poniedziałek, 11 maja 2015

And If They Get Me / Short Story [1/?]

Witam wszystkich!
Zapewne czekaliście na rozdział, ale niestety nie napisałam go jeszcze. 

W ogóle nawet się za niego nie zabrałam, więc jak na razie go w ogóle nie ma. 
W zamian za to, wstawiam pierwszą część do short story. Nie wiem, czy przypadnie wam do gustu, ale liczę na to, że jednak tak.
Ogółem to... Nie mam czasu. Do 11 czerwca, bądź dalej jestem strasznie zajęta, więc niestety nie mogę Wam powiedzieć, za ile będzie kolejny rozdział "Never Let Them Take". Postaram się go napisać jak najszybciej, ale nic nie obiecuję.
Egzaminy, egzaminy wszędzie.

Historię opowiada szesnastoletni Frank (znowu zrobiłam go jako sierotę losu, nie bijcie, proszę). Nie muszę Wam go chyba opisywać. Długie, czarne włosy. Co tym razem zabawne- nie jest kolejnym emosem. Może i słucha rocka, ale wygląda normalnie. Jest normalnym chłopakiem. Żadnym punkiem, czy czymś takim.
Zwykły Frank. 

Oczywiście ma obojga rodziców, super przyjaciela i wszystko by było dobrze, gdyby nie jedna sytuacja, która zmieni całkowicie jego życie.
Początek strasznie nudny...

No to endżojujcie. 

Betowała Amia. Dziękuję Ci bardzo, bardzo, bardzo jeszcze raz ^^ Dzięki tobie ma to ręce i nogi! XD

___________________________________________________________________________
Był maj, a dokładnie jego końcówka. Piątek; piękny, słoneczny dzień, a ja siedziałem na ostatniej lekcji, matematyce, która kończyła się dopiero o 15:55. Nie wiem, kto wymyślił tak chore godziny zakończenia zajęć, ale miałem już dość. Nie byłem w stanie normalnie myśleć.

Siedziałem sam, w ostatniej ławce przy oknie i z utęsknieniem patrzyłem przez szybę na dzieci, które już wcześniej skończyły lekcje, a teraz bawiły się na placu zabaw. "Szczęściarze" - myślałem za każdym razem, gdy przypominałem sobie, że jak wrócę do domu, to będę miał masę nauki.

Spojrzałem na zegar ścienny, który, wydawałoby się, od dłuższego czasu wskazywał godzinę piętnastą czterdzieści dwie. Jeszcze głupie trzynaście minut do dzwonka. Nagle poczułem, jak coś we mnie uderzyło. Zerknąłem w dół, obok mnie na podłodze leżała zmięta kartka papieru. Bez wahania podniosłem ją i rozwinąłem. Znajdowała się na niej wiadomość od mojego przyjaciela - Quentina.

Ziomuś, przyjdź dzisiaj do mnie. Pogramy sobie w jakąś gierkę na konsoli. Np... Need For Speed?
Q

      Uśmiechnąłem się do siebie. Od razu wyrwałem z zeszytu kartkę i nabazgrałem na niej odpowiedź. Pomysł był wyśmienity, lubiłem grać w gry. Szczególnie z Q. Mogłem się wtedy wyłączyć i skupić tylko na nich. Popatrzyłem na nauczyciela, który stał tyłem do klasy. Rozejrzałem się wkoło, wzrokiem szukając przyjaciela. Chłopak siedział w pierwszej ławce, w środkowym rzędzie. Zamachnąłem się i szybko rzuciłem do niego zwiniętą kartkę. Gdy rozłożył ją, odwrócił się i posłał mi szeroki uśmiech, a ja odwzajemniłem ten gest. Teraz już miałem jakieś kreatywne zajęcie na popołudnie, jeśli granie w gry w ogóle można zaliczyć do kreatywnych zajęć.

***

- Mamo, wychodzę do Quentina! - krzyknąłem, schodząc do przedpokoju.

W pomieszczeniu pojawiła się drobna kobieta, ubrana w luźne dresy i czerwoną podkoszulkę, o ciemnych włosach i niemal czarnych oczach. Moja mama - Rosalie.

- O której godzinie zamierzasz wrócić?- zapytała stanowczo kobieta, spoglądając na mnie.

Wcisnąłem na stopy czarne, podniszczone trampki.

- Nie wiem, chyba jakoś wieczorem - odpowiedziałem bez dłuższego namysłu.

- Jakoś wieczorem? Frank, tutaj jest strasznie niebezpiecznie wieczorem, przecież dobrze o tym wiesz. Zadzwoń, to po ciebie przyjadę - oznajmiła.

- Nie, naprawdę nie trzeba. Mamo, jestem już duży i dam radę sam wrócić na nogach - uśmiechnąłem się krzywo.

- Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł. No ale... Dobrze, wróć sam, tylko błagam, uważaj na siebie, kochanie.

- Okej, okej no - wstałem z podłogi i zgarnąłem z komody, stojącej przy drzwiach, telefon i klucze - To ja idę - dodałem.

- Pa. Uważaj na siebie.

- Pa - powiedziałem z naciskiem i wyszedłem z domu.

***

- No kurczę no! - krzyknął rozzłoszczony blondyn - Znowu z tobą przegrałem, jak to możliwe w ogóle?- jęczał Quentin.

Zaśmiałem się. Chłopak rzucił pada od konsoli na czerwony dywan i opadł na podłogę. Spojrzałem na niego rozbawiony. Ech, czasem zachowywał się jak małe, rozkapryszone dziecko, ale w sumie za to go lubię, za tą jego dziecinność, brak powagi i całkowite rozluźnienie. Podchodził to życia pozytywnie i choćby się paliło i waliło to on dalej miał szerokiego banana na twarzy. W sumie nie miał go tylko wtedy, gdy przegrywał ze mną po raz setny wyścig w grze, ale pomińmy to.

- Jak to możliwe?- powtórzył pytanie i głęboko westchnął.

- Widocznie jestem od ciebie lepszy, ćwoku - pokazałem mu język. Tak, takie wyzwiska u nas były na porządku dziennym, ale żaden z nas wcale się tym nie przejmował.

Quentin strzelił mnie pięścią w ramię.

- Ała! - syknąłem i rozmasowałem rękę.

Wyjąłem z kieszeni moich szarych jeansów telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Zegar wskazywał godzinę dwudziestą pierwszą pięćdziesiąt, co oznaczało, że nadeszła na mnie pora. Musiałem się zbierać do domu, czułem, że moja mama już nieźle zaczęła się martwić.

- Późno już - wstałem z podłogi, uprzednio odkładając na nią pada - Będę się zbierał - stwierdziłem.

- Och, już? Frano, młoda godzina jest - zaśmiał się.

- Ta, już prawie dwudziesta druga. Matka pewnie już postawiła na nogi cały komisariat policji - zaśmialiśmy się głośno.

- Eee, no dobrze. Pozwalam ci iść.

- O mój Boże, jakiś ty łaskawy, Q.

- No wiem, nie musisz mi za to dziękować.

Podniósł się z podłogi i odprowadził mnie do drzwi. Założyłem trampki, pożegnałem się z przyjacielem i jego rodzicami, a następnie wyszedłem i ruszyłem w kierunku mojego domu.

***

Byłem w połowie drogi do mojego mieszkania. Na dworze byłoby już całkiem ciemno, gdyby nie blade światło ulicznych lamp. Panował okropny chłód i żałowałem, że nie wziąłem ze sobą nic oprócz cienkiej, czarnej bluzy. Zasunąłem ją pod samą szyję, naciągnąłem na głowę kaptur i schowałem ręce do kieszeni. starając się chociaż trochę ogrzać. Spojrzałem w górę, na niebo. Było bezchmurne - dokładnie widziałem księżyc w pełni oraz lśniące gwiazdy. Zawiał silniejszy wiatr, a ja usłyszałem, że ktoś za mną idzie, a raczej biegnie. Wystraszyłem się nie na żarty, ponieważ New Jersey słynęło z zabójstw, pobić i napadów.

Odwróciłem się i wtedy w ciemności ujrzałem zbliżającą się postać. Sądząc po posturze, był to młody mężczyzna, szczupły i wysoki, dużo wyższy ode mnie. Ubrany w ciężkie, wojskowe buty, czarne, jeansowe rurki oraz elegancki płaszcz zamszowy, pod którym miał ciemnoszarą bluzę z kapturem, który naciągnął na głowę, przez co nie mogłem ujrzeć jego twarzy.

Wyminął mnie z nadzwyczajną prędkością. Zobaczyłem, jak gwałtownie skręca w prawo, w ślepą uliczkę i w sumie to przeszedłbym zupełnie obojętnie; mało mnie obchodziło, co ten typ tam będzie robił, ponieważ na początku pomyślałem, że po prostu pewnie tam mieszka i wraca do domu, czy coś w tym stylu, ale nagle usłyszałem pisk.

Przestraszony wbiegłem tam natychmiastowo - nawet nie zastanowiłem się czy robię dobrze czy nie. Nie myślałem nad późniejszymi konsekwencjami i, że próbując kogoś uratować, sam mogę targnąć się na własne życie. Mogło mi się coś stać, a mama mówiła, żebym uważał. Ale oczywiście ja, Frank Iero, po prostu musiałem maczać palce w nie swoje sprawy. Ukryłem się za dużym kontenerem. Światło latarni padało na dwie postacie, czyli na chłopaka i jakąś kobietę.

- Umawialiśmy się, Jane! - krzyknął.- Miałaś do cholery nic nikomu nie mówić - warknął prosto w jej twarz.

- Zrozum, że musiałam - próbowała bronić się kobieta.

- Nic nie musiałaś - powiedział, a ta jęknęła, gdy ścisnął jej szyję dłonią.

- Gerard...- chrapnęła, brakowało jej powietrza.

Puścił ją, a ta próbowała mu uciec. Niestety nie udało się jej. Zacisnął swoje trupio-blade dłonie na jej chudych nadgarstkach. Była bardzo wystraszona. Wyszeptał jej coś do ucha i oddalił się od jej twarzy. Ujrzałem białe kły. Tak, to były kły. Wcale mi się nie wydawało. Nagle wgryzł się w jej tętnicę szyjną, a ona zawyła.

Zasłoniłem usta dłonią, aby z moich ust nie wyrwał się krzyk. Patrzyłem otępiały, jak z dziewczyny uchodzi życie. Do oczu cisnęły mi się łzy. Miałem poczucie winy, ale nie mogłem temu w żaden sposób zapobiec. Siedziałem tam i się gapiłem jak facet... Kurwa, przecież to nie był facet! Jak wampir łapczywie pije szkarłatną posokę. Chyba mnie odeślą do psychiatry, jak usłyszą historię o tym, że spotkałem wampira. Wariuję. Widziałem istotę nadnaturalną, czy to aby nie było nienormalne?

Mężczyzna oderwał usta od szyi Jane. Trzymał ją martwą w swoich ramionach przez dłuższą chwilę.

- A ja ci kurwa ufałem - powiedział i puścił ją.

Ciało dziewczyny bezwiednie opadło na beton.

Po moich policzkach spłynęło kilka łez. Bardzo chciałem stamtąd uciec i zapomnieć o całym zdarzeniu. Wstałem na drżących nogach i gdy tylko się odwróciłem, potknąłem się i runąłem jak długi na ziemię. Ujrzałem przed sobą glany, które na nogach miał tamten chłopak. Podniosłem się na obdartych dłoniach i spojrzałem w górę. Nie miał już na głowie kaptura, teraz dokładnie widziałem jego strasznie bladą twarz. Duże, zielone oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem. Miał lekko zadarty do góry nos i wąskie, krwistoczerwone usta. Na twarz opadały długie, lśniące, kruczoczarne włosy. Pociągnął mnie gwałtownie za bluzę do góry i trzymał mnie jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią. Patrzył na mnie spod lekko przymrużonych powiek.

- Coś ty za jeden?- syknął mi prosto w twarz.

- F-frank...- wykrztusiłem. - Ja przechodziłem obok... I usłyszałem pisk - zacząłem się tłumaczyć - Boże, proszę nie zabijaj mnie! - krzyknąłem rozpaczliwie, gdy Gerard odstawił mnie z powrotem na ziemię i zniknął na chwilę.

Nagle poczułem mocne szarpnięcie za kaptur. Czarnowłosy oplótł mnie ramieniem wokół szyi.

- Nic tu nie widziałeś, zrozumiano? - szepnął dźwięcznym głosem wprost do mojego ucha. Jego gorący oddech owiał mój policzek. Kiwnąłem niepewnie głową.

Nagle poczułem mocne ukłucie w okolicach szyi. Chciałem krzyknąć, ból był niemiłosierny, lecz zasłonił mi usta ręką. Zdawało mi się, że płonę od środka. Gdy oderwał się ode mnie, poczułem się słabo i osunąłem się na ziemię. Uklęknął przy mnie. Spojrzałem prosto w jego szmaragdowe oczy.

- Coś słabo wyglądasz - stwierdził i poklepał mnie ręką po twarzy. - Lepiej odprowadzę cię do domu, co Frank?- zaśmiał się i wziął mnie na ręce.

Urwał mi się film.

***

Obudziłem się w swoim własnym łóżku. "A więc był o to tylko głupi sen" - pomyślałem i odkopałem się spod kołdry. Boże, piję zdecydowanie za dużo kawy. Tak, to wszystko wina kawy, przez nią potem mam takie głupie i realistyczne sny. Usiadłem i poczułem przeszywający ból w szyi. Oprócz tego strasznie bolała mnie głowa, jakbym poprzedniej nocy się schlał w trzy dupy. Pomasowałem swoją szyję i wstałem.

Zszedłem na dół do kuchni, gdzie byli moi rodzice. Tata pił kawę i czytał gazetę, a mama smażyła naleśniki. Usiadłem przy stole i oparłem głowę na ręce.

- Hej, synu - uśmiechnął się tata.

- Hej... - powiedziałem, ziewając przy tym. Mama podała mi herbatę i talerz z naleśnikami.

- Jak się spało? - spytał.

- Nawet dobrze, ale strasznie mnie boli głowa - odpowiedziałem.

- Zaraz dam ci jakąś tabletkę, Frankie - powiedziała miłym tonem kobieta.

Zastanawiałem się, jak wczoraj dotarłem do domu, bo zupełnie nic nie pamiętałem, w między czasie zabrałem się za jedzenie.

- Rosalie, Frank... - zaczął tata, odkładając gazetę na stół - Wczoraj wieczorem dostaliśmy wezwanie na policję o zabójstwie dwudziestoletniej kobiety.

Ta informacja na początku do mnie w ogóle nie trafiła. Tata pracował na komisariacie i tygodniowo dostawali tam masę takich wezwań. Po dłuższym rozmyślaniu zakrztusiłem się herbatą. Zaraz, przecież wczoraj... Nie, to nie może być prawda. To był tylko głupi sen.

- Nie możemy ustalić, co ją zabiło. Najprawdopodobniej nie był to ani człowiek, ani zwierzę. To podejrzana sprawa - a jednak to nie sen - Frank, czy ty wczoraj tamtędy nie wracałeś?

Od ścian mojej czaszki z łoskotem odbijało się jedno pytanie: - Co teraz?

- Nic o tym nie wiem... - powiedziałem powoli.

- Dobrze. Proszę was, uważajcie na siebie. Kto wie, gdzie to coś teraz grasuje - stwierdził tata.

Kiwnąłem głową. Dopiłem herbatę i poszedłem do swojego pokoju.

Cholera, zrobiło się nieprzyjemnie. Nie mogłem wydać Gerarda. Wyjrzałem przez okno na ulicę. Po drugiej stronie, na przeciwko mojego domu stała jakaś ciemna postać i patrzyła w kierunku mojego okna. Przerażony odskoczyłem od niego i zamrugałem kilka razy. Osobnik zniknął.

Następny tydzień minął spokojnie.

Nie widziałem go więcej, ale mimo to, wiedziałem, że on mnie cały czas obserwuje.

6 komentarzy:

  1. Hej, jak na razie zapowiada się świetnie :) Zaciekawiło mnie, z niecierpljwością czekam na dalszą część.
    Egzaminy są straszne :( Nie życzę powodzenia (bo to przynosi pecha xD) i ogólnie to poczekam tyle, ile będzie trzeba na następne rozdziały, byleby były tak ciekawe jak zawsze :)
    Kurde, spóźnię się do szkoły :/
    Dużo weny życzę, i czasu na pisanie również.

    OdpowiedzUsuń
  2. Opowiadanie zaczęło się bardzo interesująco, wydaje mi się, że nie będzie to taki oklepany scenariusz, tylko wymyślisz coś ciekawego. A co do szkoły... U mnie też wszyscy sobie przypomnieli,że koniec roku i trzeba dać jakieś oceny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że ci się podoba :) Tutaj nie chodzi o to, że mam złe oceny, bo mam bardzo dobre. Tu raczej chodzi o szkołę muzyczną, a raczej o to, że kończę pierwszy stopień i mam urwanie głowy ._.

      Usuń
  3. Hej, hej! Wbrew pozorom jeszcze żyję XD Ostatnio udało mi się nadrobić kilka rozdziałów, które ominęłam i powiem szczerze, że nie mogę się doczekać kiedy dodasz kolejny :D
    A co do opowiadania... Zapowiada się bardzo ciekawie! Wciągnęło mnie i lepiej żebyś nie zwlekała z kolejną częścią, bo inaczej znajdę Cię i wyssę z Ciebie krew XD
    Życzę bardzo dużo weny i powodzenia w szkole! <3
    xoxo Demolition Puppy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O God, to ty żyjesz?! XDDDD Ja myślałam, że po prostu już olałaś frerardy, "dorosłaś" i sobie poszłaś bez słowa, a tu NIESPODZIANKA, MADAFAKA! XD
      Cieszę się, że Ci się podobało i...
      To samo mogę powiedzieć co do ciebie! xD Jeśli nie wstawisz czegoś w tym miesiącu na swojego bloga (a dokładnie to mi tu chodzi o 50 twarzy Waya) to Cię znajdę i Cię zjem. Pasuje? xD Musi. XD

      Usuń