środa, 31 grudnia 2014

Life Ain't Just A Joke ~ PROLOG

Witam! 
Z racji tego, że dzisiaj ostatni dzień w roku, wstawiam taki króciutki prolog do nowego opowiadania. 
Chciałam po prostu, abyście mniej więcej wiedzieli od czego zacznie się historia i co będzie miało na nią ważny wpływ, więc czytajcie dokładnie. Może tutaj nie będzie tak wszystko dokładnie rozpisane, o co chodzi, ale jedna z postaci ma bardzo wielkie znaczenie. Wiem, że trochę beznadziejnie to rozegrałam... Dwa opowiadania na raz, ale no cóż. Tamto będzie dalej kontynuowane. Zostało jeszcze do napisania około... Cztery części, może nawet mniej. Zarys tego co będzie się tam działo jest, ale trzeba jeszcze napisać, co jest znacznie trudniejsze.
Także ten tego, na razie cieszcie się tym. xD
No i tak na zakończenie tego roku 2014! Ostatni post w tym roku. 

Enjoy!
_____________________________________________________
     
     <Kocham Cię, Caroline.> napisałem bez wahania kolejną wiadomość na Facebooku do mojej ukochanej.
      Była noc. Nie wiem, godzina druga, może i nawet trzecia. W każdym razie, za oknem było bardzo ciemno. Jedynie mdłe światło lampy ulicznej wpadało do mojego pokoju przez okno. Był koniec wakacji. Jutro ostatni dzień wolności i znowu się zacznie chodzenie do tej jebanej budy, zwanej szkołą. Jak kto woli. Dla mnie to zawsze była jebana buda, w której siedzi się bezczynnie w ławce i słucha się nudnych wykładów nauczyciela. Ech, trzecia klasa to już w sumie nie przelewki... Jak to moja mama mówi. Muszę się wziąć z kopyta za naukę. Na dodatek ostatnia klasa szkoły muzycznej. Tak, moja kochana szkoła muzyczna. Odkąd pamiętam miałem wielkie zamiłowanie do muzyki i instrumentów, jednak tym jedynym była gitara. No i oczywiście pianino.
      Spojrzałem na ciemny ekran telefonu, przy którym migała zielona dioda świadcząca o nowej wiadomości. Caroline. Odblokowałem pospiesznie telefon i spojrzałem na wiadomości. Tak, napisała do mnie dziewczyna moich marzeń.
<Też Cię kocham, Frank.> 
Uśmiechnąłem się mimowolnie do ekranu po przeczytaniu tego zdania. Ta dziewczyna była niesamowita. Co prawda poznałem ją tak naprawdę całkiem nie dawno temu. Pod koniec drugiej klasy gimnazjum. Hm... Tak naprawdę w ostatni dzień szkoły. Nie wiedziałem do której klasy chodzi, ani jak ma na nazwisko, co bardzo utrudniało mi wszystko. Znałem tylko jej piękne imię. Caroline. Wkrótce kolega powiedział mi jak się nazywa. Caroline Himber. Od razu dodałem ją do znajomych na fejsie i tak piszemy ze sobą już dobre dwa miesiące. Nie spotkałem się z nią przez całe wakacje, ponieważ spędziłem je u babci w Los Angeles. Wczoraj wróciłem do domu. Chwała Bogu, jeśli w ogóle jakiś istnieje, że moja babcia jest w miarę cywilizowana i ma internet w domu. Nie wytrzymałbym dwóch miesięcy rozłąki z Caroline.
      Otrzymałem kolejną wiadomość. Zmęczonym, od długiego patrzenia w jasny ekran wzrokiem, przeczytałem, co mi napisała dziewczyna.
<Frank. Co będzie z nami dalej? Pisałeś, że na razie nie chcesz mieć dziewczyny. :(>
Zrobiło mi się żal dziewczyny. Ona mnie tak kocha. Ja ją również, ale po prostu na razie nie jestem gotowy na stały związek. Nie chodzi o to, że nie chcę, tylko że się boję. Boję się, że zranię dziewczynę, czy coś innego. Ech...
      Nagle usłyszałem kroki na korytarzu. Wystraszony szybko zablokowałem telefon i pospiesznie odłożyłem go na szafkę nocną, ekranem do dołu. Serce biło jak oszalałe. Przybrałem losową pozycję i zamknąłem powieki. Musiałem udawać, że śpię. Rodzice nie mogli się dowiedzieć, że po nocach przesiaduję na telefonie. Kroki stawały się coraz słabsze. Usłyszałem zamykane drzwi, najprawdopodobniej łazienki. Poczekałem, aż osoba, która urządziła sobie nocny spacer wróci do swojego pokoju. Byłoby zbyt ryzykowne to, aby w tej chwili brać telefon do ręki. Próbowałem w miarę uspokoić oddech. Drzwi od łazienki otworzyły się i korytarz zalało mdłe światło. Kolejne trzaśnięcie drzwiami i odgłos wyłączanego światła za pomocą wyłącznika. Szybkie kroki. Odetchnąłem z ulgą. Jeszcze chwilę poczekałem i wziąłem telefon do ręki, wcześniej upewniając się jeszcze raz, czy aby na pewno nikogo już nie ma na korytarzu.
      Odpisałem szybko Caroline.
<Pożyjemy, zobaczymy. :) Być może zmienię zdanie. :*> po chwili namysłu jeszcze dopisałem - <Wybacz skarbie. Posiedziałbym z tobą dłużej, ale jestem strasznie zmęczony :(> no cóż, skłamałem. Wcale nie byłem zmęczony, po prostu ktoś mógł w każdej chwili wejść do pokoju. Pisanie z nią o tej porze było niezwykle ryzykowne.
<Dobranoc :* Słodkich snów, Frankie. <3 >
<Dobranoc :* Kocham cię. <3 >
Wyłączyłem Facebooka i odłożyłem telefon na szafkę nocną. Okryłem się szczelnie kołdrą.
Obiecałem sobie, że jak tylko wrócimy do szkoły to odważę się i zapytam, czy będzie chciała być moją dziewczyną. Byłem pewny w stu procentach, że to jest miłość mojego życia. Kocham ją bardzo mocno. Zamknąłem powieki.
Sen przyszedł dosyć szybko, mimo, że nie byłem zbytnio śpiący.
__________________________________________________________________

      O mój Boże, nie wierzę, że to już koniec roku. Pamiętam jeszcze ferie zimowe w styczniu, jakby to było wczoraj. Naprawdę szybko mi zleciał ten rok. 
      Początek nie był zbyt... Mocny. Dla mnie był wręcz... Masakrą. Nie było aż tak źle, jakoś sobie poradziłam. Od maja było po prostu świetnie. xD
      Ale co ja będę się rozpisywać na temat mojego życia! xD
      Chciałam po prostu życzyć Wam udanej imprezy sylwestrowej, nawet jeśli spędzicie ją  siedząc w domu z kotem, psem, czy też innym zwierzęciem, lub po prostu rodziną, przyjacielem, w niezbyt licznym gronie, lub po prostu samemu oglądając Polsat, czy TVN! Ale to i tak fajnie! Możecie być w każdym miejscu, zależy tylko jaki program włączycie. xD 
     Życzę Wam również, żeby nadchodzący rok był jeszcze lepszy niż ten, żebyście się cieszyli każdym dniem, bez względu na to, czy będzie się wszystko walić, czy będzie po prostu dobrze. Dużo szczęścia, na pewno się Wam przyda i jeszcze więcej zdrowia. 
     No to chyba tyle z mojej strony...
A... Uważajcie jak będziecie bawić się fajerwerkami. XD Bezpieczeństwo przede wszystkim. ;)


Jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego i szczęśliwego nowego roku! :)


niedziela, 7 grudnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXV

       Dzisiaj krótko, mam nadzieję, że nie będzie to wam przeszkadzać.
Mam jutro egzamin w szkole muzycznej, więc nie za bardzo miałam czas, żeby cokolwiek pisać, więc dzisiaj dodaję krótki rozdział, czyli to co udało mi się do tej pory napisać.
      Następny rozdział będzie dłuższy, obiecuję!
      No i pozostaje jeszcze jedna sprawa. Ostatnio (tak, pewnie teraz strzelicie tak zwanego facepalm'a i pomyślicie- "Przecież nie ma czasu na pisanie tego opowiadania, więc czemu bierze się za następne?") zaczęłam pisać nowe opowiadanie! Tak, nowe. Napisałam już krótki wstęp i prawie trzy części, więc chcę się poradzić. 
Wolicie, żebym najpierw skończyła to, a potem sukcesywnie publikowała tamto, czy chcecie żebym wstawiła już te kilka części nowego (oczywiście nie wszystkie na raz)? Tak więc piszcie ;_;

      ENJOY!
________________________________________________________________________


      -Frank, pośpiesz się, bo się spóźnimy.- powiedział Gerard w pośpiechu wkładając buty.
Wziął swoje wszystkie dokumenty z komody w przedpokoju, a następnie wrócił się do salonu po telefon.
-Idę, już idę.- odpowiedział mu Iero.
      Gerard zobaczył Franka, który szedł korytarzem zapinając guziczki od koszuli w czerwonoczarną kratkę. Poszedł za nim do przedpokoju. Frank zakładał swoje podniszczone trampki, a on uważnie mu się przyglądał. Wyglądał pięknie. Czarne rurki, koszula i te jego ciemne, długie włosy. Byłoby świetnie, gdyby szli do kina, a nie do sądu. I tu zaczynał się cały problem. Do kogo trafi Frank? A może jednak zostanie z Gerardem? Nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać po dzisiejszej rozprawie. Gerard jednak wolał myśleć, że wszystko pójdzie dobrze i Frank zostanie u niego.
      Gdy Frank był już gotowy, wyszli z domu. Szli powoli w stronę sądu, nie śpieszyło im się, choć wiedzieli, że nie mogą się spóźnić. Gerard złapał Franka za rękę, widząc przygnębienie na twarzy chłopaka.
- Ej, Frank. Nie smuć mi się tutaj, dobra?- odezwał się starszy, na co Iero tylko westchnął.
      Znów zapanowała między nimi cisza. Nie była to przyjemna cisza, bo oboje chcieli ze sobą porozmawiać, cokolwiek. Rozmowa nie nadchodziła. Zbliżali się do budynku. Franka przeszedł dreszcz. Przystanęli na chwilę, a Gerard mocno przytulił do siebie chłopaka. Odchylił jego głowę, aby móc złożyć na jego ustach pocałunek, który trwałby krótko, gdyby nie to, że Frank przyciągnął do siebie Gerarda jeszcze bliżej, jeśli było to w ogóle możliwe. Wplótł palce w czerwone włosy mężczyzny, a drugą rękę umiejscowił na jego gładkim policzku. Gerard objął chłopaka wokół talii.
      Ich namiętny pocałunek mógłby trwać i trwać, gdyby ktoś nie szturchnął Gerarda mocno w ramię. Oderwał się od czarnowłosego, aby zobaczyć, kto śmiał im przerwać pocałunek. Doktor Shidley. Stał koło nich z odrazą wymalowaną na twarzy. Obok niego stała młoda kobieta, być może była w wieku doktora, czyli jakieś trzydzieści kilka lat. Była naprawdę ładna. Długie blond włosy, delikatnie spadały falami na jej ramiona. Oczy miała naprawdę duże, niebieskie, jak większość blondynek. Rzęsy umalowane tuszem, na powiece czarna kreska wykonana eye-linerem. Nos wręcz idealny, jakby przeszedł masę operacji plastycznych- prosty, lekko zadarty do góry. Pełne usta, podkreślone krwistoczerwoną szminką, Blada cera. Ubrana była w białą koszulę, która opadała na czarną spódnicę, podkreślającą jej piękne, kobiece kształty. Na ramiona miała zarzuconą marynarkę w kolorze spódnicy, a na nogach czerwone szpilki na wysokim obcasie. Gerard był zachwycony ową kobietą. Był zachwycony jej idealnymi kształtami i idealną twarzą. Była piękna, doktor miał naprawdę dobry gust. Dziewczyna zauważyła, że Gerard się w nią wpatruje. Uśmiechnęła się przyjaźnie, na co Gerard, lekko speszony odwrócił wzrok. Spojrzał na doktora.
- Może byśmy już poszli na rozprawę? - warknął doktor.
- Kochanie, ale mógłbyś być milszy dla pana...- odezwała się dźwięcznym głosem jego towarzyszka.
- Way. Gerard Way jestem.- uśmiechnąłem się i podałem kobiecie rękę, którą lekko uścisnęła, swoją drobną dłonią.
- Dla pana Waya. Tak na marginesie to nazywam się Margaret Shidley. Jestem żoną Maxa.
- Współczuję pani tak beznadziejnego męża.
Gerard spojrzał z jadem na doktora i pochwycił dłoń Franka, oddalając się razem z nim w stronę sądu. Był zły.
***
     Była przerwa w rozprawie. Gerard poinformował Franka, że idzie zapalić papierosa. Wyszedł z budynku. Czuł się obserwowany. Odwrócił lekko głowę. Kątem oka spostrzegł panią Margaret, która szła w jego kierunku. Rzucił na ziemię niedopałek i zdeptał go trampkiem. Wsadził ręce do kieszeni spodni. Poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu, która przesuwała się w dół jego pleców. Spojrzał na kamienny chodnik i ujrzał czerwone szpilki. Z przerażeniem strzepnął rękę z swoich pleców. Nie wiedział, jakie zamiary ma kobieta, ale nie wróżyło to nic dobrego. Spojrzał na nią z zdziwieniem, a ona uśmiechnęła się zalotnie. Nie do końca wiedział, co to miało oznaczać. Kobieta ponownie się do niego przybliżyła. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Margaret wpiła się w jego usta, lecz Gerard skutecznie ją od siebie odepchnął.
- Co ty odwalasz, kobieto?- syknął jej w twarz.
- Nic. Zupełnie nic- urwała.- Wiem, że tego pragniesz.
- Że co?- wyjął z paczki czerwonych malboro kolejnego papierosa, wsadzając go pomiędzy wargi. Podpalił go, dalej przyglądając się z zaciekawieniem kobiecie.
- Zrobię wszystko - powiedziała, gdy Gerard zaciągał się papierosem.- Tylko przyjedź dziś do mnie do domu. Tylko na jedną noc. Max idzie na nocną zmianę. Mogę zrobić co zechcesz.
Mężczyzna zakrztusił się dymem papierosowym.
Co ona sobie wyobraża? - pomyślał.
- Nie dzięki, nie skorzystam z twojej propozycji.- uśmiechnął się do niej z obrzydzeniem i wyrzucił na ziemię niedopałek, rozdeptując go.
- Nie wiesz, co tracisz.
Gerard oddalił się od Margaret, wracając do sądu. Za sobą słyszał stukot butów na obcasie kobiety. Wiedział, że prędzej czy później go dopadnie.


***
      Rozprawa dobiegała końca. Shidley wygadywał takie rzeczy na temat Franka i Gerarda, że w głowie się to nawet nie mieściło. Gerard czuł się zażenowany. Był pewien na dziewięćdziesiąt pięć procent, że Frank u niego nie zostanie. Siedział na krześle w sali sądowej, obok niego Frank. Co jakiś czas patrzył na cholernie dumnego doktora, do którego twarzy był przyklejony butny uśmieszek. Gerard miał ochotę wstać, podejść do niego i przypierdolić mu porządnie w ten krzywy ryj. Z trudem się powstrzymywał.
      Frank zaciskał palce na dłoni ukochanego, widząc jak w nim wzbiera się złość. Uważał, że gdy go tylko puści, może dojść do bójki. Spojrzał na Gerarda, który nerwowo przeczesywał włosy co jakiś czas. Spuścił głowę. Kurde, nie chciał nowych rodziców. Z Gerardem mu było dobrze. Kochał go. Spojrzał w teraz już smutne oczy Gerarda i uśmiechnął się smutno. Gerard spuścił wzrok, ściskając mocniej drobną dłoń Franka
      Sędzia, czyli szczupła, wręcz wychudzona brunetka, głośno odchrząknęła. Zdjęła kocie okulary z nosa odkładając je przed sobą.
- Pełnoprawną opiekę nad Frankiem Anthonym Iero przejmuje pan Max Shidley wraz z małożonką Margaret Shidley.- powiedziała znudzonym głosem.
      Gerard aż podskoczył na siedzeniu, gdy kobieta wymówiła nazwisko doktora, jako nowego opiekuna Franka. Spojrzał na chłopaka z przerażeniem. Widział, że Frank jest w stanie zaraz się rozpłakać. Mówiąc krótko, Frankowi stały świeczki w oczach.
       Mężczyzna przyciągnął do siebie chłopaka i mocno go przytulił. On sam z trudem powstrzymywał łzy cisnące mu się do oczu.
      Przegrał.
   


piątek, 14 listopada 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXIV

Witajcie!
Jak zauważyliście, zmieniłam wygląd bloga na bardziej stonowany. Za dużo było czerwieni. xD
Był chwilowy zastój weny, dlatego rozdziały cóż... Były nudne.
Mam nadzieję, że się spodoba, bo wreszcie jest coś porządnego. 
A no i mam nadzieję, że nie będzie wam przeszkadzało to, że od tego rozdziału narracja będzie trzecioosobowa. Uznałam, że tak będzie lepiej.
Jeśli coś by się nie podobało, śmiało, piszcie.
_____________________________________________________________________
     
      Następnego dnia rano Gerarda obudziło głośne pukanie w drzwi wejściowe. Leniwie przetarł swoje oczy. Spojrzał na Franka, który słodko spał, wtulony w jego tors. Uśmiechnął się na widok jego uroczej, spokojnej twarzy. Delikatnie ściągnął z siebie jego ręce. Musiał już, niestety, wstać, bo ktoś postanowił im zakłócić piękny, sobotni poranek. Odkopał się spod kołdry, wcisnął na swój goły tyłek luźne bokserki, a na tors podkoszulkę. Wyślizgnął się powoli z pokoju, delikatnie go zamykając, aby nie obudzić wciąż śpiącego Franka. Stanął w przedpokoju. Spojrzał na lustro i ogarnął nieco busz znajdujący się na jego głowie. Podszedł bliżej do drzwi i spojrzał przez wizjer. Zamarł. Za drzwiami stał ktoś, kto, jak obiecał, zabierze mu szczęście, czyli Franka. Pan Shidley, we własnej osobie. Po jego twarzy było widać, że jest już nieco wkurzony. Zapukał jeszcze raz. Z wahaniem, Gerard przekręcił górny zamek od drzwi i otworzył je. Spojrzał pytająco na doktora, choć wiedział, co za chwilę może się stać. Jak głupi i tak udawał, że nie wie o co mu chodzi.
- Dzień dobry - odezwał się po chwili wpatrywania się w mężczyznę, a lekarz spojrzał na niego znacząco.
- Dzień dobry, panie Way -odpowiedział mu doktor.
      Wpuścił go do środka, przecież nie miał innego wyjścia. Shidley odłożył w przedpokoju mokry parasol i ściągnął ze swoich stóp ubłocone buty. Więc padało. Przynajmniej już wiem, jaka pogoda na dworze - przemknęło przez głowę Gerarda. Zamknął drzwi na klucz. Poszli do salonu. Shidley rozsiadł się w fotelu, jakby był u siebie, a Gerard zasiadł na kanapie.
- Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty?- zaproponował Gee.
- Nie, dziękuję - odpowiedział krótko.- Zapewne wiesz, czemu tu jestem.
- Nie?
Doktor spojrzał na niego z pogardą.
- Przyszedłem po Franka. Gdzie on jest?
- Nie może pan... Nie może mi go pan tak zabrać - powiedział stanowczo.
- Owszem mogę, bo on nie należy do ciebie.
- A tym bardziej nie należy do pana - wycedził ze złością.
- Zapytam się jeszcze raz i ostatni, bo inaczej wzywam policję. Gdzie jest Frank Iero?
- Przepraszam bardzo. To moje mieszkanie, więc to ja tu będę decydował - wstał.- A teraz może pan już wyjść. Żegnam.
      Shidley posłusznie wstał. Poszedł do przedpokoju. Czerwonowłosy stanął przed nim. Zacisnął mocno ręce w pięści, oczekując jego wyjścia. Lekarz zaczął zakładać buty, gdy zatrzymał się i nagle wstał. Spojrzał na chłopaka i wyminął go szybko. O nie, on nie mógł tam wejść. Way był wystraszony. Nie mógł wejść do jego sypialni. Shidley stanął przed drzwiami do gerardowej sypialni i mocno nacisnął na klamkę. Wpadł z impetem do pokoju, a Gerard szybko pobiegł tam, aby chociaż spróbować zapobiec nieszczęściu. Marne nadzieje, to było wręcz nieuniknione. Zaraz Shidley odkryje, oby nie dosłownie, całą prawdę. Patrzył, jak doktor próbuje obudzić spokojnie śpiącego Franka. Spał, nieświadomy tego, co zaraz się wydarzy. Podszedł do mężczyzny i go odepchnął. Uklęknął przy łóżku.
- Frank, wstawaj - powiedział łagodnie.
Na twarzy Franka pojawił się uroczy grymas. Wtulił się bardziej w kołdrę i odwrócił na drugi bok. Gerard potrząsnął nim lekko. Schował twarz w poduszkę.
- Gerard, ty ciulu garbaty, daj spać - wymamrotał szatyn w poduszkę.
- Frank...- nalegał chłopaka do wstania.
Młody Iero obrócił się na plecy i uśmiechnął się promiennie.
- Wstanę, ale coś za coś - powiedział.
Doktor spojrzał na Gerarda pytająco. Gerard zastanawiał się, jak dobrze rozegrać teraz to wszystko, aby doktor niczego się nie domyślił. Potrząsnął lekko Frankiem. Chłopak zmarszczył brwi. Powoli otworzył oczy. Popatrzył na Gerarda zaspanym wzrokiem i się prześlicznie uśmiechnął. Delikatnie podniósł głowę i pocałował go w policzek.
- Dzień dobry, kocha...- przerwał, gdyż zauważył wkurzoną minę doktora.- Dzień dobry panie Shidley - usiadł na łóżku, szczelnie się okrywając kołdrą i spuścił wzrok.
Spojrzenia kochanków spotkały się. Czuli się, jakby robili coś zakazanego.
A może właśnie tak było?
Miłość niemożliwa, zakazana.
      Frank, ty deklu od słoika - pomyślał rozzłoszczony Gerard. Nie mógł go teraz inaczej nazwać. Normalny człowiek by nie obudził swojej miłości w sposób potrząsania. No widocznie, Frank nie pomyślał nad tym do końca. Czy w jego głowie coś w ogóle teraz było? Oczywiście, że tak. Chłopak był zmieszany. Nie wiedział co się dzieje, ani co tu robi ten wstrętny lekarz, którego szczerze nienawidzi. Czekali na wyrok, który nie nadchodził. Bali się. Bali się, tego, co mogą usłyszeć z ust doktora, przecież nie będzie na pewno to coś w stylu: "Boże, jak cudownie, że się kochacie i jesteście razem!". Milczenie.
      Doktor wyszedł z pokoju. Frank dalej siedział w bezruchu. Nie zamierzał nic w tym momencie powiedzieć. Jakby ktoś mu uciął język. Z reguły raczej nie gadał z dużo, w szczególności z ludźmi, których nie lubił, ale jak już trzeba było to coś powiedział. Teraz jednak język ugrzązł mu w gardle. Teraz, był przerażony całą tą sytuacją.
      Nie on jeden. Gerard również był przerażony. Młody Frank Iero jest niepełnoletni. Gerardowi nawet nie chciało się myśleć, jakie konsekwencje go czekają. Pogładził Franka delikatnie po gołym ramieniu i uśmiechnął się smutno. Wstał z podłogi i powędrował do przed pokoju za Shidley'em, który kończył zakładać buty. Wstał, sięgnął po parasol i otworzył sobie drzwi. Postanowił tak po prostu wyjść. Czy to aby na pewno w jego stylu? Oczywiście, że nie. Po dłuższym czasie zastanawiania się, wiedział, co trzeba w tej sytuacji powiedzieć.
-Widzimy się w sądzie, panie Way.- powiedział szorstko i odszedł.
Gerard zamknął drzwi i wrócił do sypialni, w której znajdował się wciąż oszołomiony Frank.
***
     Kilka dni później. Gerard wracał z uczelni. Pogoda jak zwykle była fatalna. Deszcz padał na czerwone włosy mężczyzny i na jego ubrania. Był przemoczony do suchej nitki, bo zapomniał parasolu z domu. Mimo to, wiedział, że to nie jest najgorsze, co może się dzisiaj przydarzyć. Ubrania szybko przebierze, a włosy wysuszy. Stanął przed swoim domem, w którym  j e s z c z e  mieszkał Frank. Jak co dzień, musiał sprawdzić, czy coś przypadkiem nie znajduje się w skrzynce na listy. W pośpiechu wszedł do kamienicy. Nie było jego marzeniem dalej przebywać na dworze, podczas takiej ulewy. Wyjął z kieszeni jeansowych spodni klucze i otworzył metalową skrzynkę, zawieszoną na ścianie, na samym dole kamienicy. Pod mężczyzną tworzyły się kałuże z wody. Wyjął kilka listów ze skrzynki. Wchodząc po schodach, przeglądał je. Rachunki, rachunki, rachunki. Nic ciekawego. Ostatni list znacznie przykuł jego uwagę. Starannie opisany jego imieniem i nazwiskiem oraz miejscem zamieszkania. Nic więcej. Wbiegł po ostatnich schodach prowadzących do jego mieszkania i szybko otworzył drzwi za pomocą klucza.
- Frank, wróciłem!- krzyknął.
Nie uzyskał jednakże żadnej odpowiedzi, co go nieco zdziwiło. Zdjął ze stóp przemoczone trampki i odłożył je na kaloryfer w przedpokoju. Po drodze do salonu rzucił listy na ławę, pozostawiając w ręce ten jeden, który musiał zaraz otworzyć, aby przekonać się jaką ma treść. Ujrzał otwarte drzwi od balkonu. No nie, Frank chyba nie  p a l i. Przecież od przeszło dwóch tygodni nie kupił ani razu papierosów. Co się do licha znów stało?
      Podszedł bliżej drzwi balkonowych i wyszedł na zewnątrz. Frank siedział skulony w kącie balkonu. Tępo patrzył w jeden punkt przed sobą. Po jego twarzy spływały pojedyncze łzy. Mocno obejmował kolana swoimi drobnymi ramionami. Gerard usiadł koło niego.
- Co się stało?- spytał Franka.
Chłopak drgnął jak oparzony i spojrzał w stronę Gerarda. Długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Nie może znowu nazmyślać mu, że nic się nie stało. Stało się i to dużo. Od ostatniej wizyty pana Shidley'a minęło kilka dni, a on dalej był załamany. Nie chciał stracić Gerarda, który tak dużo dla niego zrobił. Dał mu to, czego brakowało mu nawet w swoim starym domu, kiedy jeszcze żyli jego rodzice. Dał mu miłość. Mógł mu zaufać, a i tak bał się powiedzieć tego jednego prostego zdania.
"Boję się, że cię stracę."
- Nic.- odpowiedział krótko, skłamał, odwrócił wzrok.
- Przeważnie, gdy tu siedzisz, coś się dzieje. A więc?- ciągnął dalej Gerd
- Nic się nie dzieje!- podniósł głos.
- To czemu płaczesz?
Jego twarz opadła na kolana. Przysłoniły ją ciemne włosy chłopaka. Czasem zachowywał się się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka. Wiedział to, a nic z tym nie był w stanie zrobić. Po prostu już taki był. Gerard usłyszał cichy szloch. Westchnął cicho i zabrał się za otwieranie listu, który znajdował się w jego dłoniach. Rozerwał kopertę i wyjął białą kartkę z środka. Rozłożył ją. Pierwsze zdanie już od razu zniechęciło go do dalszego czytania. Wezwanie do Sądu. Posmutniał.
- Skarbie...?- odezwał się.
- C-co?- wyjąkał Frank.
- Dostałem wezwanie z sądu.- wymamrotał Gerard.
- Jak... Jak to?- wyprostował się i spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Zobacz sobie.- podał mu kartkę.
Frank pochwycił w swoje drobne dłonie kartkę i obrzucił ją spojrzeniem. Jego ręce zaczęły drżeć. Gerard czuł, że Frank zaraz znowu wybuchnie płaczem. Szybko go do siebie przytulił i posadził na swoich kolanach. Pogładził go po plecach.
- Spokojnie Frank, przecież będę o ciebie walczył.- zapewnił młodszego.- A nawet jeśli przegram tą walkę, to i tak będziemy się spotykać. Nikt nam tego nie zabroni, a za dwa lata i tak będziesz pełnoletni, prawda?
- Marne pocieszenie, Gee.
 Nie powiedział już nic. Doskonale wiedział, że to marne pocieszenie. Ale cóż innego miał mu powiedzieć? Wszystko się jakoś ułoży, on to wie. Nie straci Franka na zawsze, nawet jeśli przegra z prawem. Frank też o tym wiedział. Tylko teraz jest smutny, bo nie wiedział tak naprawdę czego się spodziewać po nowej rodzinie. Może być fajnie, a może być niefajnie. Wszystko zależy od tego, na jakich ludzi trafi. Miał cichą nadzieję, że będą to normalni dorośli ludzie, z którymi będzie można rozmawiać na każdy temat i nie będą surowi.
- Gerard, ale mi tu jest naprawdę dobrze.-powiedział cichutko, powstrzymując się od płaczu.
- Wiem, Frank, wiem.- pocałował go w czubek głowy.
Chłopak się mocno w niego wtulił.
Frank jest mój, tylko mój.
- Chodźmy do środka, bo się przeziębisz.- szepnął do Franka.
Frank pokiwał szybko głową w przód i w tył. Podparł się dłońmi o ziemię i wstał, a Gerard zaraz po nim. Weszli do środka. Gerard zamknął za sobą drzwi balkonowe i wszedł do pomieszczenia. Przeczesał swoje mokre, pozlepiane od deszczu kosmyki włosów. Zauważył Franka, który już w jego stronę szedł z ręcznikiem w dłoniach. Podał mu go. Gerard uśmiechnął się do Franka, który momentalnie odwzajemnił uśmiech.
-Idę się wykąpać, idziesz ze mną?- spytał czarnowłosego.
-Z przyjemnością.- wspiął się na palcach, aby dosięgnąć ust mężczyzny.
Gerard przyciągnął go do siebie mocniej i go przytulił. 





piątek, 31 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXIII

Witajcie!
Tak, wiem... Strasznie was zaniedbuję xD 
Tak wiem, ostatni rozdział pojawił się chyba z trzy tygodnie temu... xD
Nie mam czasu, musicie wybaczyć, a po za tym jestem dalej uziemiona. Bratu nie chce się naprawić komputera. Na laptopie przesiaduję bardzo mało, a mój telefon nie nadaje się do pisania. 

W ogóle, bardzo krótko, no ale. Myślę, że postaram się coś bardziej sensownego i dłuższego napisać w najbliższym czasie... 
_________________________________________________________________
Tydzień przed końcem wakacji.
[Frank]
Raz. Późne popołudnie, raczej wieczór, nie wiem, straciłem poczucie czasu. Jak zwykle nudziło mi się. Gerard siedział zaszyty w swojej pracowni, a ja leżałem w salonie na kanapie. Dwa. Nie było co robić, nie było gdzie wyjść. Trzy. Z nudów zacząłem liczyć chmury za oknem, które jak zwykle nie zapowiadały cudownej pogody. Cztery. Jestem głupi, ale co z tego. Pięć. Stop, Frank. Spojrzałem na zegarek zamieszczony nad telewizorem, który wskazywał godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy. Jakże ten czas szybko leci, gdy się liczy chmury... Zgłodniałem. Zerwałem się natychmiastowo z kanapy, przerywając moje szalenie porywające zajęcie i udałem się do kuchni w celu przygotowania dla siebie i Gerarda posiłku. Tak, Frank. Dla ciebie jest tylko jedna droga w życiu- bycie gosposią domową. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić... Dla takiego mężczyzny jak Gerard mogę prać, sprzątać, gotować... Otworzyłem lodówkę. Naleśniki. Najprostsze do przygotowania. A jednak byłbym złą gosposią, bo umiem tylko zrobić naleśniki. Wyjąłem potrzebne składniki i zacząłem robić kolację.
Gdy naleśniki były już upieczone, wysmarowane dżemem i ułożone na talerzyku, powoli udałem się do pokoju mojego chłopaka. Stanąłem przed drzwiami i zapukałem. Po usłyszeniu niemrawego "Wejdź" wszedłem do pokoju, w którym zastałem Gerarda stojącego przed płótnem, w czarnej, bez rękawów i zwisającej na jego torsie podkoszulce oraz ciemnych, jeansowych rurkach, które idealnie opinały jego długie, zgrabne nogi. Na płótnie widniały jakieś niezindetyfikowane kolorowe plamy, które mógł zrozumieć tylko artysta, którym ja nie jestem. Odstawiłem talerz z naleśnikami na biurko i usiadłem na krześle. Chwyciłem jednego naleśnika i zacząłem jeść. Gerard odłożył pędzle i farby. Odwrócił się przodem do mnie i podszedł. Ruchem ręki nakazał mi wstać, więc wstałem. Usiadł na krześle i objął mnie rękami w pasie, po czym przyciągnął mnie do siebie. Wylądowałem na jego kolanach. Skończyłem jeść i spojrzałem na niego. Przybrał przesłodką minę i zatrzepotał rzęskami.
-Co?- spytałem.
Pokiwał głową w stronę naleśników.
-Mam cię nakarmić, bobasku?
Przytaknął. Zaśmiałem się krótko i chwyciłem naleśnika. Gee otworzył buzię.
-Leci samolocik!- zachichotałem.
Gerard ugryzł naleśnika.
-Zuch chłopak.- cmoknąłem go w czoło.
Zjadł całego, a potem chwycił następnego. Tym razem on mnie karmił. Po zjedzeniu wszystkiego, Gerard przytulił mnie do siebie i pocałował w policzek. Usiadłem w wygodniejszej pozycji, czyli okrakiem na nim i musnąłem jego wargi. Gerard chciał zdecydowanie więcej. Jedną rękę oparł na moim biodrze, a drugą wplótł w moje włosy, przyciągając moją twarz bliżej do swojej i pocałował mnie. Powoli, z wielką czułością, męczył moje wargi. Okręcał wokół swojego palca moje włosy i pogłębiał pocałunek. Przejechałem językiem po jego dolnej, a następnie po górnej wardze, na znak, że może działać dalej. Rozchyliłem swoje usta, a Gerard wepchnął tam swój język, który momentalnie połączył się z moim w szalonym tańcu. Pieścił mój język, moje podniebienie. Poczułem, jak unoszę się. Mężczyzna wstał z krzesła. Otworzył kopniakiem drzwi i wyszedł z pomieszczenia. Otworzył drzwi do sypialni i wszedł do niej. Oderwał się ode mnie i rzucił mnie na łóżko. Spojrzał na mnie z pożądaniem i wskoczył na łóżko. Ściągnął moją podkoszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie. Usiadł na mnie okrakiem. Wsparł się rękami po obu stronach mojej głowy i wpił się w moje usta. Przez dosłownie chwilę się z nimi bawił, a potem oderwał się od nich i usiadł wyprostowany. Przejechał swoją chłodną dłonią po moim torsie, przyprawiając mnie o porządny dreszcz. Zaczął się wiercić, pobudzając tym zachowaniem moją męskość. Sam był już nieźle pobudzony i jak się domyślam również napalony. Przygryzł wargę i uśmiechnął się. Pochylił się nade mną i zaczął obcałowywać moją klatkę piersiową. W niektórych miejscach przygryzał moją delikatną skórę, albo robił malinki. Nie mam bladego pojęcia czemu, ale cholernie mnie to wkurzało i podniecało jednocześnie. To było takie wspaniałe.
Przygryzł mocno mój sutek. Odepchnąłem go od siebie. Gerard rzucił mi pytające spojrzenie. Uśmiechnąłem się diabelsko i popchnąłem go tak, że teraz to ja siedziałem na nim. Cmoknąłem go w usta. Przeniosłem spojrzenie na jego zielone oczy. Pocałowałem go ponownie, zjeżdżając niżej na szyję. Mocno przygryzłem jego skórę w tym miejscu. Gerard jęknął. Rozpiąłem jego spodnie i zrzuciłem je z niego. Wsunąłem rękę pod materiał jego bokserek i zacząłem się bawić jego członkiem. Patrzyłem na twarz Gerarda, cały czas uśmiechając się do niego. Zwiększyłem swoje ruchy. Mężczyzna głośno jęczał. Byłem pewien, że zaraz dojdzie, lecz ja przerwałem swoje czynności.
-A więc to tak się bawimy?- spytał, głośno dysząc.
-Tak, skarbie.- szepnąłem wprost do jego ucha.
Gerard zaczął się podnosić. Klęczeliśmy na łóżku. Chłopak intensywnie wpatrywał się w moje oczy. Wpił się brutalnie w moje wargi i zaczął ściągać moje spodnie. Pozbył się ich. Rozchylił moje wargi swoim ciepłym językiem. Penetrował moje podniebienie, czasem zahaczając o mój język, który bez skutków walczył o dominację. Powoli zsuwałem z jego tyłka bokserki, a gdy już ich na sobie nie miał, zaczął ściągać moje. Przerwał pocałunek i popchnął mnie. Opadłem na łóżko. Gerard obślinił swoje trzy palce. Gwałtownie rozchylił moje nogi. Wsadził we mnie po kolei palce i chwilę nimi poruszał. Byłem gotowy. Bez żadnej zapowiedzi Gerard we mnie wszedł. Z mojej krtani wyrwał się głośny krzyk. Poczułem silny ból, jak zawsze zresztą, podczas stosunku z facetem.
-Wszystko w porządku?
No tak, on zawsze musiał być troskliwy.
-Tak, Gerard. Kontynuuj, kocie.
Zaczął bardzo powoli się poruszać, co mnie zdenerwowało. Ta cała jego delikatność. Walnąłem go pięścią w brzuch. Gerard zrozumiał, że chcę więcej, więc podjął się coraz to szybszych ruchów. Spojrzał na mnie przelotnie i chwycił w swoją dłoń moją nabrzmiałą męskość. Poruszał swoją ręką bardzo szybko, jak również pchnięcia były coraz to szybsze. Głośno jęczeliśmy, wykrzykiwaliśmy nawzajem swoje imiona. Czułem, że i on, i ja byliśmy blisko finału. Ostatnie mocne pchnięcie wraz z równie mocnym uściskiem dłoni na moim członku. Wytrysnąłem wprost na jego podbrzusze, a wewnątrz siebie poczułem przyjemne ciepło. Doznaliśmy spełnienia. Gerard osunął się na łóżko obok mnie i mocno mnie do siebie przytulił. Czułem jego płytki oddech na policzku. Złożył na moich ustach długi i czuły pocałunek. Uśmiechnął się do mnie przepięknie, a ja odwzajemniłem go. Pogładził mnie po twarzy i przeczesał moje spocone włosy. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową i przymknąłem powieki.
-Kocham cię.- szepnął.
Po usłyszeniu jego zmysłowego głosu, szybko zasnąłem.
___________________________________________________________________________

Tak w ogóle, to dziś ten przystojniak kończy 33 lata! (Nie bijcie, wiem, że to już wszyscy wiedzą xD)
Sto lat, Frank!
Happy Ieroween! :D









wtorek, 14 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXII

Dzisiaj krótko i w ogóle beznadziejnie i przesłodzone to wszystko, ale mam nadzieję, że się spodoba. xD Może w następnym rozdziale będą jakieś seksy, bo dawno nie było xD
Jeszcze żyję wczorajszym dniem i wiadomością o koncercie Gerarda i kupnem jego płyty xD
A no i przepraszam, że tak długo musieliście czekać, ale mojemu kochanemu bratu zepsuł się komputer, więc uprowadził mojego laptopa. :D Dziś dopiero się dorwałam do niego :)
Enjoy :)
________________________________________________________________________
[Frank]
Zamknąłem za sobą drzwi wejściowe i pędem ruszyłem do kuchni, aby zapobiec gorszej kłótni, niż wyzywanie się od debilów, idiotów, i tak dalej, i tak dalej. Stanąłem w progu pokoju i automatycznie spojrzałem na Gerarda, który właśnie wymierzał cios w twarz swojego brata. Podbiegłem szybko do niego i zatrzymałem jego rękę w połowie wykonywania czynności. Gerard spojrzał na mnie z wściekłością wymalowaną na twarzy i puścił Mikeya. Popchnął go na krzesło. Usiedli przy stole, a ja usiadłem na blacie. Spojrzałem na swoje buty, których nie ściągnąłem. Następnie przeniosłem wzrok na Mikeya, a potem na Gerarda. Mierzyli się zawzięcie spojrzeniami. A więc, to będzie taka bitwa na spojrzenia? Zapowiada się ciekawie.
Przez dłuższy czas panowała cisza w pomieszczeniu, gdy ci dwaj idioci toczyli bitwę na spojrzenia. Postanowiłem przerwać to wszystko, więc głośno odchrząknąłem. Mężczyźni spojrzeli na mnie złowrogo, a ja się odezwałem.
-Zamierzacie teraz tak siedzieć, nie rozmawiać, ani nic?- spytałem.
-Frank, wyjdź na chwilę, dobrze?- powiedział Gerard.
-Nie, Gerard. Nigdzie nie pójdę, tym bardziej, że sprawa dotyczy mnie!- krzyknąłem.
Gerard przewrócił oczami i spojrzał na Mikeya, który aktualnie wstał od stołu.
-Gdzie się wybierasz?- zapytał Gerard i również wstał od stołu.
Błyskawicznie podszedł do swojego brata, złapał go mocno za nadgarstek i popchnął na krzesło.
-No co ty odpierdalasz?!- krzyknął Mikey.
-Chcę z tobą porozmawiać, a ty się zabierasz i gdzieś idziesz!
-Gerard...- powiedziałem cicho.
-Tak? A może ja ci nie mam nic do powiedzenia, cioto?!- znów krzyknął Mikey.
-Jesteś pewny?! A to jak potraktowałeś Franka, myślisz, że jest w porządku?!
-Gerard...- próbowałem im przerwać, lecz bezskutecznie.
-Tak, jest kurwa w porządku, bo nic mu kurwa nie zrobiłem!
-Jasne, a to, że go wykorzystałeś i to w tak bestialski sposób to dla ciebie nic?!- wrzasnął.
Zatkałem sobie uszy, nie chciało mi się słuchać tych krzyków. Patrzyłem na nich. Gerard zawzięcie gestykulował rękami, Mikey również. Krzyczeli na siebie. Mikey coś mówił. Dużo mówił. Nagle Gerard wstał z krzesła. Podszedł do Mikeya i przywalił mu z pięści w twarz. Odetkałem uszy. Otworzyłem szeroko ze zdumienia oczy i buzię. Chciałem coś powiedzieć, ale tak naprawdę to nie wiedziałem co. Młodszy Way trzymał się za bolący policzek, a Gerard patrzył z przerażeniem to na niego to na swoją pięść.
-Boże, Mikey przepraszam.- szepnął i kucnął przy swoim bracie.
Odciągnął od jego twarzy ręce i spojrzał na cały czerwony policzek.
-Ja... Ja nie chciałem.- powiedział zdławionym głosem.- Nigdy w życiu bym cię nie uderzył.
-Właśnie widzę.- wymamrotał.
Do ich oczu zbierały się łzy. No nie, ja nie wytrzymam. To ja tu jestem najbardziej poszkodowany, a tu Gerard przywalił z pięści bratu i teraz bezgraniczna, braterska miłość. No po prostu nie wierzę! Co za idioci.
-Przepraszam, Mikey.- szepnął Gerard i mocno przytulił brata.
-Ja też przepraszam Gerard.
Patrzyłem na to całe zdarzenie i po prostu nie dowierzałem. Ot tak się przeprosili? Że co? Czy to się dzieje naprawdę, czy to jakiś chory sen...
-Przepraszam, że wam przerywam jakże cudowną chwilę pojednania, i tak dalej, ale JA też tu jestem.- powiedziałem.
Gerard coś szepnął na ucho do Michaela. Mężczyzna wstał z krzesła i podszedł do mnie. Popatrzyłem na niego z obrzydzeniem. Mikey rzucił się na mnie i mnie mocno przytulił. Co? Nie wiedząc co zrobić, odwzajemniłem uścisk. Oderwał się ode mnie.
-Ciebie również przepraszam, Frank... Teraz sobie zdałem sprawę, że bardzo źle postąpiłem. Bardzo przepraszam.
-I ja mam tobie teraz wybaczyć, tak?
Pokiwał głową. Odepchnąłem go od siebie i udałem się do pokoju Gerarda. Co to, to nie. Ze mną nie ma tak łatwo. Myśli, że przytuli mnie i przeprosi, to ja mu wybaczę. Niech sobie tak lepiej nie myśli. Za coś takiego, jak on mi zrobił to do więzienia się idzie. Dupek. Zatrzasnąłem drzwi i rzuciłem się na kanapę. Patrzyłem się w sufit, gdy usłyszałem kroki pod drzwiami. Szarpanie za klamkę, lecz bezskuteczne. Zamknąłem drzwi na klucz. Pukanie.
-Frankie, otwórz. Proszę.- powiedział błagalnym tonem Gerard.
-Ani mi się śni!- krzyknąłem.
-Frank... Skarbie, proszę cię.- nie dawał za wygraną.
-NIE!- krzyknąłem stanowczo.
-Weź się nie obrażaj, jak jakaś nastolatka podczas okresu dojrzewania!
-Chcesz to możemy pogadać właśnie tak, jak teraz.
-Przez drzwi?- spytał.
-Tak.
-A kurwa siedź sobie tam sam. My wychodzimy.
-No i bardzo dobrze. Tylko żeby cię twój braciszek gdzieś nie zgwałcił po drodze.- wymamrotałem.
-Dobrze, ale pamiętaj, że jak wrócę to sobie pogadamy!- krzyknął, po jego głosie było słychać, że jest już mocno wkurzony.
-Będę pamiętał, Gerardzie.- powiedziałem najsłodszym tonem, przepełnionym jednocześnie jadem.
Po chwili usłyszałem trzask drzwi i przekręcanie klucza w zamku. Wstałem z łóżka i powoli wyszedłem z pokoju, aby upewnić się, że rzeczywiście nikogo nie ma w mieszkaniu. Chciałem być teraz sam. Wyślizgnąłem się zza drzwi i poszedłem do salonu. Podszedłem do szafki z tak dobrze mi znaną zawartością. Paczka petów i zapałki. Teraz tego potrzebowałem. Otworzyłem drzwi balkonowe i usiadłem na betonowej posadzce. Wyjąłem z opakowania jednego papierosa i wsadziłem go do ust. Podpaliłem i zacząłem się rozkoszować, drażniącym moje płuca, dymem. Przed kamienicą ujrzałem Gerarda i Mikeya. Pospiesznie wstałem i przyjrzałem się im. Mikey trzymał w ręce wielką torbę. Oświeciło mnie. Wyjeżdża. Nareszcie. Mimowolnie kąciki moich ust uniosły się do góry. Mężczyźni stanęli przy dużym, terenowym samochodzie, marki nie widziałem, ponieważ stał za daleko. Gerard uścisnął Michaela, który następnie wsiadł do samochodu. Wypuściłem z ust dym. Czerwonowłosy jeszcze przez chwilę stał i patrzył jak odjeżdża jego brat. Gerard zaczął wracać. Spojrzał na górę i cóż, ujrzał mnie. Jego mina z wesołej momentalnie zrzedła. Zaczął iść szybciej. No to super, teraz jeszcze mi się oberwie za to, że znowu palę. Zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Z ziemi zebrałem pudełko zapałek i papierosy. Wszedłem do środka mieszkania i zamknąłem pospiesznie balkon. I już chciałem odłożyć do szafki pudełka, gdy do salonu wpadł Gerard i wyszarpał mi je z rąk. Wybiegł do kuchni i wyrzucił je do kosza.
-Frank, czy ciebie już do reszty popierdoliło? Miałeś nie palić!- nakrzyczał na mnie.
-Przepraszam...
-A co mi po twoich przeprosinach... - powiedział zrezygnowany i usiadł na kanapie.
Podparł się ręką. Powoli do niego podszedłem i usiadłem mu na kolanach. Gerard spojrzał na mnie. Przeczesał ruchem dłoni moje włosy, które opadały mi na twarz. Spojrzał na mnie pewnie, ze skwaszoną miną.
-I co ja mam z tobą zrobić?- spytał.
-Nie wiem.- szepnąłem.
Wstałem z niego, ale on chwycił mnie za nadgarstek.
-Chodź tu, głupku.- westchnął.
Pociągnął mnie mocno za rękę, a ja wylądowałem z powrotem na jego kolanach. Przytulił mnie mocno do siebie, ja wtuliłem się w jego powoli unoszącą się klatkę piersiową. Głaskał mnie po plecach. Oparłem się brodą o niego, aby móc patrzeć prosto w jego oczy. Pocałował mnie w czoło.
-Kocham cię, wiesz?- szepnął.
-Wiem. Ja ciebie też kocham.- odszepnąłem.
-To dobrze.
Pocałował mnie.




poniedziałek, 13 października 2014

GERARD WAY W POLSCE!!!!

O MÓJ DOBRY BOŻE XD Wciąż nie mogę uwierzyć w to wszystko :') Gerard w Polsce! Wreszcie się udało :D Ludzie, łączmy się! Kontaktujmy się i w ogóle! 
Pewnie już to wszyscy wiecie, ale ja musiałam po prostu ogłosić tą nowinę xD Boże, takie święto, aż ciężko uwierzyć :')
No to teraz pozostało przekonać rodziców do pojechania na ten cudowny koncert, hehe xD

piątek, 3 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXI

Elo, elo 3 2 0! xD
Hyhy, no to miłego czytania! xD
______________________________________________________________________________
[Gerard]
W pomieszczeniu panowała bardzo niezręczna cisza. Frank cały czas się na mnie patrzył, a ja na niego. Nie wiedziałem, czy wytłumaczenia jego wystarczą, aby mu wybaczyć. Gorzej, jeśli się okaże, że to, co Mikey powiedział rzeczywiście jest prawdą. Wtedy będę musiał się najzwyczajniej w świecie pozbyć Franka jak najszybciej z domu. Nie będę mógł przebywać z nim w mieszkaniu, a co dopiero w jednym pomieszczeniu. Żal by mi go było trochę wyrzucać, tym bardziej, że raczej nie miał gdzie pójść. To znaczy miał, do swojego domu, ale kto to widział, żeby niepełnoletni chłopak sam się utrzymywał? Może nawet dobrze, że mu szukają rodziny zastępczej. Przynajmniej nie będę się musiał o niego martwić, czy żyje, czy też nie. A co jeśli się okaże, że to co powiedział Mikey to... Kłamstwo? Wtedy będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mikeya wyrzucę z domu, a razem z Frankiem będziemy sobie żyć długo i szczęśliwie. Boże, zabrzmiało to jak koniec jakieś bajki o księciu i królewnie. Wpatrywałem się w bruneta, który spuścił wzrok na podłogę i o czymś myślał. Pewnie układa sobie w głowie to, co ma powiedzieć. Albo układa sobie jakieś perfidne kłamstwo. No nieźle.
-No więc...- odezwał się.
-Co masz mi do powiedzenia, Frank?- spytałem z zaciekawieniem.
-Gerard... To było tak... Kurde...- zaczął się jąkać.- Ty wtedy poszedłeś na te wykłady, prawda?- kiwnąłem głową.- No więc, gdy wstałem przeczytałem sobie kartkę od ciebie i poszedłem do kuchni aby coś zjeść i napić się kawy...
-I co się potem stało?
-No więc, gdy wszedłem do kuchni, zacząłem sobie robić kawę. Wtedy ktoś mnie objął w pasie ramionami i pomyślałem, że to ty, że jednak nie poszedłeś na wykłady. Odwróciłem się i okazało się, że to Mikey... Powiedział mi, że chce się ze mną zabawić. Wystraszyłem się. Przycisnął mnie mocniej do siebie i mnie pocałował... A ja...
-A ty?
-A ja głupi poddałem mu się. Przepraszam...
-Nie przepraszaj, jeszcze przyjdzie czas na przeprosiny. Lepiej mów dalej, co się działo później.- powiedziałem i rozsiadłem się wygodniej w fotelu.
-No więc Mikey jakimś cudem wciągnął mnie do łazienki i... Eh, to było okropne.- ukrył twarz w dłoniach.
Po chwili usłyszałem cichy szloch. Płakał. Nagle i mi zrobiło się przykro. Wstałem ze swojego miejsca i podszedłem do Franka. Usiadłem koło niego na kanapie i go mocno do siebie przytuliłem.
-Frank... Musisz mi powiedzieć, co się działo później.- szepnąłem.
-Gerard, ale to trudne...- wyjąkał.
-Wiem, słońce.- powiedziałem.
Frank wtulił się we mnie. Delikatnie go głaskałem po plecach.
-Gerard... On w-wziął m-mnie sił-łą... Próbowałem się jakoś uwolnić, ale on...- jeszcze bardziej się rozryczał.
-No już, cichutko, Frankie.- ucałowałem go w czubek głowy.
Oddech chłopaka powoli stawał się równy. Leżał na kanapie wtulony we mnie. Nie wiedziałem, co z tym wszystkim robić. Na zewnątrz byłem spokojny, lecz w środku mnie dosłownie wszystko się kotłowało. Byłem niemal jak wulkan, który miał za niedługo wybuchnąć. Zabiję tego gnoja. Jego stopa, nic a nic nie stanie w moim domu już nigdy więcej. Co to, to nie. Nie ma tak dobrze. Niech wraca, skąd przyszedł. Co mnie do jasnej cholery podpuściło, żeby go do siebie przyjmować?! Przecież wiedziałem, jaki jest. Okropny. Biedny Frank na tym najbardziej ucierpiał. Nawet nie chcę myśleć, przez co on musiał przechodzić. Przytuliłem do siebie chłopaka jeszcze mocniej.
-Prze-przepraszam, Gee...- wybełkotał cicho w moją koszulkę.
-Frank, to przecież nie twoja wina...- powiedziałem.
-Ależ oczywiście, że m-moja.- wyjąkał.
-Wcale nie.
Frank usiadł na kanapie i odwrócił się ode mnie.
-Moja i tylko moja...-użalał się nad sobą.- Gdybym wtedy odepchnął Mikeya...
-Gdybyś wtedy odepchnął Mikeya, mogłoby się to gorzej skończyć.- uciąłem mu w połowie zdania.
Frank odwrócił się do mnie przodem. Spojrzałem mu w oczy, które teraz emanowały z siebie bólem i smutkiem. Czerwone, popuchnięte od płaczu. Nagle i mi się zrobiło dziwnie smutno i z moich oczu popłynęło kilka łez, które następnie przetworzyły się w cały wodospad. Chłopak przybliżył się do mnie.
-Nie płacz, Gerardzie.- szepnął.
W żaden sposób nie zareagowałem na jego słowa. Bolało mnie to, że Mikey potrafił go w tak brutalny sposób skrzywdzić.
-Gerard, proszę. Nie płacz już.- jego głos się łamał.
Chwycił moją twarz w dłonie i delikatnymi ruchami kciuka gładził mój policzek. Spojrzałem głęboko w jego oczy i niemal zatopiłem się w tym cudownym, czekoladowym kolorze. Nasze twarze coraz to bardziej przybliżały się do siebie. Nie wytrzymałem i objąłem chłopaka w talii mocno przyciskając do siebie. Pocałowaliśmy się. Pocałunek na początku był delikatny. Po prostu ot taki sobie zwykły całus, bez żadnej brutalności, czy zbędnych czynów. Delikatny, acz nadzwyczaj czuły. Męczyliśmy powoli swoje wargi, jakby cała rzeczywistość gdzieś wyparowała. Z oczu przestały mi płynąć łzy. Myślę, że jakby teraz miały jakiekolwiek łzy wypłynąć z moich oczu, czy z jego, byłyby to łzy szczęścia. Frank oderwał się ode mnie na chwilę.
-Kocham cię.- szepnął wprost w moje wargi i z powrotem wpił się w moje usta.
Tym razem pocałunek przybierał na sile. Frank, jak również i ja wkładałem w niego coraz to więcej zaangażowania. Rozsiadłem się wygodniej na kanapie. Chłopak powoli przenosił się na moje kolana. Przejechał językiem najpierw po mojej dolnej wardze, a później po górnej. Nieznacznie rozchyliłem moje wargi, pomiędzy którymi natychmiast znalazł się język Franka. Moje usta otwierały się coraz szerzej, a on nie czekając ani chwili dłużej wepchnął tam swój język. Połączyłem mój język z tym jego, rozpoczynając walkę o dominację. Nasze narządy smaku plątały się w pięknym tańcu. Ręką zaczął przenosić się wzdłuż mojego ramienia, poprzez policzek, aż wplątał ją w moje czerwone, poplątane włosy. Odczepił się ode mnie.
-Prze...-znów mnie pocałował.-...praszam.
-Frank, już przestań. Każde twoje przeprosiny są dobre, szczególnie takie jak te.- uśmiechnąłem się do niego uwodzicielsko i musnąłem czule jego wargi.
Frank odwzajemnił uśmiech. Teraz już żadne słowa się nie liczyły. Wystarczyła cisza i spokój, oraz wzajemna obecność. Z błogością na twarzach wpatrywaliśmy się w swoje oczy. Gładziłem go po udach, a on bawił się moimi włosami. Boże, był teraz taki piękny... Nawet mi nie przeszkadzało to, że jego oczy były opuchnięte. Na twarzy widniały zdrowe rumieńce. Uśmiechał się szeroko. Oczy iskrzyły się od szczęścia. Był idealny.
-Jesteś taki piękny.- szepnąłem.
Frank wtulił się we mnie.
***
-Gerard, proszę cię, nie! Później będzie, że to ja ci powiedziałem...- jęknął.
-Frank, nie zostawię przecież tak tego!- krzyknąłem, zamaszyście gestykulując rękami.
Tak, nie ma to jak kłótnia na środku chodnika. Niewielu było przechodniów, ale gdy już jacyś znaleźli, patrzyli się na nas, jak na psychopatów, którzy świeżo co uciekli z wariatkowa. Wcale im się nie dziwię. Dwóch facetów, kłócących się o tak naprawdę nie wiadomo co, gdy ty sobie idziesz spokojnie ulicą. Przyciągnąłem go do siebie i objąłem ramieniem. Teraz zgrywamy normalnych ludzi i idziemy spokojnie.
-Czy ciebie do reszty popierdoliło, żeby to tak zostawiać?- szepnąłem mu na ucho.
-Nie, ale...- spuścił wzrok.- Boję się.
-Czego się boisz? Nic ci się przecież przy mnie nie stanie.- powiedziałem i spojrzałem przed siebie.
-Wiem, ale...
-Ale co?
-Nic.
-No właśnie.
Pocałowałem go w czoło. Frank się do mnie delikatnie uśmiechnął, a ja do niego. Jakaś kobieta z synkiem spojrzała na nas z pogardą.
-Mamusiu, a czemu ci dwaj panowie się obejmują tak, jak ty i tatuś?- zapytał chłopczyk.
-Bo to zwykli zboczeńcy, chodź Philip.- rzekła matka i pociągnęła go za rękę i z prędkością światła nas wyminęła.
Poszliśmy dalej kilka metrów, a Frank przerwał ciszę panującą pomiędzy nami.
-Nienawidzę takich ludzi.- mruknął pod nosem.
-Frank, ich nie zmienisz.
Zbliżaliśmy się do kamienicy. Ujrzałem zapalone światło na ostatnim piętrze, w mojej kuchni. Mikey się tam krzątał i coś podśpiewywał pod nosem. Niedługo zniknie ten uśmieszek z jego twarzyczki. Oj, już się nie mogę doczekać. Pchnąłem mocno drzwi wejściowe, a następnie weszliśmy na górę po schodach. Wyjąłem z kieszeni klucze i wsadziłem je do zamku. Spojrzałem na Franka, który zaczynał się powoli denerwować.
-Ej, co jest?- spytałem i przyciągnąłem go do siebie, mocno obejmując w pasie.
-Nic.- odpowiedział i spuścił wzrok.
-Ja nie wiem czemu ty się tak denerwujesz, przecież twoja dziewczyna nie rodzi. Ba, nawet nie masz dziewczyny.- zaśmiałem się i odgarnąłem włosy opadające na jego twarz. Złapałem go za policzki i uniosłem jego twarz do góry. Spojrzałem prosto w jego oczy. Przymknąłem powieki i złożyłem pocałunek na jego wargach. Frank się słabo uśmiechnął.- Wszystko będzie dobrze, skarbie.- przytuliłem go i się od niego oderwałem.
Przekręciłem klucz w drzwiach i je otworzyłem. Natychmiastowo rzuciłem klucze Frankowi do rąk i pobiegłem, nawet nie trudząc się zdejmowaniem butów do kuchni. Już u progu krzyknąłem:
-Mikey, ty bezlitosny draniu!! Jak mogłeś do jasnej cholery coś takiego zrobić?!- szczerze, to nie wiedziałem, jak w ogóle zacząć temat, więc krzyknąłem do niego to, co mi ślina na język przyniosła.
Rzuciłem się na niego i chwyciłem go za podkoszulkę unosząc go lekko do góry. Mikey tylko się głupio zaśmiał i przybrał twarz największego skurwiela, jakiego znam.