środa, 13 sierpnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XV

[Gerard]
-Kogo tu przywiało o tej porze?- zapytał zaskoczony Frank.
-Nie wiem. Kurwa weź się lepiej ubierz.- powiedziałem.
-Sam się lepiej ubierz, bo to ty otwierasz drzwi, a nie ja.- zaśmiał się.
-Spierdalaj, kochanie.- cmoknąłem go w usta.
Wstałem szybko z łóżka i zebrałem rzeczy, w których dzisiaj spałem z podłogi. Ubrałem bokserki i wyszedłem z pokoju. W drodze do drzwi wrzuciłem na siebie podkoszulkę. Stanąłem przed drzwiami, przeczesałem ręką włosy i otworzyłem drzwi. Za nimi ujrzałem pana Shidley. No tak. Wczoraj tu był, ale nas nie było. Pewnie teraz będzie chciał z nami posiedzieć i jakże "miło" spędzić czas, który mogliśmy przeznaczyć na dużo przyjemniejsze rzeczy. Jezu, człowieku! Ty to masz wyczucie czasu...
-Dzień dobry.- powiedział.
-Dzień dobry...
-Mogę?
-Tak, oczywiście.
Wpuściłem lekarza do środka i zamknąłem drzwi. Pan Shidley wszedł do środka, nawet nie myśląc o tym, aby zdjąć buty. A ja tu niedawno sprzątałem. Uduszę, po prostu uduszę.
-Co pana do nas sprowadza?- podrapałem się po karku i wszedłem za nim do salonu.
-Cóż, przyszedłem was odwiedzić i zobaczyć jak tam, bo wczoraj was nie zastałem...
-A no tak, byliśmy na spacerze.-oznajmiłem.- Przecież Frank nie może cały czas w domu siedzieć.
-A gdzie on teraz jest?- spytał.
-Jeszcze śpi.- skłamałem.- No ewentualnie już się obudził...
-To idź po niego.
-Dobrze...
Cholera, a on tam leży nagi w tym pokoju i nie wiadomo czy zachciało mu się ubrać. Ja pierdolę. Otworzyłem drzwi do pokoju i zobaczyłem Franka grzebiącego w szafie. Dobra, przynajmniej ma na sobie bokserki. Wyjął po chwili spodenki i podkoszulkę i włożył na siebie. Odwrócił się w moją stronę.
-Kto przyszedł?
-Pan Shidley...- mruknąłem.
-Kurwa, właśnie teraz musiał?
-Ta...-szepnąłem i się do niego zbliżyłem.- Musimy tam iść teraz.- objąłem go w pasie i pocałowałem.
-Okej...
Wyszliśmy z pokoju i usiedliśmy w salonie. Pan Shidley spojrzał na nas dziwnie.
-To co się stało?- spytałem już wkurzony jego obecnością.
-Dowiedziałem się od waszego sąsiada dzisiaj, jak tutaj szedłem, że Frank wczoraj był pijany...
Zatkało mnie. Co za idiota. Jak on mógł powiedzieć. Jak?
-Jeszcze raz taki wybryk, a chyba będziemy musieli go stąd zabrać... W sumie to i tak już mu szukamy rodziny zastępczej.*
No to już totalnie mnie zmiażdżyło. Że niby chcą mi odebrać mojego Frania?
-Co? Jak to?- zapytał Frank.- Ale mi się tu dobrze żyje, naprawdę. Gerard jest miły i w ogóle... Zajmuje się mną, jest świetny.- chyba dostał słowotoku.- Lubię go, naprawdę, bardzo go lubię. Nie chcę żadnej, głupiej, popierdolonej rodziny zastępczej!- krzyknął i wstał z fotela.
Wybiegł z salonu. Usłyszałem trzask drzwi i przekręcanie klucza. Jest w swoim pokoju, na szczęście.
-Słyszał pan?
-Tak, ale to dla jego dobra. Musi dalej się wychowywać w normalnej rodzinie.- oznajmił pan Shidley.
-Nie rozumie pan, że mu tu jest dobrze?- spytałem z wyrzutami.
-Rozumiem, ale może być mu jeszcze lepiej.
-Nie. Nikt mi go nie odbierze.
-Myślę, że klamka już zapadła. Przykro mi, panie Way.
-Czy pana już naprawdę posrało? Chłopak chce tu zostać to niech zostanie. Ma prawo decydować o swoim życiu. Nikt mu nie będzie niczego wciskał na siłę.
Mężczyzna wstał i udał się do drzwi wejściowych. Poszedłem za nim. Otworzyłem drzwi. Lekarz odwrócił się do mnie.
-Zastanów się nad tym dobrze. Jeżeli zależy ci na jego szczęściu, to byś pozwolił mu odejść.
-Kurwa niech pan już stąd idzie, bo mi działa pan na nerwy! Frank jest tu szczęśliwy, a ja go nikomu nie oddam! Żegnam pana!- krzyknąłem.
Wypchnąłem go za drzwi i je zatrzasnąłem.
Co za ludzie. Chcą kogoś uszczęśliwiać na siłę, nawet gdy ten ktoś już zaznał prawdziwego szczęścia. Dlaczego ludzie są na tyle debilni, żeby w ogóle chcieć komuś to szczęście zabrać? Trzeba być naprawdę pojebanym. Nie rozumiem ludzi. Zamknąłem drzwi na klucz i podszedłem do drzwi pokoju Frania. Zapukałem.
-Czego?- usłyszałem płaczliwy głos.
-Frankie, wyjdź z pokoju. Porozmawiajmy.
-Pierdol się. Pierdolcie się wszyscy!- krzyknął.
Huk. Najprawdopodobniej rzucił czymś o drzwi. Co za człowiek. Poszedłem do kuchni po coś, czym mógłbym otworzyć te przeklęte drzwi. Czasem się zastanawiam, odkąd Frank mieszka u mnie, po cholerę ktoś tu zakładał drzwi od sypialni zamykane na klucz. Jest to zbędne, gdy ma się na utrzymaniu takiego idiotę, jak on. W końcu wziąłem śrubokręt i wyjąłem drzwi z zawiasów. Tak, brawa dla mnie. Lepszego pomysłu nie było. Odstawiłem drzwi przy ścianie, delikatnie aby się przypadkiem nie osunęły na podłogę. Przekroczyłem próg pokoju. Na podłodze leżał rozwalony telefon. Podniosłem jego części. Przetrwał, tylko szybka lekko pękła, ale prawie nie widać. Odpadła obudowa. Złożyłem telefon do kupy i odłożyłem na szafkę nocną. Frank leżał na łóżku i płakał. Jezu, jemu się zmienia nastrój jak kobiecie w ciąży. Rano wkurzony, potem smutny, potem napalony, potem wesoły, a teraz płacze. Masakra. Wszedłem na łóżko i położyłem się obok Franka. Objąłem go ramieniem i przysunąłem do siebie.
-Idź stąd.- załkał chłopak.
-Nie.
-Zostaw mnie.
-Nigdy cię nie zostawię.- oznajmiłem.
Chyba nie chciał dłużej ze mną się kłócić. Zamilkł. Cicho szlochał w poduszkę. Odwrócił się do mnie przodem i wtulił w moją klatkę piersiową. Zaczął moczyć moją podkoszulkę. Jego małe serduszko biło, jak opętane. Oddech był płytki i nierówny. Gładziłem go delikatnie po plecach.
-Ja n-nie ch-chcę s-stąd od-dchodzić...-wyjęczał i wybuchł płaczem.
-Spokojnie, wszystko się uło...
-Jak mam być do cholery spokojny, gdy wszystko się sypie?!- krzyknął.
-Będę o ciebie walczył, Frankie.
Uspokoił się, gdy usłyszał te słowa. Jego oddech stał się równiejszy, a serce biło już normalnym tempem.
-Nikt mi ciebie nie zabierze, obiecuję.- szepnąłem mu do ucha.- Kocham cię, bardzo mocno.
-Gee... Ja ciebie też.
Pocałowałem go w czoło. Usiedliśmy na materacu. Frank dalej się we mnie wtulał. Pocałowałem go w usta. Uśmiechnął się uroczo i wstał. Zaraz... Wspominałem, o tym, że Frank ma wahania nastroju, jak kobieta w ciąży. Oto tego dowód. Był zrozpaczony, teraz jest znowu szczęśliwy! Nie wiem, co na niego tak działa, ale to nie ważne.
Teraz liczy się tylko on, muszę o niego walczyć...

_________________________________________________________________________________
*Nie no, fuck! Amia, odkryłaś mnie noooo lol xD 





3 komentarze:

  1. O, jak uroczo, tzn. zachowanie, czy raczej humorki Franka :3
    A doktora to bym ukatrupiła -,-
    Ps. Czy Gerard przypadkiem nie podziałał na swoją niekorzyść, klnąc, w obecności doktora, jak szewc? xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pomyślałam nad tym, szczerze xD

      Usuń
    2. A co tam, przychodzi facet ze szpitala, a pokażę, że u mnie ciężko z dobrym wychowaniem xD
      Ps. Fajny rysuneczek :D
      Ps. Ps. Wiem, jestem genialna B|

      Usuń