[Narrator]
Październik. Jesień siała spustoszenie od dłuższego czasu w przyrodzie. Zwierzęta szykowały się do zimy, a ptaki odlatywały do ciepłych krajów. Drzewa gubiły śliczne, różnokolorowe liście.
Na ogół piękny, słoneczny dzień w New Jersey. Dla kogo piękny, dla tego piękny. W jednym domu panował harmider. Otóż nadszedł dzień narodzin dziecka... Niechcianego dziecka, dwojga bogatych, posiadających naprawdę dobre stanowiska pracy, ludzi. James Iero- prezydent miasta, Linda Iero- sędzia. Państwo Iero nie chciało mieć dzieci, ze względu na to, że będzie im przeszkadzało w pracy. No ale cóż, wpadka to wpadka, nic się nie dało zrobić. Trzeba je wychowywać, aż osiągnie pełnoletność i będzie można je wygonić z domu. Wysłać na dobre studia i urwać kontakt. Czy to najlepsze rozwiązanie? Oczywiście, że jest lepsze... Po prostu oddać je do adopcji. A może na ogół te bezduszne istoty miały w głębi serca choć trochę miłości? Albo obawiali się, że ich dziecko wyrośnie na złego człowieka i przyjdzie im się wstydzić za nie? Wiele może być powodów... Ale te dwa zdają się być najprawdopodobniejsze.
Szpital. Sala numer dwieście trzydzieści pięć. W tej sali leży Linda Iero. Na świat przyszedł maleńki chłopczyk- Frank. Drobny, chudziutki. Ważył zaledwie dwa i pół kilo. Spał wtulony w matczyną pierś. Na twarzy Lindy było widać nikły uśmiech, a w oczach jej maleńkie iskierki szczęścia. A jednak cieszyła się z narodzin swojego pierwszego i ostatniego dziecka. Gładziła go delikatnie po główce. Obok łóżka, na drewnianym stołku siedział ojciec Frankiego. Czyżby on też był szczęśliwy? Wygląda na to, że tak. Uśmiechał się szeroko na widok swojego słodkiego synka. Rodzice cieszyli się.
Po kilku dniach, szczęśliwa rodzina wróciła do domu. Szczęśliwa matka udała się na pierwsze piętro, aby zanieść maluszka, którego trzymała na rękach do kołyski znajdującej się w pokoju dziecka. Nie za duży, w sam raz pokój, jasne niebieskie ściany z wesołymi zwierzątkami wymalowanymi przez babcię Franka, która posiadała wielki talent artystyczny. Kilka pudełek z zabawkami, rzeczami potrzebnymi do wychowania małego dziecka, miliony misiów porozrzucanych po całym pokoju. Matka zwinnie ominęła tor przeszkód złożony z misi i podeszła do kołyski. Ułożyła delikatnie Franka do kołyski, tak aby się nie wybudził z głębokiego snu. Przez chwilę wpatrywała się w swoje dziecko. Czyjeś silne ramiona oplotły ją w pasie i usta cmoknęły w policzek. James ją tulił do siebie. Małżeństwo stało uśmiechnięte i wpatrywało się w swoje wspólne dzieło.
Bogactwo, zapewniona dobra przyszłość, miłość rodziny, wszystko co można sobie wymarzyć.
Ale czy życie Franka Iero będzie usłane różami?
_________________________________________________________________________________
Witam wszystkich! :D
Tak, bardzo długa przerwa (sarkazm)
No ale na co miałam czekać, aż mój pomysł zniknie? xD
A więc, dałam króciutki prolog, aby was chociaż minimalnie wtajemniczyć w to gówno xD
W sumie, to chyba nawet nie potrzeba dłuższego wstępu...
Rozdziały będą się pojawiać... Mam nadzieję, że często.
To chyba tyle.
xoxo
Nancy :)
W naszym świecie to był przepiękny dzień dla ludzkości ! :)
OdpowiedzUsuńZapowiada się ciekawie. Fajnie, że ruszasz z tym tak szybko.
Czekam na dalszy ciąg ! :)
xoxo.
Okay, wyłapałam kilka błędów (źle brzmiące zdanie, zaburzony szyk) i powtórzeń, ale poza tym jest jak najbardziej okay. Nie mogę się doczekać dalszej części! :D
OdpowiedzUsuńA spadaj, ja tu się rozwijam dopiero z opowiadaniami :P
Usuń