Witajcie!
Jak zauważyliście, zmieniłam wygląd bloga na bardziej stonowany. Za dużo było czerwieni. xD
Był chwilowy zastój weny, dlatego rozdziały cóż... Były nudne.
Mam nadzieję, że się spodoba, bo wreszcie jest coś porządnego.
A no i mam nadzieję, że nie będzie wam przeszkadzało to, że od tego rozdziału narracja będzie trzecioosobowa. Uznałam, że tak będzie lepiej.
Jeśli coś by się nie podobało, śmiało, piszcie.
_____________________________________________________________________
Następnego dnia rano Gerarda obudziło głośne pukanie w drzwi wejściowe. Leniwie przetarł swoje oczy. Spojrzał na Franka, który słodko spał, wtulony w jego tors. Uśmiechnął się na widok jego uroczej, spokojnej twarzy. Delikatnie ściągnął z siebie jego ręce. Musiał już, niestety, wstać, bo ktoś postanowił im zakłócić piękny, sobotni poranek. Odkopał się spod kołdry, wcisnął na swój goły tyłek luźne bokserki, a na tors podkoszulkę. Wyślizgnął się powoli z pokoju, delikatnie go zamykając, aby nie obudzić wciąż śpiącego Franka. Stanął w przedpokoju. Spojrzał na lustro i ogarnął nieco busz znajdujący się na jego głowie. Podszedł bliżej do drzwi i spojrzał przez wizjer. Zamarł. Za drzwiami stał ktoś, kto, jak obiecał, zabierze mu szczęście, czyli Franka. Pan Shidley, we własnej osobie. Po jego twarzy było widać, że jest już nieco wkurzony. Zapukał jeszcze raz. Z wahaniem, Gerard przekręcił górny zamek od drzwi i otworzył je. Spojrzał pytająco na doktora, choć wiedział, co za chwilę może się stać. Jak głupi i tak udawał, że nie wie o co mu chodzi.
- Dzień dobry - odezwał się po chwili wpatrywania się w mężczyznę, a lekarz spojrzał na niego znacząco.
- Dzień dobry, panie Way -odpowiedział mu doktor.
Wpuścił go do środka, przecież nie miał innego wyjścia. Shidley odłożył w przedpokoju mokry parasol i ściągnął ze swoich stóp ubłocone buty. Więc padało. Przynajmniej już wiem, jaka pogoda na dworze - przemknęło przez głowę Gerarda. Zamknął drzwi na klucz. Poszli do salonu. Shidley rozsiadł się w fotelu, jakby był u siebie, a Gerard zasiadł na kanapie.
- Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty?- zaproponował Gee.
- Nie, dziękuję - odpowiedział krótko.- Zapewne wiesz, czemu tu jestem.
- Nie?
Doktor spojrzał na niego z pogardą.
- Przyszedłem po Franka. Gdzie on jest?
- Nie może pan... Nie może mi go pan tak zabrać - powiedział stanowczo.
- Owszem mogę, bo on nie należy do ciebie.
- A tym bardziej nie należy do pana - wycedził ze złością.
- Zapytam się jeszcze raz i ostatni, bo inaczej wzywam policję. Gdzie jest Frank Iero?
- Przepraszam bardzo. To moje mieszkanie, więc to ja tu będę decydował - wstał.- A teraz może pan już wyjść. Żegnam.
Shidley posłusznie wstał. Poszedł do przedpokoju. Czerwonowłosy stanął przed nim. Zacisnął mocno ręce w pięści, oczekując jego wyjścia. Lekarz zaczął zakładać buty, gdy zatrzymał się i nagle wstał. Spojrzał na chłopaka i wyminął go szybko. O nie, on nie mógł tam wejść. Way był wystraszony. Nie mógł wejść do jego sypialni. Shidley stanął przed drzwiami do gerardowej sypialni i mocno nacisnął na klamkę. Wpadł z impetem do pokoju, a Gerard szybko pobiegł tam, aby chociaż spróbować zapobiec nieszczęściu. Marne nadzieje, to było wręcz nieuniknione. Zaraz Shidley odkryje, oby nie dosłownie, całą prawdę. Patrzył, jak doktor próbuje obudzić spokojnie śpiącego Franka. Spał, nieświadomy tego, co zaraz się wydarzy. Podszedł do mężczyzny i go odepchnął. Uklęknął przy łóżku.
- Frank, wstawaj - powiedział łagodnie.
Na twarzy Franka pojawił się uroczy grymas. Wtulił się bardziej w kołdrę i odwrócił na drugi bok. Gerard potrząsnął nim lekko. Schował twarz w poduszkę.
- Gerard, ty ciulu garbaty, daj spać - wymamrotał szatyn w poduszkę.
- Frank...- nalegał chłopaka do wstania.
Młody Iero obrócił się na plecy i uśmiechnął się promiennie.
- Wstanę, ale coś za coś - powiedział.
Doktor spojrzał na Gerarda pytająco. Gerard zastanawiał się, jak dobrze rozegrać teraz to wszystko, aby doktor niczego się nie domyślił. Potrząsnął lekko Frankiem. Chłopak zmarszczył brwi. Powoli otworzył oczy. Popatrzył na Gerarda zaspanym wzrokiem i się prześlicznie uśmiechnął. Delikatnie podniósł głowę i pocałował go w policzek.
- Dzień dobry, kocha...- przerwał, gdyż zauważył wkurzoną minę doktora.- Dzień dobry panie Shidley - usiadł na łóżku, szczelnie się okrywając kołdrą i spuścił wzrok.
Spojrzenia kochanków spotkały się. Czuli się, jakby robili coś zakazanego.
A może właśnie tak było?
Miłość niemożliwa, zakazana.
Frank, ty deklu od słoika - pomyślał rozzłoszczony Gerard. Nie mógł go teraz inaczej nazwać. Normalny człowiek by nie obudził swojej miłości w sposób potrząsania. No widocznie, Frank nie pomyślał nad tym do końca. Czy w jego głowie coś w ogóle teraz było? Oczywiście, że tak. Chłopak był zmieszany. Nie wiedział co się dzieje, ani co tu robi ten wstrętny lekarz, którego szczerze nienawidzi. Czekali na wyrok, który nie nadchodził. Bali się. Bali się, tego, co mogą usłyszeć z ust doktora, przecież nie będzie na pewno to coś w stylu: "Boże, jak cudownie, że się kochacie i jesteście razem!". Milczenie.
Doktor wyszedł z pokoju. Frank dalej siedział w bezruchu. Nie zamierzał nic w tym momencie powiedzieć. Jakby ktoś mu uciął język. Z reguły raczej nie gadał z dużo, w szczególności z ludźmi, których nie lubił, ale jak już trzeba było to coś powiedział. Teraz jednak język ugrzązł mu w gardle. Teraz, był przerażony całą tą sytuacją.
Nie on jeden. Gerard również był przerażony. Młody Frank Iero jest niepełnoletni. Gerardowi nawet nie chciało się myśleć, jakie konsekwencje go czekają. Pogładził Franka delikatnie po gołym ramieniu i uśmiechnął się smutno. Wstał z podłogi i powędrował do przed pokoju za Shidley'em, który kończył zakładać buty. Wstał, sięgnął po parasol i otworzył sobie drzwi. Postanowił tak po prostu wyjść. Czy to aby na pewno w jego stylu? Oczywiście, że nie. Po dłuższym czasie zastanawiania się, wiedział, co trzeba w tej sytuacji powiedzieć.
-Widzimy się w sądzie, panie Way.- powiedział szorstko i odszedł.
Gerard zamknął drzwi i wrócił do sypialni, w której znajdował się wciąż oszołomiony Frank.
***
Kilka dni później. Gerard wracał z uczelni. Pogoda jak zwykle była fatalna. Deszcz padał na czerwone włosy mężczyzny i na jego ubrania. Był przemoczony do suchej nitki, bo zapomniał parasolu z domu. Mimo to, wiedział, że to nie jest najgorsze, co może się dzisiaj przydarzyć. Ubrania szybko przebierze, a włosy wysuszy. Stanął przed swoim domem, w którym j e s z c z e mieszkał Frank. Jak co dzień, musiał sprawdzić, czy coś przypadkiem nie znajduje się w skrzynce na listy. W pośpiechu wszedł do kamienicy. Nie było jego marzeniem dalej przebywać na dworze, podczas takiej ulewy. Wyjął z kieszeni jeansowych spodni klucze i otworzył metalową skrzynkę, zawieszoną na ścianie, na samym dole kamienicy. Pod mężczyzną tworzyły się kałuże z wody. Wyjął kilka listów ze skrzynki. Wchodząc po schodach, przeglądał je. Rachunki, rachunki, rachunki. Nic ciekawego. Ostatni list znacznie przykuł jego uwagę. Starannie opisany jego imieniem i nazwiskiem oraz miejscem zamieszkania. Nic więcej. Wbiegł po ostatnich schodach prowadzących do jego mieszkania i szybko otworzył drzwi za pomocą klucza.
- Frank, wróciłem!- krzyknął.
Nie uzyskał jednakże żadnej odpowiedzi, co go nieco zdziwiło. Zdjął ze stóp przemoczone trampki i odłożył je na kaloryfer w przedpokoju. Po drodze do salonu rzucił listy na ławę, pozostawiając w ręce ten jeden, który musiał zaraz otworzyć, aby przekonać się jaką ma treść. Ujrzał otwarte drzwi od balkonu. No nie, Frank chyba nie p a l i. Przecież od przeszło dwóch tygodni nie kupił ani razu papierosów. Co się do licha znów stało?
Podszedł bliżej drzwi balkonowych i wyszedł na zewnątrz. Frank siedział skulony w kącie balkonu. Tępo patrzył w jeden punkt przed sobą. Po jego twarzy spływały pojedyncze łzy. Mocno obejmował kolana swoimi drobnymi ramionami. Gerard usiadł koło niego.
- Co się stało?- spytał Franka.
Chłopak drgnął jak oparzony i spojrzał w stronę Gerarda. Długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Nie może znowu nazmyślać mu, że nic się nie stało. Stało się i to dużo. Od ostatniej wizyty pana Shidley'a minęło kilka dni, a on dalej był załamany. Nie chciał stracić Gerarda, który tak dużo dla niego zrobił. Dał mu to, czego brakowało mu nawet w swoim starym domu, kiedy jeszcze żyli jego rodzice. Dał mu miłość. Mógł mu zaufać, a i tak bał się powiedzieć tego jednego prostego zdania.
"Boję się, że cię stracę."
- Nic.- odpowiedział krótko, skłamał, odwrócił wzrok.
- Przeważnie, gdy tu siedzisz, coś się dzieje. A więc?- ciągnął dalej Gerd
- Nic się nie dzieje!- podniósł głos.
- To czemu płaczesz?
Jego twarz opadła na kolana. Przysłoniły ją ciemne włosy chłopaka. Czasem zachowywał się się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka. Wiedział to, a nic z tym nie był w stanie zrobić. Po prostu już taki był. Gerard usłyszał cichy szloch. Westchnął cicho i zabrał się za otwieranie listu, który znajdował się w jego dłoniach. Rozerwał kopertę i wyjął białą kartkę z środka. Rozłożył ją. Pierwsze zdanie już od razu zniechęciło go do dalszego czytania. Wezwanie do Sądu. Posmutniał.
- Skarbie...?- odezwał się.
- C-co?- wyjąkał Frank.
- Dostałem wezwanie z sądu.- wymamrotał Gerard.
- Jak... Jak to?- wyprostował się i spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Zobacz sobie.- podał mu kartkę.
Frank pochwycił w swoje drobne dłonie kartkę i obrzucił ją spojrzeniem. Jego ręce zaczęły drżeć. Gerard czuł, że Frank zaraz znowu wybuchnie płaczem. Szybko go do siebie przytulił i posadził na swoich kolanach. Pogładził go po plecach.
- Spokojnie Frank, przecież będę o ciebie walczył.- zapewnił młodszego.- A nawet jeśli przegram tą walkę, to i tak będziemy się spotykać. Nikt nam tego nie zabroni, a za dwa lata i tak będziesz pełnoletni, prawda?
- Marne pocieszenie, Gee.
Nie powiedział już nic. Doskonale wiedział, że to marne pocieszenie. Ale cóż innego miał mu powiedzieć? Wszystko się jakoś ułoży, on to wie. Nie straci Franka na zawsze, nawet jeśli przegra z prawem. Frank też o tym wiedział. Tylko teraz jest smutny, bo nie wiedział tak naprawdę czego się spodziewać po nowej rodzinie. Może być fajnie, a może być niefajnie. Wszystko zależy od tego, na jakich ludzi trafi. Miał cichą nadzieję, że będą to normalni dorośli ludzie, z którymi będzie można rozmawiać na każdy temat i nie będą surowi.
- Gerard, ale mi tu jest naprawdę dobrze.-powiedział cichutko, powstrzymując się od płaczu.
- Wiem, Frank, wiem.- pocałował go w czubek głowy.
Chłopak się mocno w niego wtulił.
Frank jest mój, tylko mój.
- Chodźmy do środka, bo się przeziębisz.- szepnął do Franka.
Frank pokiwał szybko głową w przód i w tył. Podparł się dłońmi o ziemię i wstał, a Gerard zaraz po nim. Weszli do środka. Gerard zamknął za sobą drzwi balkonowe i wszedł do pomieszczenia. Przeczesał swoje mokre, pozlepiane od deszczu kosmyki włosów. Zauważył Franka, który już w jego stronę szedł z ręcznikiem w dłoniach. Podał mu go. Gerard uśmiechnął się do Franka, który momentalnie odwzajemnił uśmiech.
-Idę się wykąpać, idziesz ze mną?- spytał czarnowłosego.
-Z przyjemnością.- wspiął się na palcach, aby dosięgnąć ust mężczyzny.
Gerard przyciągnął go do siebie mocniej i go przytulił.