środa, 4 lutego 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXVI

      Frank obudził się wcześnie rano. Pospał dwie, może trzy godziny. Przez pół nocy nie spał, wypłakiwał się w ramię ukochanego, który właśnie teraz spał jak zabity. Czerwone włosy były w nieładzie. Kilka kosmyków kleiło mu się do twarzy. Górne, lekko drżące powieki przysłaniały te śliczne, zielone tęczówki, które po przebudzeniu będą emanowały smutkiem. Gerard płakał razem z Frankiem. Obaj byli bardzo zasmuceni faktem iż młody Iero już dziś się przeprowadza do nowego domu. Do Shidley'ów. Gerard przegrał rozprawę w sądzie. Frank się bał. Bał się tego, co będzie w domu u Shidleya. Wiedział bowiem, że Max Shidley miał niezbyt dobre podejście do młodzieży. W szpitalu kilka razy na niego nakrzyczał, ale... Przecież to nic nie znaczy. Prawda? Frank się tego trzymał. Musiał oswoić się z nową rzeczywistością. Jutro już go nie będzie u boku cudownego mężczyzny, w tym wspaniałym mieszkaniu. Jutro będzie w zupełnie innym, być może gorszym miejscu. Jutro nie będzie robił praktycznie tego co chciał. Jutro będzie musiał kupić książki, aby następnego dnia iść do szkoły.
       Chłopak wciągnął jeszcze raz zapach Gerarda, aby zapamiętać go na dłużej. Gerard pachniał cudownie... Woń delikatnych perfum pomieszana z dymem papierosowym i z tym oryginalnym, męskim zapachem samego ciała Gerarda. Frank to kochał. Kochał zasypiać w jego silnych ramionach, o których za niedługo będzie mógł tylko pomarzyć. Ta cała sytuacja go przytłaczała.
       Przytulił się jeszcze mocniej do kochanka i ucałował go w rozgrzany policzek. Wyplątał się z silnych ramion mężczyzny, a następnie spod kołdry. Wstał z łóżka i przykrył dokładniej Gerarda kołdrą. Po cichu ruszył do kuchni, uprzednio zamykając drzwi do sypialni, aby przygotować śniadanie dla siebie i ukochanego. Otworzył lodówkę. Popatrzył od góry do dołu. Westchnął. Wypadałoby zrobić zakupy, ale jemu się zwyczajnie nie chciało, więc postanowił zrobić naleśniki. Trochę oklepany pomysł, ale w zasadzie to nic innego nie umiał przygotować. Jego umiejętności kulinarne były marne, więc biorąc to pod uwagę, naleśniki to wcale nie był to aż tak zły pomysł. Przynajmniej nie spali kuchni Gerardowi. Zaśmiał się cichutko z własnej głupoty i zabrał się za robienie posiłku. Włączył ekspres do kawy. Hałas, jaki zrobiło urządzenie sprawiło, że serce Franka zabiło mocniej, bowiem nie chciał obudzić Gerarda. Do tego urządzenie skutecznie go pobudziło, jeszcze przed chwilą był nieco zaspany, ledwie przytomny. Przygotował ciasto na naleśniki i z szafki wyciągnął dwa białe kubki na kawę.
      Jutro nie będzie jadł śniadania w tej kuchni. Od jutra nie będzie pił porannej kawy u boku swojego chłopaka. Wtedy właśnie przypomniał sobie, że jego dom dalej stoi zupełnie pusty. Kurz już pewnie na dobre osiadł na wszystkich meblach, a syf jaki panował w jego pokoju dalej był nieposprzątany. Dom teoretycznie należał do niego. Przecież był jedynym spadkobiercą. Teraz już wiedział, co zrobi z domem.


      Gdy naleśniki były gotowe, posmarował je dżemem, oraz ładnie złożył. Ułożył je na talerzu. Razem z pięknie pachnącą kawą położył je na tacy. Powoli udał się do sypialni, gdzie być może dalej spał Gerard, o ile nie obudził go hałas wywołany przez ekspres. Łokciem otworzył sobie drzwi za pomocą klamki. Wszedł do pokoju. Gerard jeszcze spał, więc odłożył tacę z śniadaniem na szafkę nocną. Postanowił mu rządzić, miłą, miał taką nadzieję pobudkę. Wdrapał się na łóżko i pochylił się nad mężczyzną. Zaczął składać pocałunki na jego szyi, czasem lekko przygryzając jego delikatną skórę, aby go obudzić. Gerard zmarszczył brwi i przewrócił się na drugi bok. Frank przewrócił oczami. Cóż, obudzenie tego śpiocha było cięższe niż myślał. Ale wcale się nie dziwił Gerardowi, przecież wczoraj po południu musiał iść jeszcze na drugą zmianę do pracy, a gdy wrócił przez całą noc z nim płakał. Dziwne nie było, że był teraz tak strasznie zmęczony i nie szło go obudzić w żaden sposób.
       Jednakże Frank tak łatwo się nie poddał. Dobrze wiedział, że Gerard już nie śpi, tylko zwyczajnie się z nim droczy. Pochylił się ponownie nad czerwonowłosym. Włosy Franka opadały w dół, przez co miał mniejszy dostęp do chłopaka. Odgarnął niesforne kosmyki za ucho. Złożył czuły pocałunek na policzku Gerarda.
       - Gerard...- wymruczał uwodzicielskim głosem wprost do jego ucha i trącił jego policzek nosem, niczym mały kociak.
       Zaczął przygryzać jego ucho, następnie szyję, na której się zassał pozostawiając w tym miejscu pokaźny ślad. Mężczyzna odwrócił się na plecy. Frank wszedł pod kołdrę i podwinął koszulkę Gerarda do góry. Składał pocałunki na jego klatce piersiowej, schodząc niżej, na podbrzusze. Zaczął się bawić gumką od jego czarnych bokserek, strzelał nią. Powolutku zdejmował jego bokserki. Chwycił w dłoń jego rosnącą od podniecenia męskość i zaczął ją delikatnie masować. Popatrzył w górę na twarz Gerarda, na którą wpłynął błogi uśmieszek. Frank cicho się zaśmiał i kontynuował swoją czynność. Zwiększył szybkość ruchów swojej dłoni. Oddech Gerarda stał się znacznie szybszy. Pocałował główkę jego penisa, lekko ją zagryzając, a następnie powoli zaczął wkładać go do buzi. Spojrzał na swojego kochanka, który teraz cicho pojękiwał. Sprawiał mu cholerną przyjemność. Przyspieszył ruchy swojego zwinnego języka. Gerard był już na skraju wytrzymałości, wiedział, że jeszcze chwila, a dojdzie w ustach młodego Iero. Zacisnął palce na włosach Franka i przycisnął go mocniej do swojego krocza. Powoli zaczął otwierać oczy.
         Frank jeszcze bardziej przyspieszył, aby doprowadzić swojego chłopaka do spełnienia. Niedługo potem ciepły płyn rozlał się na jego podniebieniu. Wyjął z ust członka Gerarda i przełknął całą spermę pozostawioną w jego buzi. Podciągnął bokserki Gerarda na dawne miejsce i wyłonił się spod kołdry. Mężczyzna miał zamknięte powieki i głośno dyszał. Iero z zadziornym uśmiechem usiadł na jego biodrach i pochylił się nad nim aby złożyć na jego wargach czuły pocałunek.
        Gerard powoli otworzył oczy i przyjrzał się uważnie swojemu chłopakowi, który jeszcze tak niedawno robił mu dobrze swoimi ślicznymi, mięciutkimi usteczkami. Przyciągnął go do siebie i wpił się w jego rozchylone wargi. Bawił się ustami młodszego. Co jakiś czas przygryzał jego dolną wargę. Chciał mu się odwdzięczyć za tak przyjemną pobudkę. Frank zarzucił mu ręce na szyję. Way położył mu dłonie na biodra, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej, jeśli w ogóle to było jeszcze możliwe. Byli maksymalnie blisko siebie, już bardziej się nie dało. Musieliby stać się jedną osobą, by być jeszcze bliżej.
       Gerard powoli osuwał się do pozycji leżącej na łóżko. Frank dalej przygniatał go ciężarem swojego ciała, podążając za nim w dół. Oparł się na rękach po obu stronach jego głowy i rozchylił jego wargi delikatnie przejeżdżając po nich językiem. Gerard wsunął rękę pod podkoszulkę Franka i zaczął gładzić jego rozgrzaną klatkę piersiową. Po długim i namiętnym pocałunku odepchnął go od siebie, a Frank spojrzał na niego z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy, na co Way się tylko cicho zaśmiał i na jego twarz wpłynął rozbrajający wszystko, pociągający uśmiech. Iero usiadł prosto na nim, a Gerard podparł się łokciami o materac. Podniósł się do siadu i zaczął ściągać czarną podkoszulkę Franka. Ten zaś powiercił się trochę na jego biodrach, co pobudziło nieznacznie jego męskość. Gerard przygryzł wargę i rzucił podkoszulkę Franka gdzieś na podłogę. Młodszy tak samo postąpił z jego podkoszulką.
       Frank wpił się agresywnie w usta Gerarda, który zaczął majstrować przy jego bokserkach. Iero przejechał językiem po dolnej wardze Gerarda, aby ten rozchylił swoje ciepłe, rozedrgane od pocałunku usta. Ich języki zaczęły się pocierać o siebie w szaleńczym tańcu. Way chwycił nadgarstki Franka i przewrócił go na plecy, lądując okrakiem na jego biodrach. Oderwał się od ust Franka, a na jego twarz wpłynął złowieszczy uśmieszek. Frank się cicho zaśmiał i wyszczerzył się w zniewalającym uśmiechu, pokazując przy tym białe ząbki. Gerard cmoknął go w usta. Zszedł z niego i jednym szybkim ruchem zdjął jego bokserki, a następnie swoje. Iero był już mocno pobudzony, co nie uszło uwadze mężczyzny.
        Rozchylił jego nogi, a następnie wszedł w niego bez żadnej zapowiedzi. Frank jęknął przeciągle i wygiął się pod wpływem bólu, jaki zadał mu ukochany. Gerard pogłaskał go czule po policzku. Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Way zaczął powoli się w nim poruszać, aby nie sprawić już chłopakowi większego bólu, lecz samą przyjemność. Chwycił w dłoń męskość chłopaka i zaczął nią ruszać w rytmie w jakim poruszał swoimi biodrami. Frank był wniebowzięty, Co chwilę głośno jęczał. Rytmiczne ruchy Gerarda sprawiały, że niemal odpływał. Było mu tak dobrze i przyjemnie, gdy sprawna dłoń mężczyzny masowała jego członka.
       - Szybciej, Gerard...-powiedział.- S Z Y B C I E J!- krzyknął, gdy Gerard wykonał kolejne mocne pchnięcie, prosto w jego czuły punkt.
       Gerard przyspieszył ruchy. Był bliski finału, tak, jak i Frank. Ruchy jego bioder, jak i ręki, która oplatała penisa Franka były już naprawdę szybkie. Jęczeli głośno.
       Gerard doszedł w środku Franka, głośno wykrzykując jego imię. Frank doszedł niemal w tym samym momencie, wytryskając prosto w dłoń mężczyzny, oraz głośno krzycząc. Opadli zmęczeni koło siebie głośno dysząc. Spojrzeli na siebie błogim wzrokiem. Gerard pocałował czule Franka.
- Nie ma to jak seks z rana.- szepnął i przyciągnął do siebie Franka, aby go przytulić.
- Wiesz co? Śniadanie nam wystygnie.- zaśmiał się Frank i podniósł się do siadu.- Jak już nie wystygło.- dodał i wziął do ręki kubek z kawą. Na szczęście była ciepła, więc Frank upił łyk i odłożył z powrotem na tacę.
       Way podniósł się leniwie do siadu i objął Franka ramieniem. Przykrył ich nagie ciała kołdrą. Frank ułożył tacę z jedzeniem na ich kolana i zabrał się za karmienie starszego. Wyglądało to co najmniej uroczo. Karmili się tak nawzajem, byli nadzwyczajnie szczęśliwi. Niby taka zwyczajna sytuacja, ale jak dużo radości im sprawiała. Frank kochał takie poranki. Mógłby dzień w dzień budzić się u boku Waya. Całować go, śpiącego w czoło, aby następnie wstać i zrobić im obojgu jakieś pyszne śniadanie. Potem wchodziłby z powrotem do pokoju, aby urządzić Gerardowi przyjemną pobudkę, która kończyłaby się na namiętnych pocałunkach, bądź na czymś więcej, tak, jak właśnie dzisiaj to miało miejsce.
        Frank wpatrywał się w roześmiane oczy czerwonowłosego. Odgarnął niesforne kosmyki z jego twarzy. Nagle uśmiech z twarzy młodszego znikł. Wiedział, że jutro bowiem nie obudzi się w silnych ramionach Gerarda. Nie pocałuje go na dobry początek dnia. Nie zjedzą razem śniadania. Gerard nie pójdzie do pracy, aby potem wrócić do domu, w którym czekałaby na niego osoba, która go kocha.
        Iero nagle opadł na tors Gerarda, który zszokowany tak nagłą zmianą nastroju chłopaka przytulił go mocno do siebie i pocałował go w czubek głowy. Był bardzo zaniepokojony i smutny. Bał się go stracić, a ich wspólne godziny coraz szybciej upływały gdzieś w dal. Zacisnął mocno powieki, aby nie rozpłakać się. Nie chciał, aby Frank trafił do tej pieprzonej rodziny zastępczej. A to wszystko przez jego nieuwagę. Gdyby nie tamten felerny poranek, w którym to ten głupi doktor musiał się dowiedzieć prawdy. Gerard uważał, że to tylko i wyłącznie jego wina, że doktor się dowiedział. Wcale tak nie musiało być, mógł to wszystko inaczej rozegrać. Tylko jak? No właśnie, inaczej się nie dało. No ale cholera, co w tym złego, że Frank się w nim zakochał i to z wzajemnością?! Nic! Ludzie to jebani, nietolerancyjni idioci. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego ludzie, no może nie wszyscy, ale większość, mają tak złe nastawienie do gejów i lesbijek. Przecież to też są ludzie, jak każdy inny.
        Poczuł coś mokrego na swojej klatce piersiowej. Otworzył oczy. Frank cicho szlochał. No i masz ci babo placek, pomyślał Gerard. Odchylił głowę czarnowłosego do tyłu i spojrzał w jego zapłakane, czekoladowe oczy. Przetarł jego mokrą od płaczu twarz i uśmiechnął się delikatnie.
- Frank, mógłbyś już nie płakać?- zapytał.- Musisz wziąć się w garść. Wszystko będzie dobrze i nawet nie próbuj zaprzeczać, bo mnie szlag trafi.- mówił.- Zobaczysz, jeszcze cię odzyskam. A nawet jeśli nie to... Przecież nie zabronią nam się spotykać. Nie mają prawa. Może to nie będzie tak jak do tej pory, ale zawsze lepsze to niż nic. Po za tym, ja muszę wreszcie wziąć się do roboty, a ty musisz iść do szkoły. Prawda? Więc dzisiaj grzecznie się spakujesz, pójdziesz z tymi wariatami do tego pieprzniętego domu i będziesz się grzecznie zachowywał, grzecznie chodził do szkoły, a ja cię będę z niej odbierać i będziemy sobie chodzić gdziekolwiek, byleby pobyć ze sobą, a potem będę cię odstawiał do domu. I nie rób, żadnych głupot. Dobrze?
        Frank pokiwał niemrawo głową i spojrzał mu głęboko w oczy. Gerard ucałował go w usta i pogłaskał go po miękkich włosach.
- No, zuch chłopak.- powiedział Gerard.- I pamiętaj, że cię naprawdę mocno kocham i nic tego nie zmieni.
- Pamiętam.- odezwał się Frank.- Też cię kocham, Gee.
Przytulili się do siebie. Ten uścisk mógłby trwać i trwać, gdyby nie... Dzwonek do drzwi.


________________________________________________________________________________

Tak wiem, wiem... Rozdział miał się pojawić w zeszłym tygodniu, ale zwyczajnie nie wyrobiłam się z jego napisaniem. Nie miałam niestety zbyt dużo czasu, myślałam, że się wyrobię, ale jednak mi się nie udało. I końcówka jest beznadziejna, no ale.
I tak mam nadzieję, że się spodobało! xD
Komentujcie, komentujcie i jeszcze raz komentujcie, bo to mnie jakimś sposobem motywuje do napisania następnych części. Serio, aż mi się lepiej pisze ze świadomością, że ktoś jednak czyta te pierdoły.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
        Co do koncertu Gerarda Waya! Naprawdę... Był wspaniały. Och, Gerard na żywo to niesamowite zjawisko. Myślę, że nie ma co tu dużo pisać. Chociaż stałam na balkonie i niestety nie widziałam jego twarzy dokładnie to po prostu bawiłam się świetnie. Darłam mordę, piszczałam, śpiewałam i skakałam w rytm muzyki. To było coś niesamowicie pięknego. Myślę, że zapamiętam to wydarzenie na bardzo długi czas.
        I jeśli mam być szczera, to cały czas się zastanawiam, czemu on ma żonę, a nie... męża. xD Serio. Wierzcie, lub nie, ale jego głos i ruchy są jeszcze bardziej pedalskie na żywo niż na nagraniach. xD W ogóle, cały czas (no może nie cały czas) się wzruszał, szczególnie gdy wyciągnęliśmy kartki "We Missed You" podczas piosenki Action Cat. Albo, jeszcze gdy ktoś mu rzucił jakieś kwiatki na scenę, a on krzyknął "I fucking love flowers!''. No myślałam, że zaraz padnę na twarz.
        Support Nothing But Thieves mnie naprawdę mile zaskoczył. Serio, chłopaki mają potencjał i myślę, że jeśli im tylko sława nie uderzy do głowy, to naprawdę mogą sobie nieźle poradzić w świecie muzyki.
        Way obiecał, że wróci do Polski. Mam nadzieję, że dotrzyma obietnicy. Jeśli tak to... Nie wiem jak wy, ale ja jadę! :D

         Niestety, nie wstawię żadnych nagrań, których mam może nie w sru dużo, ale na tyle, żeby się zadowolić, bo szanowny Blogger mi na to nie pozwolił. Chciałam dodać za pomocą dysku Google, ale prędkość dodawania tam nagrań niestety mnie nie satysfakcjonuje. Przepraszam. Dziękujcie Google. Powstawiam za to zdjęcia, które mi się udało zrobić. Niestety nie jest ich dużo. :/ Myślę, że na Youtube na pewno już coś jest.  Mogłabym też tam dodać, ale myślę, że nie ma sensu zakładać konta specjalnie, żeby tam dodać kilka nagrań. A po za tym, Youtube to dla mnie czarna magia. xD Wybaczcie.
         Z tego miejsca chciałam serdecznie pozdrowić dwie dziewczyny (co z tego, że nawet się nie dowiedzą, że je pozdrawiam), które siedziały, tak siedziały przede mną i wydawało mi się, że w ogóle nie były zainteresowane koncertem. Przyszyły sobie tak zwyczajnie posiedzieć, podczas gdy inni się bawili na całego. Jedna z nich, taka urocza blondyneczka sobie siedziała i coś robiła na telefonie, a druga po prostu siedziała i chyba też coś robiła na telefonie. Mniejsza o to. Gdy kopnęłam przez przypadek tą drugą glanem to ta odwróciła się do mnie z wzrokiem jakby miała mnie zaraz zabić, że kopnęłam ją tym głupim glanem. No hello, dziewczyno. Co mnie to obchodzi, że ty przyszłaś sobie posiedzieć na tym wspaniałym koncercie. Jeśli nie jesteś nim w ogóle zainteresowana to łaskawie mogłabyś się udać gdzieś do tyłu no bo, sorry, są tu osoby, które zamierzają się dobrze bawić, na ten przykład ja, a nie siedzieć tak jak ty i twoja koleżanka blondynka. 
Z tego co wiem, na dole też nie było zbyt dobrze. Niektórzy ludzie podobno byli chamscy, przepychali się pod scenę, wyzywali się i takie tam... Ale! Ważne, że inni się nie zrażali tymi ludźmi i dobrze się bawili do samego końca.
Mam nadzieję, że nie będzie miało już nic takiego miejsca gdy znów Gee przyjedzie do polski.
Bo przyjedzie. Musi. Obiecał. xD
Ogółem koncert uważam za jak najbardziej udany.
A no jeszcze pozdrawiam Fun Ghoul! Tak, to było wspaniałe. Machać do ciebie jak idiotka xD Szkoda, że nie porozmawiałyśmy no ale już trudno! Myślę, że jeszcze nie raz będzie okazja xD
No to myślę, że to by było na tyle z koncertu...
                                                           















   

piątek, 16 stycznia 2015

Life Ain't Just A Joke ~ Rozdział I

Witajcie!
No i jest. Pierwszy rozdział xD
Mam nadzieję, że się spodoba. 
Enjoy!
____________________________________________________________________________
   
      Poczułem przeszywający całe moje ciało nieznośny chłód. Zacisnąłem mocniej powieki i skuliłem się, mocno obejmując się ramionami wokół nóg. Zmarszczyłem brwi. Następnie usłyszałem odgłos towarzyszący odsuwaniu rolet. Do mojego małego królestwa wpadła ogromna ilość światła. Wyrwany gwałtownie ze snu, przewróciłem się na brzuch i wcisnąłem twarz w mięciutką poduszkę, która natychmiastowo została usunięta spod mojej głowy.
- Frank, wstawaj! Debilu, no!- usłyszałem przy uchu wrzask małego diabła.
      Kate... Moja młodsza aż o sześć lat siostra. Byłem zdruzgotany. Dlaczego Bóg zesłał na mnie ciężar posiadania młodszej siostry? Wolałbym już młodszego brata. Dobra, mogłaby być już ta siostra, ale cholera! Starsza!
      Zły na cały świat, a w szczególności na Kate, otworzyłem powoli oczy. Spojrzałem na Kate. Zielonobrązowe, duże oczy, otoczone naprawdę długimi rzęsami, wpatrywały się we mnie z wyczekiwaniem. Śmiesznie zmarszczony nos, lekko zadarty do góry, ozdobiony licznymi piegami. Pełne usta, które obecnie były zaciśnięte w wąską kreskę. No i ta szopa na głowie. Kręcone, ciemnobrązowe, do ramion włosy. Cała Kate. Nawet minimalnie nie byliśmy do siebie podobni. No dobra, może jedynie oczy mieliśmy te same. W reszcie się całkowicie od siebie różniliśmy. Ja miałem proste, półdługie, nie wiem, sięgały lekko za ucho, włosy, które pofarbowane były na czarno. W porównaniu do Kate, która kochała swój naturalny kolor włosów, ja wręcz go nienawidziłem. Przed pofarbowaniem miałem mdły kolor. Jakiś jasny brązowy.
      Wracając do mojego wyglądu. Mój nos był prosty, nie był specyficzny. Usta bardzo wąskie i jakieś takie krzywe. Miałem dziwny wygląd i do tego byłem strasznie blady i chudy. Moja postura przypominała bardziej posturę naprawdę płaskiej kobiety niż piętnastoletniego chłopaka...
- Frank?- odezwała się Kate, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia.
- Czego chcesz, mały ćwoku?- spytałem.
- Dziś pierwszy dzień szkoły, a ty sobie spokojnie w łóżku leżysz!
      Dopiero teraz spostrzegłem, że dziewczyna była ubrana na galowo. Przewróciłem do góry oczami i przeniosłem się do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się po białym pokoju, obklejonym licznie plakatami, wypełnionym ciemnymi meblami, pianinem i gitarą. Łóżko stało pod oknem. Na przeciwko niego, koło drzwi stało biurko i półka z książkami, płytami z muzyką, grami komputerowymi i radiem. W kącie, koło półki stała gitara. Na prostopadłej ścianie do łóżka stało elektryczne pianino. Na przeciwko niego znajdowała się duża, odsuwana szafa. Na środku był czerwony dywan...
- Kurde, ale to nie powód, żebyś mi robiła burdel w pokoju!- obrzuciłem ją złowrogim spojrzeniem, a następnie ponownie spojrzałem na czerwony dywan, na którym obecnie znajdowała się cała moja pościel. -Wynocha stąd!- krzyknąłem.
      Kate posłusznie wyszła z pokoju, w progu drzwi pokazując mi język. Za nią do pokoju wszedł mój pies mopsik, zwany Pizzą. Dlaczego Pizza? Gdy gram na kompie często jem pizzę... Mój pies razem ze mną... Pies, widząc kołdrę na podłodze, od razu się na nią rzucił i się nią bawił. Świetnie, zniszczy mi całą pościel. Zabiję Kate. Wstałem z łóżka, wziąłem psa na ręce i zdjąłem go z kołdry. Całą pościel z powrotem ułożyłem ładnie na łóżku. Pizza zaczął biegać w kółko po dywanie. Potem podbiegł to ciemnych drzwi i zaczął się na nie rzucać. Uroczo. Podszedłem do drzwi i je otworzyłem.
- No, dawaj mały. Możesz wyjść.- powiedziałem z wyczekiwaniem patrząc na psa.
Ten tylko zamerdał ogonkiem i spojrzał na mnie tym pełnym zaskoczenia wzrokiem. Westchnąłem i podniosłem psa. Wyszedłem z pokoju i ustawiłem go na korytarzu. Już miałem wracać do pokoju, gdy pies zabiegł mi drogę. Ech, co za uparciuch. Czasem naprawdę nie rozumiem logiki tego psa... Stoi przy misce z jedzeniem, nasyp mu karmy, on popatrzy i sobie idzie... Otwórz mu drzwi na dwór, on popatrzy na to co jest za drzwiami, patrzy na ciebie i zaczyna tulić się do twojej nogi. No po prostu fuck logic! Przesunąłem go delikatnie nogą i wszedłem do swojego pokoju, mocno trzaskając drzwiami.
      Podszedłem do szafy i otworzyłem ją w poszukiwaniu czegoś dobrego do założenia na dzisiaj. Zaraz, dzisiaj był pierwszy dzień szkoły, co oznacza, że... Wreszcie zobaczę się z Caroline! Na myśl o dziewczynie, postanowiłem się ubrać jak najlepiej mogłem. Musiałem wyglądać naprawdę dobrze. Tak więc wyjąłem z szafy czarne, niezbyt obcisłe rurki, białą koszulę i czarną marynarkę. Wziąłem do tego bieliznę i szybko pobiegłem do łazienki, aby się przygotować.
      Wpadłem do łazienki, uprzednio zamykając drzwi na klucz i włączyłem światło. Kremowo-brązowe pomieszczenie zalało jasne światło. Łazienka była jak każda inna. Urządzona przez moją mamę była niezwykle przytulna. Przy jednej ścianie stała wanna oraz prysznic. Na przeciwko były brązowe półki, umywalka, wielkie lustro, przy którym wisiała lampa. W rogu stał kibel, nad którym znajdowało się małe okienko.
       Zdjąłem z siebie piżamę. Otworzyłem drzwi prysznicowe i wszedłem do środka. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą.
       Przyjemnie ciepła woda rozlała się po całym moim nagim ciele. Przyszedł czas rozmyślań, jak to bywa pod prysznicem. Ciekaw jestem, czy gdy zapytam Caroline, czy chce być moją dziewczyną, to się zgodzi, czy też nie? Mam nadzieję, że tak. Naprawdę ją kocham. Ponad to jest naprawdę śliczna i inteligenta... Gdy sobie tylko przypominam o tych jej pięknych, długich, lekko kręconych blond włosach, dużych, niebieskich oczach, które ślicznie zdobiły długie rzęsy, idealnym, drobnym nosku i tych ustach, które tak pięknie się uśmiechały, kiedy dziewczyna jest szczęśliwa, to aż mi zapiera dech w piersiach. Ona jest taka idealna... Taka piękna...
      Rozmyślanie o dziewczynie przerwało mi głośne dobijanie się do łazienki.
- Frank, co ty tam tak długo robisz?! Wyłaź!- krzyczała Kate.
- Moment, już wychodzę spod prysznica.- odpowiedziałem.
Momentalnie wziąłem do rąk żel pod prysznic, którym się namydliłem. Spłukałem z siebie pianę, umyłem włosy i wylazłem spod prysznica. Dokładnie wytarłem się w nieskazitelnie biały ręcznik. Wcisnąłem na tyłek bokserki oraz czarne spodnie. Wysuszyłem włosy, założyłem koszulę i marynarkę. Poczesałem jeszcze raz włosy, umyłem zęby i założyłem na nos czarne okulary. Ech, cholerna wada wzroku.
- No, wyglądasz zajebiście, Frank.- powiedziałem sam do siebie, patrząc na swoje odbicie w lustrze.- Przystojniak z ciebie. Caroline jest twoja.
      Zgasiłem światło w pomieszczeniu i wyszedłem na zewnątrz.
- Kate, łazienka jest twoja!- krzyknąłem.
      Zszedłem po schodach na dół, do kuchni, gdzie siedzieli moi rodzice. Kuchnia, jak każde inne pomieszczenie w tym domu była ładnie urządzona. Jasna i przytulna. Na środku stał stół, przy którym aktualnie siedział mój tata. Robił coś na laptopie. Jak zawsze, był bardzo zapracowany.
       Tata nazywa się Sam. Z wyglądu to właśnie jego przypominam, chociaż... Nie jestem aż tak przystojny. Tata ma czterdzieści siedem lat, ale naprawdę się dobrze trzyma. Był sporo wyższy ode mnie. Cóż, wzrostu to ja po nim niestety nie odziedziczyłem. Tata był naprawdę wysoki. Miał prawie metr dziewięćdziesiąt, a ja niecałe metr siedemdziesiąt. Miał ciemne, brązowe, krótko, no dobra, może nie za krótko obstrzyżone włosy, postawione do góry.Do tego jego twarz przyozdabiał lekki zarost. Pracuje jako szef jakiegoś mega znanego biura projektowego. Projektuje domy i inne budynki.
       No to teraz trochę o mojej mamie. Ma na imię Christina, ma trzydzieści dziewięć lat i... Kocha gotować. Naprawdę. Ona gotuje zawsze. Gdy tylko ją widzę, za każdym razem gotuje... No chyba, że mnie odbiera ze szkoły. Aż się dziwię, że nie została szefem kuchni w jakiejś bardzo znanej pięciogwiazdkowej restauracji, tylko... Prawnikiem. Została prawnikiem. Zawsze mówi, że to było jej wielkie marzenie, ale ja czuję, że po prostu została tym, kim kazali jej rodzice. Z wyglądu jest naprawdę ładna. Kate jest strasznie do niej podobna, są niemal identyczne. Mama ma włosy trochę dłuższe niż moje i strasznie pokręcone. No i jest sporo niższa od mojego taty. To właśnie po niej odziedziczyłem ten niski wzrost. Cóż za ironia losu. Zawsze marzyłem, aby być wysoki. No i skończyło się na tym, że osiągnąłem marne sto sześćdziesiąt osiem centymetrów. Zawsze mogło być w sumie gorzej, ale strasznie ubolewam nad tym, że jestem prawie najniższy w klasie, jeśli chodzi o chłopaków.
      Podszedłem do stołu i odsunąłem krzesło, na którym usiadłem. Mama odwróciła się od ekspresu do kawy.
- Zjesz coś, słońce?- zapytała i się do mnie uśmiechnęła.
- Nie, dzięki.- odpowiedziałem.
- Odchudzasz się synu?- odezwał się tata.
- Nie, skądże.
- Poznałeś kogoś i chcesz dobrze wyglądać?- mama musiała wtrącić swoje pięć groszy.- Żadna dziewczyna cię nie zechce, jak będziesz taki chudy, Frankie.
- No akurat Caroline mnie zechce.- wymamrotałem pod nosem, wpatrując się w powierzchnię drewnianego stołu, mocno zaciskając na kolanach pięści ze złości.
- Frank... Rozmawialiśmy już o tym.- tata zamknął z siłą klapę od laptopa.
- Jeny, to nie wasza sprawa z kim się zadaję.
- No właśnie, że nasza.- tata podniósł głos, co oznaczało, że jest już nieco wkurzony.
- No właśnie, Frank. My się o ciebie martwimy.- dodała mama.- Ile razy mamy ci powtarzać, że to nie jest dziewczyna odpowiednia dla ciebie? W życiu poznasz jeszcze wiele, to nie jest pierwsza i ostatnia. To nie jest ta jedyna na całe życie, po za tym...
- Mamo, przestań!- przerwałem jej i wstałem od stołu.- To MOJE życie i to JA będę decydował z kim się będę spotykał, a z kim nie! Dajcie wy mi święty spokój!- poszedłem w stronę przedpokoju.
Założyłem na nogi czarne trampki.
- Zrobisz, jak będziesz uważał.- powiedział spokojnie tata.- Tylko pamiętaj, że cię ostrzegaliśmy.
- Cześć.- rzuciłem im na pożegnanie i zabrałem z komody przy drzwiach klucze i mój telefon.
Wyszedłem z domu.
     Szedłem powoli ulicami New Jersey. Mieszkamy tu odkąd pamiętam, właściwie prawie cała nasza rodzinka tu mieszka. Przez rodziców taty, aż po wujków i ciocie. Czy lubiłem New Jersey? Na swój sposób tak, chociaż wolałbym mieszkać zupełnie gdzie indziej... Marzy mi się taki Nowy Jork. Duże miasto, dużo ludzi i w ogóle więcej perspektyw. Chciałbym tam mieszkać... Ale mieszkam w New Jersey i w najbliższym czasie nic się nie zmieni, dopóki nie skończę chodzić do szkoły. W sumie, to takie Los Angeles też nie jest złe. Mieszkają tam rodzice mojej mamy. Jeżdżę tam co rok na wakacje i za każdym razem poznaję dużo ludzi. Najbardziej jednak wbiło mi się w pamięć dwóch chłopaków. Jeden w moim wieku, chyba Mikey, a drugi Gerard, starszy o rok. Są braćmi, tylko niestety ani nie pamiętam ich nazwiska, ani nie mam z nimi żadnego kontaktu. Wiem tylko, że pochodzą również z New Jersey, ale przeprowadzili się do Los Angeles. Szkoda, bo naprawdę byli świetni. Dużo bym dał, aby znów ich zobaczyć i powygłupiać się na mieście.
      Minąłem park. Promienie słoneczne leniwie ogrzewały moją twarz. Zrobiło mi się trochę gorąco. Podciągnąłem rękawy marynarki i koszuli. Powoli docierałem do szkoły, więc postanowiłem się upewnić, że Caroline będzie. Wyciągnąłem z kieszeni spodni telefon i pospiesznie napisałem sms'a do dziewczyny.
<Hej, kotku. :* Będziesz dzisiaj w szkole? C:>
Nie musiałem długo czekać na wiadomość zwrotną.
<Już jestem. :*>
Uśmiechnąłem się do ekranu. Ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonałem biegiem, chciałem jak najszybciej dotrzeć do dziewczyny. Przekroczyłem bramę prowadzącą na plac szkoły. Przed budynkiem spotkałem moją przyjaciółkę, Victorię. Uśmiechnąłem się na jej widok. Ubrana była jak zwykle w swoim stylu, czyli na rockowo. Czarne creepersy, czarne zakolanówki, ciemna, jeansowa spódniczka, czarna koszula i czerwony krawat. Jej ręce zdobiły pieszczochy, a szyję obróżka.
      Victoria ogólnie jest ładną dziewczyną. Ma bladą cerę. Duże, ciemnobrązowe oczy. Długie, sięgające za łopatki czarne włosy i prosta grzywka. W wardze srebrny kolczyk, a w uszach tunele. Słucha dobrej muzyki. Metalu i oczywiście rocka. Jest wygadana, zabawna i miła. Bardzo ją lubię. Oczywiście moi rodzice twierdzą, że to nie jest towarzystwo dla mnie i dziewczyna sprowadza mnie na złą drogę, ale to gówno prawda. Podbiegłem szybko do dziewczyny i się z nią przywitałem.
- Cześć, Frankie!- krzyknęła rozradowana na mój widok i mnie mocno przytuliła.
- Cześć, Viki.- odpowiedziałem jej z tym samym entuzjazmem i odwzajemniłem uścisk.- Widziałaś gdzieś może Caroline?- spytałem odrywając się od niej.
- Weszła właśnie do szkoły.- powiedziała.- Jak ci minęły wakacje?
- Jak zawsze. Byłem u babci w Los Angeles. A jak tobie?
- Ja byłam w Londynie u cioci.
- Uuu, to na bogato.- zaśmiałem się.
- No a jakby inaczej?- również się zaśmiała.- Chodź, poszukamy twojej miłości.
- Jestem jak najbardziej za.
      Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Zaraz wreszcie ją zobaczę. Co jej powiem? Boże, całe wakacje o tym myślałem. Miałem ułożoną rozmowę od początku do końca. Chciałem ją zapytać czy chce być moją dziewczyną. Całe dwa miesiące się na to przygotowywałem i mogę stwierdzić, że już jestem gotowy.
- Viki, a co jeśli się nie zgodzi?- spytałem z drżeniem w głosie, gdy weszliśmy do szkoły.
- Boże, Frank. Już nie bądź takim pesymistą, musi się zgodzić.- wywróciła do góry oczami.- Przecież cię kocha, prawda?
- Niby tak, ale cholera no! Boję się.
- Wyluzuj.
       Jak mam wyluzować, skoro zaraz mam zapytać Caroline o chodzenie? Czy Victoria nigdy przez coś takiego nie przechodziła? A, no fakt. Nie, ona jest dziewczyną. No ale myślę, że gdyby była na moim miejscu też by się bała i to jeszcze jak. Niecodziennie o takie rzeczy prosisz dziewczynę. Moi rodzice mnie zabiją, gdy się dowiedzą, że Caroline to moja dziewczyna. Oni jej nie lubią. Nawet jej nie znają, ale pomińmy już ten fakt.
        Rozejrzałem się po nie za dużym, korytarzu, który był pomalowany na mdły żółty kolor. Duże okna dawały mnóstwo światła. Na ścianach wisiało w gablocie dużo nagród, dyplomów, różnych ogłoszeń. Zaraz przy wejściu do szkoły po lewej stronie znajdował się pokój nauczycielski i dwie sale lekcyjne, a po prawej świetlica i gabinet dyrektora- pana Edwarda Desmond. Przebrnęliśmy przez tłum uczniów, aż do drzwi sali gimnastycznej, w której to miało odbyć się uroczyste rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Wtedy ujrzałem właśnie Caroline. Zatrzymałem się, Victoria również. Na jej twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek. Zmierzyłem Caroline od stóp do głów. Włosy miała jak zwykle delikatnie pokręcone. Uśmiechała się. Koleżanka coś do niej mówiła. Ubrana była w białą, lekko rozkloszowaną, koronkową sukienkę, a na stopach miała białe balerinki. Spojrzałem znów na jej twarz, a następnie na jej koleżankę, która spojrzała na mnie i powiedziała coś do Caroline. Momentalnie dziewczyna mnie zauważyła i się szeroko uśmiechnęła. Podeszła do mnie.
       Poczułem, że moje nogi nagle stały się jak z waty, całe ciało zaczęło mocno drżeć, serce jeszcze mocniej zaczęło bić, a w żołądku mi się wszystko przewracało do góry nogami.
- Hej, Frank.- odezwała się dziewczyna.
- Hej, Caroline.- odpowiedziałem.
- To może ja was zostawię samych, gołąbeczki.- powiedziała Victoria.
Spojrzałem na nią miną a'la zbity pies. Niestety na nią to ani trochę nie podziałało. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się chytrze i kopnęła mnie w dupę.
- To na szczęście.- szepnęła mi do ucha i odeszła.
      Heh, no to zrobiło się niezręcznie. Caroline się mocno do mnie przytuliła. Odwzajemniłem uścisk. Od jej ciała biło przyjemne ciepło. Z łatwością wyczułem, że jej serce biło równie szybko co moje. Poczułem od niej zapach bardzo ładnych perfum. Piękny zapach. Dziewczyna oderwała się ode mnie. Ciepło jej ciała znikło, a ja znowu musiałem powrócić do rzeczywistości. Co ja miałem jej powiedzieć teraz? Nagle zabrakło mi języka w buzi. Pomiędzy nami zapanowała bardzo niezręczna cisza. Caroline się we mnie wpatrywała, a ja spuściłem głowę.
- C-caroline...- zacząłem.- Bo mam p-pytanie.- wyjąkałem,
- Tak, Frankie?- spytała z zaciekawieniem na twarzy.
- Czy ty... Czy ty...- nie no, masakra, przecież jej nie dam rady dzisiaj o to zapytać.- Albo, nie ważne.- dodałem.
Z twarzy dziewczyny zszedł uśmiech.
- Eee, no to chodźmy na salę gimnastyczną.- powiedziałem.
No i poszliśmy. Stanęliśmy koło siebie, a po chwili dołączyła do nas Victoria. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Łatwo było wyczytać z mojej twarzy, że nie poszło coś tak jak powinno. Rzuciła mi nieme pytanie "Udało ci się?", a ja pokiwałem głową w lewo i w prawo w geście zaprzeczenia. Jej mina zrzedła. Poklepała mnie po ramieniu.
      Staliśmy chwilę w ciszy, aż nagle podskoczyliśmy, gdy usłyszeliśmy pisk Caroline. Odwróciliśmy się w jej stronę. Stał za nią wysoki, przystojny brunet o zielonych oczach. Mocno oplatał ją rękoma w pasie. Dziewczyna odwróciła głowę do niego i uśmiechnęła się. Chłopak odwzajemnił uśmiech i pocałował ją w policzek. Coś mnie zakuło w okolicach serca. Ona ma chłopaka? Przecież pisała, że mnie kocha i chciałaby ze mną być. Nagle zrobiło mi się smutno. Caroline odwróciła się do mnie.
- Frank, to mój przyjaciel James.- przedstawiła mi bruneta.
- Car, a więc to jest ten cały Frank?- spytał z kpiną w głosie. Na jego twarzy wymalowała się odraza.
       Chłopak dalej obejmował ją w pasie. Posłałem mu złowrogie spojrzenie. Teraz zauważyłem, że chłopak był sporo wyższy ode mnie, jak i od dziewczyny. Był wysportowany. Włosy miał postawione do góry. Ubrany był w białą koszulę i czarne spodnie. Na nogach miał trampki. Cóż tu dużo mówić, był dużo przystojniejszy ode mnie i nie miałem z nim szans. Caroline na pewno go wybierze. Trudno, bywa i tak.
      Caroline pokiwała potwierdzająco głową na jego pytanie i oderwała się od niego. Podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem.
- Tak, James. To jest ten cały Frank. Kocham go i pewnie za niedługo będziemy razem.- stwierdziła i ucałowała mnie w policzek. Zrobiło mi się gorąco.
      James był zirytowany całą tą sytuacją. Liczył na to, że Caroline wybierze jego, a nie mnie. Niestety, jednak woli niskiego, niezbyt przystojnego Franka Iero. Ma się to coś. Chłopak był wkurzony, co z łatwością zauważyłem. Zaśmiałem się nerwowo i rozpiąłem jeden guzik przy szyi od koszuli. Objąłem Caroline w pasie i przyciągnąłem do siebie. Teraz albo nigdy.
- Caroline...- szepnąłem jej do ucha.- Czy chciałabyś być moją dziewczyną?
- Och, James. Właściwie to już jesteśmy razem.- powiedziała i znowu mnie pocałowała w policzek.
Zgodziła się! Byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. James był wkurzony. Zacisnął ręce mocno w pięści.
- Szczęścia.- rzucił krótko i poszedł w bliżej nie znanym mi kierunku.
      Spojrzałem na Caroline, która teraz się szeroko uśmiechała. Przytuliłem ją mocno do siebie. Spojrzałem na Victorię, która była uradowana faktem, że już jesteśmy razem. Oderwałem się od swojej dziewczyny i pocałowałem ją w policzek. Po chwili w sali zapanowała cisza, a do środka wszedł dyrektor i wicedyrektorka. Akademia się zaczęła.
_____________________________________________________________________________
Hah, ale mi to długie wyszło xD
Mam dobrą wiadomość! Następna część "Never Let Them Take..." aktualnie się pisze, więc jeśli dobrze pójdzie to pojawi się ona za tydzień, bądź dwa, a jeśli źle pójdzie to pojawi się ona za miesiąc, albo nie wiem kiedy xD Niestety, mam teraz tak strasznie mało czasuuu... Ciągle jakieś wyjazdy i nie wyrabiam z wszystkim. ;_;
No, to komentujcie, bo komentarze są bardzo ważne. :D

xoxo


     

środa, 31 grudnia 2014

Life Ain't Just A Joke ~ PROLOG

Witam! 
Z racji tego, że dzisiaj ostatni dzień w roku, wstawiam taki króciutki prolog do nowego opowiadania. 
Chciałam po prostu, abyście mniej więcej wiedzieli od czego zacznie się historia i co będzie miało na nią ważny wpływ, więc czytajcie dokładnie. Może tutaj nie będzie tak wszystko dokładnie rozpisane, o co chodzi, ale jedna z postaci ma bardzo wielkie znaczenie. Wiem, że trochę beznadziejnie to rozegrałam... Dwa opowiadania na raz, ale no cóż. Tamto będzie dalej kontynuowane. Zostało jeszcze do napisania około... Cztery części, może nawet mniej. Zarys tego co będzie się tam działo jest, ale trzeba jeszcze napisać, co jest znacznie trudniejsze.
Także ten tego, na razie cieszcie się tym. xD
No i tak na zakończenie tego roku 2014! Ostatni post w tym roku. 

Enjoy!
_____________________________________________________
     
     <Kocham Cię, Caroline.> napisałem bez wahania kolejną wiadomość na Facebooku do mojej ukochanej.
      Była noc. Nie wiem, godzina druga, może i nawet trzecia. W każdym razie, za oknem było bardzo ciemno. Jedynie mdłe światło lampy ulicznej wpadało do mojego pokoju przez okno. Był koniec wakacji. Jutro ostatni dzień wolności i znowu się zacznie chodzenie do tej jebanej budy, zwanej szkołą. Jak kto woli. Dla mnie to zawsze była jebana buda, w której siedzi się bezczynnie w ławce i słucha się nudnych wykładów nauczyciela. Ech, trzecia klasa to już w sumie nie przelewki... Jak to moja mama mówi. Muszę się wziąć z kopyta za naukę. Na dodatek ostatnia klasa szkoły muzycznej. Tak, moja kochana szkoła muzyczna. Odkąd pamiętam miałem wielkie zamiłowanie do muzyki i instrumentów, jednak tym jedynym była gitara. No i oczywiście pianino.
      Spojrzałem na ciemny ekran telefonu, przy którym migała zielona dioda świadcząca o nowej wiadomości. Caroline. Odblokowałem pospiesznie telefon i spojrzałem na wiadomości. Tak, napisała do mnie dziewczyna moich marzeń.
<Też Cię kocham, Frank.> 
Uśmiechnąłem się mimowolnie do ekranu po przeczytaniu tego zdania. Ta dziewczyna była niesamowita. Co prawda poznałem ją tak naprawdę całkiem nie dawno temu. Pod koniec drugiej klasy gimnazjum. Hm... Tak naprawdę w ostatni dzień szkoły. Nie wiedziałem do której klasy chodzi, ani jak ma na nazwisko, co bardzo utrudniało mi wszystko. Znałem tylko jej piękne imię. Caroline. Wkrótce kolega powiedział mi jak się nazywa. Caroline Himber. Od razu dodałem ją do znajomych na fejsie i tak piszemy ze sobą już dobre dwa miesiące. Nie spotkałem się z nią przez całe wakacje, ponieważ spędziłem je u babci w Los Angeles. Wczoraj wróciłem do domu. Chwała Bogu, jeśli w ogóle jakiś istnieje, że moja babcia jest w miarę cywilizowana i ma internet w domu. Nie wytrzymałbym dwóch miesięcy rozłąki z Caroline.
      Otrzymałem kolejną wiadomość. Zmęczonym, od długiego patrzenia w jasny ekran wzrokiem, przeczytałem, co mi napisała dziewczyna.
<Frank. Co będzie z nami dalej? Pisałeś, że na razie nie chcesz mieć dziewczyny. :(>
Zrobiło mi się żal dziewczyny. Ona mnie tak kocha. Ja ją również, ale po prostu na razie nie jestem gotowy na stały związek. Nie chodzi o to, że nie chcę, tylko że się boję. Boję się, że zranię dziewczynę, czy coś innego. Ech...
      Nagle usłyszałem kroki na korytarzu. Wystraszony szybko zablokowałem telefon i pospiesznie odłożyłem go na szafkę nocną, ekranem do dołu. Serce biło jak oszalałe. Przybrałem losową pozycję i zamknąłem powieki. Musiałem udawać, że śpię. Rodzice nie mogli się dowiedzieć, że po nocach przesiaduję na telefonie. Kroki stawały się coraz słabsze. Usłyszałem zamykane drzwi, najprawdopodobniej łazienki. Poczekałem, aż osoba, która urządziła sobie nocny spacer wróci do swojego pokoju. Byłoby zbyt ryzykowne to, aby w tej chwili brać telefon do ręki. Próbowałem w miarę uspokoić oddech. Drzwi od łazienki otworzyły się i korytarz zalało mdłe światło. Kolejne trzaśnięcie drzwiami i odgłos wyłączanego światła za pomocą wyłącznika. Szybkie kroki. Odetchnąłem z ulgą. Jeszcze chwilę poczekałem i wziąłem telefon do ręki, wcześniej upewniając się jeszcze raz, czy aby na pewno nikogo już nie ma na korytarzu.
      Odpisałem szybko Caroline.
<Pożyjemy, zobaczymy. :) Być może zmienię zdanie. :*> po chwili namysłu jeszcze dopisałem - <Wybacz skarbie. Posiedziałbym z tobą dłużej, ale jestem strasznie zmęczony :(> no cóż, skłamałem. Wcale nie byłem zmęczony, po prostu ktoś mógł w każdej chwili wejść do pokoju. Pisanie z nią o tej porze było niezwykle ryzykowne.
<Dobranoc :* Słodkich snów, Frankie. <3 >
<Dobranoc :* Kocham cię. <3 >
Wyłączyłem Facebooka i odłożyłem telefon na szafkę nocną. Okryłem się szczelnie kołdrą.
Obiecałem sobie, że jak tylko wrócimy do szkoły to odważę się i zapytam, czy będzie chciała być moją dziewczyną. Byłem pewny w stu procentach, że to jest miłość mojego życia. Kocham ją bardzo mocno. Zamknąłem powieki.
Sen przyszedł dosyć szybko, mimo, że nie byłem zbytnio śpiący.
__________________________________________________________________

      O mój Boże, nie wierzę, że to już koniec roku. Pamiętam jeszcze ferie zimowe w styczniu, jakby to było wczoraj. Naprawdę szybko mi zleciał ten rok. 
      Początek nie był zbyt... Mocny. Dla mnie był wręcz... Masakrą. Nie było aż tak źle, jakoś sobie poradziłam. Od maja było po prostu świetnie. xD
      Ale co ja będę się rozpisywać na temat mojego życia! xD
      Chciałam po prostu życzyć Wam udanej imprezy sylwestrowej, nawet jeśli spędzicie ją  siedząc w domu z kotem, psem, czy też innym zwierzęciem, lub po prostu rodziną, przyjacielem, w niezbyt licznym gronie, lub po prostu samemu oglądając Polsat, czy TVN! Ale to i tak fajnie! Możecie być w każdym miejscu, zależy tylko jaki program włączycie. xD 
     Życzę Wam również, żeby nadchodzący rok był jeszcze lepszy niż ten, żebyście się cieszyli każdym dniem, bez względu na to, czy będzie się wszystko walić, czy będzie po prostu dobrze. Dużo szczęścia, na pewno się Wam przyda i jeszcze więcej zdrowia. 
     No to chyba tyle z mojej strony...
A... Uważajcie jak będziecie bawić się fajerwerkami. XD Bezpieczeństwo przede wszystkim. ;)


Jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego i szczęśliwego nowego roku! :)


niedziela, 7 grudnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXV

       Dzisiaj krótko, mam nadzieję, że nie będzie to wam przeszkadzać.
Mam jutro egzamin w szkole muzycznej, więc nie za bardzo miałam czas, żeby cokolwiek pisać, więc dzisiaj dodaję krótki rozdział, czyli to co udało mi się do tej pory napisać.
      Następny rozdział będzie dłuższy, obiecuję!
      No i pozostaje jeszcze jedna sprawa. Ostatnio (tak, pewnie teraz strzelicie tak zwanego facepalm'a i pomyślicie- "Przecież nie ma czasu na pisanie tego opowiadania, więc czemu bierze się za następne?") zaczęłam pisać nowe opowiadanie! Tak, nowe. Napisałam już krótki wstęp i prawie trzy części, więc chcę się poradzić. 
Wolicie, żebym najpierw skończyła to, a potem sukcesywnie publikowała tamto, czy chcecie żebym wstawiła już te kilka części nowego (oczywiście nie wszystkie na raz)? Tak więc piszcie ;_;

      ENJOY!
________________________________________________________________________


      -Frank, pośpiesz się, bo się spóźnimy.- powiedział Gerard w pośpiechu wkładając buty.
Wziął swoje wszystkie dokumenty z komody w przedpokoju, a następnie wrócił się do salonu po telefon.
-Idę, już idę.- odpowiedział mu Iero.
      Gerard zobaczył Franka, który szedł korytarzem zapinając guziczki od koszuli w czerwonoczarną kratkę. Poszedł za nim do przedpokoju. Frank zakładał swoje podniszczone trampki, a on uważnie mu się przyglądał. Wyglądał pięknie. Czarne rurki, koszula i te jego ciemne, długie włosy. Byłoby świetnie, gdyby szli do kina, a nie do sądu. I tu zaczynał się cały problem. Do kogo trafi Frank? A może jednak zostanie z Gerardem? Nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać po dzisiejszej rozprawie. Gerard jednak wolał myśleć, że wszystko pójdzie dobrze i Frank zostanie u niego.
      Gdy Frank był już gotowy, wyszli z domu. Szli powoli w stronę sądu, nie śpieszyło im się, choć wiedzieli, że nie mogą się spóźnić. Gerard złapał Franka za rękę, widząc przygnębienie na twarzy chłopaka.
- Ej, Frank. Nie smuć mi się tutaj, dobra?- odezwał się starszy, na co Iero tylko westchnął.
      Znów zapanowała między nimi cisza. Nie była to przyjemna cisza, bo oboje chcieli ze sobą porozmawiać, cokolwiek. Rozmowa nie nadchodziła. Zbliżali się do budynku. Franka przeszedł dreszcz. Przystanęli na chwilę, a Gerard mocno przytulił do siebie chłopaka. Odchylił jego głowę, aby móc złożyć na jego ustach pocałunek, który trwałby krótko, gdyby nie to, że Frank przyciągnął do siebie Gerarda jeszcze bliżej, jeśli było to w ogóle możliwe. Wplótł palce w czerwone włosy mężczyzny, a drugą rękę umiejscowił na jego gładkim policzku. Gerard objął chłopaka wokół talii.
      Ich namiętny pocałunek mógłby trwać i trwać, gdyby ktoś nie szturchnął Gerarda mocno w ramię. Oderwał się od czarnowłosego, aby zobaczyć, kto śmiał im przerwać pocałunek. Doktor Shidley. Stał koło nich z odrazą wymalowaną na twarzy. Obok niego stała młoda kobieta, być może była w wieku doktora, czyli jakieś trzydzieści kilka lat. Była naprawdę ładna. Długie blond włosy, delikatnie spadały falami na jej ramiona. Oczy miała naprawdę duże, niebieskie, jak większość blondynek. Rzęsy umalowane tuszem, na powiece czarna kreska wykonana eye-linerem. Nos wręcz idealny, jakby przeszedł masę operacji plastycznych- prosty, lekko zadarty do góry. Pełne usta, podkreślone krwistoczerwoną szminką, Blada cera. Ubrana była w białą koszulę, która opadała na czarną spódnicę, podkreślającą jej piękne, kobiece kształty. Na ramiona miała zarzuconą marynarkę w kolorze spódnicy, a na nogach czerwone szpilki na wysokim obcasie. Gerard był zachwycony ową kobietą. Był zachwycony jej idealnymi kształtami i idealną twarzą. Była piękna, doktor miał naprawdę dobry gust. Dziewczyna zauważyła, że Gerard się w nią wpatruje. Uśmiechnęła się przyjaźnie, na co Gerard, lekko speszony odwrócił wzrok. Spojrzał na doktora.
- Może byśmy już poszli na rozprawę? - warknął doktor.
- Kochanie, ale mógłbyś być milszy dla pana...- odezwała się dźwięcznym głosem jego towarzyszka.
- Way. Gerard Way jestem.- uśmiechnąłem się i podałem kobiecie rękę, którą lekko uścisnęła, swoją drobną dłonią.
- Dla pana Waya. Tak na marginesie to nazywam się Margaret Shidley. Jestem żoną Maxa.
- Współczuję pani tak beznadziejnego męża.
Gerard spojrzał z jadem na doktora i pochwycił dłoń Franka, oddalając się razem z nim w stronę sądu. Był zły.
***
     Była przerwa w rozprawie. Gerard poinformował Franka, że idzie zapalić papierosa. Wyszedł z budynku. Czuł się obserwowany. Odwrócił lekko głowę. Kątem oka spostrzegł panią Margaret, która szła w jego kierunku. Rzucił na ziemię niedopałek i zdeptał go trampkiem. Wsadził ręce do kieszeni spodni. Poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu, która przesuwała się w dół jego pleców. Spojrzał na kamienny chodnik i ujrzał czerwone szpilki. Z przerażeniem strzepnął rękę z swoich pleców. Nie wiedział, jakie zamiary ma kobieta, ale nie wróżyło to nic dobrego. Spojrzał na nią z zdziwieniem, a ona uśmiechnęła się zalotnie. Nie do końca wiedział, co to miało oznaczać. Kobieta ponownie się do niego przybliżyła. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Margaret wpiła się w jego usta, lecz Gerard skutecznie ją od siebie odepchnął.
- Co ty odwalasz, kobieto?- syknął jej w twarz.
- Nic. Zupełnie nic- urwała.- Wiem, że tego pragniesz.
- Że co?- wyjął z paczki czerwonych malboro kolejnego papierosa, wsadzając go pomiędzy wargi. Podpalił go, dalej przyglądając się z zaciekawieniem kobiecie.
- Zrobię wszystko - powiedziała, gdy Gerard zaciągał się papierosem.- Tylko przyjedź dziś do mnie do domu. Tylko na jedną noc. Max idzie na nocną zmianę. Mogę zrobić co zechcesz.
Mężczyzna zakrztusił się dymem papierosowym.
Co ona sobie wyobraża? - pomyślał.
- Nie dzięki, nie skorzystam z twojej propozycji.- uśmiechnął się do niej z obrzydzeniem i wyrzucił na ziemię niedopałek, rozdeptując go.
- Nie wiesz, co tracisz.
Gerard oddalił się od Margaret, wracając do sądu. Za sobą słyszał stukot butów na obcasie kobiety. Wiedział, że prędzej czy później go dopadnie.


***
      Rozprawa dobiegała końca. Shidley wygadywał takie rzeczy na temat Franka i Gerarda, że w głowie się to nawet nie mieściło. Gerard czuł się zażenowany. Był pewien na dziewięćdziesiąt pięć procent, że Frank u niego nie zostanie. Siedział na krześle w sali sądowej, obok niego Frank. Co jakiś czas patrzył na cholernie dumnego doktora, do którego twarzy był przyklejony butny uśmieszek. Gerard miał ochotę wstać, podejść do niego i przypierdolić mu porządnie w ten krzywy ryj. Z trudem się powstrzymywał.
      Frank zaciskał palce na dłoni ukochanego, widząc jak w nim wzbiera się złość. Uważał, że gdy go tylko puści, może dojść do bójki. Spojrzał na Gerarda, który nerwowo przeczesywał włosy co jakiś czas. Spuścił głowę. Kurde, nie chciał nowych rodziców. Z Gerardem mu było dobrze. Kochał go. Spojrzał w teraz już smutne oczy Gerarda i uśmiechnął się smutno. Gerard spuścił wzrok, ściskając mocniej drobną dłoń Franka
      Sędzia, czyli szczupła, wręcz wychudzona brunetka, głośno odchrząknęła. Zdjęła kocie okulary z nosa odkładając je przed sobą.
- Pełnoprawną opiekę nad Frankiem Anthonym Iero przejmuje pan Max Shidley wraz z małożonką Margaret Shidley.- powiedziała znudzonym głosem.
      Gerard aż podskoczył na siedzeniu, gdy kobieta wymówiła nazwisko doktora, jako nowego opiekuna Franka. Spojrzał na chłopaka z przerażeniem. Widział, że Frank jest w stanie zaraz się rozpłakać. Mówiąc krótko, Frankowi stały świeczki w oczach.
       Mężczyzna przyciągnął do siebie chłopaka i mocno go przytulił. On sam z trudem powstrzymywał łzy cisnące mu się do oczu.
      Przegrał.
   


piątek, 14 listopada 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXIV

Witajcie!
Jak zauważyliście, zmieniłam wygląd bloga na bardziej stonowany. Za dużo było czerwieni. xD
Był chwilowy zastój weny, dlatego rozdziały cóż... Były nudne.
Mam nadzieję, że się spodoba, bo wreszcie jest coś porządnego. 
A no i mam nadzieję, że nie będzie wam przeszkadzało to, że od tego rozdziału narracja będzie trzecioosobowa. Uznałam, że tak będzie lepiej.
Jeśli coś by się nie podobało, śmiało, piszcie.
_____________________________________________________________________
     
      Następnego dnia rano Gerarda obudziło głośne pukanie w drzwi wejściowe. Leniwie przetarł swoje oczy. Spojrzał na Franka, który słodko spał, wtulony w jego tors. Uśmiechnął się na widok jego uroczej, spokojnej twarzy. Delikatnie ściągnął z siebie jego ręce. Musiał już, niestety, wstać, bo ktoś postanowił im zakłócić piękny, sobotni poranek. Odkopał się spod kołdry, wcisnął na swój goły tyłek luźne bokserki, a na tors podkoszulkę. Wyślizgnął się powoli z pokoju, delikatnie go zamykając, aby nie obudzić wciąż śpiącego Franka. Stanął w przedpokoju. Spojrzał na lustro i ogarnął nieco busz znajdujący się na jego głowie. Podszedł bliżej do drzwi i spojrzał przez wizjer. Zamarł. Za drzwiami stał ktoś, kto, jak obiecał, zabierze mu szczęście, czyli Franka. Pan Shidley, we własnej osobie. Po jego twarzy było widać, że jest już nieco wkurzony. Zapukał jeszcze raz. Z wahaniem, Gerard przekręcił górny zamek od drzwi i otworzył je. Spojrzał pytająco na doktora, choć wiedział, co za chwilę może się stać. Jak głupi i tak udawał, że nie wie o co mu chodzi.
- Dzień dobry - odezwał się po chwili wpatrywania się w mężczyznę, a lekarz spojrzał na niego znacząco.
- Dzień dobry, panie Way -odpowiedział mu doktor.
      Wpuścił go do środka, przecież nie miał innego wyjścia. Shidley odłożył w przedpokoju mokry parasol i ściągnął ze swoich stóp ubłocone buty. Więc padało. Przynajmniej już wiem, jaka pogoda na dworze - przemknęło przez głowę Gerarda. Zamknął drzwi na klucz. Poszli do salonu. Shidley rozsiadł się w fotelu, jakby był u siebie, a Gerard zasiadł na kanapie.
- Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty?- zaproponował Gee.
- Nie, dziękuję - odpowiedział krótko.- Zapewne wiesz, czemu tu jestem.
- Nie?
Doktor spojrzał na niego z pogardą.
- Przyszedłem po Franka. Gdzie on jest?
- Nie może pan... Nie może mi go pan tak zabrać - powiedział stanowczo.
- Owszem mogę, bo on nie należy do ciebie.
- A tym bardziej nie należy do pana - wycedził ze złością.
- Zapytam się jeszcze raz i ostatni, bo inaczej wzywam policję. Gdzie jest Frank Iero?
- Przepraszam bardzo. To moje mieszkanie, więc to ja tu będę decydował - wstał.- A teraz może pan już wyjść. Żegnam.
      Shidley posłusznie wstał. Poszedł do przedpokoju. Czerwonowłosy stanął przed nim. Zacisnął mocno ręce w pięści, oczekując jego wyjścia. Lekarz zaczął zakładać buty, gdy zatrzymał się i nagle wstał. Spojrzał na chłopaka i wyminął go szybko. O nie, on nie mógł tam wejść. Way był wystraszony. Nie mógł wejść do jego sypialni. Shidley stanął przed drzwiami do gerardowej sypialni i mocno nacisnął na klamkę. Wpadł z impetem do pokoju, a Gerard szybko pobiegł tam, aby chociaż spróbować zapobiec nieszczęściu. Marne nadzieje, to było wręcz nieuniknione. Zaraz Shidley odkryje, oby nie dosłownie, całą prawdę. Patrzył, jak doktor próbuje obudzić spokojnie śpiącego Franka. Spał, nieświadomy tego, co zaraz się wydarzy. Podszedł do mężczyzny i go odepchnął. Uklęknął przy łóżku.
- Frank, wstawaj - powiedział łagodnie.
Na twarzy Franka pojawił się uroczy grymas. Wtulił się bardziej w kołdrę i odwrócił na drugi bok. Gerard potrząsnął nim lekko. Schował twarz w poduszkę.
- Gerard, ty ciulu garbaty, daj spać - wymamrotał szatyn w poduszkę.
- Frank...- nalegał chłopaka do wstania.
Młody Iero obrócił się na plecy i uśmiechnął się promiennie.
- Wstanę, ale coś za coś - powiedział.
Doktor spojrzał na Gerarda pytająco. Gerard zastanawiał się, jak dobrze rozegrać teraz to wszystko, aby doktor niczego się nie domyślił. Potrząsnął lekko Frankiem. Chłopak zmarszczył brwi. Powoli otworzył oczy. Popatrzył na Gerarda zaspanym wzrokiem i się prześlicznie uśmiechnął. Delikatnie podniósł głowę i pocałował go w policzek.
- Dzień dobry, kocha...- przerwał, gdyż zauważył wkurzoną minę doktora.- Dzień dobry panie Shidley - usiadł na łóżku, szczelnie się okrywając kołdrą i spuścił wzrok.
Spojrzenia kochanków spotkały się. Czuli się, jakby robili coś zakazanego.
A może właśnie tak było?
Miłość niemożliwa, zakazana.
      Frank, ty deklu od słoika - pomyślał rozzłoszczony Gerard. Nie mógł go teraz inaczej nazwać. Normalny człowiek by nie obudził swojej miłości w sposób potrząsania. No widocznie, Frank nie pomyślał nad tym do końca. Czy w jego głowie coś w ogóle teraz było? Oczywiście, że tak. Chłopak był zmieszany. Nie wiedział co się dzieje, ani co tu robi ten wstrętny lekarz, którego szczerze nienawidzi. Czekali na wyrok, który nie nadchodził. Bali się. Bali się, tego, co mogą usłyszeć z ust doktora, przecież nie będzie na pewno to coś w stylu: "Boże, jak cudownie, że się kochacie i jesteście razem!". Milczenie.
      Doktor wyszedł z pokoju. Frank dalej siedział w bezruchu. Nie zamierzał nic w tym momencie powiedzieć. Jakby ktoś mu uciął język. Z reguły raczej nie gadał z dużo, w szczególności z ludźmi, których nie lubił, ale jak już trzeba było to coś powiedział. Teraz jednak język ugrzązł mu w gardle. Teraz, był przerażony całą tą sytuacją.
      Nie on jeden. Gerard również był przerażony. Młody Frank Iero jest niepełnoletni. Gerardowi nawet nie chciało się myśleć, jakie konsekwencje go czekają. Pogładził Franka delikatnie po gołym ramieniu i uśmiechnął się smutno. Wstał z podłogi i powędrował do przed pokoju za Shidley'em, który kończył zakładać buty. Wstał, sięgnął po parasol i otworzył sobie drzwi. Postanowił tak po prostu wyjść. Czy to aby na pewno w jego stylu? Oczywiście, że nie. Po dłuższym czasie zastanawiania się, wiedział, co trzeba w tej sytuacji powiedzieć.
-Widzimy się w sądzie, panie Way.- powiedział szorstko i odszedł.
Gerard zamknął drzwi i wrócił do sypialni, w której znajdował się wciąż oszołomiony Frank.
***
     Kilka dni później. Gerard wracał z uczelni. Pogoda jak zwykle była fatalna. Deszcz padał na czerwone włosy mężczyzny i na jego ubrania. Był przemoczony do suchej nitki, bo zapomniał parasolu z domu. Mimo to, wiedział, że to nie jest najgorsze, co może się dzisiaj przydarzyć. Ubrania szybko przebierze, a włosy wysuszy. Stanął przed swoim domem, w którym  j e s z c z e  mieszkał Frank. Jak co dzień, musiał sprawdzić, czy coś przypadkiem nie znajduje się w skrzynce na listy. W pośpiechu wszedł do kamienicy. Nie było jego marzeniem dalej przebywać na dworze, podczas takiej ulewy. Wyjął z kieszeni jeansowych spodni klucze i otworzył metalową skrzynkę, zawieszoną na ścianie, na samym dole kamienicy. Pod mężczyzną tworzyły się kałuże z wody. Wyjął kilka listów ze skrzynki. Wchodząc po schodach, przeglądał je. Rachunki, rachunki, rachunki. Nic ciekawego. Ostatni list znacznie przykuł jego uwagę. Starannie opisany jego imieniem i nazwiskiem oraz miejscem zamieszkania. Nic więcej. Wbiegł po ostatnich schodach prowadzących do jego mieszkania i szybko otworzył drzwi za pomocą klucza.
- Frank, wróciłem!- krzyknął.
Nie uzyskał jednakże żadnej odpowiedzi, co go nieco zdziwiło. Zdjął ze stóp przemoczone trampki i odłożył je na kaloryfer w przedpokoju. Po drodze do salonu rzucił listy na ławę, pozostawiając w ręce ten jeden, który musiał zaraz otworzyć, aby przekonać się jaką ma treść. Ujrzał otwarte drzwi od balkonu. No nie, Frank chyba nie  p a l i. Przecież od przeszło dwóch tygodni nie kupił ani razu papierosów. Co się do licha znów stało?
      Podszedł bliżej drzwi balkonowych i wyszedł na zewnątrz. Frank siedział skulony w kącie balkonu. Tępo patrzył w jeden punkt przed sobą. Po jego twarzy spływały pojedyncze łzy. Mocno obejmował kolana swoimi drobnymi ramionami. Gerard usiadł koło niego.
- Co się stało?- spytał Franka.
Chłopak drgnął jak oparzony i spojrzał w stronę Gerarda. Długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Nie może znowu nazmyślać mu, że nic się nie stało. Stało się i to dużo. Od ostatniej wizyty pana Shidley'a minęło kilka dni, a on dalej był załamany. Nie chciał stracić Gerarda, który tak dużo dla niego zrobił. Dał mu to, czego brakowało mu nawet w swoim starym domu, kiedy jeszcze żyli jego rodzice. Dał mu miłość. Mógł mu zaufać, a i tak bał się powiedzieć tego jednego prostego zdania.
"Boję się, że cię stracę."
- Nic.- odpowiedział krótko, skłamał, odwrócił wzrok.
- Przeważnie, gdy tu siedzisz, coś się dzieje. A więc?- ciągnął dalej Gerd
- Nic się nie dzieje!- podniósł głos.
- To czemu płaczesz?
Jego twarz opadła na kolana. Przysłoniły ją ciemne włosy chłopaka. Czasem zachowywał się się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka. Wiedział to, a nic z tym nie był w stanie zrobić. Po prostu już taki był. Gerard usłyszał cichy szloch. Westchnął cicho i zabrał się za otwieranie listu, który znajdował się w jego dłoniach. Rozerwał kopertę i wyjął białą kartkę z środka. Rozłożył ją. Pierwsze zdanie już od razu zniechęciło go do dalszego czytania. Wezwanie do Sądu. Posmutniał.
- Skarbie...?- odezwał się.
- C-co?- wyjąkał Frank.
- Dostałem wezwanie z sądu.- wymamrotał Gerard.
- Jak... Jak to?- wyprostował się i spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Zobacz sobie.- podał mu kartkę.
Frank pochwycił w swoje drobne dłonie kartkę i obrzucił ją spojrzeniem. Jego ręce zaczęły drżeć. Gerard czuł, że Frank zaraz znowu wybuchnie płaczem. Szybko go do siebie przytulił i posadził na swoich kolanach. Pogładził go po plecach.
- Spokojnie Frank, przecież będę o ciebie walczył.- zapewnił młodszego.- A nawet jeśli przegram tą walkę, to i tak będziemy się spotykać. Nikt nam tego nie zabroni, a za dwa lata i tak będziesz pełnoletni, prawda?
- Marne pocieszenie, Gee.
 Nie powiedział już nic. Doskonale wiedział, że to marne pocieszenie. Ale cóż innego miał mu powiedzieć? Wszystko się jakoś ułoży, on to wie. Nie straci Franka na zawsze, nawet jeśli przegra z prawem. Frank też o tym wiedział. Tylko teraz jest smutny, bo nie wiedział tak naprawdę czego się spodziewać po nowej rodzinie. Może być fajnie, a może być niefajnie. Wszystko zależy od tego, na jakich ludzi trafi. Miał cichą nadzieję, że będą to normalni dorośli ludzie, z którymi będzie można rozmawiać na każdy temat i nie będą surowi.
- Gerard, ale mi tu jest naprawdę dobrze.-powiedział cichutko, powstrzymując się od płaczu.
- Wiem, Frank, wiem.- pocałował go w czubek głowy.
Chłopak się mocno w niego wtulił.
Frank jest mój, tylko mój.
- Chodźmy do środka, bo się przeziębisz.- szepnął do Franka.
Frank pokiwał szybko głową w przód i w tył. Podparł się dłońmi o ziemię i wstał, a Gerard zaraz po nim. Weszli do środka. Gerard zamknął za sobą drzwi balkonowe i wszedł do pomieszczenia. Przeczesał swoje mokre, pozlepiane od deszczu kosmyki włosów. Zauważył Franka, który już w jego stronę szedł z ręcznikiem w dłoniach. Podał mu go. Gerard uśmiechnął się do Franka, który momentalnie odwzajemnił uśmiech.
-Idę się wykąpać, idziesz ze mną?- spytał czarnowłosego.
-Z przyjemnością.- wspiął się na palcach, aby dosięgnąć ust mężczyzny.
Gerard przyciągnął go do siebie mocniej i go przytulił. 





piątek, 31 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXIII

Witajcie!
Tak, wiem... Strasznie was zaniedbuję xD 
Tak wiem, ostatni rozdział pojawił się chyba z trzy tygodnie temu... xD
Nie mam czasu, musicie wybaczyć, a po za tym jestem dalej uziemiona. Bratu nie chce się naprawić komputera. Na laptopie przesiaduję bardzo mało, a mój telefon nie nadaje się do pisania. 

W ogóle, bardzo krótko, no ale. Myślę, że postaram się coś bardziej sensownego i dłuższego napisać w najbliższym czasie... 
_________________________________________________________________
Tydzień przed końcem wakacji.
[Frank]
Raz. Późne popołudnie, raczej wieczór, nie wiem, straciłem poczucie czasu. Jak zwykle nudziło mi się. Gerard siedział zaszyty w swojej pracowni, a ja leżałem w salonie na kanapie. Dwa. Nie było co robić, nie było gdzie wyjść. Trzy. Z nudów zacząłem liczyć chmury za oknem, które jak zwykle nie zapowiadały cudownej pogody. Cztery. Jestem głupi, ale co z tego. Pięć. Stop, Frank. Spojrzałem na zegarek zamieszczony nad telewizorem, który wskazywał godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy. Jakże ten czas szybko leci, gdy się liczy chmury... Zgłodniałem. Zerwałem się natychmiastowo z kanapy, przerywając moje szalenie porywające zajęcie i udałem się do kuchni w celu przygotowania dla siebie i Gerarda posiłku. Tak, Frank. Dla ciebie jest tylko jedna droga w życiu- bycie gosposią domową. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić... Dla takiego mężczyzny jak Gerard mogę prać, sprzątać, gotować... Otworzyłem lodówkę. Naleśniki. Najprostsze do przygotowania. A jednak byłbym złą gosposią, bo umiem tylko zrobić naleśniki. Wyjąłem potrzebne składniki i zacząłem robić kolację.
Gdy naleśniki były już upieczone, wysmarowane dżemem i ułożone na talerzyku, powoli udałem się do pokoju mojego chłopaka. Stanąłem przed drzwiami i zapukałem. Po usłyszeniu niemrawego "Wejdź" wszedłem do pokoju, w którym zastałem Gerarda stojącego przed płótnem, w czarnej, bez rękawów i zwisającej na jego torsie podkoszulce oraz ciemnych, jeansowych rurkach, które idealnie opinały jego długie, zgrabne nogi. Na płótnie widniały jakieś niezindetyfikowane kolorowe plamy, które mógł zrozumieć tylko artysta, którym ja nie jestem. Odstawiłem talerz z naleśnikami na biurko i usiadłem na krześle. Chwyciłem jednego naleśnika i zacząłem jeść. Gerard odłożył pędzle i farby. Odwrócił się przodem do mnie i podszedł. Ruchem ręki nakazał mi wstać, więc wstałem. Usiadł na krześle i objął mnie rękami w pasie, po czym przyciągnął mnie do siebie. Wylądowałem na jego kolanach. Skończyłem jeść i spojrzałem na niego. Przybrał przesłodką minę i zatrzepotał rzęskami.
-Co?- spytałem.
Pokiwał głową w stronę naleśników.
-Mam cię nakarmić, bobasku?
Przytaknął. Zaśmiałem się krótko i chwyciłem naleśnika. Gee otworzył buzię.
-Leci samolocik!- zachichotałem.
Gerard ugryzł naleśnika.
-Zuch chłopak.- cmoknąłem go w czoło.
Zjadł całego, a potem chwycił następnego. Tym razem on mnie karmił. Po zjedzeniu wszystkiego, Gerard przytulił mnie do siebie i pocałował w policzek. Usiadłem w wygodniejszej pozycji, czyli okrakiem na nim i musnąłem jego wargi. Gerard chciał zdecydowanie więcej. Jedną rękę oparł na moim biodrze, a drugą wplótł w moje włosy, przyciągając moją twarz bliżej do swojej i pocałował mnie. Powoli, z wielką czułością, męczył moje wargi. Okręcał wokół swojego palca moje włosy i pogłębiał pocałunek. Przejechałem językiem po jego dolnej, a następnie po górnej wardze, na znak, że może działać dalej. Rozchyliłem swoje usta, a Gerard wepchnął tam swój język, który momentalnie połączył się z moim w szalonym tańcu. Pieścił mój język, moje podniebienie. Poczułem, jak unoszę się. Mężczyzna wstał z krzesła. Otworzył kopniakiem drzwi i wyszedł z pomieszczenia. Otworzył drzwi do sypialni i wszedł do niej. Oderwał się ode mnie i rzucił mnie na łóżko. Spojrzał na mnie z pożądaniem i wskoczył na łóżko. Ściągnął moją podkoszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie. Usiadł na mnie okrakiem. Wsparł się rękami po obu stronach mojej głowy i wpił się w moje usta. Przez dosłownie chwilę się z nimi bawił, a potem oderwał się od nich i usiadł wyprostowany. Przejechał swoją chłodną dłonią po moim torsie, przyprawiając mnie o porządny dreszcz. Zaczął się wiercić, pobudzając tym zachowaniem moją męskość. Sam był już nieźle pobudzony i jak się domyślam również napalony. Przygryzł wargę i uśmiechnął się. Pochylił się nade mną i zaczął obcałowywać moją klatkę piersiową. W niektórych miejscach przygryzał moją delikatną skórę, albo robił malinki. Nie mam bladego pojęcia czemu, ale cholernie mnie to wkurzało i podniecało jednocześnie. To było takie wspaniałe.
Przygryzł mocno mój sutek. Odepchnąłem go od siebie. Gerard rzucił mi pytające spojrzenie. Uśmiechnąłem się diabelsko i popchnąłem go tak, że teraz to ja siedziałem na nim. Cmoknąłem go w usta. Przeniosłem spojrzenie na jego zielone oczy. Pocałowałem go ponownie, zjeżdżając niżej na szyję. Mocno przygryzłem jego skórę w tym miejscu. Gerard jęknął. Rozpiąłem jego spodnie i zrzuciłem je z niego. Wsunąłem rękę pod materiał jego bokserek i zacząłem się bawić jego członkiem. Patrzyłem na twarz Gerarda, cały czas uśmiechając się do niego. Zwiększyłem swoje ruchy. Mężczyzna głośno jęczał. Byłem pewien, że zaraz dojdzie, lecz ja przerwałem swoje czynności.
-A więc to tak się bawimy?- spytał, głośno dysząc.
-Tak, skarbie.- szepnąłem wprost do jego ucha.
Gerard zaczął się podnosić. Klęczeliśmy na łóżku. Chłopak intensywnie wpatrywał się w moje oczy. Wpił się brutalnie w moje wargi i zaczął ściągać moje spodnie. Pozbył się ich. Rozchylił moje wargi swoim ciepłym językiem. Penetrował moje podniebienie, czasem zahaczając o mój język, który bez skutków walczył o dominację. Powoli zsuwałem z jego tyłka bokserki, a gdy już ich na sobie nie miał, zaczął ściągać moje. Przerwał pocałunek i popchnął mnie. Opadłem na łóżko. Gerard obślinił swoje trzy palce. Gwałtownie rozchylił moje nogi. Wsadził we mnie po kolei palce i chwilę nimi poruszał. Byłem gotowy. Bez żadnej zapowiedzi Gerard we mnie wszedł. Z mojej krtani wyrwał się głośny krzyk. Poczułem silny ból, jak zawsze zresztą, podczas stosunku z facetem.
-Wszystko w porządku?
No tak, on zawsze musiał być troskliwy.
-Tak, Gerard. Kontynuuj, kocie.
Zaczął bardzo powoli się poruszać, co mnie zdenerwowało. Ta cała jego delikatność. Walnąłem go pięścią w brzuch. Gerard zrozumiał, że chcę więcej, więc podjął się coraz to szybszych ruchów. Spojrzał na mnie przelotnie i chwycił w swoją dłoń moją nabrzmiałą męskość. Poruszał swoją ręką bardzo szybko, jak również pchnięcia były coraz to szybsze. Głośno jęczeliśmy, wykrzykiwaliśmy nawzajem swoje imiona. Czułem, że i on, i ja byliśmy blisko finału. Ostatnie mocne pchnięcie wraz z równie mocnym uściskiem dłoni na moim członku. Wytrysnąłem wprost na jego podbrzusze, a wewnątrz siebie poczułem przyjemne ciepło. Doznaliśmy spełnienia. Gerard osunął się na łóżko obok mnie i mocno mnie do siebie przytulił. Czułem jego płytki oddech na policzku. Złożył na moich ustach długi i czuły pocałunek. Uśmiechnął się do mnie przepięknie, a ja odwzajemniłem go. Pogładził mnie po twarzy i przeczesał moje spocone włosy. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową i przymknąłem powieki.
-Kocham cię.- szepnął.
Po usłyszeniu jego zmysłowego głosu, szybko zasnąłem.
___________________________________________________________________________

Tak w ogóle, to dziś ten przystojniak kończy 33 lata! (Nie bijcie, wiem, że to już wszyscy wiedzą xD)
Sto lat, Frank!
Happy Ieroween! :D









wtorek, 14 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXII

Dzisiaj krótko i w ogóle beznadziejnie i przesłodzone to wszystko, ale mam nadzieję, że się spodoba. xD Może w następnym rozdziale będą jakieś seksy, bo dawno nie było xD
Jeszcze żyję wczorajszym dniem i wiadomością o koncercie Gerarda i kupnem jego płyty xD
A no i przepraszam, że tak długo musieliście czekać, ale mojemu kochanemu bratu zepsuł się komputer, więc uprowadził mojego laptopa. :D Dziś dopiero się dorwałam do niego :)
Enjoy :)
________________________________________________________________________
[Frank]
Zamknąłem za sobą drzwi wejściowe i pędem ruszyłem do kuchni, aby zapobiec gorszej kłótni, niż wyzywanie się od debilów, idiotów, i tak dalej, i tak dalej. Stanąłem w progu pokoju i automatycznie spojrzałem na Gerarda, który właśnie wymierzał cios w twarz swojego brata. Podbiegłem szybko do niego i zatrzymałem jego rękę w połowie wykonywania czynności. Gerard spojrzał na mnie z wściekłością wymalowaną na twarzy i puścił Mikeya. Popchnął go na krzesło. Usiedli przy stole, a ja usiadłem na blacie. Spojrzałem na swoje buty, których nie ściągnąłem. Następnie przeniosłem wzrok na Mikeya, a potem na Gerarda. Mierzyli się zawzięcie spojrzeniami. A więc, to będzie taka bitwa na spojrzenia? Zapowiada się ciekawie.
Przez dłuższy czas panowała cisza w pomieszczeniu, gdy ci dwaj idioci toczyli bitwę na spojrzenia. Postanowiłem przerwać to wszystko, więc głośno odchrząknąłem. Mężczyźni spojrzeli na mnie złowrogo, a ja się odezwałem.
-Zamierzacie teraz tak siedzieć, nie rozmawiać, ani nic?- spytałem.
-Frank, wyjdź na chwilę, dobrze?- powiedział Gerard.
-Nie, Gerard. Nigdzie nie pójdę, tym bardziej, że sprawa dotyczy mnie!- krzyknąłem.
Gerard przewrócił oczami i spojrzał na Mikeya, który aktualnie wstał od stołu.
-Gdzie się wybierasz?- zapytał Gerard i również wstał od stołu.
Błyskawicznie podszedł do swojego brata, złapał go mocno za nadgarstek i popchnął na krzesło.
-No co ty odpierdalasz?!- krzyknął Mikey.
-Chcę z tobą porozmawiać, a ty się zabierasz i gdzieś idziesz!
-Gerard...- powiedziałem cicho.
-Tak? A może ja ci nie mam nic do powiedzenia, cioto?!- znów krzyknął Mikey.
-Jesteś pewny?! A to jak potraktowałeś Franka, myślisz, że jest w porządku?!
-Gerard...- próbowałem im przerwać, lecz bezskutecznie.
-Tak, jest kurwa w porządku, bo nic mu kurwa nie zrobiłem!
-Jasne, a to, że go wykorzystałeś i to w tak bestialski sposób to dla ciebie nic?!- wrzasnął.
Zatkałem sobie uszy, nie chciało mi się słuchać tych krzyków. Patrzyłem na nich. Gerard zawzięcie gestykulował rękami, Mikey również. Krzyczeli na siebie. Mikey coś mówił. Dużo mówił. Nagle Gerard wstał z krzesła. Podszedł do Mikeya i przywalił mu z pięści w twarz. Odetkałem uszy. Otworzyłem szeroko ze zdumienia oczy i buzię. Chciałem coś powiedzieć, ale tak naprawdę to nie wiedziałem co. Młodszy Way trzymał się za bolący policzek, a Gerard patrzył z przerażeniem to na niego to na swoją pięść.
-Boże, Mikey przepraszam.- szepnął i kucnął przy swoim bracie.
Odciągnął od jego twarzy ręce i spojrzał na cały czerwony policzek.
-Ja... Ja nie chciałem.- powiedział zdławionym głosem.- Nigdy w życiu bym cię nie uderzył.
-Właśnie widzę.- wymamrotał.
Do ich oczu zbierały się łzy. No nie, ja nie wytrzymam. To ja tu jestem najbardziej poszkodowany, a tu Gerard przywalił z pięści bratu i teraz bezgraniczna, braterska miłość. No po prostu nie wierzę! Co za idioci.
-Przepraszam, Mikey.- szepnął Gerard i mocno przytulił brata.
-Ja też przepraszam Gerard.
Patrzyłem na to całe zdarzenie i po prostu nie dowierzałem. Ot tak się przeprosili? Że co? Czy to się dzieje naprawdę, czy to jakiś chory sen...
-Przepraszam, że wam przerywam jakże cudowną chwilę pojednania, i tak dalej, ale JA też tu jestem.- powiedziałem.
Gerard coś szepnął na ucho do Michaela. Mężczyzna wstał z krzesła i podszedł do mnie. Popatrzyłem na niego z obrzydzeniem. Mikey rzucił się na mnie i mnie mocno przytulił. Co? Nie wiedząc co zrobić, odwzajemniłem uścisk. Oderwał się ode mnie.
-Ciebie również przepraszam, Frank... Teraz sobie zdałem sprawę, że bardzo źle postąpiłem. Bardzo przepraszam.
-I ja mam tobie teraz wybaczyć, tak?
Pokiwał głową. Odepchnąłem go od siebie i udałem się do pokoju Gerarda. Co to, to nie. Ze mną nie ma tak łatwo. Myśli, że przytuli mnie i przeprosi, to ja mu wybaczę. Niech sobie tak lepiej nie myśli. Za coś takiego, jak on mi zrobił to do więzienia się idzie. Dupek. Zatrzasnąłem drzwi i rzuciłem się na kanapę. Patrzyłem się w sufit, gdy usłyszałem kroki pod drzwiami. Szarpanie za klamkę, lecz bezskuteczne. Zamknąłem drzwi na klucz. Pukanie.
-Frankie, otwórz. Proszę.- powiedział błagalnym tonem Gerard.
-Ani mi się śni!- krzyknąłem.
-Frank... Skarbie, proszę cię.- nie dawał za wygraną.
-NIE!- krzyknąłem stanowczo.
-Weź się nie obrażaj, jak jakaś nastolatka podczas okresu dojrzewania!
-Chcesz to możemy pogadać właśnie tak, jak teraz.
-Przez drzwi?- spytał.
-Tak.
-A kurwa siedź sobie tam sam. My wychodzimy.
-No i bardzo dobrze. Tylko żeby cię twój braciszek gdzieś nie zgwałcił po drodze.- wymamrotałem.
-Dobrze, ale pamiętaj, że jak wrócę to sobie pogadamy!- krzyknął, po jego głosie było słychać, że jest już mocno wkurzony.
-Będę pamiętał, Gerardzie.- powiedziałem najsłodszym tonem, przepełnionym jednocześnie jadem.
Po chwili usłyszałem trzask drzwi i przekręcanie klucza w zamku. Wstałem z łóżka i powoli wyszedłem z pokoju, aby upewnić się, że rzeczywiście nikogo nie ma w mieszkaniu. Chciałem być teraz sam. Wyślizgnąłem się zza drzwi i poszedłem do salonu. Podszedłem do szafki z tak dobrze mi znaną zawartością. Paczka petów i zapałki. Teraz tego potrzebowałem. Otworzyłem drzwi balkonowe i usiadłem na betonowej posadzce. Wyjąłem z opakowania jednego papierosa i wsadziłem go do ust. Podpaliłem i zacząłem się rozkoszować, drażniącym moje płuca, dymem. Przed kamienicą ujrzałem Gerarda i Mikeya. Pospiesznie wstałem i przyjrzałem się im. Mikey trzymał w ręce wielką torbę. Oświeciło mnie. Wyjeżdża. Nareszcie. Mimowolnie kąciki moich ust uniosły się do góry. Mężczyźni stanęli przy dużym, terenowym samochodzie, marki nie widziałem, ponieważ stał za daleko. Gerard uścisnął Michaela, który następnie wsiadł do samochodu. Wypuściłem z ust dym. Czerwonowłosy jeszcze przez chwilę stał i patrzył jak odjeżdża jego brat. Gerard zaczął wracać. Spojrzał na górę i cóż, ujrzał mnie. Jego mina z wesołej momentalnie zrzedła. Zaczął iść szybciej. No to super, teraz jeszcze mi się oberwie za to, że znowu palę. Zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Z ziemi zebrałem pudełko zapałek i papierosy. Wszedłem do środka mieszkania i zamknąłem pospiesznie balkon. I już chciałem odłożyć do szafki pudełka, gdy do salonu wpadł Gerard i wyszarpał mi je z rąk. Wybiegł do kuchni i wyrzucił je do kosza.
-Frank, czy ciebie już do reszty popierdoliło? Miałeś nie palić!- nakrzyczał na mnie.
-Przepraszam...
-A co mi po twoich przeprosinach... - powiedział zrezygnowany i usiadł na kanapie.
Podparł się ręką. Powoli do niego podszedłem i usiadłem mu na kolanach. Gerard spojrzał na mnie. Przeczesał ruchem dłoni moje włosy, które opadały mi na twarz. Spojrzał na mnie pewnie, ze skwaszoną miną.
-I co ja mam z tobą zrobić?- spytał.
-Nie wiem.- szepnąłem.
Wstałem z niego, ale on chwycił mnie za nadgarstek.
-Chodź tu, głupku.- westchnął.
Pociągnął mnie mocno za rękę, a ja wylądowałem z powrotem na jego kolanach. Przytulił mnie mocno do siebie, ja wtuliłem się w jego powoli unoszącą się klatkę piersiową. Głaskał mnie po plecach. Oparłem się brodą o niego, aby móc patrzeć prosto w jego oczy. Pocałował mnie w czoło.
-Kocham cię, wiesz?- szepnął.
-Wiem. Ja ciebie też kocham.- odszepnąłem.
-To dobrze.
Pocałował mnie.