poniedziałek, 28 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział III

[Frank]
-Frank, wstawaj! Zaraz wyjeżdżamy.
Z snu wyrwał mnie głos mojej matki. Jezu, ja nie chcę nigdzie jechać. A nie, muszę jechać. W końcu to pogrzeb mojej kochanej babci. Odkopałem się z pod kołdry i zwlokłem się bez pośpiechu z łóżka. W pokoju stała Linda i grzebała w mojej szafie. Chyba wiem czego tam szuka i raczej tego nie znajdzie. Garniaka ani śladu tam. W końcu wyjęła jakąś czarną koszulę i ciemne spodnie jeansowe i rzuciła mi je na twarz. Chwyciłem je do ręki i spojrzałem na nią. Nie była w najlepszym stanie. Sądząc po minie, całą noc płakała.
-Za ile jedziemy?- zapytałem, ziewając przy okazji.
-Masz piętnaście minut.- mruknęła i wyszła z pokoju.
-Że co?- powiedziałem sam do siebie.
Powlokłem się do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Ubrałem się i zszedłem na dół, aby zrobić sobie kawy. W domu panowała napięta atmosfera. Tata latał z pokoju do pokoju wkurzony, mama szukała czegoś w szafie w przedpokoju, a ja jak gdyby nigdy nic się nie stało usiadłem sobie na dupie, na krześle w kuchni i czekałem aż zagotuje się woda na kawę. Podparłem głowę na dłoni i przymknąłem powieki. Nienawidzę od dzisiaj sobót. Znaczy nienawidzę takich sobót, jak ta. Inne mogą być. Zrobiłem sobie magiczny napój (czytaj kawa), który zaraz postawi mnie na nogi. To niesamowite, że kawa ma takie zdolności. Niestety, czynność spożywania napoju została brutalnie przerwana przez mojego tatę, który pociągnął mnie mocno za rękę i oznajmił, że gdy będziemy w samolocie napiję się kawy. Ta, tyle, że tam będzie ohydna. Nie to co moja. Dokładnie odmierzona ilość łyżeczek kawy, cukru i doskonała ilość mleka. No cóż, będę musiał się zadowolić tym, co przygotuje stewardessa. Założyłem czarne trampki i wyszedłem z domu. Wsiadłem do auta i czekałem grzecznie na rodziców. Po chwili ujrzałem ich przed domem. Tata zamykał drzwi, a mama szła w stronę samochodu. Otworzyła drzwi, wsiadła i zamknęła je z hukiem. Zaraz dołączył tata i włożył kluczyk do stacyjki. Sprawdził jeszcze raz dokładnie czy wszystko ma i odjechaliśmy spod domu na lotnisko.

Gdy dojechaliśmy tata zaparkował samochód na parkingu strzeżonym i poszliśmy tam, gdzie znajdował się nasz prywatny samolot. Zalety posiadania taty prezydenta. Chociaż zawsze boję się lotu, bo kto wie, czy pilot to przypadkiem nie jest jakiś terrorysta, a do samolotu wcześniej przypadkowo nie wsiedli jego wspólnicy, którzy gdzieś się dobrze ukryli. Masakra. Wszędzie czają się niebezpieczeństwa. No więc, wsiedliśmy do samolotu. Ładne, przestronne wnętrze, wygodne kanapy i jakiś barek obładowany napojami, słodyczami i czego tam dusza zapragnie. Mama rzuciła torbę z jakimiś rzeczami podręcznymi na podłogę, a ja rozsiadłem się na kanapie. Po niedługim czasie wystartowaliśmy. No to przyszedł czas na kawę, bo zachowuję się, jak zombie. Na szczęście mogę sobie sam zrobić kawy. Podszedłem do barku i wyjąłem z szafki kawę rozpuszczalną, jakiś czarny kubek, cukier i czajnik elektryczny. Wstawiłem wodę na kawę. Z małej lodówki wyjąłem mleko. Do kubka wsypałem dwie płaskie łyżeczki brązowego proszku i zalałem je wrzątkiem. Dodałem cukier, mleko i wróciłem na kanapę. Upiłem łyk gorącego napoju. Moje ciało zalała fala ciepła, która mnie pobudziła.
***
Znajdowaliśmy się na lotnisku we Włoszech. Słonko świeci, ptaszki ćwierkają, upał, jak cholera a my na pogrzeb przylecieliśmy. I to jeszcze w czarnych, odświętnych ubraniach. Genialnie. Czekaliśmy na znajomą mojej mamy, która łaskawie miała po nas przyjechać na lotnisko i co? Nie ma jej. No to sobie tutaj chwilę posiedzimy. Na parkingu zaparkował biały Fiat 500 i wysiadła z niego wysoka kobieta. Jak się domyślam była to koleżanka mamy. Podeszła do nas i przywitała się z moimi rodzicami.
-O a tu nasz mały Frankie!- rozpromieniła się na mój widok i chwyciła moje policzki.
Boże, kobieto ja mam szesnaście lat, a traktujesz mnie jakbym miał co najmniej trzy.
-Tak, to jest Frank.- powiedziała ponuro moja mama.- Eh, Lizzy, mogłabyś go zostawić, nie chcę się spóźnić, a nie jest to moment odpowiedni do żartów.
-A tak, jasne. Zapraszam za mną.
Weszliśmy do małego autka i odjechaliśmy spod lotniska.
***
Wysiedliśmy z samochodu pod cmentarzem. Nie uczestniczyliśmy we mszy. Mama nie dała rady. Za nami przyjechał karawan z trumną babci. Z samochodu wysiadło czterech, wysokich i barczystych mężczyzn w czarnych strojach. Otworzyli tylne drzwi i wyjęli z nich trumnę. Znajomi babci, jak również my i członkowie rodziny, której w ogóle nie znałem, udaliśmy się na wielki plac obłożony nagrobkami. Nie cierpię takich miejsc. W ogóle nie cierpię pogrzebów. Szczególnie bliskich mi osób. To nie mogło się dziać naprawdę. Jeszcze tydzień temu rozmawiałem normalnie z babcią przez telefon, a wczoraj dowiedziałem się, że nie żyje. Stanęliśmy na końcu alejki, pod wysokim dębem. Pochowany tam był dziadek. Obok miejsca pochówku mojego dziadka był wykopany głęboki rów. Stałem koło mojej mamy. Płakała wtulona w tatę. Ksiądz odmówił jakąś modlitwę i włożono trumnę z babcią do ziemi. Jakiś facet zaczął grać na trąbce jakąś smutną melodię. Nie, nie będę płakać. Muszę być silny. Silny, kurwa, jak żelek. Po policzku spłynęło mi kilka łez. Mam zbyt słabą psychikę. Nie, błąd ja nie mam słabej psychiki, tylko umarła osoba, którą tak mocno kochałem. Podszedłem do rodziców. Tata objął mnie i mamę ramionami. Wybuchłem płaczem. Ludzie, którzy przyszli na pogrzeb babci powoli się rozchodzili. My postaliśmy jeszcze chwilę. Położyliśmy kwiatki na grobie babci i odeszliśmy.
Mama płakała przez cały czas. Podjechała po nas znowu koleżanka mamy i odwiozła na lotnisko. Wysiedliśmy z samochodu no i oczywiście nie obeszło się bez pożegnania. Pani Lizzy znowu chwyciła mnie za policzki, miętosiła je w swoich palcach, potem ucałowała mnie ustami pomalowanymi krwisto- czerwoną szminką w policzki, następnie mocno przytuliła, jakby mnie chciała udusić. Odetchnąłem z ulgą, gdy zakończyła te męczarnie. Pożegnała się z rodzicami i wsiedliśmy do samolotu.

Rozsiadłem się wygodnie na kanapie, w sumie to położyłem. Mama usiadła na sofie na przeciwko razem z tatą. Wtuliła się w niego cicho szlochając. Przymknąłem powieki chcąc się zdrzemnąć, lecz uniemożliwił mi to głośny dzwonek telefonu taty. Wyjął z kieszeni marynarki telefon i spojrzał z zaciekawieniem na wyświetlacz. Odebrał połączenie. Jego twarz zbladła. Zakończył rozmowę.
-Tato, coś się stało?- zapytałem.
Mama spojrzała na niego.
-Frankie...- zaczął.- Andrew... On i jego mama...
Nie. Proszę nie. To nie może być prawda. Nie. Proszę, tylko nie wymawiaj tych dwóch przeklętych słów.
-Nie żyją.
Życie pierdoli nas wszystkich.
Ja właśnie dostałem kolejnego kopa w dupę.

5 komentarzy:

  1. Nosz, nosz, nosz... KURWA no! Zostaw Ty go w spokoju. Biedny Frankie no... tzn ja wiem, że to wszystko go pewnie prowadzi do Gee itp, ale no...jeju! Już może wystarczy... proszę ? XD
    Stylistycznie i ogółem nie ma żadnych większych zastrzeżeń. Wszystko ładnie i przyjemnie :)
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, life is brutal. To jeszcze nie koniec kopów w dupę od życia dla Franka xD Ale tak, dobrze myślisz. To wszystko prowadzi go do Gerarda :)

      Usuń
    2. Wszystkie drogi prowadzą do Gee !
      Jakbym ja chciała, żeby tak było XD

      Usuń
  2. A w mojej głowie same brutalne scenariusze 3:) Nie powiem jakie, bo jeśli się nie sprawdzą to sama stworzę na ich podstawie opowiadania :3
    A co do błędów, kilka ich było w 2 powtórzenia i też parę razy nie to słowo zostało użyte :/

    OdpowiedzUsuń