Macie ten rozdział, który pisałam chyba dwa tygodnie xD No cóż, najpierw nie miałam czasu, potem mi się nie chciało, potem mnie wzięła choroba i tak wyszło, że dopiero dzisiaj skończyłam. :D
No więc, cieszcie się i radujcie się!
Enjoy :D
__________________________________________________________________________
[Frank]
Obudziłem się z wielkim bólem pleców. Być może było to spowodowane niewygodną kanapą, która niezbyt nadawała się do spania. Byłem bardzo zmęczony. Nie spałem prawie całą noc. Dopiero nad ranem udało mi się zasnąć. Odkopałem się spod koca i usiadłem na kanapie. Przetarłem zmęczone oczy i zamrugałem kilka razy. Było tu bardzo widno. Znajdowałem się sam w salonie, ale przeczuwałem, że ktoś może być w kuchni. Wstałem i udałem się do kuchni. Moje przypuszczenia nie były błędne. W pomieszczeniu znajdował się Gerard. Robił sobie poranną kawę. Podszedłem do stołu i odsunąłem krzesło. Usiadłem przy stole i oparłem się na łokciu. Popatrzyłem na Gerarda, który odwrócił się przodem do mnie, lecz nie zaszczycił mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu. Patrzył przez okno intensywnie nad czymś myśląc. Chciałem w jakikolwiek sposób przerwać ciszę pomiędzy nami, lecz nie za bardzo wiedziałem w jaki sposób. Co miałem zrobić? Niby go przeprosić? Ale za co? Nic złego nie zrobiłem, no pomijając fakt, że uciekłem na cały dzień z domu. Ale to wcale nie moja wina. Ja tu jestem grzeczny i w ogóle. Położyłem głowę na blacie stołu i przymknąłem powieki. W tym momencie nawet stół wydawał się najwygodniejszym miejscem do spania, a byłem zmęczony. Czekałem cierpliwie na to, aż Gerard się do mnie odezwie, lecz nic takiego nie chciało nastąpić. Trudno, mogę czekać. Nigdzie mi się nie śpieszy. Mam przecież cały dzień... Nagle usłyszałem huk. Gwałtownie podniosłem głowę z blatu i spojrzałem na podłogę. Stłuczony kubek, a dookoła rozlana brązowa ciecz. Gerard pospiesznie się schylił i zaczął zbierać odłamki szkła. Wstałem z krzesła i chwyciłem ścierkę, aby zetrzeć rozlaną kawę. Jak on to zrobił? Gdy podłoga była względnie czysta, odłożyłem ręcznik na blat, nawet nie trudząc się jego rozwieszeniem do wyschnięcia. Usiadłem z powrotem na krześle i wbiłem spojrzenie w mężczyznę. Był w piżamie. Czerwone włosy były w nieładzie, w sumie jak zawsze. Miał lekko popuchnięte oczy, pod którymi widniały siwe cienie. Czyżby mój ukochany płakał i nie spał całą noc tak, jak ja? Być może. Chciałbym wiedzieć, lecz on nie chce zacząć rozmowy, a ja tym bardziej nie wiem jak. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na jedną, może dwie sekundy, gdyż od razu przeniosłem wzrok na okno, za którym nie było zbyt ładnej pogody. Wiało, niebo było zachmurzone i padało. Jaka piękna pogoda tego lata. Zamyśliłem się.
-Frank...?- szepnął Gerard.- Musimy porozmawiać.
-Co?
-Musimy porozmawiać.- powiedział stanowczo.
-A jest o czym?
-Tak... To co wczoraj zrobiłeś... Nie wierzę. Nie mogę uwierzyć.
-W to, że uciekłem z domu? To nic wielkiego...- oznajmiłem i spojrzałem na mężczyznę.
Usiadł przy stole na przeciwko mnie.
-Nie chodziło mi o to.
-A o co?
-Frank... Jak mogłeś coś takiego zrobić?!- podniósł głos.- To niedopuszczalne!
-Kurwa, ale o co ci chodzi?!- również krzyknąłem.
-Ciszej, dobra? Mikey śpi.
-Będę krzyczał, mam to w dupie!- krzyknąłem i wstałem.- A co się tak teraz martwisz o tego swojego brata?! Przecież go tak nienawidzisz!- oparłem ręce na stół. Palce pobladły mi na czubkach.- Nie wierzę po prostu Gerard!
-Wcale nie powiedziałem, że go nienawidzę. To mój brat. Ale mam teraz za to mieszane uczucia co do ciebie.- odparł i wstał od stołu.
Wyszedł z kuchni.
-Gerard! Czekaj!!!- krzyknąłem.
Zobaczyłem go w przedpokoju. Zakładał buty.
-Gdzie się wybierasz?- spytałem.
-Nie wiem. Jak najdalej stąd.- syknął mi prosto w twarz i tak po prostu wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Zważając na fakt, że byłem nieubrany pospiesznie wkroczyłem do sypialni Mikey'a, który spał i z szafy wyciągnąłem ubranie. Na szczęście się nie obudził. Wrzuciłem na siebie ubranie i poszedłem do przedpokoju, aby założyć buty i wybiec z mieszkania. Gdy znalazłem się przed kamienicą, popatrzyłem dookoła siebie, aby wypatrzeć czerwoną czuprynę. Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu, bo nie zdążył zbyt daleko odejść. Zacząłem biec za nim, a gdy mnie zauważył również przyspieszył kroku. Biegłem za nim do parkowej alejki, gdzie spędziłem wczoraj cały dzień. Gerard zatrzymał się pod wielkim dębem i upadł na kolana na ziemię. Przyspieszyłem nieco, aby znaleźć się szybciej przy nim. Uklęknąłem na przeciwko niego i chwyciłem go dwoma palcami za brodę. Uniosłem jego głowę do góry. W jego oczach ujrzałem złość i ból. Strzepnął moją rękę.
-Nie dotykaj mnie!- warknął.- Ty... Ty...
-Gerard, uspokój się!- krzyknąłem.
Chłopak spuścił wzrok.
-Mógłbyś mi powiedzieć o co ci do cholery chodzi?- spytałem.
-Frank... Jak ty mogłeś mi coś takiego zrobić...?- wyjąkał, do jego oczu zbierały się łzy.
-Ale co ci niby zrobiłem?
-Ty... Ty... Z-zgwałciłeś g-go... - wybuchnął głośnym szlochem.
Nie mogłem uwierzyć w to co powiedział. Oniemiały opadłem całkiem na ziemię. Ukryłem twarz w dłoniach. On mu uwierzył... Uwierzył, że to ja go zgwałciłem. Ja. Kurwa, ja mam szesnaście lat to po pierwsze, a po drugie nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby coś tak okrutnego zrobić. Z bezsilności rozpłakałem się.
-Gerard...- wyjąkałem.- Czy t-ty mu naprawdę uwierzyłeś?
-To mój brat.
-Wiesz co? Już nawet nie rób mi tutaj wymówek, że to twój brat... Nie wiesz, jak było naprawdę.
Wstałem z ziemi i rzuciłem ostatnie spojrzenie na Gerarda. Patrzył się tępo przed siebie. Po jego policzkach spływały łzy. Wracam do domu, nic więcej nie zrobię. Jestem zły na siebie, że nie odepchnąłem od siebie Mikey'a, zły na niego, że kłamie i zły na Gerarda, że uwierzył w to, co powiedział jego kochany braciszek -kłamca. Schowałem ręce do kieszeni spodni i ruszyłem z powrotem do kamienicy. Nie wiem, czy był to dobry pomysł, bo tam był Mikey. Nawet nie mam gdzie iść... -przeleciało mi przez głowę. Zaraz... Mój dom... Ale cholera, kto ma klucze? Musiałbym zrobić włamanie, bo w środku są zapasowe. Raz się żyje, umiem wyłączyć przecież alarm, więc może nie będzie to aż tak trudne. Mimo to i tak muszę iść do domu Gerarda po jakiś śrubokręt czy coś, zdemontuję drzwi. Boże, ale jestem zły.
***
Stałem przed moim kochanym domkiem, z śrubokrętem w ręku. Rozejrzałem się dokładnie po okolicy, czy aby nikogo nie zdziwi nastolatek próbujący się włamać do swojego domu. Czuję się jak najgorszy kryminalista. Straszne uczucie. Nałożyłem kaptur bluzy na głowę i podszedłem do domu. Zacząłem się bawić w rozmontowywanie drzwi. Nie minęło sporo czasu, a drzwi stały ładnie oparte o ścianę. Muszę stwierdzić, że moi rodzice niezbyt pomyśleli kupując te drzwi. Bardzo łatwo je zdemontować. Wszedłem do domu. W przedpokoju zastałem ten sam wygląd, gdy ostatni raz opuszczałem mieszkanie. Wyłączyłem pośpiesznie alarm i zająłem się zakładaniem drzwi. No, poszło jak po maśle. Zamknąłem je na klucz i wślizgnąłem się do dalszej części domu. Było tu tak cicho. Brakowało dawnych rozmów, przeprowadzanych dzień w dzień przy stole... Szumu odkurzacza, czy pisków i innych dźwięków wydawanych przez telewizor. Jedna łza spłynęła mi po policzku. Czy tego mi brakowało w moim nowym domu? U Gerarda? Wcale nie. Ten mężczyzna mi wszystko zapewniał, nawet miłość. A ja za jego plecami takie rzeczy robię... Nie, ja ich wcale nie robiłem. To nie moja wina, że jakiś pieprznięty Mikey się na mnie rzucił, no... Czy ja tego chciałem? No naturalnie, że nie. Nigdy bym nie zdradził Gerarda, zbyt wiele dla mnie znaczy. Tylko, że on nawet nie chce prawdy znać, no to co poradzić. Pieprzę, będzie chciał to się dowie, jak było. Rozejrzałem się chwilę na parterze. Podszedłem do schodów, aby udać się do mojego pokoju. Stanąłem na pierwszym stopniu, który wydał przeraźliwy dźwięk skrzypnięcia. Bez pośpiechu wszedłem po schodach na górę. Po drodze do mojego pokoju zajrzałem do sypialni rodziców. Nic nie naruszone. Niepościelone łóżko, otwarta szafa. Uklęknąłem przed komodą w celu znalezienia zapasowych kluczy. Otworzyłem pierwszą szufladę, w której nic nie znalazłem oprócz biżuterii mamy. Druga szuflada była zupełnie pusta, tak samo jak i trzecia. Cholera, przecież powinny gdzieś tutaj być. Z trzaskiem zasunąłem trzecią szufladę i wstałem z podłogi. Rozejrzałem się po pokoju. Bingo! Szafka nocna taty. On lubił tam trzymać różne dokumenty i inne bzdety. No i tak jak myślałem, tak było. W szufladce leżał pęczek błyszczących kluczy od domu i od garażu. Schowałem go do kieszeni i wyszedłem z pomieszczenia. Powędrowałem do swojego pokoju. Nic się tu nie zmieniło. Syf. Nawet kurz na półkach się zadomowił na dobre. Zauważyłem, że jest otwarte okno, więc postanowiłem je zamknąć. Wtedy zobaczyłem coś, co nie powinno się wydarzyć. Policja. No nieźle. Brawo, Frank. Przecież tak czy owak włamałeś się do swojego domu. Zacząłem panikować. Zostawiłem już otwarte okno i szybko opadłem na ziemię. Pewnie jakaś cholerna sąsiadka zadzwoniła na policję, jak zobaczyła gówniarza takiego jak mnie. Nawet nie pomyślała, że to może być Frank, syn państwa Iero, bo po co być normalnym. W domu rozległo się pukanie do drzwi. Stawało się coraz głośniejsze i głośniejsze, przekształcało się niemal w rozpaczliwe walenie w drewno. Nagle wszelkie odgłosy ucichły, a na dworze było słychać krzyki. "Tam nikogo nie ma, pani Flirch!'', krzyczał jeden z policjantów. Policjanci pewnie pomyśleli, że jej się coś przewidziało. Zaśmiałem się pod nosem i wstałem z podłogi. Przy domu nie było już nikogo, więc spokojnie mogłem się poruszać. Ucieszyłem się na widok mojej ukochanej gitary, która stała samotnie w kącie pokoju. Podbiegłem do niej i chwyciłem ją za gryf. Usiadłem wygodnie na łóżku i szarpnąłem delikatnie palcami struny, z których wydobył się okropny zgrzyt. Nastroiłem ją. Teraz nadawała się do grania. Siedziałem przez dłuższy czas w skupieniu myśląc o utworach, które mógłbym zagrać. Nic szybko nie chciało mi przyjść do głowy, więc wyjąłem z szafki pod biurkiem zeszyt z różnymi piosenkami i chwytami. Po chwili z gitary wydobywały się piękne dźwięki. Można powiedzieć, że na długi czas straciłem wszelki kontakt z rzeczywistością. Byłem zbyt pochłonięty grą na gitarze, która w tym momencie uspokajała mnie i myśli buzujące w mojej głowie.
Minęło dużo czasu, zanim skończyłem grać na gitarze. Gdy spojrzałem przez okno, uświadomiłem sobie, jak długo grałem. Było już późne popołudnie. Słońce bardzo, ale to bardzo opornie zbliżało się do zachodu. Odłożyłem gitarę na swoje miejsce w kąt pokoju, a zeszyt rzuciłem na biurko. Mój brzuch postanowił przypomnieć mi o tym, że nie jadłem nic od paru godzin, a w lodówce raczej nie miałem się niczego innego spodziewać niż światła. Wydobyłem z kieszeni spodni komórkę. Odblokowałem ekran. Trzy nieodebrane połączenia od Gerarda. Olałem to i wybrałem dobrze mi znany numer do pizzerii. Po złożeniu zamówienia zszedłem na dół z portfelem w ręku i zdjąłem z siebie bluzę, którą rzuciłem na komodę w przedpokoju i udałem się do salonu, gdzie usiadłem na kanapie. Spojrzałem na siebie i uświadomiłem sobie, że jestem ubrany w jeansy i podkoszulkę od piżamy... No trudno. Mało mnie to szczerze obchodziło. Znajdowałem się w swoim domu, a nie na jakimś pokazie mody. Chwyciłem do ręki pilot od telewizora i go włączyłem. Jak zwykle gówno było w telewizji. Włączyłem program w stylu "Trudne Sprawy" i rozsiadłem się wygodniej na kanapie, wcześniej odkładając pilot na ławę. Ten serial był mega nudny, ale i tak go oglądałem, nie wiem czemu. Może to wynikało z braku innego, lepszego zajęcia? Chyba tak. W pomieszczeniu rozległo się dobijanie do drzwi. Wstałem pospiesznie z kanapy. Poprawiłem włosy i wziąłem z ławy naszykowany do zapłaty za pizzę portfel. Otworzyłem drzwi i już miałem otwierać portfel, gdy...
Ja po prostu nie wierzę w życie. Nie wierzę w moją pojebaną egzystencję na tym równie pojebanym świecie. Gerard stał z moją pizzą przed drzwiami i się głupio uśmiechał. Rzuciłem portfel na komodę w przedpokoju i wziąłem z rąk mężczyzny pizzę. Przed zamknięciem mu drzwi przed nosem rzuciłem coś w stylu "Nie wiedziałem, że teraz pracujesz jako dostawca pizzy", a następnie trzasnąłem z całej siły drzwiami i poszedłem do salonu. Położyłem opakowanie na ławę, a następnie je otworzyłem. Błogi zapach gorącej pizzy wypełnił moje nozdrza, jak i całe pomieszczenie. Zabrałem się do jedzenia, gdy w całym domu znowu rozległo się pukanie do drzwi. Wstałem znowu z kanapy i otworzyłem drzwi wejściowe.
-CZEGO?!- krzyknąłem Gerardowi prosto w twarz.
-Mogę wejść?- spytał spokojnie.
-NIE!
Trzasnąłem drzwiami, lecz nie do końca. Glan Gerarda skutecznie uniemożliwił mi dokończenie tej czynności. Poddałem się i wpuściłem go do środka. Wparowałem do salonu i usiadłem na kanapie kontynuując mój posiłek. Do salonu powoli wszedł również Gerard, dokładnie rozglądając się po pomieszczeniu. Był tu pierwszy raz.
-Po co tu przylazłeś?- burknąłem, gdy zasiadł w fotelu.
-Porozmawiać?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Nie mamy o czym. Już wszystko wiesz na temat mnie i Mikey'a.- warknąłem.
-Powiedziałeś, że nie wiem jaka jest prawda.
-I co cię to gówno obchodzi, jaka jest prawda?
-Obchodzi. Nie chcę żyć w kłamstwie.- westchnął i spojrzał na mnie.
Odłożyłem kawałek pizzy i wyłączyłem telewizor.
Cały czas patrzyłem prosto w oczy Gerardowi.
Ja cem dalszą część :( I to TERAZ!!! Przerwać w takim momencie. Teraz już jestem prawie pewna, że Gee dowie się prawdy, ale jak zareaguje? Tego nie jestem w stanie przewidzieć :( Może wsadzi Mikeyego do klatki razem z głodnym tygrysem? Albo przejedzie po nim czołgiem? XD
OdpowiedzUsuńHahaha, jestem taka ZŁA, przerywam w takim momencie.
UsuńMyślę, że obejdzie się bez takich brutalnych poczynań Gerarda wobec Mikey'a xD
Ja wiedziałam, że Mikey to zło wcielone. Ale że aż tak?
OdpowiedzUsuńNiech spadnie na niego rosyjski czołg i będę bardzo zadowolona XD
A Gee ma wybaczyć Franiowi i go mocno przytulić bo do cholery będę płakać ;-;
Dużo weny i czekam na ciąg dalszy :D
Miłość rośnie wokół nas! Chyba Mikey będzie miał wypadek samochodowy, którego z pewnością nie przeżyje XD
UsuńUps, ale mi go szkoda... XDD Tym autem to chyba ja prowadziłam XD
UsuńA Gee i Frankie mają sobie być razem aż do skończenia świata, koniec tematu ;-; XD
Ta, a w tej bajce były jednorożce? :P xD
Usuń