Gerard od wyjścia Franka stał jak wryty w ziemię w przedpokoju od około pięciu minut. Ręce zaciśnięte w pięści całe mu się trzęsły z żalu do samego siebie, że nic nie zrobił, żeby go zatrzymać przy sobie odrobinę dłużej. Ze złości, że pozwolił tak po prostu doktorowi mu go odebrać. Nie wiedział, co było złego w związku dwóch mężczyzn? Miłość to miłość, czy to dwóch kobiet, czy to kobiety i mężczyzny, czy to dwóch facetów. Serce nie sługa. Co z tego, że chłopak jest niepełnoletni? Nie przyłapali ich w nie wiadomo jakiej sytuacji. Frank chciał tylko nic nieznaczącego całusa. Właśnie, tylko tyle. A doktorek zrobił z tego niemałą aferę.
Way przymknął powieki, a po chwili poczuł, jak po jego policzkach spływają pierwsze łzy.
Weź się w garść, idioto. Świat się jeszcze nie skończył na jednym chłopaku.
Ale on go tak strasznie kocha. Wskoczyłby za nim do ognia, kurwa zrobiłby wszystko, byle by tylko móc być z nim.
Opadł bezwładnie na kolana, na zimną podłogę. Z jego oczu płynęło coraz więcej łez...
Był taki bezradny. Nie mógł nic zrobić. Nic, co by przywróciło Franka.
Człowieku! Opanuj się!
Znowu zachowywał się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, a miał pieprzone dwadzieścia lat. Dlaczego był taki durny? Sam nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ukrył twarz w dłoniach. Powoli zaczął wstawać z podłogi. Potrząsnął na otrzeźwienie głową i podszedł do drzwi wejściowych, aby je zamknąć.
Musisz być silny. Jeszcze nie wszystko stracone.
Powoli wszystko zaczęło wracać do normy, mimo to, że czuł wielką pustkę. Będzie starał się funkcjonować normalnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Dobrze zdawał sobie sprawę, że zachowywał się jak małe dziecko, któremu matka zabrała ulubioną zabawkę, bo było niegrzeczne. Dobrze wiedział, że ktoś inny po prostu by mu powiedział, że jest głupi, że załamuje się z byle powodu, że jest dorosły i powinien się zachowywać jak dorosły. Wszystko doskonale wiedział.
Z ławy w salonie wziął telefon. Wybrał numer. Ta osoba na pewno mu pomoże.
***
Jechali już samochodem z dwadzieścia minut. Frank był wkurzony. W końcu dojechali na jakieś totalne zadupie za miastem. Tak sądził młody Iero. A tak naprawdę było to, no dobrze, może sporo oddalone od miasta miejsce, ale było całkiem urokliwe, gdyby nie patrzeć na świat tak jak Frank. Był zły na całą tą okropną sytuację i miał już dość. Najchętniej skoczyłby z dywanu. Śmierć pierwszorzędna i bardzo oryginalna. Nie chciał być w tym samochodzie z tą dziwną kobietą, która cały czas gadała ze swoją przyjaciółką przez telefon i chwaliła się jakiego to przystojniaka będzie miała w domu. Jeśli mowa o nim, to po pierwsze jest już zajęty, a po drugie... Czy ktoś tu widzi jakiegoś przystojniaka? On nie widział. Jest chudy, niski i blady.
Ten, kto uważa, że jestem przystojny jest ślepy. Ale zaraz... Gerard nie jest ślepy. Chyba.
Zatrzymali się na podjeździe jakiegoś ogromnego, białego domu z czarnym dachem i wielkimi oknami. Z przodu domu rosło pełno roślin, ale przede wszystkim krzewów. Pani Shidley kliknęła jakiś przycisk na kluczyku od swojego samochodu. Brama prowadząca na plac posiadłości zaczęła powoli się otwierać. Następnie kliknęła jeszcze raz i otworzyła się brama od garażu. Czarne BMW wjechało do budynku. Kobieta wyłączyła silnik samochodu i wysiadła z niego. Frank niechętnie postąpił tak samo jak ona. Zamknął z hukiem drzwi samochodu i podszedł do Margaret, która otwierała bagażnik. Iero wyciągnął z niego swoją torbę i gitarę schowaną w czarny pokrowiec. Blondynka zamknęła garaż i razem udali się do domu, gdzie czekał na nich Max.
Przywitał się najpierw z kobietą, którą pocałował delikatnie w usta, a potem z Frankiem, który z zaciekawieniem rozglądał się po ogromnym salonie, który był połączony z kuchnią i jadalnią. Wszystkie pomieszczenia były bardzo nowoczesne. Cały dom był urządzony w jednym stylu. Dominowały tu różne odcienie szarości, bieli i czerni. Jedynie dodatki, typu wazony i obrazy były w bardziej konkretniejszych barwach.
Frank poprawił futerał z gitarą przewieszony przez jego ramię i chwycił torbę z ubraniami w dwie ręce, bowiem zaczęła ona mu już lekko ciążyć.
Jak się jest takim chudym, to dziwne nie jest, że torba jest za ciężka- pomyślał.
- No to Frank, chciałbyś zobaczyć swój pokój? Spokojnie, pomyśleliśmy o tobie i nie jest w nim tak samo biało jak w całym domu. Zdążyliśmy zrobić tam mały remont- powiedział Max i uśmiechnął się szczerze, a właściwie to z lekkim przymusem. Frank od razu zauważył, że jest to jednak nieszczery uśmiech.
Frank spojrzał na niego podejrzliwie.
- Hej, Frankie. Nie jesteśmy twoimi wrogami, tylko nową rodziną. Jesteśmy osobami, którym możesz zaufać - mówiła Margaret. Sranie w banię, a nie. Ja wam nie zaufam. - To co, chcesz zobaczyć swój pokój?
Chłopak niepewnie zgodził się. Jeszcze raz nerwowo poprawił swoją gitarę i ruszyli na górę, na piętro. Trzymał się raczej z tyłu; szedł za nimi, uważnie rozglądając się po obszernym korytarzu ozdobionym licznymi malowidłami na ścianach. Margaret lubiła bardzo sztukę, miała na jej punkcie bzika. Być może dla tego chciała uwieść Gerarda, gdy dowiedziała się, że ten jest artystą...
Było tu pusto... Wszystko było od linijki. Max był perfekcjonistą. Zwariowanym lekarzem perfekcjonistą. Było tu nawet trochę strasznie. Franka przerażał ten dom, a jeszcze bardziej jego właściciele i wystrój budynku w środku. Wszystko było takie nienaganne, wysprzątane i poukładane. Margaret i Max byli dziwną parą. Czarnowłosy czuł się tu nieswojo i chciał wrócić do domu Gerarda, tak bardzo chciał, żeby się okazało, że to jakiś chory sen i że zaraz się obudzi. Czuł się tu jak w psychiatryku. Czuł się, jakby zwariował.
W końcu doszli do ciemnych drzwi. Max otworzył je i weszli do środka. Pokój był niesamowicie wielki i od razu zrobił na Franku duże wrażenie. Był jeszcze większy od tego w domu, w którym mieszkał jeszcze z rodzicami. Jednak nie potrzebował aż tak dużej przestrzeni. W zupełności wystarczyłaby połowa tego pokoju.
Pokój miał granatowo-szare ściany, jasną, drewnianą podłogę i duże okno z widokiem na naprawdę duży ogród z basenem. Cholera, będzie mieszkał w jakiejś pieprzonej willi z basenem! Odstawił torbę i gitarę na duży, miękki czarny dywan. Rozejrzał się po pokoju. Pod ścianą obok okna stało dwuosobowe czarne łóżko z narzutą w czarno-czerwone paski i dużą ilością poduszek. Na przeciwko łóżka stało biurko w kolorze łóżka, na którym leżał laptop, czerwona lampka i metalowy pojemnik na długopisy i różne tego typu inne duperele. Przy biurku stał czerwony fotel na kółkach. Po obu stronach biurka stało kilka półek z szafkami. Przy drzwiach stała ciemna kanapa. Na suficie wisiała ogromna o bliżej nie określonym kształcie lampa. Miał własną łazienkę i dużą garderobę, która z łatwością pomieściłaby rzeczy dziesięciu osób. Nigdy nie marzył o tak dużym pokoju. Musiał wprowadzić tu kilka poprawek, czyli powiesić plakaty swoich ulubionych zespołów i tak dalej, ale uważał, że jest tu całkiem ładnie.
- I jak? Podoba ci się tu?- usłyszał tuż przy swoim uchu dźwięczny głos Margaret. Jak się zorientował, kobieta była sporo wyższa od niego. Oplotła go rękami wokół szyi, mocno do siebie przytulając. Frank kiwnął nieznacznie głową.- To wspaniale. Wszystkie książki do szkoły masz już zakupione. Są w szafce przy biurku. Rozpakuj swoje rzeczy, idź się wykąp, a za półtorej godziny widzimy się na kolacji, dobrze?
- Dobrze- odpowiedział jej krótko.
- Chodź już, Margaret. Ugotujemy coś dobrego dla Franka- Max puścił do niego oczko i objął swoją żonę w pasie.
Wyszli z pokoju, a Frank został sam. Wyglądali na dość miłe osoby.
Jednak było w nich coś podejrzanego.
Nie miał zamiaru dzwonić do Gerarda i nie potrzebnie go martwić.
Zatrzymali się na podjeździe jakiegoś ogromnego, białego domu z czarnym dachem i wielkimi oknami. Z przodu domu rosło pełno roślin, ale przede wszystkim krzewów. Pani Shidley kliknęła jakiś przycisk na kluczyku od swojego samochodu. Brama prowadząca na plac posiadłości zaczęła powoli się otwierać. Następnie kliknęła jeszcze raz i otworzyła się brama od garażu. Czarne BMW wjechało do budynku. Kobieta wyłączyła silnik samochodu i wysiadła z niego. Frank niechętnie postąpił tak samo jak ona. Zamknął z hukiem drzwi samochodu i podszedł do Margaret, która otwierała bagażnik. Iero wyciągnął z niego swoją torbę i gitarę schowaną w czarny pokrowiec. Blondynka zamknęła garaż i razem udali się do domu, gdzie czekał na nich Max.
Przywitał się najpierw z kobietą, którą pocałował delikatnie w usta, a potem z Frankiem, który z zaciekawieniem rozglądał się po ogromnym salonie, który był połączony z kuchnią i jadalnią. Wszystkie pomieszczenia były bardzo nowoczesne. Cały dom był urządzony w jednym stylu. Dominowały tu różne odcienie szarości, bieli i czerni. Jedynie dodatki, typu wazony i obrazy były w bardziej konkretniejszych barwach.
Frank poprawił futerał z gitarą przewieszony przez jego ramię i chwycił torbę z ubraniami w dwie ręce, bowiem zaczęła ona mu już lekko ciążyć.
Jak się jest takim chudym, to dziwne nie jest, że torba jest za ciężka- pomyślał.
- No to Frank, chciałbyś zobaczyć swój pokój? Spokojnie, pomyśleliśmy o tobie i nie jest w nim tak samo biało jak w całym domu. Zdążyliśmy zrobić tam mały remont- powiedział Max i uśmiechnął się szczerze, a właściwie to z lekkim przymusem. Frank od razu zauważył, że jest to jednak nieszczery uśmiech.
Frank spojrzał na niego podejrzliwie.
- Hej, Frankie. Nie jesteśmy twoimi wrogami, tylko nową rodziną. Jesteśmy osobami, którym możesz zaufać - mówiła Margaret. Sranie w banię, a nie. Ja wam nie zaufam. - To co, chcesz zobaczyć swój pokój?
Chłopak niepewnie zgodził się. Jeszcze raz nerwowo poprawił swoją gitarę i ruszyli na górę, na piętro. Trzymał się raczej z tyłu; szedł za nimi, uważnie rozglądając się po obszernym korytarzu ozdobionym licznymi malowidłami na ścianach. Margaret lubiła bardzo sztukę, miała na jej punkcie bzika. Być może dla tego chciała uwieść Gerarda, gdy dowiedziała się, że ten jest artystą...
Było tu pusto... Wszystko było od linijki. Max był perfekcjonistą. Zwariowanym lekarzem perfekcjonistą. Było tu nawet trochę strasznie. Franka przerażał ten dom, a jeszcze bardziej jego właściciele i wystrój budynku w środku. Wszystko było takie nienaganne, wysprzątane i poukładane. Margaret i Max byli dziwną parą. Czarnowłosy czuł się tu nieswojo i chciał wrócić do domu Gerarda, tak bardzo chciał, żeby się okazało, że to jakiś chory sen i że zaraz się obudzi. Czuł się tu jak w psychiatryku. Czuł się, jakby zwariował.
W końcu doszli do ciemnych drzwi. Max otworzył je i weszli do środka. Pokój był niesamowicie wielki i od razu zrobił na Franku duże wrażenie. Był jeszcze większy od tego w domu, w którym mieszkał jeszcze z rodzicami. Jednak nie potrzebował aż tak dużej przestrzeni. W zupełności wystarczyłaby połowa tego pokoju.
Pokój miał granatowo-szare ściany, jasną, drewnianą podłogę i duże okno z widokiem na naprawdę duży ogród z basenem. Cholera, będzie mieszkał w jakiejś pieprzonej willi z basenem! Odstawił torbę i gitarę na duży, miękki czarny dywan. Rozejrzał się po pokoju. Pod ścianą obok okna stało dwuosobowe czarne łóżko z narzutą w czarno-czerwone paski i dużą ilością poduszek. Na przeciwko łóżka stało biurko w kolorze łóżka, na którym leżał laptop, czerwona lampka i metalowy pojemnik na długopisy i różne tego typu inne duperele. Przy biurku stał czerwony fotel na kółkach. Po obu stronach biurka stało kilka półek z szafkami. Przy drzwiach stała ciemna kanapa. Na suficie wisiała ogromna o bliżej nie określonym kształcie lampa. Miał własną łazienkę i dużą garderobę, która z łatwością pomieściłaby rzeczy dziesięciu osób. Nigdy nie marzył o tak dużym pokoju. Musiał wprowadzić tu kilka poprawek, czyli powiesić plakaty swoich ulubionych zespołów i tak dalej, ale uważał, że jest tu całkiem ładnie.
- I jak? Podoba ci się tu?- usłyszał tuż przy swoim uchu dźwięczny głos Margaret. Jak się zorientował, kobieta była sporo wyższa od niego. Oplotła go rękami wokół szyi, mocno do siebie przytulając. Frank kiwnął nieznacznie głową.- To wspaniale. Wszystkie książki do szkoły masz już zakupione. Są w szafce przy biurku. Rozpakuj swoje rzeczy, idź się wykąp, a za półtorej godziny widzimy się na kolacji, dobrze?
- Dobrze- odpowiedział jej krótko.
- Chodź już, Margaret. Ugotujemy coś dobrego dla Franka- Max puścił do niego oczko i objął swoją żonę w pasie.
Wyszli z pokoju, a Frank został sam. Wyglądali na dość miłe osoby.
Jednak było w nich coś podejrzanego.
Nie miał zamiaru dzwonić do Gerarda i nie potrzebnie go martwić.
***
Frank wyszedł na korytarz, wycierając mokre włosy. Przeszedł przez całą długość korytarzu i zszedł na dół po schodach. Zatrzymał się w połowie drogi, słysząc głosy. Nie, to nie były tylko głosy Margaret i Maxa. Słyszał jeszcze jeden, potężny i melodyjny bas. Zszedł cichutko prawie na sam dół i ukrył się za ścianą. Dojrzał w przedpokoju wysokiego faceta, mówiącego coś spokojnie do Maxa. Mężczyzna miał długie, kręcone włosy, które były spięte nisko w niedbałego kucyka. Był dosyć przystojny. Jego twarz ozdabiał lekki zarost. Ubrany był w czarne spodnie, czarną podkoszulkę, skórzaną kurtkę i ciężkie buty wojskowe. Był młody, być może był w wieku Maxa.
- Kurwa, macie tydzień. Nie dam wam więcej czasu!- krzyczał mężczyzna.- Rozumiesz, że nie mogę tyle czekać? Wsadzą mnie znowu do pierdla, jak się wszystko wyda! Chcę wracać do żony, nie mogę jej znowu zawieść. Ja już swoje odsiedziałem! Potrzebuję tej kasy!
- Spokojnie, Jules- uspokajał go Max.
- Jakie, kurwa, spokojnie?! Ja mam żonę! I dzieci! A przez was i wasze chore wizje znowu trafię do pierdla! Macie tydzień, rozumiecie? Inaczej spalę wam ten pieprzony domek, was, waszego pieprzonego Frania i jego jebanego w dupę pedała Waya oraz jego całą chorą rodzinkę, jeśli w ogóle jakąś ma!
Frank zadrżał pod wpływem słów Julesa. Przeszły go silne dreszcze, gdy usłyszał nazwisko ukochanego. Był przerażony.
- Dostaniesz swoje pieniądze- zapewniła go Margaret - ale teraz wyjdź.
- Wcale w to kurwa nie wątpię!- krzyknął.
Brunet zaśmiał się psychicznie i wyszedł z siłą trzaskając drzwiami. Przestraszony Iero wbiegł cicho po schodach na górę, a następnie zszedł powoli i naturalnie na dół, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Wszedł do kuchni, gdzie Margaret coś gotowała. Max stał zamyślony, oparty o blat.
- Och, Frank. Chodź, zjemy kolację. Wszystko już gotowe- powiedziała nerwowo pani Shidley.- Ugotowałam spaghetti, mam nadzieję, że lubisz.
- Tak jasne- uśmiechnął się do niej Frank. Stwarzaj pozory. Udawaj, że wszystko jest w porządku.
Małżeństwo uśmiechnęło się do niego sztucznie. Usiedli przy stole.
Jak oni dobrze grali.
O co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło? Co to za układy? Kim jest Jules? Co dla nich zrobił i skąd zna Gerarda?
W głowie Franka narodziło się tysiące nowych pytań, na które w najbliższym czasie uzyska właściwą odpowiedź.
______________________________________________________________________________
Ha, napisałam to! :D
Taka mnie wczoraj wena dopadła, że aż musiałam to napisać.
Mam dla Was także wesołą, albo smutną wiadomość (zależy czy wam się podobało, czy nie. Mi osobiście nie)! KOŃCZĘ JUŻ TO CHOLERSTWO.
Tak, został jeden rozdział i epilog.
A wszystko przez obiad u babci. Albo to ja jestem geniuszem, albo to rosół nim jest. xD
Miało być jeszcze około cztery rozdziały, ale po prostu dostałam takiego oświecenia...
I tak, wiem, że trochę krótko, ale następny rozdział będzie zarąbiście długi!
Komentujcie, bo wiecie, że inaczej przyjdę i was zjem.
- Jakie, kurwa, spokojnie?! Ja mam żonę! I dzieci! A przez was i wasze chore wizje znowu trafię do pierdla! Macie tydzień, rozumiecie? Inaczej spalę wam ten pieprzony domek, was, waszego pieprzonego Frania i jego jebanego w dupę pedała Waya oraz jego całą chorą rodzinkę, jeśli w ogóle jakąś ma!
Frank zadrżał pod wpływem słów Julesa. Przeszły go silne dreszcze, gdy usłyszał nazwisko ukochanego. Był przerażony.
- Dostaniesz swoje pieniądze- zapewniła go Margaret - ale teraz wyjdź.
- Wcale w to kurwa nie wątpię!- krzyknął.
Brunet zaśmiał się psychicznie i wyszedł z siłą trzaskając drzwiami. Przestraszony Iero wbiegł cicho po schodach na górę, a następnie zszedł powoli i naturalnie na dół, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Wszedł do kuchni, gdzie Margaret coś gotowała. Max stał zamyślony, oparty o blat.
- Och, Frank. Chodź, zjemy kolację. Wszystko już gotowe- powiedziała nerwowo pani Shidley.- Ugotowałam spaghetti, mam nadzieję, że lubisz.
- Tak jasne- uśmiechnął się do niej Frank. Stwarzaj pozory. Udawaj, że wszystko jest w porządku.
Małżeństwo uśmiechnęło się do niego sztucznie. Usiedli przy stole.
Jak oni dobrze grali.
O co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło? Co to za układy? Kim jest Jules? Co dla nich zrobił i skąd zna Gerarda?
W głowie Franka narodziło się tysiące nowych pytań, na które w najbliższym czasie uzyska właściwą odpowiedź.
______________________________________________________________________________
Ha, napisałam to! :D
Taka mnie wczoraj wena dopadła, że aż musiałam to napisać.
Mam dla Was także wesołą, albo smutną wiadomość (zależy czy wam się podobało, czy nie. Mi osobiście nie)! KOŃCZĘ JUŻ TO CHOLERSTWO.
Tak, został jeden rozdział i epilog.
A wszystko przez obiad u babci. Albo to ja jestem geniuszem, albo to rosół nim jest. xD
Miało być jeszcze około cztery rozdziały, ale po prostu dostałam takiego oświecenia...
I tak, wiem, że trochę krótko, ale następny rozdział będzie zarąbiście długi!
Komentujcie, bo wiecie, że inaczej przyjdę i was zjem.
No no, co się tam u nich dzieje? Bardzo lubię to opowiadanie, ale cieszę się, że już się kończy. Mam nadzieję, że za niedługo podzielisz się z nami nowym opowiadaniem, które ty będziesz z chęcią pisała, a my z ciekawością je przeczytamy :D
OdpowiedzUsuńTakże kończ to i wymyślaj następne ;)
Weny xo
Tu już nawet nie o to chodzi, że nie pisałam go z chęcią... Tu chodzi o to, że już się tak strasznie wlekło i nudno było xD
UsuńPo tym opowiadaniu planuję short story, zobaczymy co z tego wyjdzie. ;) No i jeszcze pozostaje tamto, co już zaczęłam i nie za bardzo wiem, co z nim zrobić.
Uuuu, będzie się działo :) żeby tylko wszystko się w miarę dobrze skończyło... przynajmniej dla Frania. a właśnie, Gee jeszcze do kogoś dzwonił! czyżby Ray? xD bo na Mikey'ego bym nie liczyła :/
OdpowiedzUsuńdobra, koniec obmyślania teorii 'co będzie dalej'. pisz dalej, nie mogę się doczekać ^^
Raya to już w tym opowiadaniu nie będzie. xD A czy się dobrze skończy, czy nie to się przekonasz ^^
UsuńJest willa z basenem, jest nowy, zajebisty pokój - Frank nic tylko żyć nie umierać xD A z Gerardem zawsze możesz spotykać się w tajemnicy.
OdpowiedzUsuńZabij tylko tego tajemniczego typa co ci się po salonie plącze - WSZYSCY SKORZYSTAJĄ! :D
A tak na serio: kroi się jakaś grubsza intryga. Lubię intrygi :3 Żądam intrygi!!!
Jest willa z basenem, jest zajebisty pokój = JEST MOC! xD
UsuńZabij tylko tego tajemniczego typa co ci się po salonie plącze- no wiesz co? xD A może Jules to tak naprawdę miły ziomek, tylko Shidley'owie to idioci? xD
Ja wiem, że ty lubisz intrygi xD
Fajny rozdział :D Żal mi Gerarda (Frania też zresztą, ale on to ma chociaż willę z basenem xD) no i ogólnie, znowu jestem strasznie ciekawa co dalej. Szkoda, że jeszcze tylko jeden rozdział został, no ale chyba jakiś nagły zwrot akcji się szykuje xD Poza tym mam nadzieję że się dobrze skończy.
OdpowiedzUsuńDużo weny!!
Gerdziu taki biedny studenciak w jakimś tanim mieszkaniu mieszka, a Frank takie luksusy, prawda? xD I raczej się dobrze wszystko skończy, chyba, że znowu dostanę oświecenia xD
UsuńOo, to bardzo się cieszę, bo nie przepadam za smutnymi zakończeniami. Ale jakbyś dostała jakiegoś olśnienia, to teź z chęcią przeczytam^^
Usuń