[FRANK]
-Tuż to nasza zguba, Franklin Iero się znalazła!- krzyknęła pani Botch.
-Ta...- mruknąłem pod nosem i zasiadłem na swoje miejsce.
Obok mnie usiadł Mikey. On ze mną siedział? Chyba tak... Muszę się od niego dowiedzieć co się wydarzyło pomiędzy Ray'em a Gerardem. Mikey wyjął z plecaka książki i ułożył je równo na ławce. Ja zaś wyjąłem swoje i ułożyłem je byle jak, byle by leżały na ławce i nauczycielka się nie czepiała o byle gówno.
Otworzyłem zeszyt i zanotowałem w nim temat lekcji. Funkcje i jej własności, czyli Bezużyteczna rzecz i jej badziewia. Kolejna nudna lekcja. Kto wymyślił tak głupi przedmiot, jak matematyka? Ten człowiek powinien spłonąć w piekle. Rozsiadłem się wygodnie na krześle i schowałem ręce do kieszeni bluzy. Nauczycielka zaczęła pisać jakieś rzeczy na tablicy. Nie mam nawet najmniejszego zamiaru tego notować. Spojrzałem na Mikey'a, który był zbyt zajęty notowaniem tych pierdół z tablicy, żeby gadać ze mną. Świetnie. Czterdzieści pięć minut zmarnowanych na siedzenie bezczynnie w ławce. Szturchnąłem Michael'a łokciem. Jak oparzony odwrócił się w moją stronę.
-Mikey...-zacząłem.- O co pokłócił się Ray z Gerardem?
-O nic...
-To czemu Ray ma o nim takie zdanie? Przecież się lubią.
-Nie wiem.
-Yh, wszyscy macie coś do ukrycia...
-To nie tak Frank. Ja po prostu nie mogę ci nic powiedzieć. Obiecałem siedzieć cicho, więc siedzę.
-Świetnie, genialnych mam przyjaciół. Też was lubię.- powiedziałem sarkastycznie.
Mikey znowu zaczął coś bazgrać w zeszycie. Podparłem się rękami na ławce. Z nudów zacząłem bujać się na krześle, dopóki nauczycielka mi nie zwróciła uwagi. Na resztę lekcji postanowiłem się wyłączyć.
***
Zadzwonił dzwonek. Długa przerwa. Może teraz się w końcu czegoś dowiem. Wrzuciłem niechlujnie książki do plecaka. Wstałem z krzesła. Nie męczyłem się nawet przysunięciem go do ławki i wybiegłem z sali. Udałem się w stronę stołówki. Ujrzałem tam wszystkich moich przyjaciół, oprócz mojego ukochanego.
-Kurwa nie mam zamiaru się teraz z nim zadawać, po tym, jak traktuje ważną dla siebie osobę. Mógł z nim w ogóle nie zaczynać, skoro zamierzał znaleźć sobie dziewczynę.- krzyczał Ray.
Podszedłem do stolika. Wszyscy odwrócili głowy w moją stronę i spojrzeli na mnie. Ucichli. Ta, czyli znowu niczego się nie dowiem? Wszystko znowu jest jakąś tajemnicą? Czy chodziło o mnie i Gerarda? Jaka dziewczyna? Przecież Gerard jest homoseksualny. Raczej by nie zrezygnował ze mnie dla pierwszej lepszej dziewczyny...
-O czym rozmawialiście?- zapytałem.
-O niczym.- burknął Ray i zamilkł.
Panowało tutaj zamieszanie. Widziałem to po wszystkich, którzy siedzieli przy tym stoliku. Byli ze sobą skłóceni. Albo raczej nie ze sobą, tylko z Gerardem... Ale dlaczego? Co im zrobił? Przecież ja z nim jestem, nie mogą go od tak odrzucić... Coś mi tu nie pasuje.
-Coś się stało? Wyglądacie na strasznie spiętych.
-Nie, nic.- odparła Jamia.- Będziesz tak stał, czy usiądziesz z nami?
Usiadłem na krześle.
-Gdzie jest Gerard?- zapytałem po chwili milczenia.
-Niech ten skurwiel mi się tu nawet nie pokazuje.- powiedział Ray ze złością w głosie.
-Skurwiel? Tak nazywasz przyjaciela i mojego chłopaka? Co on ci zrobił?
-Mi nic. Lepiej uważaj na siebie.
-Co?
-Ciekawe, czy będziesz zadowolony, jak się dowiesz czegoś o twoim chłopaku. Właśnie. Jeszcze chłopaku. Pewnie miotnie tobą, jak starą, niepotrzebną szmatą.
-Ray, o co ci chodzi? Gerard nic mi nie zrobił...
-Kurwa, twojemu kochanemu Gerardowi się podoba nowa w szkole dziewczyna.
-Co?!- krzyknąłem.
-No to.
-Ray!- krzyknęła Jamia, Mikey i Bob.
-Niejakiemu Gerardowi Way podoba się Lindsey Ballato, klasowa suka, która się wpierdziela w życie każdego, kto jej stanie na drodze.
-Nie wierzę...- odpowiedziałem. Do oczu cisnęły mi się łzy.
-To uwierz.- powiedział Ray i wstał od stolika.- Ja bym z tym idiotą na twoim miejscu już skończył.
Ray wyszedł z stołówki. Rozpłakałem się. Jamia objęła mnie ramieniem i mnie mocno przytuliła.
-Spokojnie Frank, wszystko się uło...
-Nic się już kurwa nie ułoży!- krzyknąłem.
Odtrąciłem jej ręce ode mnie, wstałem i wybiegłem z pomieszczenia. Udałem się do swojej szafki. Gdy szedłem zobaczyłem Gerarda. Stał przy ścianie i rozmawiał z dziewczyną. Tak, Lindsey. Co za skurwiel. Lindsey, gdy mnie zauważyła szybko pocałowała Gerarda. Z oczu popłynęło mi więcej łez.
-Nie wierzę, Gerard.- szepnąłem pod nosem.- Nie wierzę, jak mogłeś mi to zrobić.
Schowałem książki do szafki, wyjąłem swoją kurtkę i wybiegłem ze szkoły.
***
Szedłem opustoszałą ulicą w stronę parku. Zaczął padać deszcz. No już gorzej być nie może. Na głowę naciągnąłem kaptur. Zasunąłem kurtkę pod szyję, a ręce schowałem do kieszeni. Zbliżałem się do bramy parku. Przekroczyłem ją i udałem się nad jezioro. Usiadłem na mokrej trawie. Po policzkach płynęły mi gorące łzy. Wpatrywałem się jeden punkt przed sobą. Czas płynął, ale gówno mnie to obchodziło. Złamano mi serce i to w brutalny sposób. Myślałem, że chociaż Gerarda obchodzę, ale jak widać nie. Zaczęło lać jak z cebra. Jeszcze chwilę tu posiedzę i może zachoruję na jakąś groźną chorobę, od której można umrzeć. Wolałbym się nigdy nie urodzić, niż żeby coś takiego mnie właśnie spotkało.
W kieszeni przemoczonych spodni poczułem wibracje telefonu. Wyjąłem go z kieszeni. W moment był cały mokry od kropli spadających z nieba. Spojrzałem na ekran. Mama dzwoni. Pierdolę ją, niech się martwi. Odrzuć. Schowałem z powrotem telefon do kieszeni. Kolejne wibracje. Mama dzwoni. Odrzuć. Nie schowałem już telefonu do kieszeni. Wibracja. Tym razem krótka. Sms przyszedł.
<Mama: Frankie, gdzie jesteś? Martwię się.>
<W parku.>
<Mama: W parku?! Taki deszcz, a ty w parku siedzisz?! Wracaj do domu! Już nie wspomnę nawet o tym, że powinieneś siedzieć na lekcjach, ale o tym pogadamy, jak wrócisz.>
Wstałem z ziemi i schowałem telefon do plecaka. Założyłem go na plecy. Cały przemoczony i zmarznięty udałem się do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz