadłem przy stole. Upiłem łyk. Po chwili sobie przypomniałem, że czegoś mi tu brakuje. A tak, śniadania. Otworzyłem lodówkę. Jakiś jogurt, mleko, kilka jajek. Wypadałoby dzisiaj zrobić zakupy. Czyli muszę wyjść z domu, cholera. Wziąłem jogurt do ręki i z szafki obok lodówki wyjąłem płatki śniadaniowe. Dosypałem ich trochę do jogurtu i usiadłem z powrotem do stołu. Popatrzyłem na moje śniadanie uważnie. Kurwa znowu czegoś zapomniałem. Łyżeczka. Wstałem ponownie od stołu i wyjąłem z szuflady łyżeczkę. Usiadłem na krześle i zamieszałem kremową konsystencję z płatkami. Wypiłem kawę. Jadłem, jadłem, aż w końcu łyżeczka zatrzymała mi się w połowie drogi do ust. Cholera, Frank! Miałem po niego iść do szpitala dzisiaj. Wstałem gwałtownie od stołu, wywracając krzesło, ale nawet nie pomyślałem o tym, aby je podnieść z podłogi. Pobiegłem do swojego pokoju i wyjąłem pierwszą lepszą koszulę z szafy, w której i tak będę wyglądał świetnie w połączeniu ze skórzanymi rurkami i glanami. Tak, mam za wysoką samoocenę. Wpadłem do łazienki i zdjąłem z siebie ubrania, po czym wrzuciłem je do kosza na pranie i wskoczyłem pod prysznic. Dokładnie się wyszorowałem, umyłem czerwone włosy i już po chwili stałem przed lustrem w samym ręczniku. Wytarłem włosy i założyłem na siebie ubranie. Drżącymi rękami zapinałem guziczki od koszuli w czarno-czerwono-granatową kratę. Nie dopiąłem do końca, zostawiając dwa, czy tam trzy guziki odpięte i wyjąłem z szafki pod zlewem suszarkę. Wysuszyłem włosy, zmierzwiłem je delikatnie dłonią i przeczesałem opadającą na twarz za długą grzywkę do tyłu. Chwyciłem do ręki czarny eye-liner i starałem się podkreślić oko czarną kreską, lecz jak na złość moja dłoń mi to skutecznie uniemożliwiała. Po pięciu minutach podkreślania oczu w końcu zatkałem pisak i odłożyłem go obok umywalki. Jeszcze raz spojrzałem w lustro. Jest moc. Mogę iść. Wybiegłem w pośpiechu z łazienki do przedpokoju i założyłem podskakując moje glany. Zawiązałem je, wziąłem klucze z wieszaka na kurtki i otworzyłem drzwi. Zamknąłem je z hukiem i przekręciłem klucz w zamku. Cholera, dlaczego dzisiaj? Dlaczego dzisiaj klucze muszą się nade mną znęcać? Zaklinowały się w zamku. Po dłuższym czasie szarpania się z nimi, w końcu je wyciągnąłem. Sukces. No to teraz biegiem do szpitala. Spojrzałem na zegarek na ręce. Nie jest źle, po dziewiątej. Chłopak może jeszcze spać, no ewentualnie zrzędzić lekarzom. Wbiegłem na chodnik przed kamienicą i rozejrzałem się dookoła. Stop Gerard, wystopuj. Twoja dziewczyna przecież nie rodzi dziecka. Błąd, ty nawet nie masz dziewczyny. Idziesz tylko po jakiegoś bachora do szpitala i to tyle. Schowałem ręce do kieszeni. Niebo dziś zwiastowało ładną pogodę. Było przyjemnie. Nie było upału, było po prostu ciepło. Słońce wychodziło zza chmur. Wiał lekki wiatr. Zero samochodów, drzewa szumiały pod wpływem małego wietrzyku, a ptaki latały i cicho ćwierkały. Ładny dzień.
Po około piętnastu minutach spokojnego spacerku przypomniałem sobie gdzie tak naprawdę idę, więc nieco przyspieszyłem. Znalazłem się przed budynkiem. Wbiegłem po schodach prowadzących do wejścia i pchnąłem mocno drzwi. Nie było dużo ludzi. Pani Margaret stała na recepcji i miło się uśmiechała tak, jak wczoraj. Podszedłem do niej. Uśmiechnęła się szerzej na mój widok. Również odwzajemniłem gest. Wiedziała po kogo przyszedłem, więc poszła ze mną do lekarza. Otworzyła drzwi.
-Panie Shidley?- odparła.
-Tak?
-Pan Way przyszedł po Franka Iero.
-Oczywiście, zapraszam za mną.- uśmiechnął się i wstał z krzesła.
Wyszliśmy z pokoju, pielęgniarka wróciła na recepcję, a my udaliśmy się do sali o numerze sto szesnaście, gdzie znajdował się chłopak. Lekarz uchylił drzwi. Frank siedział na łóżku ubrany w czarną koszulę i czarne spodnie, oraz czarne trampki. Robił coś na telefonie. Nawet nie zaszczycił nas swoim spojrzeniem. Już ja go nauczę kultury do innych ludzi.
-Frank?- odezwał się pan Shidley.- Pan Gerard po ciebie przyszedł, zbieraj się.
-Yhy.- mruknął.
Zablokował ekran telefonu, po czym włożył go do kieszeni i wstał z łóżka. Odgarnął włosy opadające mu na twarz. Wyminął nas w drzwiach i wyszedł z pomieszczenia. Spojrzałem na lekarza.
-Przyzwyczaisz się do niego.- poklepał mnie po ramieniu.- Powodzenia.
-Mam nadzieję, że nie wywinie większego numeru niż stłuczenie jakiegoś kubka.- wymamrotałem.- Do widzenia.
Odchodziłem od niego w pogoni za Frankiem, który mnie po prostu olał i kierował się w stronę wyjścia.
-A, Gerard?
-Tak?
-Będziemy was odwiedzać czasem, żeby zobaczyć co z nim.
-Dobrze, rozumiem.- kiwnąłem głową.- Do widzenia.
-Do widzenia.- odpowiedział.
Zacząłem biec truchtem, aż w końcu dogoniłem Franka. Szedł z rękami schowanymi w kieszenie i nie zwracał uwagi na moją osobę. Co za lekceważący wszystko na około kurdupel. Chłopak sięgał mi ramienia. Mógłby być równie dobrze moją drewnianą laską. O czym ja myślę. Spojrzałem na twarz chłopaka. Nie wyrażała nic, oprócz obojętności. Oczy lekko błyszczały, było w nich widać smutek, jakby strach i coś jeszcze, co trudno było zidentyfikować. Wkrótce wyszliśmy ze szpitala. Szliśmy do mojego mieszkania bez słowa. W połowie drogi musiałem się odezwać, ponieważ lekko mnie irytowała cisza panująca pomiędzy nami.
-Ech, zaprowadzę cię do mieszkania i jeszcze pójdę na zakupy, chyba, że chcesz iść ze mną...- powiedziałem.
-Obojętnie.- mruknął.
-Mógłbyś się trochę przy mnie rozluźnić? Wkurzają mnie tacy obojętni na wszystko ludzie.- wywróciłem oczami i utkwiłem spojrzenie w chłopaku.
-Zastanowię się.- syknął i spojrzał na mnie złowrogo.
-Ja pierdolę...- powiedziałem pod nosem.- Ciężki jesteś do rozgryzienia, wiesz?
-Wiem.
-Musisz mi wszystko opowiedzieć, co się wydarzyło w twoim życiu, inaczej nie będę w stanie ci pomóc.
-Jak będę chcieć i ochotę mieć.- powiedział z jadem w głosie.- To moje życie i żaden pieprzony ćpun nie będzie się w nie wtrącał. Myślisz, że mi na rękę przebywanie z tobą? Nie znam cię jeszcze, ale już moje uczucia do ciebie nie sięgają wyżej niż nienawiść i obrzydzenie.
Podszedłem do niego, chwyciłem go za nadgarstki i mocno przycisnąłem go do najbliższego drzewa. W jego oczach ujrzałem przerażenie.
-Słuchaj, młody. To moje mieszkanie, więc od dzisiaj masz się mnie słuchać. Żaden bachor nie będzie mnie tak traktować. Jeśli się coś nie podoba, to wracaj tam, skąd przybyłeś.- powiedziałem morderczym tonem w prost w jego twarz.- Masz szczęście, że w ogóle zgodziłem się ciebie przygarnąć.- dodałem po chwili.
Nie urywając kontaktu wzrokowego z czarnowłosym, oderwałem swoje dłonie od jego nadgarstków i odszedłem. Po chwili dołączył do mnie brunet. Przez resztę drogi nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Widocznie bał się podjąć jakikolwiek temat. I dobrze. Niech się boi, nie będzie ze mną zadzierał.

4 komentarze:

  1. Cem następny, cem następny :3 I cem seksy, bez seksu opowiadanie jest wybrakowane ;.; hłehłe ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj coś mi się zdaje, że ty to już głupawki dostajesz xD Nie będzie jeszcze seksu, bo za szybko by to wszystko było xD

      Usuń
  2. Niech Frankie zadziera, a Gee niech go każe ...*pływa w wyobraźni*.
    Podobało mi się i już zjada mnie ciekawość co będzie się działo dalej, więc..no wiesz, do roboty ;D
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń