Ale dawno mnie tu nie było... No tak więc, wróciłam, wypoczęta i gotowa do pracy nad pisaniem tego opowiadania! *Ba dum tss tss* Cóż, wróciłam o drugiej w nocy, pospałam godzinę i co? WENA! Mój mózg to geniusz zła... Dobra, ale ja tu może nie będę opowiadać historii z życia wziętych... A no i jeszcze jedna informacja. Rozdziały będą się pojawiać w weekendy, czyli sobota lub niedziela, w zależności od tego, gdy będę miała czas albo będzie skończony rozdział. Urwanie głowy teraz mam, nawet tego nie będę już tutaj opowiadać, co ja to robię w poszczególne dni tygodnia... xD Za dużo tego jest, ale to na moje własne życzenie.
No to czytajcie i komentujcie!
___________________________________________________________________________________________
[Frank]
-Gerard, proszę cię... Musimy tam iść?- zapytałem błagalnym tonem, podczas gdy Gerard wyciągał z szafy ubranie.-Gdziekolwiek zamierzasz mnie zabrać...-dodałem.-Wolałbym posiedzieć w domu...
-Przestań marudzić. Idziemy na długi spacer i koniec.
-Proszę cię, jest dwudziesta druga, a tobie zachciało się spacerować!
Rzuciłem się na łóżko. Twarz umieściłem w poduszkach. Nienawidzę jego chorych pomysłów. Zwłaszcza, że jest lato i nie chce mi się wychodzić nigdzie. Taka ironia losu. W zimę mógłbym wychodzić z domu o każdej porze dnia i nocy, za to w lato nie mam po prostu ochoty na włóczenie się bez celu. Co prawda jest wieczór i nie jest już tak gorąco jak za dnia, ale no do cholery nie chce mi się nigdzie iść! Ten człowiek jest z pewnością niedorobiony, ale i tak go kocham.
Poczułem, jak materac ugina się pod wpływem ciężaru Gerarda. Odwróciłem głowę w jego stronę. Opierał się na łokciu. Wpatrywał się we mnie swoimi zielonymi tęczówkami. Nie, nie złamie mnie. Nie pod wpływem oczu. Nie, kurwa Frank! Nie daj się! Mężczyzna zatrzepotał swoimi długimi rzęsami.
Cholera. Tak się nie da. Nie w ten sposób.
-Idiota.
-No miło mi, a ja Gerard.- zaśmiał się.
-Spierdalaj.
Przewróciłem się na drugi bok, tyłem do niego.
-Frank...?
-Czego?
-Jesteś w ciąży? Chociaż chyba ostatnio aż tak nie zabawiliśmy się...
-Co ty ćpałeś człowieku?
-Nic. Po prostu się tak zachowujesz, jakbyś był w ciąży. W sumie pieprzyliśmy się bez prezerwatywy...
Odwróciłem się do niego przodem i przywaliłem mu z liścia w twarz. Syknął i złapał się za z pewnością piekący policzek.
-Kurwa, za co?!- krzyknął.
-Za żywota. Nie dość, że cię pojebało ze spacerem o tej porze...-zamilkłem.- Ej, a może to ty jesteś w ciąży?
Pokiwał przecząco głową i opuścił rękę.
-Jesteś zboczonym dupkiem.- oznajmiłem.
-Dziękuję za te, jakże miłe określenia, kochanie.- przybliżył się do mnie i złożył czuły pocałunek na moich wargach.
Wstał z łóżka. Podszedł do szafy, a ja miałem idealny widok na jego zajebiście zgrabny tyłek, niestety ukryty w ciemnych, jeansowych rurkach. No i oczywiście plecy i silne ramiona, które aktualnie nie były przykryte żadnym, zbędnym materiałem.
-I kto tu jest zboczony?- wymamrotał pod nosem.
-Ej! Ja wcale nie jestem...!
-Właśnie widziałem z jakim pożądaniem patrzyłeś się na mój tyłek.
-Wcale, kurwa, nie!
-Wmawiaj sobie dalej! Nanana!- zaśpiewał słodziutkim głosikiem pięcioletniej dziewczynki.
Wstałem z łóżka i podszedłem do Gerarda, który już mi działał mocno na nerwy. Chichotał pod nosem i wydawało się, że wcale nie miał zamiaru przestać. Czyżby lubił mnie denerwować?
-A chcesz jeszcze raz dostać w twarz?- spytałem i zmierzyłem go spojrzeniem, które powinno sprawić, że ten oto tu Gerard Dupek Arthur Way powinien paść na podłogę nieżywy.
-Nie dziękuję, nie potrzebuję.- odpowiedział dalej się śmiejąc.
-Grrr, weź mi już najlepiej zejdź z oczu.
-Jak chcesz, skarbie.
Wyjął z szafy pierwszą lepszą podkoszulkę o kolorze zgniłej zieleni i wyszedł z sypialni. Stałem jak wryty przy szafie. Po chwili usłyszałem otwieranie zamku w drzwiach.
-Gerard, zaczekaj!- krzyknąłem spanikowany.
Przecież nie mogę zostać tu sam, jeszcze bym zrobił sobie krzywdę. Ta, co najwyżej bym spalił wodę gotującą się w czajniku. Zgasiłem światło w pokoju i poszedłem do przedpokoju, gdzie stał Gerard oparty o framugę drzwi. Ręce miał skrzyżowane na piersi i dalej chichotał. Jezu, moje wkurzenie w tej chwili nie znało granic.
-Haha, wiedziałem, że będziesz się bał zostać sam.- powiedział, gdy zakładałem czarne, podniszczone conversy.
-Wcale nie!- posłałem mu mordercze spojrzenie, na co on się jeszcze bardziej roześmiał.
Co on dzisiaj w takim dobrym humorze jest? Wstałem z podłogi. Chłopak westchnął. Stanąłem przed nim i uderzyłem go pięścią w brzuch. Zamknął drzwi na klucz.
-Weź mnie już nie bij, dobra?
-To ty przestań być taki.
Zeszliśmy po schodach i stanęliśmy pod kamienicą.
-Niby jaki mam przestać być?- spytał po chwili wpatrywania się w moje oczy.
-Taki jak przed chwilą. Wkurzasz mnie.
-Och, no dobrze. Już nie będę, mamo.
-Nie jestem twoją matką! Boże, Gerard ogarnij już się!
-Przestań się tak denerwować, złość piękności szkodzi. I dziecku chyba też, o ile się nie mylę.
A ten znowu pieprzy o tej ciąży, no ja nie wytrzymam z nim nerwowo.
-Przestań do jasnej cholery! Jesteś idiotyczny. Słyszysz? Idiotyczny!
No to teraz, to już mam totalny bulwers, jakiego nigdy nie miałem.
-Frank, trzy głębokie wdechy, przecież się tylko z tobą droczę.- odparł zakłopotany, jeszcze w takim stanie mnie nie widział i chyba już mu się odechciało ze mnie nabijać.
Posłuchałem jego rady. Trzy głębokie wdechy i człowiek jak nowy. Gerard podszedł do mnie i objął mnie delikatnie ramieniem, jakby się bał, że gdy tylko mnie dotknie, wybuchnie bomba. Szliśmy powoli, bo przecież nikomu się nie spieszyło do domu. Są wakacje i w dupie to, że jest już po dwudziestej drugiej. Lampy uliczne mdłym światłem oświetlały chodnik. Weszliśmy do parku, w sumie prawie lasu, gdzie po jakimś czasie zostaliśmy odcięci od jakiegokolwiek źródła światła, nie licząc księżyca, dzięki któremu było widać gdzie idziemy. Usiedliśmy pod dużym drzewem. Gerard dalej obejmował mnie ramieniem, a ja wtuliłem się w jego delikatnie unoszącą się klatkę piersiową. Wsłuchiwałem się w bicie jego serca, które jako jedyne wypełniało całą ciszę w moich uszach. Wiał lekki wiatr, było przyjemnie ciepło.
-Właściwie to po co tu przyszliśmy?- przerwałem ciszę.
-Posiedzieć i napawać się swoją obecnością. Czy to niewystarczające?
-Nie, skądże. Po prostu zapytałem. Co, pytać już nie wolno?
-Wolno.
I znów zapadła cisza. Wdychałem jego zapach. Delikatne perfumy i coś, co należało tylko do niego. Ten jeden jedyny niepowtarzalny zapach, który tak kocham. Zapach mojego chłopaka. Jezu, nawet nie wiem, kiedy staliśmy się parą. To stało się tak nagle. Obawiam się tylko, że mogę go stracić. A to może się stać w sumie za niedługo. Trafię do jakiejś rodziny zastępczej i dupa. Chociaż w sumie może nie będzie aż tak źle? Może mnie zaakceptują jako geja i będę mógł się spotykać z Gerardem? Chciałbym, żeby tak było. Wtedy będzie po prostu cudownie. Spojrzałem na twarz czerwonowłosego. Wpatrywał się tępo przed siebie.
-Na co się tak patrzysz?
-A jak myślisz, na co można wpatrywać się w lesie?- zaśmiał się i spojrzał prosto w moje oczy.
Uśmiechał się przepięknie.
-Na drzewa?
-Brawo!
Zbliżyłem się do jego twarzy i pocałowałem go czule w usta. Oddał pocałunek od razu rozpychając moje wargi swoim językiem, który po chwili splątał z moim. Gniótł w ręce moją podkoszulkę. Uniosłem rękę i zacząłem bawić się jego włosami. Powoli kładłem się na ściółce leśnej, a pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Gerard nie zaprzestawał zabawy z moim podkoszulkiem, pod który wsadził swoją dziwnie zimną rękę. Siadł na mnie okrakiem. Oderwał się od moich ust.
-Kocham cię, wiesz?- szepnął prosto w moje usta.
-Wi...
Zamknął moje usta jeszcze jednym pocałunkiem. Oderwał się i spojrzał głęboko w moje oczy. Zielone tęczówki teraz wydawały się bardzo ciemne.
-Może już wracajmy, co?- spytałem.- Jest już późno...- spojrzałem na zegarek na ręce, który wskazywał godzinę dziesięć po jedenastej.-... i zimno.
-No dobrze, dobrze. Mój kotek nie może zmarznąć.
Wstaliśmy z wilgotnej ziemi i udaliśmy się w stronę wyjścia z lasu.
Gdy wyszliśmy z alejki parkowej wkroczyliśmy na chodnik przed kamienicą. Gerard stanął jak wryty.
-Coś się stało?
Nie odpowiedział.
-Gerard?- pomachałem mu ręką przed oczami.
-Nie nic, Frankie. Po prostu się zamyśliłem.- uśmiechnął się.
Weszliśmy do mieszkania. Udałem się do salonu, do którego po chwili wszedł Gee.
-Napijesz się czegoś?- spytał.
-Kawy.
Po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi.
-Otworzę.- oznajmił Gerard.
Udał się do przedpokoju, a ja rozłożyłem się na kanapie. Przekręcanie klucza.
-Co ty tu robisz?!
O matko, świetny rozdział :D
OdpowiedzUsuńA Gee rozwalił mnie tymi uwagami na temat ciąży XD
Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego rozdziału i życzę weny :3
Cieszę się, że się podobało :D
UsuńHah :D Dawno mnie tak żaden tekst nie rozbawił. To była abstrakcja! Słyszysz? ABSTRAKCJA! Gadka Gerarda o ciąży, ja po prostu prawie z kanapy spadłam.
UsuńŻyczę weny i czekam na następny rozdział ;) Mam nadzieję, że pojawi się szybko.
Ja nawet tego nie przeczytałam... xd
UsuńCzemu abstrakcja? xD