wtorek, 29 lipca 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział IV

[Frank]
Leżałem na łóżku w domu. Wtulony w poduszkę cicho płakałem. Jak się czułem? Cóż... Jakby ktoś mi przywalił mocno w ryj, wytarł mną podłogę i na koniec rzucił gdzieś w kąt. Moja dusza była zmasakrowana. Straciłem jedynego przyjaciela, który był ze mną od zawsze. Zginął w wypadku samochodowym w drodze do Nowego Jorku. Nie wiem, czy to jest jakiś weekend nieszczęść? Wczoraj byłem na pogrzebie babci, dzisiaj idę na następny mojego przyjaciela i jego matki. Rodzice od jakiejś godziny próbują wyciągnąć mnie z pokoju, lecz ich starania na nic. Potrzebuję teraz samotności. Muszę sobie to wszystko poukładać w głowie. Zamknąłem się na klucz w pokoju i rodzice najprawdopodobniej teraz siedzą pod drzwiami. A niech siedzą, jak im się znudzi to pójdą. Usiadłem na krawędzi łóżka i chwyciłem do ręki telefon. Godzina dziewiąta pięćdziesiąt sześć. Muszę się zbierać. O jedenastej pogrzeb.
-Frankie, wyjdź wreszcie z tego pokoju, proszę.- powiedział tata.
Podszedłem do drzwi i otwarłem je na roścież. Rodzice odskoczyli od nich jak oparzeni.
-No nareszcie...- szepnęła mama i wstała z podłogi.
Wyminąłem ich szybko i wpadłem do łazienki. Zamknąłem drzwi na klucz i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem okropnie. Rozczochrane włosy, popuchnięte od płaczu i podkrążone siwymi cieniami od nieprzespanej nocy oczy. Wczorajsza, wymięta czarna koszula rozpięta do połowy i jeansy. Rozpiąłem resztę guziczków od koszuli i wrzuciłem ją do kosza na pranie. Zdjąłem resztę ubrań i wskoczyłem pod prysznic. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Gdy się umyłem, wytarłem się i obwinięty w pasie ręcznikiem wyszedłem z łazienki, aby się ubrać.
Wygrzebałem z szafy ciemną koszulę, założyłem bokserki i skarpetki i wróciłem do łazienki. Z podłogi zebrałem spodnie, po czym je na siebie włożyłem. Z szafki pod umywalką wyjąłem suszarkę i wysuszyłem włosy. Gotowy zszedłem na dół i udałem się do kuchni, gdzie siedzieli przy stole rodzice popijając kawę. Zrobiłem sobie magiczny napój i zasiadłem do stołu. Pochyliłem głowę nad kubkiem. Moje kruczoczarne włosy przysłoniły moją twarz. Chwyciłem kubek w oburącz i upiłem łyk kawy. Dziwne, dzisiaj nie działa tak jak potrzeba. Upiłem kolejny łyk. Brak efektów. Dobra, olać to. Wstałem od stołu z kubkiem w ręce i wylałem ją do zlewu. Drżąca dłoń upuściła kubek na podłogę przez co ten się roztrzaskał. Mama wstała od stołu i zaczęła zbierać odłamki kubka. Spojrzałem na zegarek naścienny, który wisiał w kuchni. Dziesiąta czterdzieści jeden. Czas się zbierać.
-Tato, możemy już jechać.- szepnąłem.
-Dobrze, synku.- odpowiedział i wstał od stołu.
***
Lał deszcz, jak z cebra. Zimno i wiał silny wiatr. Idealna sceneria na pogrzeb. Życie potrafi się spierdolić tak szybko. Dla mnie jak szybko? W dwa dni. Wszystko powoli zaczęło tracić sens. Nie mam już tak naprawdę nikogo, z kim mógłbym porozmawiać na każdy temat. Opuścił mnie jedyny przyjaciel w chwili, gdy go najbardziej potrzebuję. Ile bym dał, żeby móc z nim znowu porozmawiać, powygłupiać się, przytulić do niego. Niestety, to nie możliwe. Wszyscy musimy przygotować się do strat. Wszyscy kogoś tracimy, ale nie rozumiem, dlaczego tak szybko?
Patrzyłem jak w piach chowają trumnę z Andrew i jego mamą. Rodzinka Overblown w komplecie. Ta, w piachu. Albo w niebie, jak kto woli. Dookoła grobu stało tyle ludzi. Rodzina, przyjaciele. Wszyscy, którzy w ich życiu coś znaczyli. Do oczu zbierały mi się łzy, ale kto by to zauważył, przez taki deszcz. Gdy zamknięto płytą grób, ludzie pomodlili się i odeszli. Ja uklęknąłem przy grobie i wybuchłem płaczem. Nie mogę w to po prostu uwierzyć. Rodzice stanęli przy mnie. Tata poklepał mnie po ramieniu. On też źle się musiał czuć. Najpierw sam stracił przyjaciela, a potem umarła jego żona i jedyne dziecko. Umarła mojej mamy przyjaciółka. Mój przyjaciel. Życie jest okrutne, ale jeszcze gorsza jest śmierć. Nikt nie wie, kiedy będzie chciała złapać nas w swoje szpony, z których już nie wypuści. Wstałem z mokrej ziemi.
Udaliśmy się do samochodu. Tata wsadził kluczyk w stacyjkę i go przekręcił. Zapiąłem pasy bezpieczeństwa. Ruszyliśmy. Pojazd jechał przez las, który prowadził do miasta. Gdy znaleźliśmy się już w mieście, deszcz bardziej się rozpadał. Gówno było widać przez przednią szybę, a wycieraczki ledwo nadążały, aby wycierać szyby z nadmiaru kropel wody. Wyjrzałem przez okno. Miasto niemal tonęło w wodzie. Poczułem, jak samochód nagle przyspieszył. Spojrzałem z przerażeniem na tatę. Nie panował w ogóle nad samochodem. Mama również patrzyła na niego.
-Boże, James! Zatrzymaj się!- krzyczała.
-Staram się, do jasnej cholery.- powiedział tata.
Bum. Jedno wielkie bum. Samochód wylądował na jakimś słupie. Kręciło mi się głowie. Odpiąłem pasy. Przednia szyba była cała zniszczona. Wpadały przez nią krople deszczu, który jak na złość teraz się uspokoił. Próbowałem wstać, lecz odpowiedziały temu silne zawroty głowy i ból przeszywający kręgosłup. Zbliżyłem się do mamy.
-Mamo?- zapytałem.
Nie odpowiedziała.
-Tato?- mój głos się znacznie łamał.
Odpowiedziała mi cisza i jakiś samochód, który zatrzymał się przy naszym z piskiem opon. Opadłem z powrotem na tylne siedzenie. Po policzkach popłynęły mi łzy. Straciłem wszystko. Przed oczami pojawiły mi się mroczki.
Urwał mi się film.
***
Obudziłem się w białym pomieszczeniu, podłączony do pikających sprzętów. Porozglądałem się dookoła. Jasne światło, padające z okna. Na zewnątrz padał deszcz. Szpital. Znajdowałem się w szpitalu. Pogrzeb. Samochód. Wypadek. Szpital. Wszystko łączyło się w jedną całość. Do pomieszczenia wszedł jakiś facet. Domyślam się, że to jest lekarz. Biały fartuch, czarne, krótkie włosy postawione do góry, lekki zarost. Młody pan, może przed czterdziestką. W ręku trzymał jakąś teczkę. Zbliżył się do mojego łóżka. Następnie usiadł na nim.
-Frank Iero, prawda?- zapytał.
-Ta...- powiedziałem zachrypniętym głosem.
-Jak się czujesz?
-Nie jest źle, mogło być gorzej...- wymamrotałem.- Gdzie moi rodzice?
-Eh... No widzisz, twoi rodzice... Oni nie przeżyli tego wypadku.
-Nie, pan kłamie.
-Niestety Frank.- poklepał mnie po ramieniu i spojrzał na mnie z żalem.- Nie martw się. Wszystko się ułoży. Właśnie szukamy dla ciebie jakiegoś opiekuna, który mógłby cię wziąć na kilka dni do domu, aby się tobą zaopiekować i sprowadzić do dobrego stanu.
-Kurwa, ja nie chcę żadnych opiekunów!- krzyknąłem i zepchnąłem z mojego ramienia jego rękę.
Odgarnąłem kołdrę i próbowałem wstać, lecz nie ustałem długo w miejscu z powodu bólu, który przebiegł całe moje ciało. Opadłem z powrotem na łóżko. Lekarz wstał i wyszedł z pokoju.
Babcia, przyjaciel, rodzice. Straciłem wszystkie najważniejsze w życiu osoby.


5 komentarzy:

  1. Ja cem kolejną część. Ja cem Gerarda ;.;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gerdziu pojawi się już w następnym rozdziale xd

      Usuń
  2. PEWNIE JESZCZE RODZICÓW MU ZABIJ!
    Nosz ja nie mogę XD dobrze, że Gee na poprawę humoru już w następnym... Już chyba wystarczy tych męczarnii, co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, może coś jeszcze wymyślę xD Może by tak jeszcze potem Gerarda uśmiercić? Buahahahaha.

      Usuń
  3. NIE ROZPĘDZAJ SIĘ TAK BO JESZCZE FRANK SIĘ NIEDŁUGO PRZEGRĘCI
    NIE NO OK POROBIŁA SIĘ RZEŹNIA, ALE ROZDZIAŁ FAJNY
    TAK, FAJNY, POZDRAWIAM, WENY(?)
    ps. nawet weny boję ci się życzyć XDDDDDDDDDDDDDD

    OdpowiedzUsuń