Wybaczcie tak długą przerwę, ale jakoś nie mogłam się zebrać w sobie, aby napisać następny rozdział ._.
Tak więc, ENJOY! :)
_______________________________________________________________________________
[GERARD]
Pokój zalało bardzo jasne światło. Przetarłem leniwie oczy jedną ręką i ujrzałem mamę, która odsuwała żaluzję. Przeniosła na mnie swoje spojrzenie.
-Gerard, wstawajcie już. Dzisiaj nie niedziela. Musicie iść do szkoły.- powiedziała i zniknęła za drzwiami do mojego pokoju.
Boże, jak ja nienawidzę tego tekstu. "Dzisiaj nie niedziela". Kurwa no brawo, może dlatego, że dzisiaj jest wtorek? Chciałem wstać, lecz coś, albo raczej ktoś mi to uniemożliwił, gdyż moja ręka leżała pod tą osobą. Frank słodko spał, zupełnie nieporuszony tym, że przed chwilą moja matka nas budziła. Wtulił się mocniej w moją klatkę piersiową i udawał, że dalej spokojnie śpi. Przejechałem wolną dłonią po policzku chłopaka, na co na jego twarz wpłynął uroczy uśmiech. W momencie na mojej twarzy również pojawił się banan. Pochyliłem się nad nim i lekko pocałowałem go. Frank leniwie otworzył oczy i zatrzepotał kilka razy powiekami, wprawiając tym samym w ruch swoje długie, czarne rzęsy. Oparł się rękami o materac z próbą wstania z łóżka, ale z powrotem opadł na mój tors. Rozłożył się wygodnie, znaczy dla kogo wygodnie, dla tego wygodnie i zamknął swoje czekoladowe oczka. Przewróciłem oczami i uniosłem go do siadu. Frank miał dalej zamknięte oczy. Przybrał na twarz grymas niezadowolenia.
-Gerard, weź mi daj spokój, tak dobrze mi się spało.- wymamrotał pretensjonalnie.
Spuścił głowę, na co zareagowały również jego włosy przysłaniając mu pół twarzy. Odgarnąłem grzywkę opadającą mu na twarz do tyłu, a on zaczął coś mamrotać pod nosem. Opadł na mnie, pozostawiając swoje ręce w bezładzie, w przeróżnych pozach. Po chwili już nie wytrzymałem zachowania kurdupla i zrzuciłem go z siebie na łóżko. Odgarnąłem pościel i wstałem. Z podłogi, na której brak było jakiegokolwiek dywanu, bił nieprzyjemny dla moich stóp chłód. Powędrowałem w stronę szafy i wyciągnąłem z niej ubranie dla siebie, jak i również mojego chłopaka, który nie wziął ze sobą żadnego z domu i w najlepsze teraz spał. Rzuciłem mu na twarz ubranie. Odpowiedziało mi ciche przekleństwo. Po kolejnych, długich pięciu minutach chłopak wstał. Wyglądał na wyraźnie pobudzonego i prawie gotowego do pójścia do szkoły. Zerwał się z łóżka, chwycił ubranie i zniknął za drzwiami w celu zapewne udania się do łazienki. Położyłem swoje ubrania na krześle i chwyciłem torbę. Spakowałem potrzebne mi dzisiaj książki. Nie miałem nic więcej do roboty, więc wyszedłem z pokoju i poszedłem do kuchni, aby zaparzyć kawę. W kuchni spotkałem moją mamę, która w pośpiechu szykowała sobie drugie śniadanie do pracy. Wstawiłem wodę na kawę. Z szafki wyjąłem kubki i słoik z kawą. Mama wyszła do przedpokoju, założyła buty, płaszcz i wyszła z domu. Po chwili wróciła.
-Chciałam pojechać bez kluczyka.- wymamrotała pod nosem.- Mikey już poszedł do szkoły, powiedział, że ma coś do załatwienia.- powiedziała.
Usłyszałem trzask drzwi, a następnie przekręcanie kluczyka. Woda zagotowała się, więc zalałem kubki z kawą rozpuszczalną. Dolałem mleka. Wziąłem niebieski kubek i oparłem się o blat kuchenny, pijąc ciepły napój. Co Mikey musiał załatwić o tej porze i to na dodatek w szkole? Czy go Bóg opuścił? Oby go nikt tylko nie szantażował... A może musiał iść do jakiegoś nauczyciela coś poprawić? Nie, nie widziałem ostatnio, aby się uczył... Coś mi tu nie pasuje.
Po schodach zszedł Frank. Gdy zauważył drugi kubek z kawą na stole, zobaczyłem błysk w jego oczach. Wyciągnął ręce do przodu i już po chwili znalazł się obok mnie z kubkiem w rękach, popijając kawę. Spojrzałem na niego. Lekko za duże, ciemne jeansy spadały mu delikatnie z tyłka. W czarnej, oczywiście również za dużej podkoszulce prawie się topił, a tego wszystkiego dopełniała czarna koszula, która na szczęście była najmniejsza, jaką znalazłem w szafie. Słodko wyglądał w za dużych ubraniach. Włosy ułożyły mu się w twórczym nieładzie, a śliczne czekoladowe oczka były podkreślone czarnym eye-linerem. Dopiłem kawę i włożyłem kubek do zmywarki. Wyszedłem z kuchni i poszedłem do łazienki, aby się naszykować.
***
Lekcja historii, godzina jedenasta dziesięć. Dwadzieścia minut do dzwonka i długiej przerwy. Nie mogę wyciągnąć z torby mojego kochanego zeszytu z szkicami, to by było samobójstwo. Pan Clive chodził po klasie i patrzył, jak uczniowie rozwiązują ćwiczenia. Ja postanowiłem ich nie rozwiązywać, bo i tak mi się w życiu nie przydadzą, więc rozsiadłem się na krześle. Profesor rzucił mi swoje diaboliczne spojrzenie i podszedł do mojej ławki, ponieważ dopiero po... Dwudziestu pięciu minutach lekcji zorientował się, że nic nie robię. Brawa dla nauczyciela. Genialny typ. Patrzyłem, jak podąża w moją stronę. Oparł dłonie na ławce i zmierzył mnie uważnie wzrokiem.
-Gerardzie Way.- zaczął.-Czy zechcesz ruszyć swoje cztery litery do dyrektora, znowu, czy raczej wolisz rozwiązywać ćwiczenia?- krzyknął głośno, tak, że cała klasa oderwała się od wykonywanych czynności i odwróciła się w moją stronę.
-Przepraszam pana, ale nikt tu głuchy nie jest.- odpowiedziałem i rzuciłem mu złowrogie spojrzenie.
-No proszę, jaki pyskaty. Czyli jednak wolisz kolejną wizytę u dyrektora?
-Z przyjemnością tam pójdę.
Cały czas patrząc na pana Clive'a wrzuciłem książki do torby. Podszedłem do białych drzwi od sali, otworzyłem je. Z korytarza bił przyjemny chłód. Wyszedłem za drzwi i zamknąłem je z hukiem. Szedłem zielonym korytarzem w stronę gabinetu dyrektora. Gdy wreszcie stanąłem przed drzwiami ujrzałem Franka. A on co tu robi?
-Frank? Co ty tu robisz?- zapytałem i spojrzałem na niego jak idiota.
-Szkoda gadać... Babka od angielskiego na mnie nakrzyczała, stwierdziła, że się nie uczę, po czym mnie wywaliła z lekcji. Miło.- mówił.- A ty co tu robisz?
-Pan Clive zauważył, że nic nie robię na lekcji.
Frank stał zamyślony. Zapanowała cisza. Spojrzałem na mojego chłopaka z zaciekawieniem. Na jego twarzy stopniowo pojawiał się podejrzany uśmieszek. Co tam się dzieje w jego główce?
-Uciekamy?- zapytał nagle.
-Czemu nie, chodź.- odparłem.
Pociągnąłem go za nadgarstek i po cichu udaliśmy się do wyjścia ze szkoły. Rozejrzeliśmy się po okolicy, czy aby nikt przypadkiem nas nie zauważył. Podeszliśmy do mojego Harley'a i wsiedliśmy na niego. Frank objął mnie rękoma w pasie. Wsadziłem kluczyk do stacyjki i już po chwili znaleźliśmy się na drodze. Jechałem dość szybko. Poczułem, jak Frank zadrżał. Zatrzymaliśmy się na światłach. Popatrzyłem w górę, na sygnalizację. Pojawiło się żółte światło. Przygotowałem się do ruszenia. Zielone. Ruszyłem.
-GERARD! UWAŻAJ!- krzyknął histerycznie Frank.
O co mu chodzi?
Poczułem ból. Leżałem na mokrym asfalcie. Wszystko zrozumiałem. Jakiś dureń wpadł w poślizg i nie zdążył wyhamować. Ale zaraz... Gdzie jest Frank? O Boże, nie. Nie przeżyję, jeśli mu się coś stało. Podniosłem się do siadu. Mój motocykl był zmasakrowany. Przed nim stał samochód, który spowodował wypadek. Z czarnego mercedesa wysiadł jakiś facet w garniturze. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem Franka. Leżał w bezruchu, oparty bokiem o podłoże. O nie. Nie. Nie. Nie. Frank! Moja kruszyna. Nie zwracając zbytnio uwagi na przeszywający mnie ból w klatce piersiowej i w nodze, podbiegłem do niego. Obróciłem go na plecy, a jego głowę oparłem na kolana. Do oczu napłynęły mi łzy, które po chwili stoczyły się po moich policzkach. Przytuliłem go do siebie, gorzko płacząc. Podbiegł do nas facet z mercedesa. Uklęknął. Sprawdził puls Frankowi. Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.
-Będzie dobrze. Ma puls.- poklepał mnie po ramieniu.
Wyjął z marynarki telefon. Jak się domyślam, zadzwonił po pogotowie. Gładziłem mojego ukochanego po policzku. Po mojej twarzy niemal płynęły wodospadem łzy. Frank, proszę. Tylko nie umieraj, błagam. Nie mogę do tego dopuścić. Boże, czemu nie wróciliśmy na te cholerne lekcje? Gdyby nie moja głupota, przez którą zgodziłem się na ucieczkę z Frankiem by było teraz wszystko dobrze. Siedziałby sobie grzecznie, no może niekoniecznie grzecznie w klasie i słuchał nauczycieli.
Po niedługim czasie przyjechała karetka. Z furgonetki wysiadło dwóch mężczyzn w czerwonych ubraniach i zabrali Franka na nosze.
-A pan? Pan z rodziny?- zapytał jeden.
-Nie, przyjaciel...-mruknąłem.- Chłopak.- poprawiłem się.
-Dobrze, w takim razie pojedziesz z nami. Musimy cię obejrzeć.
Wsiadłem do samochodu i już po chwili oddaliliśmy się z miejsca wypadku. Siedziałem w karetce i mocno ściskałem dłoń mojego chłopaka. Pochyliłem się nad nim i musnąłem jego wargi swoimi ustami. Znowu się rozpłakałem. Ja po prostu nie wytrzymuję takich chwil.
-Kocham cię, Frankie.- szepnąłem zdławionym przez łzy głosem.
Nie no nie, po prostu nie! Ani mi się waż któregoś uśmiercać!
OdpowiedzUsuńSuper, że coś nowego. Super, że zwiali. Ale jak coś im się stanie.... to Cię znajdę xD
Czekam na dalszy ciąg !
xoxo.
Dobra, spoko, coś się stanie xD
UsuńBUAHAHAHAHAHA *bardzo dziki i triumfalny śmiech*
Ciekawe co mi zrobisz, jak mnie znajdziesz xD
Wszelkie zażalenia wypisz tutaj: ania.mpaczek01@gmail.com
Oj piekiełko Ci zrobię xd
UsuńMhm, już się normalnie boję. *Chowa się do szafy z nożem w ręce* xD
UsuńOh... Ja nie zamierzam cię uśmiercać jeśli któryś z nich zginie, a przynajmniej nie od razu 3:) Coś nowego się pojawiło, faktycznie... Czekam na rozwój sytuacji :-o
OdpowiedzUsuńFrank.... Albo nie, nic nie powiem, zaraz następny rozdział publikuję xD
Usuń