wtorek, 23 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XX

Macie ten rozdział, który pisałam chyba dwa tygodnie xD No cóż, najpierw nie miałam czasu, potem mi się nie chciało, potem mnie wzięła choroba i tak wyszło, że dopiero dzisiaj skończyłam. :D
No więc, cieszcie się i radujcie się!
Enjoy :D
__________________________________________________________________________
[Frank]
Obudziłem się z wielkim bólem pleców. Być może było to spowodowane niewygodną kanapą, która niezbyt nadawała się do spania. Byłem bardzo zmęczony. Nie spałem prawie całą noc. Dopiero nad ranem udało mi się zasnąć. Odkopałem się spod koca i usiadłem na kanapie. Przetarłem zmęczone oczy i zamrugałem kilka razy. Było tu bardzo widno. Znajdowałem się sam w salonie, ale przeczuwałem, że ktoś może być w kuchni. Wstałem i udałem się do kuchni. Moje przypuszczenia nie były błędne. W pomieszczeniu znajdował się Gerard. Robił sobie poranną kawę. Podszedłem do stołu i odsunąłem krzesło. Usiadłem przy stole i oparłem się na łokciu. Popatrzyłem na Gerarda, który odwrócił się przodem do mnie, lecz nie zaszczycił mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu. Patrzył przez okno intensywnie nad czymś myśląc. Chciałem w jakikolwiek sposób przerwać ciszę pomiędzy nami, lecz nie za bardzo wiedziałem w jaki sposób. Co miałem zrobić? Niby go przeprosić? Ale za co? Nic złego nie zrobiłem, no pomijając fakt, że uciekłem na cały dzień z domu. Ale to wcale nie moja wina. Ja tu jestem grzeczny i w ogóle. Położyłem głowę na blacie stołu i przymknąłem powieki. W tym momencie nawet stół wydawał się najwygodniejszym miejscem do spania, a byłem zmęczony. Czekałem cierpliwie na to, aż Gerard się do mnie odezwie, lecz nic takiego nie chciało nastąpić. Trudno, mogę czekać. Nigdzie mi się nie śpieszy. Mam przecież cały dzień... Nagle usłyszałem huk. Gwałtownie podniosłem głowę z blatu i spojrzałem na podłogę. Stłuczony kubek, a dookoła rozlana brązowa ciecz. Gerard pospiesznie się schylił i zaczął zbierać odłamki szkła. Wstałem z krzesła i chwyciłem ścierkę, aby zetrzeć rozlaną kawę. Jak on to zrobił? Gdy podłoga była względnie czysta, odłożyłem ręcznik na blat, nawet nie trudząc się jego rozwieszeniem do wyschnięcia. Usiadłem z powrotem na krześle i wbiłem spojrzenie w mężczyznę. Był w piżamie. Czerwone włosy były w nieładzie, w sumie jak zawsze. Miał lekko popuchnięte oczy, pod którymi widniały siwe cienie. Czyżby mój ukochany płakał i nie spał całą noc tak, jak ja? Być może. Chciałbym wiedzieć, lecz on nie chce zacząć rozmowy, a ja tym bardziej nie wiem jak. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na jedną, może dwie sekundy, gdyż od razu przeniosłem wzrok na okno, za którym nie było zbyt ładnej pogody. Wiało, niebo było zachmurzone i padało. Jaka piękna pogoda tego lata. Zamyśliłem się.
-Frank...?- szepnął Gerard.- Musimy porozmawiać.
-Co?
-Musimy porozmawiać.- powiedział stanowczo.
-A jest o czym?
-Tak... To co wczoraj zrobiłeś... Nie wierzę. Nie mogę uwierzyć.
-W to, że uciekłem z domu? To nic wielkiego...- oznajmiłem i spojrzałem na mężczyznę.
Usiadł przy stole na przeciwko mnie.
-Nie chodziło mi o to.
-A o co?
-Frank... Jak mogłeś coś takiego zrobić?!- podniósł głos.- To niedopuszczalne!
-Kurwa, ale o co ci chodzi?!- również krzyknąłem.
-Ciszej, dobra? Mikey śpi.
-Będę krzyczał, mam to w dupie!- krzyknąłem i wstałem.- A co się tak teraz martwisz o tego swojego brata?! Przecież go tak nienawidzisz!- oparłem ręce na stół. Palce pobladły mi na czubkach.- Nie wierzę po prostu Gerard!
-Wcale nie powiedziałem, że go nienawidzę. To mój brat. Ale mam teraz za to mieszane uczucia co do ciebie.- odparł i wstał od stołu.
Wyszedł z kuchni.
-Gerard! Czekaj!!!- krzyknąłem.
Zobaczyłem go w przedpokoju. Zakładał buty.
-Gdzie się wybierasz?- spytałem.
-Nie wiem. Jak najdalej stąd.- syknął mi prosto w twarz i tak po prostu wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Zważając na fakt, że byłem nieubrany pospiesznie wkroczyłem do sypialni Mikey'a, który spał i z szafy wyciągnąłem ubranie. Na szczęście się nie obudził. Wrzuciłem na siebie ubranie i poszedłem do przedpokoju, aby założyć buty i wybiec z mieszkania. Gdy znalazłem się przed kamienicą, popatrzyłem dookoła siebie, aby wypatrzeć czerwoną czuprynę. Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu, bo nie zdążył zbyt daleko odejść. Zacząłem biec za nim, a gdy mnie zauważył również przyspieszył kroku. Biegłem za nim do parkowej alejki, gdzie spędziłem wczoraj cały dzień. Gerard zatrzymał się pod wielkim dębem i upadł na kolana na ziemię. Przyspieszyłem nieco, aby znaleźć się szybciej przy nim. Uklęknąłem na przeciwko niego i chwyciłem go dwoma palcami za brodę. Uniosłem jego głowę do góry. W jego oczach ujrzałem złość i ból. Strzepnął moją rękę.
-Nie dotykaj mnie!- warknął.- Ty... Ty...
-Gerard, uspokój się!- krzyknąłem.
Chłopak spuścił wzrok.
-Mógłbyś mi powiedzieć o co ci do cholery chodzi?- spytałem.
-Frank... Jak ty mogłeś mi coś takiego zrobić...?- wyjąkał, do jego oczu zbierały się łzy.
-Ale co ci niby zrobiłem?
-Ty... Ty... Z-zgwałciłeś g-go... - wybuchnął głośnym szlochem.
Nie mogłem uwierzyć w to co powiedział. Oniemiały opadłem całkiem na ziemię. Ukryłem twarz w dłoniach. On mu uwierzył... Uwierzył, że to ja go zgwałciłem. Ja. Kurwa, ja mam szesnaście lat to po pierwsze, a po drugie nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby coś tak okrutnego zrobić. Z bezsilności rozpłakałem się.
-Gerard...- wyjąkałem.- Czy t-ty mu naprawdę uwierzyłeś?
-To mój brat.
-Wiesz co? Już nawet nie rób mi tutaj wymówek, że to twój brat... Nie wiesz, jak było naprawdę.
Wstałem z ziemi i rzuciłem ostatnie spojrzenie na Gerarda. Patrzył się tępo przed siebie. Po jego policzkach spływały łzy. Wracam do domu, nic więcej nie zrobię. Jestem zły na siebie, że nie odepchnąłem od siebie Mikey'a, zły na niego, że kłamie i zły na Gerarda, że uwierzył w to, co powiedział jego kochany braciszek -kłamca. Schowałem ręce do kieszeni spodni i ruszyłem z powrotem do kamienicy. Nie wiem, czy był to dobry pomysł, bo tam był Mikey. Nawet nie mam gdzie iść... -przeleciało mi przez głowę. Zaraz... Mój dom... Ale cholera, kto ma klucze? Musiałbym zrobić włamanie, bo w środku są zapasowe. Raz się żyje, umiem wyłączyć przecież alarm, więc może nie będzie to aż tak trudne. Mimo to i tak muszę iść do domu Gerarda po jakiś śrubokręt czy coś, zdemontuję drzwi. Boże, ale jestem zły.
***
Stałem przed moim kochanym domkiem, z śrubokrętem w ręku. Rozejrzałem się dokładnie po okolicy, czy aby nikogo nie zdziwi nastolatek próbujący się włamać do swojego domu. Czuję się jak najgorszy kryminalista. Straszne uczucie. Nałożyłem kaptur bluzy na głowę i podszedłem do domu. Zacząłem się bawić w rozmontowywanie drzwi. Nie minęło sporo czasu, a drzwi stały ładnie oparte o ścianę. Muszę stwierdzić, że moi rodzice niezbyt pomyśleli kupując te drzwi. Bardzo łatwo je zdemontować. Wszedłem do domu. W przedpokoju zastałem ten sam wygląd, gdy ostatni raz opuszczałem mieszkanie. Wyłączyłem pośpiesznie alarm i zająłem się zakładaniem drzwi. No, poszło jak po maśle. Zamknąłem je na klucz i wślizgnąłem się do dalszej części domu. Było tu tak cicho. Brakowało dawnych rozmów, przeprowadzanych dzień w dzień przy stole... Szumu odkurzacza, czy pisków i innych dźwięków wydawanych przez telewizor. Jedna łza spłynęła mi po policzku. Czy tego mi brakowało w moim nowym domu? U Gerarda? Wcale nie. Ten mężczyzna mi wszystko zapewniał, nawet miłość. A ja za jego plecami takie rzeczy robię... Nie, ja ich wcale nie robiłem. To nie moja wina, że jakiś pieprznięty Mikey się na mnie rzucił, no... Czy ja tego chciałem? No naturalnie, że nie. Nigdy bym nie zdradził Gerarda, zbyt wiele dla mnie znaczy. Tylko, że on nawet nie chce prawdy znać, no to co poradzić. Pieprzę, będzie chciał to się dowie, jak było. Rozejrzałem się chwilę na parterze. Podszedłem do schodów, aby udać się do mojego pokoju. Stanąłem na pierwszym stopniu, który wydał przeraźliwy dźwięk skrzypnięcia. Bez pośpiechu wszedłem po schodach na górę. Po drodze do mojego pokoju zajrzałem do sypialni rodziców. Nic nie naruszone. Niepościelone łóżko, otwarta szafa. Uklęknąłem przed komodą w celu znalezienia zapasowych kluczy. Otworzyłem pierwszą szufladę, w której nic nie znalazłem oprócz biżuterii mamy. Druga szuflada była zupełnie pusta, tak samo jak i trzecia. Cholera, przecież powinny gdzieś tutaj być. Z trzaskiem zasunąłem trzecią szufladę i wstałem z podłogi. Rozejrzałem się po pokoju. Bingo! Szafka nocna taty. On lubił tam trzymać różne dokumenty i inne bzdety. No i tak jak myślałem, tak było. W szufladce leżał pęczek błyszczących kluczy od domu i od garażu. Schowałem go do kieszeni i wyszedłem z pomieszczenia. Powędrowałem do swojego pokoju. Nic się tu nie zmieniło. Syf. Nawet kurz na półkach się zadomowił na dobre. Zauważyłem, że jest otwarte okno, więc postanowiłem je zamknąć. Wtedy zobaczyłem coś, co nie powinno się wydarzyć. Policja. No nieźle. Brawo, Frank. Przecież tak czy owak włamałeś się do swojego domu. Zacząłem panikować. Zostawiłem już otwarte okno i szybko opadłem na ziemię. Pewnie jakaś cholerna sąsiadka zadzwoniła na policję, jak zobaczyła gówniarza takiego jak mnie. Nawet nie pomyślała, że to może być Frank, syn państwa Iero, bo po co być normalnym. W domu rozległo się pukanie do drzwi. Stawało się coraz głośniejsze i głośniejsze, przekształcało się niemal w rozpaczliwe walenie w drewno. Nagle wszelkie odgłosy ucichły, a na dworze było słychać krzyki. "Tam nikogo nie ma, pani Flirch!'', krzyczał jeden z policjantów. Policjanci pewnie pomyśleli, że jej się coś przewidziało. Zaśmiałem się pod nosem i wstałem z podłogi. Przy domu nie było już nikogo, więc spokojnie mogłem się poruszać. Ucieszyłem się na widok mojej ukochanej gitary, która stała samotnie w kącie pokoju. Podbiegłem do niej i chwyciłem ją za gryf. Usiadłem wygodnie na łóżku i szarpnąłem delikatnie palcami struny, z których wydobył się okropny zgrzyt. Nastroiłem ją. Teraz nadawała się do grania. Siedziałem przez dłuższy czas w skupieniu myśląc o utworach, które mógłbym zagrać. Nic szybko nie chciało mi przyjść do głowy, więc wyjąłem z szafki pod biurkiem zeszyt z różnymi piosenkami i chwytami. Po chwili z gitary wydobywały się piękne dźwięki. Można powiedzieć, że na długi czas straciłem wszelki kontakt z rzeczywistością. Byłem zbyt pochłonięty grą na gitarze, która w tym momencie uspokajała mnie i myśli buzujące w mojej głowie.
Minęło dużo czasu, zanim skończyłem grać na gitarze. Gdy spojrzałem przez okno, uświadomiłem sobie, jak długo grałem. Było już późne popołudnie. Słońce bardzo, ale to bardzo opornie zbliżało się do zachodu. Odłożyłem gitarę na swoje miejsce w kąt pokoju, a zeszyt rzuciłem na biurko. Mój brzuch postanowił przypomnieć mi o tym, że nie jadłem nic od paru godzin, a w lodówce raczej nie miałem się niczego innego spodziewać niż światła. Wydobyłem z kieszeni spodni komórkę. Odblokowałem ekran. Trzy nieodebrane połączenia od Gerarda. Olałem to i wybrałem dobrze mi znany numer do pizzerii. Po złożeniu zamówienia zszedłem na dół z portfelem w ręku i zdjąłem z siebie bluzę, którą rzuciłem na komodę w przedpokoju i udałem się do salonu, gdzie usiadłem na kanapie. Spojrzałem na siebie i uświadomiłem sobie, że jestem ubrany w jeansy i podkoszulkę od piżamy... No trudno. Mało mnie to szczerze obchodziło. Znajdowałem się w swoim domu, a nie na jakimś pokazie mody. Chwyciłem do ręki pilot od telewizora i go włączyłem. Jak zwykle gówno było w telewizji. Włączyłem program w stylu "Trudne Sprawy" i rozsiadłem się wygodniej na kanapie, wcześniej odkładając pilot na ławę. Ten serial był mega nudny, ale i tak go oglądałem, nie wiem czemu. Może to wynikało z braku innego, lepszego zajęcia? Chyba tak. W pomieszczeniu rozległo się dobijanie do drzwi. Wstałem pospiesznie z kanapy. Poprawiłem włosy i wziąłem z ławy naszykowany do zapłaty za pizzę portfel. Otworzyłem drzwi i już miałem otwierać portfel, gdy...
Ja po prostu nie wierzę w życie. Nie wierzę w moją pojebaną egzystencję na tym równie pojebanym świecie. Gerard stał z moją pizzą przed drzwiami i się głupio uśmiechał. Rzuciłem portfel na komodę w przedpokoju i wziąłem z rąk mężczyzny pizzę. Przed zamknięciem mu drzwi przed nosem rzuciłem coś w stylu "Nie wiedziałem, że teraz pracujesz jako dostawca pizzy", a następnie trzasnąłem z całej siły drzwiami i poszedłem do salonu. Położyłem opakowanie na ławę, a następnie je otworzyłem. Błogi zapach gorącej pizzy wypełnił moje nozdrza, jak i całe pomieszczenie. Zabrałem się do jedzenia, gdy w całym domu znowu rozległo się pukanie do drzwi. Wstałem znowu z kanapy i otworzyłem drzwi wejściowe.
-CZEGO?!- krzyknąłem Gerardowi prosto w twarz.
-Mogę wejść?- spytał spokojnie.
-NIE!
Trzasnąłem drzwiami, lecz nie do końca. Glan Gerarda skutecznie uniemożliwił mi dokończenie tej czynności. Poddałem się i wpuściłem go do środka. Wparowałem do salonu i usiadłem na kanapie kontynuując mój posiłek. Do salonu powoli wszedł również Gerard, dokładnie rozglądając się po pomieszczeniu. Był tu pierwszy raz.
-Po co tu przylazłeś?- burknąłem, gdy zasiadł w fotelu.
-Porozmawiać?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Nie mamy o czym. Już wszystko wiesz na temat mnie i Mikey'a.- warknąłem.
-Powiedziałeś, że nie wiem jaka jest prawda.
-I co cię to gówno obchodzi, jaka jest prawda?
-Obchodzi. Nie chcę żyć w kłamstwie.- westchnął i spojrzał na mnie.
Odłożyłem kawałek pizzy i wyłączyłem telewizor.
Cały czas patrzyłem prosto w oczy Gerardowi.



środa, 10 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XIX

[Gerard]
Nie mam bladego pojęcia, co tu się stało. Siedziałem w wannie, w łazience, z której przed chwilą wyszedł Frank. Patrzyłem się w punkt na przeciwko siebie oszołomiony zachowaniem chłopaka. Nie wiedziałem co mu się stało, co go drażniło. Miał na plecach mocne zadrapania i siniak na biodrze. Co się mogło stać podczas mojej, niezbyt długiej nieobecności? To pytanie wciąż krążyło po mojej głowie. I ta zapłakana twarz, obraz, który cały czas widnieje w mojej głowie. Wyszedłem z wanny, po czym chwyciłem ręcznik w dłonie i dokładnie się wytarłem. Włożyłem na siebie ubrania, które leżały w łazience i wyszedłem z pomieszczenia, uprzednio gasząc światło. Byłem skołowany. Nie wiedziałem co się stało przez zaledwie dwie godziny w tym domu. Usłyszałem trzask drzwi wejściowych. Ktoś wyszedł z mieszkania i dobrze wiedziałem, że to był Frank. Nie poszedłem za nim, ponieważ dobrze wiedziałem, że potrzebuje trochę spokoju i samotności. Potrzebuje pomyśleć. Myślę, że jak wróci, to wszystko mi wyjaśni. Nic mu się nie powinno stać, to mądry chłopak. Wszedłem do salonu, gdzie siedział Mikey popijający kawę i oglądający telewizję. Usiadłem w fotelu obok kanapy. Byłem zdołowany. Chciałem za wszelką cenę wiedzieć co tu się stało! Oparłem się głową o dłoń i spojrzałem na Mikey'a pochłoniętego programem kulinarnym. Może on mi coś powie.
-Michael?- spytałem.
-Tak?
-Co tu się stało?
-Nic?
No i koniec rozmowy. Nic więcej się nie dowiem. Nie wiedziałem, co dalej począć z tym wszystkim. Frank wyszedł, Mikey siedzi cicho i nic nie mówi. Cholera jasna.
-Mikey?
-Czego ty ode mnie chcesz?!
-Błagam, powiedz mi co tu się stało, no!
-Aż tak bardzo chcesz wiedzieć?- zapytał.- Tylko pamiętaj, żeby potem nie było, że ci to powiedziałem.
-Mikey...- powoli zaczynała mnie irytować ta sytuacja.
-No dobra, dobra. A więc... Frank mnie zgwałcił.- powiedział prosto z mostu.
-Hahaha...-zaśmiałem się histerycznym śmiechem.- Że co?! Weź on ma szesnaście lat, jest niższy od ciebie o co najmniej głowę i miał cię... No ten tego?
-Tak...- po chwili wpatrywania się w moje oczy spuścił wzrok i ukrył twarz w dłoniach.
-To skąd niby się wzięły te zadrapania na plecach i siniak na biodrze?- spytałem.
Mój głos się łamał. Ciężko było mi w to uwierzyć... Mój mały, kochany Frank? Przecież on nie mógł czegoś takiego zrobić. Tylko komu mam wierzyć? Bratu, który mi zawsze pomagał, zawsze był dla mnie oparciem, znam go już tak długo, czy Frankowi, którego kocham nad życie, ale znam go miesiąc...
-Myślisz, że nie próbowałem się bronić?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
Wszystko składało się w logiczną całość. Coraz bardziej wierzyłem Michaelowi. Być może to, co on mówił, rzeczywiście było prawdą... Jak Frank mógł mi coś takiego zrobić... Jak on mógł zrobić coś takiego mojemu bratu?! Byłem wściekły, a jednocześnie zrozpaczony. To jest niemożliwe.
-Mikey... Przepraszam.- szepnąłem.
-Gerard, oby tylko nie przeniósł na mnie żadnej choroby, czy coś... Trudno. Co się stało, to się nie odstanie.- przybliżył się do mnie i poklepał po plecach.
Ukryłem twarz w dłoniach i wybuchłem głośnym płaczem. Mikey wstał z kanapy i wyszedł z pokoju. Następnie usłyszałem trzask drzwi. Zostałem sam z wielkim problemem na głowie. To jest coś niewybaczalnego... Najgorsze jest to, że i tak go kocham. Właśnie, gdzie on jest?
***
[Frank]
Tyle czasu spędzonego pod tym jebanym drzewem. Zrobiło się ciemno i zimno. Musiałem wracać już do domu. Podniosłem się z ziemi. Wszystko mnie bolało. Czułem się źle. Podle. I jeszcze dużo określeń mojego okropnego nastroju. Oczy popuchnięte od łez, zapłakana twarz. Oparłem się o drzewo. Jedyne o czym teraz myślałem, to ramiona Gerarda, łóżko i gorąca herbata. Bałem się o wszystkim powiedzieć czerwonowłosemu. Gorzej, jeśli Mikey już to zrobił za mnie, dlatego postanowiłem biegnąć, może jeszcze nie jest za późno. Uznałem, że pójdę na skróty, będzie szybciej. Stąpałem po nieoświetlonej dróżce i zbliżałem się do bocznego wyjścia z parku. Usłyszałem za sobą głosy, pijackie rozmowy. Odwróciłem się za siebie i ujrzałem pięciu, kompletnie pijanych mężczyzn. Schowałem ręce do kieszeni spodni. Przyspieszyłem nieco kroku, aby szybciej znaleźć się przy wyjściu z parku. Moje serce zaczęło mocniej bić, gdy głosy mężczyzn stawały się coraz głośniejsze. Zbliżali się do mnie. Zamknąłem mocno powieki i starałem się nie zwracać na siebie ich uwagi. Minęli mnie- pomyślałem, gdy wszelkie odgłosy ucichły. Rozchyliłem powieki i ujrzałem przed sobą jednego z pijanych mężczyzn. Obróciłem się dookoła. Wszyscy tu byli.
-Hej malutka, może chcesz się zabawić?- powiedział jeden, na co jego towarzysze głośno się zaśmiali.
Zacząłem płytko oddychać. Bałem się. Zauważyli to. Jeden z nich wykręcił mi ręce do tyłu i przycisnął do swojej piersi. Patrzyłem na nich wystraszonym wzrokiem. Było się nie ruszać z domu, albo wrócić wcześniej. Tak, bardzo teraz żałuję swojej decyzji. Dostałem mocny kopniak prosto w brzuch. Zgiąłem się w pół. Uścisk rozluzował się, a ja opadłem bezwładnie na chłodny beton. Drugi mężczyzna przywalił mi pięścią w twarz, a następnie wszyscy zaczęli mnie kopać po twarzy, po moim już zbyt obolałym ciele. Z ust wyciekała strużka krwi, która spływa po mojej brodzie. Ostatni kopniak. Skuliłem się.
-Ej, chłopaki, chodźcie już. Żona mnie zabije za to, że znowu wracam późno. Zostawcie już go w spokoju.- powiedział najbardziej trzeźwy z nich.
W myślach dziękowałem mu, że jako jedyny myślał rozsądnie i powstrzymał swoich kolegów przed dalszym biciem mnie. Nic im w końcu nie zrobiłem. Popatrzyłem, jak mężczyźni oddalają się chwiejnym krokiem, a gdy zniknęli mi z pola widzenia, powoli wstałem i trzymając się za bolący brzuch poszedłem w stronę wyjścia. Teraz tylko dojść do domu. Splunąłem krwią na chodnik. Spojrzałem przed siebie i ujrzałem kamienicę. Już niedaleko. Jeszcze tylko kilkanaście metrów. Wlokąc za sobą nogi doszedłem do kamienicy i otworzyłem drzwi, które gwałtownie pod wpływem przeciągu otworzyły się na roścież, powodując mój upadek. Zwlokłem się z podłogi i zacząłem czołgać się po schodach w górę. Gdy wreszcie ujrzałem upragnione drzwi do mieszkania Gerarda, podparłem się o ścianę i otworzyłem drzwi. Nie były zamknięte na klucz. Zamknąłem za sobą drzwi i zacząłem zdejmować glany. No właśnie, glany. Że też ja ich nie wykorzystałem do samoobrony. Frank, geniusz zła. Teraz bym nie był poobijany. Gdy skończyłem zdejmować buty, chwiejnym krokiem ruszyłem do salonu, gdzie siedział Gerard i oglądał coś w telewizji. Nawet mnie nie zauważył. Jego twarz nie wyrażała nic. Podszedłem do niego i uklęknąłem przy fotelu, w którym siedział.
-Gerard?- wyszeptałem.
Odpowiedziała mi cisza, zakłócana przez odgłosy telewizora.
-Gee...?
-Czego, durniu?
-Co ci się stało?
-Ty już sam dobrze wiesz co.- odpowiedział chamsko.
Wstał z fotela.
-A, i dzisiaj śpisz tutaj.
-Co?
-To co słyszałeś.
Rzucił mi złowrogie spojrzenie. Zniknął gdzieś na korytarzu. Trzask drzwi. Ale co ja mu do cholery zrobiłem?! Będę musiał się dzisiaj zadowolić twardą kanapą i kocem. Super. Nawet nie zauważył dupek, że jestem pobity. Poszedłem do łazienki, aby się wykąpać i obmyć rany. Zamknąłem za sobą drzwi. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Wanna powoli napełniała się ciepłą cieczą, a ja dolałem trochę płynu do kąpieli. Zdjąłem z siebie podkoszulek i zobaczyłem kilka dosyć wielkich rozmiarów siniaków. Rozcięta warga i zaczerwieniony lewy policzek. Na brodzie widniała zaschnięta krew. Zdjąłem spodnie razem z bokserkami i skarpetkami. Rzuciłem to wszystko na podłogę i wszedłem do wanny. Nareszcie chwila relaksu. Nie wiedziałem i nawet nie próbowałem się domyślić co czeka mnie jutro. Umyłem się i wytarłem w ręcznik. Założyłem na siebie podkoszulkę i bokserki. Zgasiłem światło w łazience i poszedłem do salonu, gdzie miałem spędzić najbliższą noc. Ułożyłem się na kanapie, która okazała się naprawdę niewygodna. Kto tworzy takie kanapy? Przykryłem się szczelnie kocem pozostawionym na kanapie i ułożyłem się do snu, który tak szybko nie nadejdzie. Obróciłem się na drugi bok z myślą, że zaraz wtulę się Gerarda i zasnę. Jestem tępy.
To będzie długa noc...
_________________________________________________________________________
Nie jestem w pełni usatysfakcjonowana rozdziałem, bo jest krótki i zawsze mógł być lepszy, ale przynajmniej jest. xD
Obiecuję, że nad następnym bardziej się postaram...



piątek, 5 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XVIII

Musicie mi wybaczyć, za tak częste wstawianie rozdziałów, mimo tego, że miały być tylko i wyłącznie w weekendy xD Ale no w sumie, to już tak jakby weekend jest xD
Nie, ja po prostu tak nie mogę, to już podchodzi pod chorobę niespokojnej ręki i palców xD
Boże w ogóle, to jak ja Mikey'a tutaj za takiego brutala zrobiłam ;_;
Pliiss, wybaczcie za ten rozdział, pewnie niektórzy będą chcieli mnie znaleźć i zabić, przez to, co tu się wydarzy XD
Albo może i nie. xD 

Ogółem, rozdział beznadziejny xD
_________________________________________________________________________________________
[Frank]
Usiadłem na blacie kuchennym, o mały włos nie rozlewając na siebie wrzącej kawy. Mikey obejmował mnie mocno w pasie. Przesuwałem swoje ręce wzdłuż jego nagich pleców, od czasu do czasu zadrapując je. Pocałunek przybierał na sile. Nie był pełen miłości i czułości, tak jak z Gerardem. Po prostu był bardzo brutalny i okropny. Nie wiem czemu to zrobiłem. To było naprawdę nie w porządku i nie w moim typie, lecz i tak się oddałem. Jakby Gerard się o tym dowiedział to... Ręka, noga, mózg na ścianie, oko na widelcu, lub mniej makabrycznie- wywalenie z domu. Właśnie sobie uświadomiłem, że zdradzam mojego chłopaka z jego bratem. No ładnie, Franklinie. Matka by cię na pewno za to nie pochwaliła. Poczułem, że tracę pod dupą miejsce stabilne. Mikey przenosił mnie, nie wiem gdzie. Miałem zamknięte oczy i byłem zbyt pochłonięty pocałunkiem, który wcale mi się nie podobał. Wmawiaj sobie dalej.- coś zaskrzeczało w mojej głowie. Michael oderwał się ode mnie i zaczął obcałowywać moją szyję, czasem ją przygryzając. No świetnie. Spojrzałem na aktualną sytuację, w której się znajdowałem. Szliśmy korytarzem w stronę... Łazienki? Po co mu do cholery łazienka? Otworzył drzwi jedną ręką, drugą dalej mnie niosąc i weszliśmy do pomieszczenia, które zalało mdłe światło znajdujące się koło lustra. Po chwili pomieszczenie bardziej się rozjaśniło, a Mikey zamknął drzwi na klucz. Usadził mnie na brzegu wanny, odkręcając kurek z ciepłą wodą i nalewając trochę płynu do kąpieli. Wanna napełniała się cieczą, podczas gdy mężczyzna zaczął ze mnie ściągać poszczególne części mojej garderoby, a było ich niewiele, ponieważ byłem w piżamie. Wtedy właśnie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Nie, nie będę nic z nim robił. Skutecznie odepchnąłem go od siebie.
-Co ty robisz?- zapytałem przerażony.
Mikey nie odpowiedział tylko podszedł do mnie i kontynuował rozbieranie mnie.
-Kotku, przecież mówiłem, że się zabawimy.- szepnął mi do ucha.
Zaczął majstrować przy moim pasku.
-Ale ja nie chcę!- krzyknąłem jak rozhisteryzowana nastolatka.
W sumie tak jakby to jestem nastolatkiem, mam w końcu szesnaście lat. Mikey coraz bardziej zaczynał mnie przerażać. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Nie uda mi się go odepchnąć, jest zbyt silny.
-No to masz, że tak powiem problem. W takim razie, wezmę cię siłą.- powiedział ze spokojem w głosie, a na jego twarz wpłynął wróżący niezbyt dobre rzeczy uśmieszek.
Przeraziłem się, gdy usłyszałem z jego słów ostatnie zdanie. Siedziałem przed nim już prawie nagi, jedyne co pozostało na moim ciele to bokserki, które zapewne zaraz zostaną zdjęte z mojego tyłka. Podczas gdy Mikey się rozbierał, ja postanowiłem uciec. Stanąłem szybko na podłodze i w tempie ekspresowym podbiegłem do drzwi. Klucza nie było w zamku. W momencie, w którym szarpałem się nerwowo z klamką, półnagie ciało chłopaka przylgnęło do mnie i bardzo szczelnie zamknął mnie w swoim objęciu. Całował moją szyję. Uległem pod wpływem pocałunków i zaprzestałem szarpaniny z klamką. Mikey delikatnie zsuwał z mojego ciała bokserki, na co próbowałem reagować, lecz nie za bardzo mi to wychodziło. Za każdym razem, gdy próbowałem je z powrotem naciągnąć na moje ciało, blondyn gryzł moją skórę szyi. Proszę, Gerard, weź tu teraz wejdź do tego domu i mnie uratuj! Niestety, moje prośby nie zostały wysłuchane. Mikey mnie podniósł i włożył do wanny z ciepłą wodą. Patrzyłem bez przerwy na jego poczynania. Nie dałem po sobie zdradzić, że się kurewsko boję, lecz i tak moje ciało było całe sparaliżowane, pod wpływem tego, co miało się za chwilę stać. Mikey chciał mnie wykorzystać. Ja wcale nie chciałem z nim uprawiać seksu i to do tego w wannie*, cóż to w ogóle za głupi pomysł?! Seks w wannie? Czyli mogłem to zaliczyć prawie pod gwałt. Blondyn zdjął z siebie swoje spodnie razem z bokserkami i wszedł do wanny. Usiadł na przeciwko mnie i zakręcił kran. Pojedyncze krople spadały do zbiornika z wodą. Mikey przybliżył się do mnie i usiadł okrakiem na moich nogach. Na brzuchu poczułem jego nabrzmiałą męskość. Wpił się moje usta i zaczął pocierać swoim kroczem o moje, co wcale nie wywołało na mnie dużego wrażenia. Michael, gdy zauważył, że mnie w ogóle nie podnieca, wbił swoje paznokcie w moje plecy i przejechał po nich, tworząc długie, piekące ślady. Oderwał się od moich ust i obrócił mnie na brzuch. Bez żadnego przygotowania wszedł we mnie cały i zaczął się szybko ruszać. Co chwilę wydawałem z siebie krzyki bólu i rozpaczy. Po mojej twarzy zaczęły płynąć gorzkie łzy. Zacząłem się wiercić, przez co chłopak przywalił mi z całej siły w biodro. Na szczęście nie trwało to długo. Spełnił się we mnie i tak po prostu wyszedł z wanny. Siedziałem w wodzie, w niezbyt dobrym nastroju. Cały obolały, obróciłem się na plecy i ułożyłem się wygodniej. Mikey wytarł się ręcznikiem i ubrał w ubranie. Otworzył drzwi, a ja usłyszałem, że na korytarzu ktoś otwiera drzwi wejściowe. Zatrzasnął szybko drzwi od łazienki, a ja zostałem tu sam i wykorzystany. Muszę powiedzieć o tym Gerardowi, ale co jeśli uzna to za zdradę i nie będzie chciał mnie znać? Usłyszałem głosy pod drzwiami.
-Gdzie Frank?- zapytał Gerard.
-W łazience.- odpowiedział Mikey, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Tak Gerard, proszę wejdź tu i mnie ratuj. Nagle klamka opadła w dół.
-Mogę?
-Tak...
Do środka wślizgnął się Gerard i zamknął za sobą drzwi. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
- F... Frankie?- wydusił.-Co się stało, kochanie?
-Nic.-powiedziałem pod nosem.
-Przecież widzę, że płakałeś.
-Gerard, wszystko w porządku.-oznajmiłem.
Podszedł do mnie i uklęknął przy wannie, chwytając moją dłoń, którą delikatnie pocałował. Spojrzał w moje oczy, a ja spuściłem głowę. Nie miałem odwagi spojrzeć w jego oczy. Bałem się, że zauważy, że coś serio jest nie tak.
-Co się stało?- spytał ponownie i chwycił mnie za podbródek, zmuszając do spojrzenia na niego.
-Nic, naprawdę. Tęsknię za rodziną.- skłamałem.
Gerard od razu wyczuł, że coś jest nie tak, lecz nic już nie mówił. Wstał z podłogi i zdjął z siebie ubrania, a następnie usiadł na przeciwko mnie w wannie. Pokazał gestem dłoni, że mam usiąść koło niego, więc jako grzeczny chłopak wykonałem polecenie. Usiadłem wygodnie na jego nogach, a on objął mnie ręką w pasie. Wtuliłem się mocno w jego klatkę piersiową, która równomiernie unosiła się i opadała. Drugą ręką machinalnie głaskał mnie po moich długich włosach. Patrzył tępo w przeciwległą ścianę.
-Co to za zadrapania na plecach?
Moje serce zabiło mocniej. Zacząłem się denerwować. I co mu teraz odpowiedzieć? "Słuchaj, Gerry. Pieprzyłem się z twoim bratem, ale naprawdę tego nie chciałem. Można to zaliczyć pod gwałt."?
-Franklinie Anthony Iero. Albo mi powiesz co się stało, albo idziemy na mega długi spacer, a wiesz przecież, że jest upał.
-Szantażysta głupi.- mruknąłem i wyrwałem się z jego objęć.
Wyszedłem z wanny i wyciągnąłem z szafki jeden ręcznik. Obwinąłem się nim wokół bioder.
-A ten ładny siniak na biodrze to skąd?- odezwał się.
Wyszedłem z łazienki po drodze zatrzaskując drzwiami. Wpadłem do sypialni, gdzie na szczęście nikogo nie zastałem i mogłem w spokoju się ubrać. Wyjąłem z szafy siwe rurki, podkoszulek z logiem zespołu Metallica i wrzuciłem na siebie bieliznę oraz ubrania. Wyszedłem z pokoju. W salonie zastałem tylko Mikey'a, który cicho się śmiał pod nosem. Znalazłem się w przedpokoju i zwinąłem Gerardowi glany, które włożyłem na stopy i wyszedłem z domu, głośno trzaskając drzwiami. Pierdolę ich wszystkich.
***
Nie wiem, ile tak łaziłem bez celu po mieście i po parku, ale wiem, że któryś raz z rzędu mijałem alejkę, a w dodatku było już popołudnie. Nie wziąłem telefonu, kasy, nic. Byłem sam, nikt mi nie przeszkadzał i było dobrze. W końcu zatrzymałem się pod wysokim drzewem, tam gdzie jeszcze wczoraj przed pojawieniem się per Michael'a Dupka Wykorzystującego Niewinnych i Nieletnich Chłopców Way w naszym domu. Usiadłem na ściółce i oparłem się o pień drzewa, przyciągając do siebie nogi. Nie chcę tam wracać. Nie, gdy jest tam Mikey. Boję się go. Ale jeszcze bardziej boję się Gerarda, który tak naprawdę nie wiem co zrobi, gdy się dowie, a pewnie już się dowiedział, że jego chłopak jest niewierny. Chciało mi się ryczeć. Jedyne co teraz w ogóle mogłem to ryczeć. Tak więc pojedyncze łzy zaczęły mi spływać po twarzy, a ja nie wiedziałem co robić dalej. Jak żyć? Rozpłakałem się na dobre, jak małe dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę. Z bezsilności położyłem się na ziemi i patrzyłem w zachmurzone niebo. Zbierało się na deszcz, lecz i tak miałem to gdzieś. Teraz już tylko marzę, aby zasnąć i więcej się nie budzić. Czuję się podle.
Czy znowu muszę szykować się do strat?
_________________________________________________________________________________
*Amia, jesteś geniuszem zła... Pisałam ci to już?


           

wtorek, 2 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XVII

A teraz bawcie się i radujcie się!
Wstawiam następny rozdział tak wcześniej, bo... Nudzi mi się xD A po za tym mam wenę, więc tak sobie myślę, czemu by dzisiaj nie napisać kolejnego rozdziału? Jest on podzielony tak jakby na dwie części, znaczy chodzi mi o to, że najpierw jest z perspektywy Gerdzia, a potem Frania (tylko nie narzekać, że tak krótko z jego perspektywy, reszta w następnym rozdziale xD). W ogóle to wydaje mi się, że robię dłuższe rozdziały niż zwykle xD
Tak więc oto jest następny rozdział! :D
ENJOY!
_________________________________________________________________________________
[Gerard]
-Co ty tu do jasnej, kurwa, cholery robisz?!-spytałem ponownie, nie wierząc w to co widzę.
Za progiem drzwi stał on. Żywy człowiek z krwi, skóry i kości. Ten sam chudy, wyższy ode mnie o niewiele chłopak, który mi bardzo pomógł, ale w ostateczności opuścił, bo nie chciał mnie znać. Blondyn, krótkie włosy, postawione do tyłu, lekki zarost i dziwne okulary, które powinien już dawno wymienić na lepszy model. Ubrany w jakiś wieśniacki, modny podkoszulek na ramiączkach, czarne Air Max'y i jeansowe rurki. Ktoś, dla kogo powinienem być wzorem, oparciem, a tymczasem było na odwrót. Mój kochany i dupiaty braciszek- Mikey.
-Stoję?- odpowiedział.
-No zauważyłem, idioto. A tak dokładniej to czemu tu stoisz?
-Bo wróciłem do New Jersey?
-Nie spodziewałem się tego po tobie.
Zmierzyłem go uważnie wzrokiem.
-Gerard, kto przyszedł?- zawołał Frank, który po chwili wszedł do przedpokoju i stanął za mną.
-Mój brat.- mruknąłem.
Frank wyszedł zza mnie.
-Hej, jestem Frank, miło mi.- wyszczerzył się i podał dłoń mojemu bratu.
Mikey od razu podał rękę i odwzajemnił uśmiech.
-Ja nazywam się, Mikey. Jak już wiesz, jestem bratem Gerarda i zatrzymam się tu na jakiś czas.- odwrócił się do mnie i posłał mi szyderczy uśmieszek.
Łapy precz od niego!- krzyczało coś w mojej głowie i kazało Michael'owi właśnie w ten sposób powiedzieć, ale nie miałem na tyle odwagi. Dobrze wiedziałem, że Mikey jest homoseksualny i również wiem, co oznaczało, że zastał u mnie tak przystojnego chłopaka jak Frank. Dla niego było to po prostu siódme niebo... Niech tylko spróbuje dotknąć Franka, to się z nim policzę. Swoją drogą, widziałem z jakim pożądaniem patrzył na mojego chłopaka. I jeszcze ten szyderczy uśmieszek... Aż mnie ciarki przechodzą po ciele. A może by go tak wygonić? Albo po prostu dopilnować, żeby Frank się z nim jak najrzadziej widywał... Wnioskując, musiałbym cały czas z Frankiem z domu wychodzić, co nie za bardzo mu odpowiada, szczególnie w taki upał. Sytuacja bez wyjścia. No to się zrąbało. Co tego idiotę podkusiło, żeby tu przyjechać? Podczas gdy ja stałem zamyślony, Frank zaprosił Mikey'a do środka i poszli do salonu. No ładnie, teraz będą Best Friends Forever and Ever, a potem Bóg wie co z tego będzie. Super. Zamknąłem drzwi wejściowe na klucz i poszedłem do salonu. Ten widok mnie przeraził. Frank i Mikey się świetnie dogadywali, śmiali się i w ogóle. Mam nadzieję, że Frank szybko się dowie, jaki Mikey jest głupi.
Zaraz Gerard, czy ty aby nie jesteś zazdrosny? Nie, skądże. Ja po prostu się martwię, że stracę Franka i to tyle. Każdy by się bał o ukochaną osobę, więc czemu mam być inny? Mam go olać? No chyba nie. Oparłem się z założonymi rękami na klatce piersiowej o framugę drzwi i dokładnie przyglądałem się temu całemu wydarzeniu. To było pewne, że mój braciszek sobie upolował kolejny kąsek do schrupania, zabawi się z nim, a na koniec wypluje. Muszę szybko wyrwać mojego Frania z jego szponów. Inaczej chłopak będzie miał jeszcze gorsze życie niż dotychczas. Odchrząknąłem głośno, a BFFAE spojrzało na mnie z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy.
-Przepraszam państwo, czy mógłbym wam przerwać jakże porywającą rozmowę?- zapytałem z ironią w głosie.Frank spojrzał na mnie, jakbym mu co najmniej matkę zabrał.-Frank, proszę. Idź na chwilę do swojej sypialni. Muszę zamienić z Michael'em parę zdań.
Frank spojrzał na mnie ze zrezygnowaniem i grzecznie udał się do swojego pokoju. Gdy usłyszałem trzask drzwi, zasiadłem w fotelu, znajdującym się na przeciwko kanapy, na której aktualnie siedział Mikey.
-Michael, Mikey, Mike. Ty skurwielu.- powiedziałem spokojnym tonem.- Co cię tu sprowadza?
-Co, już nie mogę przyjechać w odwiedziny do brata?- zapytał zaskoczony, słychać było w jego głosie ten przebrzydły, wymiotny ton.
-Nie po tym, jak mnie olałeś i stwierdziłeś, że nie chcesz mnie znać.-oznajmiłem, dalej zachowując się kulturalnie.- Co, coś ci nie wyszło w Niemczech? Zgaduję, że tak, skoro cię tu widzę.
-Owszem, nie wyszło, więc wróciłem tu.
-Wiesz? Powinienem zasadzić ci, kurwa, porządnego kopa z laćka w dupę i wyrzucić na ulicę, ale tego nie zrobię, ponieważ jesteś moim bratem i nie jestem tobą.- wstałem z fotela i podszedłem do niego.
Mikey już nie był taki pewny siebie. Patrzył na mnie z przerażeniem w oczach.
-Spróbuj go tknąć choćby jednym palcem, to się policzymy.- syknąłem mu prosto w twarz.
Uśmiechnął się tylko głupkowato, a ja rzuciłem mu spojrzenie pełne grozy, na co mina mu znacznie zrzedła. Odszedłem od niego i skierowałem się w stronę korytarzu.
-Zajmiesz moją byłą sypialnię, teraz jest ona Franka. Ja i Frank będziemy spać u mnie w pracowni. Kuchnia i łazienka jest do twojej dyspozycji. Zrozumiano?
-Och, Gerard. Bardziej chłodnego tonu nie było? Zrozumiałem.- zaśmiał się i wstał z kanapy.
Poszedłem po Franka do sypialni. Otworzyłem drzwi i wślizgnąłem się do pomieszczenia, gdzie Frank leżał na łóżku, z głową w poduszkach.
-Frank...? Wszystko w porządku?- odezwałem się.
-Ta.
-Widzę, że coś cię gryzie.
-Nie, Gerard. Wszystko okej.-mruknął i usiadł na łóżku.
-Weź piżamę, dzisiaj śpimy w mojej pracowni. Mam nadzieję, że Mikey za niedługo wyjedzie.- westchnąłem i podszedłem do mojego ukochanego. Chwyciłem jego twarz w dłonie i spojrzałem w jego miodowe oczka.- Na pewno wszystko okej, misiek? Nie wydaje mi się.
-Gerard, na pewno. Chodźmy już spać, zmęczony jestem.
-Dobrze. Kocham cię.- musnąłem czule jego usta.
-Ja ciebie też, Gee.
Wyszliśmy z pokoju i  udaliśmy się do mojej pracowni, gdzie spędzimy najbliższą noc, na nie za dużym łóżku, a raczej rozkładanej kanapie, wśród moich prac. Zastanawiam się, co go gryzie. Odkąd przyszedł Mikey, jego dobry humor prysł. A może to przeze mnie? Mam nadzieję, że nie. Frank poszedł się umyć i przebrać w piżamę, a ja rozłożyłem łóżko. Pościeliłem je, a kiedy Frank wrócił, ja poszedłem do łazienki. Gdy wróciłem do pokoju, światło było zgaszone, a Franio leżał w łóżku, wtulony w kołdrę. Delikatnie ułożyłem się koło niego, aby go nie zbudzić i przykryłem nas szczelnie kołdrą. Przyciągnąłem do siebie chłopaka i przytuliłem go.
Niedługo potem oddałem się w objęcia dzisiejszej nocy...
***
Następny dzień, poranek.
[Frank]
Obudziłem się dosyć wcześnie, nie wiem która była godzina, ale jak dla mnie było wcześnie. Gerarda już nie było w łóżku. Odkopałem się spod kołdry i usiadłem. Na stoliku nocnym ujrzałem kartkę złożoną na pół z napisem Frankie. Chwyciłem kartkę do rąk i otworzyłem ją. Była tam zapisana wiadomość, bardzo ładnym pismem, jak się domyślam od Gerarda.
"Wybacz skarbie, wypadły mi dzisiaj jakieś wykłady na uczelni. Musiałem na nie iść. Obiecuję, że jak wrócę to gdzieś razem pójdziemy. :)
                                                                                                                                           Gerard"
No i super. Zostałem sam. Znowu. A nie, przepraszam. Nie sam. Z bratem Gerarda, który wczoraj... No cóż, zrobił na mnie wrażenie. Jest przystojny i mamy nawet takie same tematy do rozmów... Jest miły i w ogóle. Nie rozumiem, czemu Gerard go tak nie cierpi. On jest fajny. Wstałem z radością z niezbyt wygodnego łóżka i powlokłem się do kuchni. Potrzebuję kawy. Wyjąłem z szafki cukier i kawę, wstawiłem wodę na palnik. Gdy zagotowała się, wsypałem kawę rozpuszczalną do kubka, dosypałem cukier i zalałem wrzątkiem. Nagle poczułem, jak ktoś mnie obejmuje w pasie. To Gerard jednak nie poszedł na wykłady?
-Cześć skarbie, myślałem, że jesteś na wykładach.- powiedziałem i odwróciłem się.
O mój Boże. To wcale nie był Gerard, tylko Mikey. Stałem zaskoczony i nic nie mówiłem.
-Mrr, Gerarda nie ma, może się zabawimy.- powiedział.-Co ty na to, skarbie?- szepnął mi do ucha.
Następnie zaczął mnie całować po policzku, a potem w okolicy ust. Ostatecznie wpił się brutalnie w moje usta, od razu wpychając swój ciepły język wgłąb moich ust. Oddałem zachłannie pocałunek.
Kurwa, co ja wyprawiam?!