piątek, 25 marca 2016

Life Ain't Just A Joke ~ Rozdział II

Dwa następne tygodnie minęły mi bez żadnych rewelacji. Chodziłem grzecznie do szkoły, a po lekcjach jeździłem do szkoły muzycznej razem z mamą. Wszystko było dobrze. Caroline jest cudowną dziewczyną. Jest bardzo wyrozumiała i podczas gdy moi koledzy narzekają na to, że cały czas jeżdżę do szkoły muzycznej i że nie mam w ogóle czasu, żeby się gdzieś z nimi spotkać, to dziewczyna to w zupełności akceptuje. Spotykamy się, niestety, tylko w szkole. Gdybym mógł to bym pewnie już gdzieś z nią wyszedł, ale po pierwsze rodzice nic a nic nie wiedzieli o moim związku z nią a po za tym nie miałem czasu. No cóż, bywa i tak.
   
Tegoż dnia, a był to dokładnie kolejny, beznadziejny poniedziałek (kto w ogóle lubi poniedziałki?!) wstałem jak zwykle za późno, żeby udać się do szkoły na piechotę, więc gdy tylko się ubrałem, zjadłem śniadanie i byłem gotowy do wyjścia, mama podwiozła najpierw mnie do gimnazjum, a potem zawiozła moją kochaną siostrzyczkę do szkoły. Dzień, mimo to iż nie wyspałem się, zapowiadał się naprawdę znakomicie. Nie spóźniłem się do szkoły, a o mój dobry (do czasu) humor zadbała Victoria.
     
Podczas drugiej przerwy pomiędzy lekcjami, przechadzałem się z przyjaciółką po korytarzu szkolnym. Gadaliśmy o jakichś pierdołach, śmialiśmy się i wygłupialiśmy się. Mijaliśmy dużą ilość uczniów, którzy patrzyli się na nas z pogardą. Nie obchodziło nas to zbytnio. Dotarliśmy pod klasę Caroline, która stała odwrócona do mnie tyłem. Rozmawiała o czymś z koleżankami. Podszedłem do niej cicho i objąłem ją w pasie rękami. Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się do mnie. Uśmiech z jej twarzy momentalnie zszedł. Pocałowałem ją delikatnie w policzek. Dziewczyna wyrwała się z mojego uścisku i pociągnęła mnie mocno za rękę w stronę najbliższego okna. Spojrzałem na zdezorientowaną Victorię. Wzruszyła ramionami i gdzieś sobie poszła. 

- Co się stało, Caro?- spytałem, próbując się zbliżyć do dziewczyny.

- Zrywam z tobą - powiedziała oschle i już miała odejść gdy ją przyciągnąłem do siebie.

- Ty sobie żartujesz, prawda?- zapytałem nieco zdezorientowany tak nagłą decyzją dziewczyny.
 
Spojrzałem w jej niebieskie oczy, które jak na złość nie wyrażały nic. Były zupełnie puste i patrzyły w jakiś odległy punkt znajdujący się za mną. Potrząsnąłem nią.

- Nie, nie żartuję. Zrywam z tobą, Frank.

- Caroline, ale czemu?

- Bo mam cię dość.

- Ale co ja ci takiego zrobiłem?

- Nie masz w ogóle dla mnie czasu - oznajmiła.


- Przecież ci to w ogóle nie przeszkadzało do tej pory. Wiesz jak jest - myślałem, że zaraz wybuchnę. Byłem zły, tak strasznie zły na nią, że gdyby nie to, że nie można zabijać ludzi bez powodu to bym normalnie w świecie ją udusił. Jak ona śmiała w ogóle tak powiedzieć? Jakoś nie przeszkadzało jej to, że jeżdżę do szkoły muzycznej, że rodzice nic nie wiedzą o naszym związku. Była wyrozumiała pod każdym względem i doceniała to, że możemy się w ogóle spotykać. W szkole, bo w szkole ale doceniała to. Nie wiem, co ją walnęło właśnie teraz w głowę.
   
Po chwili podszedł do nas jej przyjaciel. Jebany James. Teraz właśnie oprzytomniałem. Już wiedziałem, kto tak omamił dziewczynę. James. James był powodem tego wszystkiego. Był zazdrosny o to, że ja mogę z nią być, a on nie. Był zazdrosny o to, że Caroline kocha mnie, a nie jego. Chłopak spojrzał na mnie najpierw z pogardą, potem na jego twarz wpłynął szyderczy uśmiech. Posłałem mu tylko złowrogie spojrzenie, które powinno zabijać i odszedłem, uprzednio puszczając nadgarstki mojej już byłej dziewczyny.
     
Szedłem cholernie pewnym krokiem, nie spoglądałem w tył, choć naprawdę bardzo chciałem zobaczyć, co się dzieje za moimi plecami. Pewnie James teraz pociesza biedną Caroline. Boże, co za ludzie. Jestem zły, ale jednocześnie smutny. Zerwała ze mną. Ale ja ją kocham. Cholera jasna. Czasem zachowuję się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, ale co mam na to poradzić? To nie moja wina, że ja ją kocham, a ona ze mną zrywa. Życie to nie jakaś jebana telenowela!
     
Zadzwonił dzwonek zwiastujący kolejną lekcję. Rzuciłem się biegiem pod klasę, gdzie miała odbyć się następna lekcja. Chwyciłem plecak do ręki i zarzuciłem go na jedno ramię. Ni stąd ni zowąd wyrosła przede mną Victoria. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem.

- I co?- spytała.

- I dupa - odpowiedziałem.

- Co się stało?

- Zerwała ze mną - rzuciłem krótko i ruszyłem w kierunku drzwi od klasy.

Victoria dogoniła mnie,

- Jak to? Przecież...

- Co przecież? Zerwała i tyle. James jej coś pewnie nagadał - oznajmiłem.

- Co jej niby nagadał?

- Że nie mam dla niej czasu.

- Co za menda. Normalna, regularna menda.

- No dokładnie - zgodziłem się z Victorią.
     
Usiedliśmy na swoim stałym miejscu- ostatnia ławka przy oknie. Położyłem plecak na ławkę i wyjąłem z niego książki. Tak samo postąpiła moja przyjaciółka. Zasunąłem plecak i rzuciłem go na ziemię; złość dalej ze mnie nie odpłynęła. Victoria poklepała mnie pocieszająco po ramieniu. Usiedliśmy na krzesłach. Do sali powoli wchodziła reszta uczniów. Na końcu wszedł nauczyciel od edukacji dla bezpieczeństwa- pan Woliński. Pochodzi z Polski. Jest wysoki. Ma krótko obcięte, postawione do góry ciemne włosy i lekki zarost. Z wyglądu przypomina typowego wuefistę, może dlatego, że właśnie nim jest. Wszystkie laski do niego wzdychają, ubóstwiają go. Może dlatego, że jest tak niesamowicie przystojny? Nie wiem. Jest wyjątkowo głupi. Często zarzuca jakimiś tanimi sucharami. Zgadnijcie kto w klasie się śmieje, gdy takowym zarzuci? Tak, dziewczyny. Szpanuje każdym językiem, którego zna tylko jedno słowo. To jeden z tych ludzi, którzy mnie wyjątkowo wkurzają, ale niestety nic nie mogę na to poradzić. Victoria na szczęście na niego nie poleciała. I chwała Bogu. W ogóle to często odnoszę się do Boga, co trochę dziwne, bo Boga nie ma. Przynajmniej ja w niego nie wierzę, a mimo to używam zwrotów- "o mój Boże", "chwała Bogu", i tak dalej. Dobra, nieważne.
     
Nauczyciel rzucił dziennik na swoje biurko i usiadł na krześle. Podniósł nogi, odziane w jasne dresy i jakieś modne buty firmy Nike, i położył je na drewnianym blacie. Oparł się wygodniej na krześle i założył ręce za głowę. Wszystkie dziewczyny patrzyły na niego z rozmarzonym wzrokiem. Victoria wywróciła do góry oczami i zaczęła coś pisać w zeszycie. Po chwili szturchnęła mnie w ramię i podała mi kartkę wyrwaną prosto z jej zeszytu.

"Widzę, że masz naprawdę zły humor... Może dasz się skusić na imprezę dzisiaj wieczorem? ;)"

Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem. Przecież dzisiaj jest poniedziałek. Początek tygodnia. Jutro trzeba iść do szkoły, a po za tym... Moi rodzice na pewno się nie zgodzą na wyjście na "podejrzaną" imprezę. Szybko nabazgrałem jej odpowiedź na tej samej kartce.

"Nie wiem, czy to dobry pomysł. Po za tym... Rodzice na pewno się nie zgodzą."
"Och Frank, to dobry pomysł. Zawsze możesz uciec z domu. Impreza o dwudziestej drugiej, mam nadzieję, że dasz się skusić. :)"
"No dobra..."

Viktoria uśmiechnęła się do mnie szeroko i zamknęła swój zeszyt. Pan Woliński zaczął tłumaczyć dzisiejszą lekcję, a ja odpłynąłem myślami gdzieś daleko, daleko stąd.

***

Po skończonych zajęciach w szkole odprowadziłem przyjaciółkę pod blok, w którym mieszkała, a następnie sam wróciłem do swojego domu. Minąłem furtkę i wyjąłem z kieszeni swoich spodni klucze. Przekręciłem je w zamku i wszedłem do środka, gdzie było zupełnie pusto, jak zwykle. Tata wróci z pracy dopiero o siedemnastej, a mama za godzinę, czyli o piętnastej. Gdy wróci, od razu jedziemy do szkoły muzycznej.
     
Dzisiejszy dzień był naprawdę fatalny. Rzuciłem plecak pod ścianę w przedpokoju i powolnym krokiem udałem się do kuchni. Otworzyłem lodówkę w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Skończyło się na tym, że z szafki wyjąłem czekoladę mleczną z bakaliami i poszedłem do swojego pokoju znajdującego się na piętrze. Po wejściu do mojego królestwa od razu usiadłem na krześle przy biurku i odpaliłem komputer z zamiarem zajrzenia na Facebooka. Zalogowałem się.  Wziąłem czekoladę do rąk, ułamałem jeden kawałek i wpakowałem go do buzi. Spojrzałem na monitor, ssąc czekoladę w ustach. Jedna nowa wiadomość od... Jamesa. Kliknąłem, aby przeczytać.

James: "Oficjalnie mogę stwierdzić, że wygrałem, co pokrako? ;)"

Zagotowało się we mnie, jak on w ogóle mógł być taki bezczelny?

Ja: "Chyba ci się coś przyśniło, cwelu" - odpisałem od razu.
James: "No chyba nie za bardzo, zobaczysz jeszcze, że ona będzie moja."

Zawahałem się przez chwilę. Już miałem mu coś odpisać, wygarnąć, ale uświadomiłem sobie, że dalsza konwersacja z tym debilem nie ma najmniejszego sensu.

Nagle usłyszałem, że drzwi od mojego pokoju otwierają się, więc w pośpiechu wylogowałem się z Facebooka i szybko otworzyłem nową kartę w przeglądarce internetowej. Obróciłem się na krześle obrotowym przodem do drzwi od pokoju. W progu stała mama, która po chwili weszła do środka i stanęła przy biurku.

- Co tam tak szybko zamknąłeś? - spytała podejrzliwie.

- Nic, mamo - skłamałem, lecz chwyciła haczyk.
 Pokiwała głową i otworzyła okno.

- Zbieraj się, za niedługo jedziemy do szkoły muzycznej, mam nadzieję, że pamiętasz. Nie możemy się spóźnić - powiedziała, wychodząc z pokoju.

- Dobrze mamo - odpowiedziałem.

Wyłączyłem komputer, wstałem z krzesła i wziąłem do ręki czarną, skórzaną torbę, do której następnie wpakowałem książki do szkoły muzycznej. Włożyłem do kieszeni spodni telefon i wyszedłem z pokoju, zamykając drzwi. Zapowiadało się kolejne beznadziejne popołudnie, zważając na fakt, że dziś z nami do szkoły jechał mój o rok młodszy i głupszy kolega, którego nie chciałbym z znać. Wszystkim się przechwalał, uważał, że jest lepszy od wszystkich w wszystkim. Beznadziejny typ. Do piekła z takimi.

Piętnaście minut później siedzieliśmy w samochodzie, nie rozmawiając. W tle leciała płyta Green Day, a ja cicho nuciłem sobie pod nosem ich piosenki. Po chwili dojechaliśmy pod dom Christiana, czyli młodszego, głupszego kolegi. Czułem, że piekło zbliża się ogromnymi, wręcz mamucimi krokami. Tylko nie to, teraz będę musiał przez pół godziny wysłuchiwać ględzenia na temat jakiejś popularnej kreskówki. Drzwi do samochodu otworzyły się, a do środka wsiadł Chris.

Buenos dias, pani Iero - odezwał się tym swoim głosem, który nie brzmiał w ogóle męsko, mimo iż był po mutacji.

- Dzień dobry, Christianie.

- Cześć, Frank.

- Cześć - odpowiedziałem oschle, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.

- Czemu ja nigdy nie mogę siedzieć z przodu, proszę pani?- spytał.

Moja mama nie odpowiedziała. Jak można być takim nieogarem życiowym w wieku czternastu lat? Ja się pytam, jak?!

- A posprzątałeś w pokoju?- zapytałem.

- Tak! A wiesz, że wyszedł nowy odcinek Fineasza i Ferba? Mam nagrane nawet na telefonie. Mogę puścić.

Westchnąłem głośno, gdy po samochodzie rozległa się muzyka z bajki. To będzie długie czterdzieści minut.

____________________________________________________________________________

Tak, tak, to znowu ja! 

I jak widzicie, to chyba oznacza powrót Life Ain't Just A Joke. Miałam prawie gotowy rozdział, nie jest zbyt cudowny, ale jest. Wystarczyło go skończyć, więc uznałam, że go opublikuję. W ten oto sposób mamy nowe-stare opowiadanie, które raczej będę kontynuować.

Widzicie? Miałam być za pół roku, a jestem po dwóch dniach XD Chyba się ogarnęłam. 

Mam nadzieję, że się podobało i komentujcie, komentujcie i jeszcze raz komentujcie. Nie spać! 

xoxo
Nancy :)




      

wtorek, 22 marca 2016

And If They Get Me/ Short Story [3/?]


- Frank, kolacja na stole! - krzyknął ojciec, który najprawdopodobniej stał pod zamkniętymi drzwiami do mojego pokoju.

- Nie jestem głodny! - odpowiedziałem mu, a następnie usłyszałem oddalające się kroki.

Wstałem z łóżka z zamiarem odrobienia lekcji, bo przecież jutro znowu trzeba było iść i wysiedzieć siedem godzin w tej cholernej budzie. Nie to, że nie lubiłem tam chodzić, bo niektórzy nauczyciele byli naprawdę mili i mogłem się spotkać z moim przyjacielem, ale był maj, było coraz cieplej i odechciewało mi się na samą myśl, że jutro będę musiał wyjść na ten upał i siedzieć w szkole, gdzie wcale zimniej nie jest.

Odsunąłem krzesło od biurka i usiadłem na nim. Przysunąłem się z powrotem i z szafki wyjąłem zeszyty i książki. Zapowiada się nudne półgodziny.

Z kubka znajdującego się na biurku wyjąłem pierwszy lepszy długopis i otworzyłem zeszyt od angielskiego. Na szczęście okazało się, że nauczycielka zadała tylko jakieś durnowate ćwiczenia. Otworzyłem zatem podręcznik i zabrałem się za odrabianie ćwiczeń.

Po jakimś czasie usłyszałem huk, jakby coś rąbnęło w moje okno. Pomyślałem, że to jakiś ptak i w ogóle się tym nie przyjąłem, ale po chwili usłyszałem kolejny huk.

Odłożyłem długopis na biurko, wstałem zaniepokojony i podszedłem do okna. Na pierwszy rzut oka nic podejrzanego nie zauważyłem, ale gdy spojrzałem w dół zobaczyłem go.

To był dosłownie ułamek sekundy, gdy nasze spojrzenia skrzyżowały się, a ja upadłem na ziemię, jakbym chciał się przed tym obronić. Jego spojrzenie było lodowate i przepełnione nienawiścią. Jakby chciał wykrzyczeć całemu światu, jak bardzo go nienawidzi i jak bardzo nie chce tu żyć.

Przez chwilę miałem nikłą nadzieję, że może mnie nie zauważył.

Podniosłem się z ziemi i znów wyjrzałem przez okno. Moje serce stanęło na chwilę, a następnie zaczęło szybciej bić, gdy ujrzałem go po drugiej stronie szyby na parapecie.

Otworzyłem pospiesznie okno, aby go w puścić, bo na dworze nieźle lało.

Wszedł do pomieszczenia, a z jego ubrania zaczęła spływać woda. Ruszyłem do łazienki po ręcznik i suszarkę.

Zastanawiałem się, po co ja to wszystko właściwie robię. Gerard był wampirem, a ja zwykłym śmiertelnikiem. Czego tak naprawdę ode mnie chciał? Co chciał przez to wszystko osiągnąć? Dlaczego zwrócił na mnie uwagę; na nic nieznaczącego Franka Iero?

Nagle oprzytomniałem, pytania, które mi się narzucały były całkowicie bez sensu. To zrozumiałe, że chce mnie dopilnować; nie chce, żebym komukolwiek powiedział prawdę. Jest przecież ścigany przez policję. A policja to mój tata.

Zamknąłem cicho za sobą drzwi od łazienki i wszedłem do mojego pokoju. Czarnowłosy stał i wpatrywał się w jakiś nieznany mi punkt za oknem. Podszedłem do niego i wystawiłem przed siebie ręcznik i suszarkę. Usiadłem na swoim łóżku. Spojrzałem na chłopaka. Wzrokiem śledziłem każdy jego ruch.

- Mógłbyś mi wytłumaczyć, po co właściwie tu przyszedłeś? - odezwałem się po chwili.

- Bo mogę - odpowiedział chamsko.

I w ten oto sposób zakończyła się nasza niesamowicie porywająca wymiana zdań. Patrzyłem podejrzliwie na czarnowłosego, który chodził po moim pokoju i z zaciekawieniem przyglądał się każdej najmniejszej rzeczy. Odwrócił się do mnie przodem i parsknął śmiechem.

- Co się tak gapisz? - zapytał, wycierając ręcznikiem włosy.

- Bo mogę - dopiero po chwili zorientowałem się, że użyłem jego słów i wyszedłem na totalnego kretyna.

Gerard zbliżył się do mnie w ekspresowym tempie i usiadł na łóżku. Spojrzałem w jego czarne jak noc oczy i utonąłem w nich. Wydawało mi się, że mówi do mnie coś ważnego, ale nawet go nie słuchałem. Czułem się jak w transie, z którego nie mogę wyjść. Jego oczy były takie niesamowite, jakby bez dna.

- Frank, słuchasz ty mnie w ogóle? - powiedział, gdy zauważył, że kompletnie nie dociera do mnie to, co mówi.

- Eee, nie... - mówię i pospiesznie odwracam głowę, żeby nie zobaczył jak się rumienię.

Działał na mnie źle. To znaczy, nie mówię o tym, że gdy na niego patrzyłem to zbierało mi się na wymioty, czy coś... Działał jak narkotyk. Czułem, że jak patrzę w jego oczy to nie mogę przestać. Był cholernie przystojny. Nie wiem, czy to jego wampiryzm sprawiał, że mnie do niego ciągnęło, czy po prostu jego urok osobisty... Siedział, wyjęty jak z obrazka, ale cholera, dlaczego akurat tutaj? Co go akurat zainteresowało w zwykłym śmiertelniku o imieniu Frank. Nawet jakoś specjalnie przystojny nie jestem... Ale zaraz! Co ja w ogóle myślę, przecież nie jestem jakimś gejem! W jaki ja sposób myślę, o nim? To, że mnie raz pocałował nie zrobiło od razu ze mnie geja, bez przesady. Nie, nie, nie. Nie jestem gejem.

Poprawiłem nerwowo włosy i spojrzałem w stronę czarnowłosego.

- No więc, o czym mówiłeś? - spytałem.

Chwilę się zawahał. Nabrał ze świstem powietrza.

- Pytałem, czy może chciałbyś poudawać mojego chłopaka...

- Że co?! - przerwałem mu wpół zdania. - Chyba sobie żartujesz!

- Nie - on to mówił śmiertelnie poważnie. W jego twarzy, ustach, oczach nie dostrzegłem ani grama ironii.

No chyba go opuściło! Może od razu przebiorę się za dziewczynkę, żeby było tak bardziej miło i w ogóle. Byłem bardzo zdenerwowany. Zamknąłem na chwilę oczy, może to tylko głupi sen? Może Gerard nie jest prawdziwy i zniknie on i ta cała głupia sytuacja, jak zamknę oczy na trzydzieści sekund, a potem z powrotem je otworzę? Nie? Dzięki.

Przysłoniłem twarz rękami, dokładnie to przemyślałem.

- Na jaki czas? - spytałem po chwili zastanowienia.

- Jeszcze nie wiem, to zależy - wstał z łóżka i podszedł do parapetu.

- Zależy od...? - dopytywałem się.

- Od mojego cholernego ojca - warknął, jakbym go czymś uraził. Widocznie drażliwy temat.

- Okej, nie wtrącam się - odpowiedziałem szybko. Kiedyś się dowiem, o co chodzi. Kiedyś.

Spojrzał na mnie złowrogo. Jakby spojrzenie mogło zabijać to na pewno leżałbym już martwy.

- Dobra... Eh, no więc... Niech ci będzie - odzywam się. No cóż, czasem trzeba pomóc. Czasem trzeba być dobrym dla innych, co prawda to, co teraz robię jest strasznie głupie, ale teraz już nie mogę cofnąć czasu. Gdybym tylko wtedy nie wszedł do tego głupiego zaułka.

- Naprawdę? - w jego oczach dostrzegłem małą iskierkę. Podbiegł do mnie i podniósł mnie na ręce. - Dziękuję! - zaczął mnie całować po twarzy.

Czułem się dość skrępowany.

- Dobra, dobra, ale bez takich mi tu. Zachowujesz się idiotycznie - skarciłem go. Chłopak natychmiastowo odstawił mnie na podłogę. - Ale pamiętaj, to tylko umowa. Ja nie jestem gejem, rozumiesz? - pokiwał głową, a następnie podszedł do okna i przez nie wyskoczył na zewnątrz.

Właściwie, co złego może się stać, prawda? To tylko przez jakiś czas. Tylko.

***

Wpadł do ogromnego pomieszczenia. Ten niski chłopak zdecydowanie polepszył mu dzisiaj nastrój. I nie tylko dlatego, że jak go zobaczył to w duchu się uśmiechał. Uratował mu tyłek. Jest tylko jedno ale, Frank to chłopak, nie dziewczyna, w sumie dalej był w dupie. Kiedyś niestety musiał powiedzieć ocju,że nic z tego wszystkiego nie będzie, bo jest homoseksualistą. 

W salonie zastał swojego ojca, siedzącego jak zwykle przy jakiejś bardzo starej książce. Podszedł do niego rozradowany. Opanował swoje wszystkie emocje, uspokoił nieco oddech.

- Witaj, Gerardzie - odparł znudzony ojciec, nawet nie podnosząc na chłopaka wzroku. - Co cię do mnie sprowadza tym razem?

- Mam dziewczynę - skłamał, bo oczywiście, że to nie było prawdą.

Ojciec spojrzał na niego bardzo podejrzliwie, wyczuwał, że coś jest nie tak, ale jeśli jednak była to prawda to był zadowolony. Nareszcie zmądrzał i dorósł do odpowiedzialności, jaka na niego czekała. Jonathan był wampirem, ale czuł się zwyczajnie staro. Chciał w końcu odpocząć od tego wszystkiego. Móc usiąść wygodnie w fotelu przy herbacie i nie musieć przejmować się tym, że kolejny durny wampir nie mógł się zahamować i zabił człowieka. Brzmi beznadziejnie. Jego praca była beznadziejna, ale chciał, żeby wszystko znowu było jak dawniej, żeby nikt o nich nie wiedział. 

- Cieszę się, synu - na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech. 

Gerard zadowolony skierował swoje kroki w stronę wyjścia z pokoju.

- Przyprowadź ją tu, może jutro? - spytał ojciec.

Gerard zatrzymał się i wypuścił ze świstem powietrze.

- Oczywiście, tato - powiedział i wyszedł z salonu trzaskając drzwiami. 

_______________________________________________________________________

I'M BACK <3
No, a tak serioooo.... Macie rozdział, jest beznadziejny i pewnie Wam się w ogóle nie spodoba, ale coś się zaczyna dziać, nie? Po za tym jest dzisiaj 22 marca i tak najarałam się My Chemical Romance, i pomyślałam, że napiszę rozdział, bo czemu by nie? Tak więc oto jest tu takie gówno, może nie jest aż tak źle? O Jezus. Mam jednak jakąś super malutką nadzieję, że Wam się spodobało. Dziękuję, że tyle czekaliście, jeśli w ogóle ktoś na to czekał. Dziękuję. 

Tak więc, to chyba tyle z mojej strony, jeszcze raz dziękuję i no... Do następnego, za pół roku (haha, żart, nieśmieszny), ale może jednak wcześniej xD






Boże, czuję, że ten rozdział jest super mega beznadziejny. Idę się schować do szafy.