Pragnę podziękować Amii, dzięki której zebrałam się w sobie i napisałam w końcu tą część xD Bez jej pomocy ten rozdział pojawiłby się może za tydzień... xD
No to ten tego, Enjoy! :)
_____________________________________________________________________________
[Gerard]
Obudziłem się na kanapie w swoim pokoju. To dziwne, nie pamiętam abym upadł na kanapę po wzięciu kilku tabletek nasennych. Moja twarz wtedy spotkała się z podłogą... A może nie? Dobra, nie ważne. Zwlokłem się z łóżka i chwyciłem mój telefon, który leżał na biurku pod stertą kartek z rysunkami. Spojrzałem na wyświetlacz. Już szesnasta? Cholernie mocne te tabletki. Tego się nie spodziewałem. Nigdy nie brałem ich w takiej ilości gdy miałem problemy ze snem... Boże, ja się dziwię, że mocne, a przecież wziąłem ich pięć, albo więcej. Jeszcze kilka i nie wiadomo czy bym się obudził. Jestem geniuszem. Podrapałem się po karku.
No świetnie. Frank tu musiał być, bo niby jak bym się znalazł na łóżku? Łaziłbym podczas snu? Wątpię. Podszedłem do drzwi. Położyłem rękę na klamce. Tam czeka mnie istne piekło. Z trudem otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Cisza. Z salonu jedynie dobiegały ciche odgłosy telewizora. Udałem się powoli do salonu, gdzie czeka mnie pewna śmierć z rąk Franka. Nie wiem, jaka była jego reakcja na widok leżącego mnie na podłodze, ale wiem, że teraz na pewno będzie zły. W salonie siedział Frank w fotelu. Patrzył się tępo w ekran telewizora i oglądał jakąś hiszpańską telenowelę. Przeczesałem swoje włosy do tyłu i odchrząknąłem, aby chłopak zwrócił na mnie uwagę. Niestety to nie poskutkowało. Miał mnie gdzieś. Podszedłem do fotela, w którym siedział i oparłem swoje dłonie na jego kolanach. Zdzielił mnie z pięści po dłoniach.
-Kurwa, to bolało!- krzyknąłem.
-Tak? Mnie też bolało, jak zobaczyłem cię rano nieprzytomnego, a obok tabletki nasenne.- spojrzał na mnie złowrogo.
-Frankie, skarbie...
-Nawet nie waż się tak do mnie mówić.- syknął.
Był wkurzony i to bardzo.
-Przepraszam.
-Spierdalaj.- powiedział i wstał z fotela.
Walnął mnie dłonią w twarz. Wybiegł z pokoju. Chwyciłem się za piekący policzek i zacząłem go masować. Po chwili usłyszałem trzask drzwi frontowych. Super. Poszedł sobie. To wszystko moja wina. Jestem beznadziejny. Wyłączyłem telewizor, po czym zgarnąłem z podłogi podkoszulkę, którą tu wczoraj zostawiłem i wyszedłem z mieszkania. Daleko to on nie pójdzie. Nie zna okolicy. Prędzej się zgubi, albo go ktoś napadnie w najgorszym przypadku.
Gdzie by ten gnojek mógł pójść? Jedyne co znajduje się w tej okolicy to park. Tak więc pójdę do parku. Może go tam znajdę. Żywego lub... Martwego. Kto wie. Znajdowałem się na alejce w parku. Rozglądałem się dookoła siebie. Świeciło słońce, było ciepło. Przynajmniej się nie przeziębi i nie zamarznie. Jeden plus w całej tej sytuacji. Nigdzie nie było śladu po chłopaku, więc postanowiłem wrócić do domu. Gorzej będzie jak przyjdzie ten facet ze szpitala dzisiaj w odwiedziny. No właśnie. O wilku mowa. Stałem jak wryty przed kamienicą, gdzie właśnie z BMW wysiadł pan Shidley. O cholera jasna. Odwróciłem się na pięcie i powróciłem do parku. I co ja teraz będę ze sobą robił tyle czasu? Co za popierdolony gówniarz. Mógł chociaż powiedzieć, gdzie wychodzi, a nie, ani do widzenia, ani żadnej informacji, ani pocałuj mnie w dupę, tylko wychodzi i nie wiadomo czy w ogóle ma zamiar wrócić. A co jeśli mu się coś stanie? Przecież jestem za niego odpowiedzialny, powinienem go pilnować. Martwię się o niego. Ale cóż, to jego sprawa. Chyba zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie go czekają. Lepiej by było po prostu pójść na policję i zgłosić jego zaginięcie, lecz gdy okaże się, że Iero postanowił się naćpać albo upić, mógłbym mieć bardzo duże problemy z prawem. Tego bym chyba nie chciał. Jeszcze dużo życia przede mną, a nie chciałbym go sobie zniszczyć przez jednego bezmyślnego chłopaka. Spróbuję może do niego zadzwonić. Ciekawe czy ten kurdupel w ogóle postanowił wziąć telefon... Znając go to pewnie nie, ale warto spróbować zadzwonić. Wyciągnąłem z kieszeni spodni lekko za kolana telefon i wybrałem numer do Franka. Minęło kilka sygnałów i włączyła się poczta głosowa. Co za idiota. No to cudownie. Teraz muszę się tutaj pałętać, kto wie ile czasu, aż znajdę Franka, albo po prostu jak pan Shidley sobie postanowi wrócić do pracy. To wszystko wina Franka. Chociaż nie, bardziej moja, bo to ja wziąłem te cholerne tabletki. Teraz byśmy mogli siedzieć spokojnie w salonie, popijając kawę, albo rozmawiać, albo się tulić, czy nawet całować tak, jak wczoraj. No właśnie, czemu Frank tak nagle mnie odepchnął? Czy coś ze mną było nie tak? Chyba nie... Może po prostu zagalopowałem się za daleko i się wystraszył... Cóż, na następny raz nie mogę od niego wymagać tak wiele. Chłopak ma szesnaście lat i miał prawo być przerażony.
***
Minęła godzina, może dwie, podczas gdy ja obszedłem cały park dookoła przynajmniej z dziesięć, piętnaście razy. Franka nie znalazłem, nie było po nim ani śladu. Czyli jest źle. Jest tragicznie. Mógł przecież wrócić już do domu, co jest mniej prawdopodobne. Nie sądzę, żeby chciał tam wracać. Za to ja już chcę, bo nie chcę po raz kolejny obejść cały park. Skierowałem się do kamienicy, w której mieszkałem. Wszedłem po schodach na ostatnie piętro i stanąłem przy drzwiach do mojego lokum. Przekręciłem klucz w zamku i wślizgnąłem się po cichu do środka z nadzieją, że Frankie już wrócił. Zamknąłem za sobą drzwi na klucz, zdjąłem buty i wszedłem do salonu, gdzie myślałem, że go zastanę. Niestety, moje myśli były błędne. Zajrzałem do jego pokoju i do kuchni. Również w obu tych pomieszczeniach nikogo nie zastałem. A więc pozostało mi czekać na niego. Może wróci, a może nie. Kto to może wiedzieć. Rzuciłem się na kanapę i włączyłem telewizor. Zbliżała się godzina dziewiętnasta. Mój brzuch przypomniał mi, że nic nie jadłem od paru godzin, więc włączyłem jakąś komedię romantyczną, która aktualnie leciała na jakimś kanale i udałem się do kuchni w celu zrobienia sobie czegoś do zjedzenia. Ostatecznie zrobiłem sobie kawy i kanapki z szynką. Wróciłem do salonu i usadowiłem się wygodnie na kanapie. Wpatrzyłem się w telewizor. Kojarzę ten film. "Oświadczyny po irlandzku". Widziałem go już milion razy, ale z racji, że i tak nic lepszego nie leciało w telewizji, postanowiłem to obejrzeć. Jadłem kanapki, wypiłem kawę i nawet nie spostrzegłem się, kiedy dobiegła dwudziesta trzydzieści. Za oknem powoli się ściemniało. Gdzie on jest?- przebiegła myśl przez moją głowę. Tak bardzo się o niego martwię.
Wybiła dwudziesta pierwsza. Za oknem panował zmrok. Film się skończył, a ja przeskakiwałem z kanału na kanał w poszukiwaniu czegoś ciekawego, lecz niestety czego ja się mogłem spodziewać? Nagle po mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Jak oparzony zerwałem się z kanapy i pobiegłem, jakby ktoś mnie gonił do drzwi. Otworzyłem drzwi. Ujrzałem tam sąsiada z parteru- pana Holf'a, niezbyt miłego sześćdziesięcioletniego faceta, który był wysoki, miał dobrą formę i był prawie łysy, z lekkim siwym zarostem na twarzy. Postać obok niego to był nikt inny, jak Frank Iero we własnej osobie. Pan Holf trzymał go za kark, delikatnie nad ziemią. Wyglądał, jak płaszcz zwisający na wieszaku. Teraz wydawał się być jeszcze bardziej dziecinny i kruchy niż zawsze.
-Dzień dobry.- z zamyśleń wyrwał mnie potężny bas mojego sąsiada.
-Dzień dobry, proszę pana. Coś się stało?- spojrzałem mu w przeraźliwie jasne niebieskie oczy.
-Kręcił się tutaj ten gówniarz już od dłuższego czasu. Chodził chwiejnym krokiem, jest pijany. Na następny raz zadzwonię na policję i będziesz miał problemy, więc lepiej pilnuj swojego kundla.-warknął, a Frank zaczął się wyrywać z jego uścisku.
Pan Holf rzucił na mnie Franka, a ja złapałem go w swoje ramiona, powstrzymując go od upadku.
-Dziękuję, że pan go tu przyprowadził. Będę go pilnował.- zapewniłem.
-No ja myślę. Do widzenia.
-Do widzenia.
Zamknąłem drzwi i udałem się z Frankiem na rękach w głąb mieszkania. Ułożyłem go na kanapie i tak po prostu zasnął. Spojrzałem na wrak człowieka. Przeczesałem delikatnie jego włosy i pocałowałem w policzek. Cieszę się, że nic mu się nie stało.
Hihi ^^ Fajnie, fajnie :D Czekam na więcej.
OdpowiedzUsuńOstatnio wreszcie znalazłam czas i nadrobiłam całe to opowiadanie.
OdpowiedzUsuńI powiem Ci szczerze, że z każdym rozdziałem pisanie idzie Ci coraz lepiej :D
A fanfic sam w sobie jest świetny i oczywiście czekam na więcej :3
Duuuuużo weny życzę.
xo Demolition Puppy
Oh stop, bo się zarumienię :3
UsuńFajnie, że się podoba :D