piątek, 31 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXIII

Witajcie!
Tak, wiem... Strasznie was zaniedbuję xD 
Tak wiem, ostatni rozdział pojawił się chyba z trzy tygodnie temu... xD
Nie mam czasu, musicie wybaczyć, a po za tym jestem dalej uziemiona. Bratu nie chce się naprawić komputera. Na laptopie przesiaduję bardzo mało, a mój telefon nie nadaje się do pisania. 

W ogóle, bardzo krótko, no ale. Myślę, że postaram się coś bardziej sensownego i dłuższego napisać w najbliższym czasie... 
_________________________________________________________________
Tydzień przed końcem wakacji.
[Frank]
Raz. Późne popołudnie, raczej wieczór, nie wiem, straciłem poczucie czasu. Jak zwykle nudziło mi się. Gerard siedział zaszyty w swojej pracowni, a ja leżałem w salonie na kanapie. Dwa. Nie było co robić, nie było gdzie wyjść. Trzy. Z nudów zacząłem liczyć chmury za oknem, które jak zwykle nie zapowiadały cudownej pogody. Cztery. Jestem głupi, ale co z tego. Pięć. Stop, Frank. Spojrzałem na zegarek zamieszczony nad telewizorem, który wskazywał godzinę dwudziestą dwadzieścia trzy. Jakże ten czas szybko leci, gdy się liczy chmury... Zgłodniałem. Zerwałem się natychmiastowo z kanapy, przerywając moje szalenie porywające zajęcie i udałem się do kuchni w celu przygotowania dla siebie i Gerarda posiłku. Tak, Frank. Dla ciebie jest tylko jedna droga w życiu- bycie gosposią domową. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić... Dla takiego mężczyzny jak Gerard mogę prać, sprzątać, gotować... Otworzyłem lodówkę. Naleśniki. Najprostsze do przygotowania. A jednak byłbym złą gosposią, bo umiem tylko zrobić naleśniki. Wyjąłem potrzebne składniki i zacząłem robić kolację.
Gdy naleśniki były już upieczone, wysmarowane dżemem i ułożone na talerzyku, powoli udałem się do pokoju mojego chłopaka. Stanąłem przed drzwiami i zapukałem. Po usłyszeniu niemrawego "Wejdź" wszedłem do pokoju, w którym zastałem Gerarda stojącego przed płótnem, w czarnej, bez rękawów i zwisającej na jego torsie podkoszulce oraz ciemnych, jeansowych rurkach, które idealnie opinały jego długie, zgrabne nogi. Na płótnie widniały jakieś niezindetyfikowane kolorowe plamy, które mógł zrozumieć tylko artysta, którym ja nie jestem. Odstawiłem talerz z naleśnikami na biurko i usiadłem na krześle. Chwyciłem jednego naleśnika i zacząłem jeść. Gerard odłożył pędzle i farby. Odwrócił się przodem do mnie i podszedł. Ruchem ręki nakazał mi wstać, więc wstałem. Usiadł na krześle i objął mnie rękami w pasie, po czym przyciągnął mnie do siebie. Wylądowałem na jego kolanach. Skończyłem jeść i spojrzałem na niego. Przybrał przesłodką minę i zatrzepotał rzęskami.
-Co?- spytałem.
Pokiwał głową w stronę naleśników.
-Mam cię nakarmić, bobasku?
Przytaknął. Zaśmiałem się krótko i chwyciłem naleśnika. Gee otworzył buzię.
-Leci samolocik!- zachichotałem.
Gerard ugryzł naleśnika.
-Zuch chłopak.- cmoknąłem go w czoło.
Zjadł całego, a potem chwycił następnego. Tym razem on mnie karmił. Po zjedzeniu wszystkiego, Gerard przytulił mnie do siebie i pocałował w policzek. Usiadłem w wygodniejszej pozycji, czyli okrakiem na nim i musnąłem jego wargi. Gerard chciał zdecydowanie więcej. Jedną rękę oparł na moim biodrze, a drugą wplótł w moje włosy, przyciągając moją twarz bliżej do swojej i pocałował mnie. Powoli, z wielką czułością, męczył moje wargi. Okręcał wokół swojego palca moje włosy i pogłębiał pocałunek. Przejechałem językiem po jego dolnej, a następnie po górnej wardze, na znak, że może działać dalej. Rozchyliłem swoje usta, a Gerard wepchnął tam swój język, który momentalnie połączył się z moim w szalonym tańcu. Pieścił mój język, moje podniebienie. Poczułem, jak unoszę się. Mężczyzna wstał z krzesła. Otworzył kopniakiem drzwi i wyszedł z pomieszczenia. Otworzył drzwi do sypialni i wszedł do niej. Oderwał się ode mnie i rzucił mnie na łóżko. Spojrzał na mnie z pożądaniem i wskoczył na łóżko. Ściągnął moją podkoszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie. Usiadł na mnie okrakiem. Wsparł się rękami po obu stronach mojej głowy i wpił się w moje usta. Przez dosłownie chwilę się z nimi bawił, a potem oderwał się od nich i usiadł wyprostowany. Przejechał swoją chłodną dłonią po moim torsie, przyprawiając mnie o porządny dreszcz. Zaczął się wiercić, pobudzając tym zachowaniem moją męskość. Sam był już nieźle pobudzony i jak się domyślam również napalony. Przygryzł wargę i uśmiechnął się. Pochylił się nade mną i zaczął obcałowywać moją klatkę piersiową. W niektórych miejscach przygryzał moją delikatną skórę, albo robił malinki. Nie mam bladego pojęcia czemu, ale cholernie mnie to wkurzało i podniecało jednocześnie. To było takie wspaniałe.
Przygryzł mocno mój sutek. Odepchnąłem go od siebie. Gerard rzucił mi pytające spojrzenie. Uśmiechnąłem się diabelsko i popchnąłem go tak, że teraz to ja siedziałem na nim. Cmoknąłem go w usta. Przeniosłem spojrzenie na jego zielone oczy. Pocałowałem go ponownie, zjeżdżając niżej na szyję. Mocno przygryzłem jego skórę w tym miejscu. Gerard jęknął. Rozpiąłem jego spodnie i zrzuciłem je z niego. Wsunąłem rękę pod materiał jego bokserek i zacząłem się bawić jego członkiem. Patrzyłem na twarz Gerarda, cały czas uśmiechając się do niego. Zwiększyłem swoje ruchy. Mężczyzna głośno jęczał. Byłem pewien, że zaraz dojdzie, lecz ja przerwałem swoje czynności.
-A więc to tak się bawimy?- spytał, głośno dysząc.
-Tak, skarbie.- szepnąłem wprost do jego ucha.
Gerard zaczął się podnosić. Klęczeliśmy na łóżku. Chłopak intensywnie wpatrywał się w moje oczy. Wpił się brutalnie w moje wargi i zaczął ściągać moje spodnie. Pozbył się ich. Rozchylił moje wargi swoim ciepłym językiem. Penetrował moje podniebienie, czasem zahaczając o mój język, który bez skutków walczył o dominację. Powoli zsuwałem z jego tyłka bokserki, a gdy już ich na sobie nie miał, zaczął ściągać moje. Przerwał pocałunek i popchnął mnie. Opadłem na łóżko. Gerard obślinił swoje trzy palce. Gwałtownie rozchylił moje nogi. Wsadził we mnie po kolei palce i chwilę nimi poruszał. Byłem gotowy. Bez żadnej zapowiedzi Gerard we mnie wszedł. Z mojej krtani wyrwał się głośny krzyk. Poczułem silny ból, jak zawsze zresztą, podczas stosunku z facetem.
-Wszystko w porządku?
No tak, on zawsze musiał być troskliwy.
-Tak, Gerard. Kontynuuj, kocie.
Zaczął bardzo powoli się poruszać, co mnie zdenerwowało. Ta cała jego delikatność. Walnąłem go pięścią w brzuch. Gerard zrozumiał, że chcę więcej, więc podjął się coraz to szybszych ruchów. Spojrzał na mnie przelotnie i chwycił w swoją dłoń moją nabrzmiałą męskość. Poruszał swoją ręką bardzo szybko, jak również pchnięcia były coraz to szybsze. Głośno jęczeliśmy, wykrzykiwaliśmy nawzajem swoje imiona. Czułem, że i on, i ja byliśmy blisko finału. Ostatnie mocne pchnięcie wraz z równie mocnym uściskiem dłoni na moim członku. Wytrysnąłem wprost na jego podbrzusze, a wewnątrz siebie poczułem przyjemne ciepło. Doznaliśmy spełnienia. Gerard osunął się na łóżko obok mnie i mocno mnie do siebie przytulił. Czułem jego płytki oddech na policzku. Złożył na moich ustach długi i czuły pocałunek. Uśmiechnął się do mnie przepięknie, a ja odwzajemniłem go. Pogładził mnie po twarzy i przeczesał moje spocone włosy. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową i przymknąłem powieki.
-Kocham cię.- szepnął.
Po usłyszeniu jego zmysłowego głosu, szybko zasnąłem.
___________________________________________________________________________

Tak w ogóle, to dziś ten przystojniak kończy 33 lata! (Nie bijcie, wiem, że to już wszyscy wiedzą xD)
Sto lat, Frank!
Happy Ieroween! :D









wtorek, 14 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXII

Dzisiaj krótko i w ogóle beznadziejnie i przesłodzone to wszystko, ale mam nadzieję, że się spodoba. xD Może w następnym rozdziale będą jakieś seksy, bo dawno nie było xD
Jeszcze żyję wczorajszym dniem i wiadomością o koncercie Gerarda i kupnem jego płyty xD
A no i przepraszam, że tak długo musieliście czekać, ale mojemu kochanemu bratu zepsuł się komputer, więc uprowadził mojego laptopa. :D Dziś dopiero się dorwałam do niego :)
Enjoy :)
________________________________________________________________________
[Frank]
Zamknąłem za sobą drzwi wejściowe i pędem ruszyłem do kuchni, aby zapobiec gorszej kłótni, niż wyzywanie się od debilów, idiotów, i tak dalej, i tak dalej. Stanąłem w progu pokoju i automatycznie spojrzałem na Gerarda, który właśnie wymierzał cios w twarz swojego brata. Podbiegłem szybko do niego i zatrzymałem jego rękę w połowie wykonywania czynności. Gerard spojrzał na mnie z wściekłością wymalowaną na twarzy i puścił Mikeya. Popchnął go na krzesło. Usiedli przy stole, a ja usiadłem na blacie. Spojrzałem na swoje buty, których nie ściągnąłem. Następnie przeniosłem wzrok na Mikeya, a potem na Gerarda. Mierzyli się zawzięcie spojrzeniami. A więc, to będzie taka bitwa na spojrzenia? Zapowiada się ciekawie.
Przez dłuższy czas panowała cisza w pomieszczeniu, gdy ci dwaj idioci toczyli bitwę na spojrzenia. Postanowiłem przerwać to wszystko, więc głośno odchrząknąłem. Mężczyźni spojrzeli na mnie złowrogo, a ja się odezwałem.
-Zamierzacie teraz tak siedzieć, nie rozmawiać, ani nic?- spytałem.
-Frank, wyjdź na chwilę, dobrze?- powiedział Gerard.
-Nie, Gerard. Nigdzie nie pójdę, tym bardziej, że sprawa dotyczy mnie!- krzyknąłem.
Gerard przewrócił oczami i spojrzał na Mikeya, który aktualnie wstał od stołu.
-Gdzie się wybierasz?- zapytał Gerard i również wstał od stołu.
Błyskawicznie podszedł do swojego brata, złapał go mocno za nadgarstek i popchnął na krzesło.
-No co ty odpierdalasz?!- krzyknął Mikey.
-Chcę z tobą porozmawiać, a ty się zabierasz i gdzieś idziesz!
-Gerard...- powiedziałem cicho.
-Tak? A może ja ci nie mam nic do powiedzenia, cioto?!- znów krzyknął Mikey.
-Jesteś pewny?! A to jak potraktowałeś Franka, myślisz, że jest w porządku?!
-Gerard...- próbowałem im przerwać, lecz bezskutecznie.
-Tak, jest kurwa w porządku, bo nic mu kurwa nie zrobiłem!
-Jasne, a to, że go wykorzystałeś i to w tak bestialski sposób to dla ciebie nic?!- wrzasnął.
Zatkałem sobie uszy, nie chciało mi się słuchać tych krzyków. Patrzyłem na nich. Gerard zawzięcie gestykulował rękami, Mikey również. Krzyczeli na siebie. Mikey coś mówił. Dużo mówił. Nagle Gerard wstał z krzesła. Podszedł do Mikeya i przywalił mu z pięści w twarz. Odetkałem uszy. Otworzyłem szeroko ze zdumienia oczy i buzię. Chciałem coś powiedzieć, ale tak naprawdę to nie wiedziałem co. Młodszy Way trzymał się za bolący policzek, a Gerard patrzył z przerażeniem to na niego to na swoją pięść.
-Boże, Mikey przepraszam.- szepnął i kucnął przy swoim bracie.
Odciągnął od jego twarzy ręce i spojrzał na cały czerwony policzek.
-Ja... Ja nie chciałem.- powiedział zdławionym głosem.- Nigdy w życiu bym cię nie uderzył.
-Właśnie widzę.- wymamrotał.
Do ich oczu zbierały się łzy. No nie, ja nie wytrzymam. To ja tu jestem najbardziej poszkodowany, a tu Gerard przywalił z pięści bratu i teraz bezgraniczna, braterska miłość. No po prostu nie wierzę! Co za idioci.
-Przepraszam, Mikey.- szepnął Gerard i mocno przytulił brata.
-Ja też przepraszam Gerard.
Patrzyłem na to całe zdarzenie i po prostu nie dowierzałem. Ot tak się przeprosili? Że co? Czy to się dzieje naprawdę, czy to jakiś chory sen...
-Przepraszam, że wam przerywam jakże cudowną chwilę pojednania, i tak dalej, ale JA też tu jestem.- powiedziałem.
Gerard coś szepnął na ucho do Michaela. Mężczyzna wstał z krzesła i podszedł do mnie. Popatrzyłem na niego z obrzydzeniem. Mikey rzucił się na mnie i mnie mocno przytulił. Co? Nie wiedząc co zrobić, odwzajemniłem uścisk. Oderwał się ode mnie.
-Ciebie również przepraszam, Frank... Teraz sobie zdałem sprawę, że bardzo źle postąpiłem. Bardzo przepraszam.
-I ja mam tobie teraz wybaczyć, tak?
Pokiwał głową. Odepchnąłem go od siebie i udałem się do pokoju Gerarda. Co to, to nie. Ze mną nie ma tak łatwo. Myśli, że przytuli mnie i przeprosi, to ja mu wybaczę. Niech sobie tak lepiej nie myśli. Za coś takiego, jak on mi zrobił to do więzienia się idzie. Dupek. Zatrzasnąłem drzwi i rzuciłem się na kanapę. Patrzyłem się w sufit, gdy usłyszałem kroki pod drzwiami. Szarpanie za klamkę, lecz bezskuteczne. Zamknąłem drzwi na klucz. Pukanie.
-Frankie, otwórz. Proszę.- powiedział błagalnym tonem Gerard.
-Ani mi się śni!- krzyknąłem.
-Frank... Skarbie, proszę cię.- nie dawał za wygraną.
-NIE!- krzyknąłem stanowczo.
-Weź się nie obrażaj, jak jakaś nastolatka podczas okresu dojrzewania!
-Chcesz to możemy pogadać właśnie tak, jak teraz.
-Przez drzwi?- spytał.
-Tak.
-A kurwa siedź sobie tam sam. My wychodzimy.
-No i bardzo dobrze. Tylko żeby cię twój braciszek gdzieś nie zgwałcił po drodze.- wymamrotałem.
-Dobrze, ale pamiętaj, że jak wrócę to sobie pogadamy!- krzyknął, po jego głosie było słychać, że jest już mocno wkurzony.
-Będę pamiętał, Gerardzie.- powiedziałem najsłodszym tonem, przepełnionym jednocześnie jadem.
Po chwili usłyszałem trzask drzwi i przekręcanie klucza w zamku. Wstałem z łóżka i powoli wyszedłem z pokoju, aby upewnić się, że rzeczywiście nikogo nie ma w mieszkaniu. Chciałem być teraz sam. Wyślizgnąłem się zza drzwi i poszedłem do salonu. Podszedłem do szafki z tak dobrze mi znaną zawartością. Paczka petów i zapałki. Teraz tego potrzebowałem. Otworzyłem drzwi balkonowe i usiadłem na betonowej posadzce. Wyjąłem z opakowania jednego papierosa i wsadziłem go do ust. Podpaliłem i zacząłem się rozkoszować, drażniącym moje płuca, dymem. Przed kamienicą ujrzałem Gerarda i Mikeya. Pospiesznie wstałem i przyjrzałem się im. Mikey trzymał w ręce wielką torbę. Oświeciło mnie. Wyjeżdża. Nareszcie. Mimowolnie kąciki moich ust uniosły się do góry. Mężczyźni stanęli przy dużym, terenowym samochodzie, marki nie widziałem, ponieważ stał za daleko. Gerard uścisnął Michaela, który następnie wsiadł do samochodu. Wypuściłem z ust dym. Czerwonowłosy jeszcze przez chwilę stał i patrzył jak odjeżdża jego brat. Gerard zaczął wracać. Spojrzał na górę i cóż, ujrzał mnie. Jego mina z wesołej momentalnie zrzedła. Zaczął iść szybciej. No to super, teraz jeszcze mi się oberwie za to, że znowu palę. Zgasiłem papierosa i wyrzuciłem go przed siebie. Z ziemi zebrałem pudełko zapałek i papierosy. Wszedłem do środka mieszkania i zamknąłem pospiesznie balkon. I już chciałem odłożyć do szafki pudełka, gdy do salonu wpadł Gerard i wyszarpał mi je z rąk. Wybiegł do kuchni i wyrzucił je do kosza.
-Frank, czy ciebie już do reszty popierdoliło? Miałeś nie palić!- nakrzyczał na mnie.
-Przepraszam...
-A co mi po twoich przeprosinach... - powiedział zrezygnowany i usiadł na kanapie.
Podparł się ręką. Powoli do niego podszedłem i usiadłem mu na kolanach. Gerard spojrzał na mnie. Przeczesał ruchem dłoni moje włosy, które opadały mi na twarz. Spojrzał na mnie pewnie, ze skwaszoną miną.
-I co ja mam z tobą zrobić?- spytał.
-Nie wiem.- szepnąłem.
Wstałem z niego, ale on chwycił mnie za nadgarstek.
-Chodź tu, głupku.- westchnął.
Pociągnął mnie mocno za rękę, a ja wylądowałem z powrotem na jego kolanach. Przytulił mnie mocno do siebie, ja wtuliłem się w jego powoli unoszącą się klatkę piersiową. Głaskał mnie po plecach. Oparłem się brodą o niego, aby móc patrzeć prosto w jego oczy. Pocałował mnie w czoło.
-Kocham cię, wiesz?- szepnął.
-Wiem. Ja ciebie też kocham.- odszepnąłem.
-To dobrze.
Pocałował mnie.




poniedziałek, 13 października 2014

GERARD WAY W POLSCE!!!!

O MÓJ DOBRY BOŻE XD Wciąż nie mogę uwierzyć w to wszystko :') Gerard w Polsce! Wreszcie się udało :D Ludzie, łączmy się! Kontaktujmy się i w ogóle! 
Pewnie już to wszyscy wiecie, ale ja musiałam po prostu ogłosić tą nowinę xD Boże, takie święto, aż ciężko uwierzyć :')
No to teraz pozostało przekonać rodziców do pojechania na ten cudowny koncert, hehe xD

piątek, 3 października 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXI

Elo, elo 3 2 0! xD
Hyhy, no to miłego czytania! xD
______________________________________________________________________________
[Gerard]
W pomieszczeniu panowała bardzo niezręczna cisza. Frank cały czas się na mnie patrzył, a ja na niego. Nie wiedziałem, czy wytłumaczenia jego wystarczą, aby mu wybaczyć. Gorzej, jeśli się okaże, że to, co Mikey powiedział rzeczywiście jest prawdą. Wtedy będę musiał się najzwyczajniej w świecie pozbyć Franka jak najszybciej z domu. Nie będę mógł przebywać z nim w mieszkaniu, a co dopiero w jednym pomieszczeniu. Żal by mi go było trochę wyrzucać, tym bardziej, że raczej nie miał gdzie pójść. To znaczy miał, do swojego domu, ale kto to widział, żeby niepełnoletni chłopak sam się utrzymywał? Może nawet dobrze, że mu szukają rodziny zastępczej. Przynajmniej nie będę się musiał o niego martwić, czy żyje, czy też nie. A co jeśli się okaże, że to co powiedział Mikey to... Kłamstwo? Wtedy będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mikeya wyrzucę z domu, a razem z Frankiem będziemy sobie żyć długo i szczęśliwie. Boże, zabrzmiało to jak koniec jakieś bajki o księciu i królewnie. Wpatrywałem się w bruneta, który spuścił wzrok na podłogę i o czymś myślał. Pewnie układa sobie w głowie to, co ma powiedzieć. Albo układa sobie jakieś perfidne kłamstwo. No nieźle.
-No więc...- odezwał się.
-Co masz mi do powiedzenia, Frank?- spytałem z zaciekawieniem.
-Gerard... To było tak... Kurde...- zaczął się jąkać.- Ty wtedy poszedłeś na te wykłady, prawda?- kiwnąłem głową.- No więc, gdy wstałem przeczytałem sobie kartkę od ciebie i poszedłem do kuchni aby coś zjeść i napić się kawy...
-I co się potem stało?
-No więc, gdy wszedłem do kuchni, zacząłem sobie robić kawę. Wtedy ktoś mnie objął w pasie ramionami i pomyślałem, że to ty, że jednak nie poszedłeś na wykłady. Odwróciłem się i okazało się, że to Mikey... Powiedział mi, że chce się ze mną zabawić. Wystraszyłem się. Przycisnął mnie mocniej do siebie i mnie pocałował... A ja...
-A ty?
-A ja głupi poddałem mu się. Przepraszam...
-Nie przepraszaj, jeszcze przyjdzie czas na przeprosiny. Lepiej mów dalej, co się działo później.- powiedziałem i rozsiadłem się wygodniej w fotelu.
-No więc Mikey jakimś cudem wciągnął mnie do łazienki i... Eh, to było okropne.- ukrył twarz w dłoniach.
Po chwili usłyszałem cichy szloch. Płakał. Nagle i mi zrobiło się przykro. Wstałem ze swojego miejsca i podszedłem do Franka. Usiadłem koło niego na kanapie i go mocno do siebie przytuliłem.
-Frank... Musisz mi powiedzieć, co się działo później.- szepnąłem.
-Gerard, ale to trudne...- wyjąkał.
-Wiem, słońce.- powiedziałem.
Frank wtulił się we mnie. Delikatnie go głaskałem po plecach.
-Gerard... On w-wziął m-mnie sił-łą... Próbowałem się jakoś uwolnić, ale on...- jeszcze bardziej się rozryczał.
-No już, cichutko, Frankie.- ucałowałem go w czubek głowy.
Oddech chłopaka powoli stawał się równy. Leżał na kanapie wtulony we mnie. Nie wiedziałem, co z tym wszystkim robić. Na zewnątrz byłem spokojny, lecz w środku mnie dosłownie wszystko się kotłowało. Byłem niemal jak wulkan, który miał za niedługo wybuchnąć. Zabiję tego gnoja. Jego stopa, nic a nic nie stanie w moim domu już nigdy więcej. Co to, to nie. Nie ma tak dobrze. Niech wraca, skąd przyszedł. Co mnie do jasnej cholery podpuściło, żeby go do siebie przyjmować?! Przecież wiedziałem, jaki jest. Okropny. Biedny Frank na tym najbardziej ucierpiał. Nawet nie chcę myśleć, przez co on musiał przechodzić. Przytuliłem do siebie chłopaka jeszcze mocniej.
-Prze-przepraszam, Gee...- wybełkotał cicho w moją koszulkę.
-Frank, to przecież nie twoja wina...- powiedziałem.
-Ależ oczywiście, że m-moja.- wyjąkał.
-Wcale nie.
Frank usiadł na kanapie i odwrócił się ode mnie.
-Moja i tylko moja...-użalał się nad sobą.- Gdybym wtedy odepchnął Mikeya...
-Gdybyś wtedy odepchnął Mikeya, mogłoby się to gorzej skończyć.- uciąłem mu w połowie zdania.
Frank odwrócił się do mnie przodem. Spojrzałem mu w oczy, które teraz emanowały z siebie bólem i smutkiem. Czerwone, popuchnięte od płaczu. Nagle i mi się zrobiło dziwnie smutno i z moich oczu popłynęło kilka łez, które następnie przetworzyły się w cały wodospad. Chłopak przybliżył się do mnie.
-Nie płacz, Gerardzie.- szepnął.
W żaden sposób nie zareagowałem na jego słowa. Bolało mnie to, że Mikey potrafił go w tak brutalny sposób skrzywdzić.
-Gerard, proszę. Nie płacz już.- jego głos się łamał.
Chwycił moją twarz w dłonie i delikatnymi ruchami kciuka gładził mój policzek. Spojrzałem głęboko w jego oczy i niemal zatopiłem się w tym cudownym, czekoladowym kolorze. Nasze twarze coraz to bardziej przybliżały się do siebie. Nie wytrzymałem i objąłem chłopaka w talii mocno przyciskając do siebie. Pocałowaliśmy się. Pocałunek na początku był delikatny. Po prostu ot taki sobie zwykły całus, bez żadnej brutalności, czy zbędnych czynów. Delikatny, acz nadzwyczaj czuły. Męczyliśmy powoli swoje wargi, jakby cała rzeczywistość gdzieś wyparowała. Z oczu przestały mi płynąć łzy. Myślę, że jakby teraz miały jakiekolwiek łzy wypłynąć z moich oczu, czy z jego, byłyby to łzy szczęścia. Frank oderwał się ode mnie na chwilę.
-Kocham cię.- szepnął wprost w moje wargi i z powrotem wpił się w moje usta.
Tym razem pocałunek przybierał na sile. Frank, jak również i ja wkładałem w niego coraz to więcej zaangażowania. Rozsiadłem się wygodniej na kanapie. Chłopak powoli przenosił się na moje kolana. Przejechał językiem najpierw po mojej dolnej wardze, a później po górnej. Nieznacznie rozchyliłem moje wargi, pomiędzy którymi natychmiast znalazł się język Franka. Moje usta otwierały się coraz szerzej, a on nie czekając ani chwili dłużej wepchnął tam swój język. Połączyłem mój język z tym jego, rozpoczynając walkę o dominację. Nasze narządy smaku plątały się w pięknym tańcu. Ręką zaczął przenosić się wzdłuż mojego ramienia, poprzez policzek, aż wplątał ją w moje czerwone, poplątane włosy. Odczepił się ode mnie.
-Prze...-znów mnie pocałował.-...praszam.
-Frank, już przestań. Każde twoje przeprosiny są dobre, szczególnie takie jak te.- uśmiechnąłem się do niego uwodzicielsko i musnąłem czule jego wargi.
Frank odwzajemnił uśmiech. Teraz już żadne słowa się nie liczyły. Wystarczyła cisza i spokój, oraz wzajemna obecność. Z błogością na twarzach wpatrywaliśmy się w swoje oczy. Gładziłem go po udach, a on bawił się moimi włosami. Boże, był teraz taki piękny... Nawet mi nie przeszkadzało to, że jego oczy były opuchnięte. Na twarzy widniały zdrowe rumieńce. Uśmiechał się szeroko. Oczy iskrzyły się od szczęścia. Był idealny.
-Jesteś taki piękny.- szepnąłem.
Frank wtulił się we mnie.
***
-Gerard, proszę cię, nie! Później będzie, że to ja ci powiedziałem...- jęknął.
-Frank, nie zostawię przecież tak tego!- krzyknąłem, zamaszyście gestykulując rękami.
Tak, nie ma to jak kłótnia na środku chodnika. Niewielu było przechodniów, ale gdy już jacyś znaleźli, patrzyli się na nas, jak na psychopatów, którzy świeżo co uciekli z wariatkowa. Wcale im się nie dziwię. Dwóch facetów, kłócących się o tak naprawdę nie wiadomo co, gdy ty sobie idziesz spokojnie ulicą. Przyciągnąłem go do siebie i objąłem ramieniem. Teraz zgrywamy normalnych ludzi i idziemy spokojnie.
-Czy ciebie do reszty popierdoliło, żeby to tak zostawiać?- szepnąłem mu na ucho.
-Nie, ale...- spuścił wzrok.- Boję się.
-Czego się boisz? Nic ci się przecież przy mnie nie stanie.- powiedziałem i spojrzałem przed siebie.
-Wiem, ale...
-Ale co?
-Nic.
-No właśnie.
Pocałowałem go w czoło. Frank się do mnie delikatnie uśmiechnął, a ja do niego. Jakaś kobieta z synkiem spojrzała na nas z pogardą.
-Mamusiu, a czemu ci dwaj panowie się obejmują tak, jak ty i tatuś?- zapytał chłopczyk.
-Bo to zwykli zboczeńcy, chodź Philip.- rzekła matka i pociągnęła go za rękę i z prędkością światła nas wyminęła.
Poszliśmy dalej kilka metrów, a Frank przerwał ciszę panującą pomiędzy nami.
-Nienawidzę takich ludzi.- mruknął pod nosem.
-Frank, ich nie zmienisz.
Zbliżaliśmy się do kamienicy. Ujrzałem zapalone światło na ostatnim piętrze, w mojej kuchni. Mikey się tam krzątał i coś podśpiewywał pod nosem. Niedługo zniknie ten uśmieszek z jego twarzyczki. Oj, już się nie mogę doczekać. Pchnąłem mocno drzwi wejściowe, a następnie weszliśmy na górę po schodach. Wyjąłem z kieszeni klucze i wsadziłem je do zamku. Spojrzałem na Franka, który zaczynał się powoli denerwować.
-Ej, co jest?- spytałem i przyciągnąłem go do siebie, mocno obejmując w pasie.
-Nic.- odpowiedział i spuścił wzrok.
-Ja nie wiem czemu ty się tak denerwujesz, przecież twoja dziewczyna nie rodzi. Ba, nawet nie masz dziewczyny.- zaśmiałem się i odgarnąłem włosy opadające na jego twarz. Złapałem go za policzki i uniosłem jego twarz do góry. Spojrzałem prosto w jego oczy. Przymknąłem powieki i złożyłem pocałunek na jego wargach. Frank się słabo uśmiechnął.- Wszystko będzie dobrze, skarbie.- przytuliłem go i się od niego oderwałem.
Przekręciłem klucz w drzwiach i je otworzyłem. Natychmiastowo rzuciłem klucze Frankowi do rąk i pobiegłem, nawet nie trudząc się zdejmowaniem butów do kuchni. Już u progu krzyknąłem:
-Mikey, ty bezlitosny draniu!! Jak mogłeś do jasnej cholery coś takiego zrobić?!- szczerze, to nie wiedziałem, jak w ogóle zacząć temat, więc krzyknąłem do niego to, co mi ślina na język przyniosła.
Rzuciłem się na niego i chwyciłem go za podkoszulkę unosząc go lekko do góry. Mikey tylko się głupio zaśmiał i przybrał twarz największego skurwiela, jakiego znam.




wtorek, 23 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XX

Macie ten rozdział, który pisałam chyba dwa tygodnie xD No cóż, najpierw nie miałam czasu, potem mi się nie chciało, potem mnie wzięła choroba i tak wyszło, że dopiero dzisiaj skończyłam. :D
No więc, cieszcie się i radujcie się!
Enjoy :D
__________________________________________________________________________
[Frank]
Obudziłem się z wielkim bólem pleców. Być może było to spowodowane niewygodną kanapą, która niezbyt nadawała się do spania. Byłem bardzo zmęczony. Nie spałem prawie całą noc. Dopiero nad ranem udało mi się zasnąć. Odkopałem się spod koca i usiadłem na kanapie. Przetarłem zmęczone oczy i zamrugałem kilka razy. Było tu bardzo widno. Znajdowałem się sam w salonie, ale przeczuwałem, że ktoś może być w kuchni. Wstałem i udałem się do kuchni. Moje przypuszczenia nie były błędne. W pomieszczeniu znajdował się Gerard. Robił sobie poranną kawę. Podszedłem do stołu i odsunąłem krzesło. Usiadłem przy stole i oparłem się na łokciu. Popatrzyłem na Gerarda, który odwrócił się przodem do mnie, lecz nie zaszczycił mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu. Patrzył przez okno intensywnie nad czymś myśląc. Chciałem w jakikolwiek sposób przerwać ciszę pomiędzy nami, lecz nie za bardzo wiedziałem w jaki sposób. Co miałem zrobić? Niby go przeprosić? Ale za co? Nic złego nie zrobiłem, no pomijając fakt, że uciekłem na cały dzień z domu. Ale to wcale nie moja wina. Ja tu jestem grzeczny i w ogóle. Położyłem głowę na blacie stołu i przymknąłem powieki. W tym momencie nawet stół wydawał się najwygodniejszym miejscem do spania, a byłem zmęczony. Czekałem cierpliwie na to, aż Gerard się do mnie odezwie, lecz nic takiego nie chciało nastąpić. Trudno, mogę czekać. Nigdzie mi się nie śpieszy. Mam przecież cały dzień... Nagle usłyszałem huk. Gwałtownie podniosłem głowę z blatu i spojrzałem na podłogę. Stłuczony kubek, a dookoła rozlana brązowa ciecz. Gerard pospiesznie się schylił i zaczął zbierać odłamki szkła. Wstałem z krzesła i chwyciłem ścierkę, aby zetrzeć rozlaną kawę. Jak on to zrobił? Gdy podłoga była względnie czysta, odłożyłem ręcznik na blat, nawet nie trudząc się jego rozwieszeniem do wyschnięcia. Usiadłem z powrotem na krześle i wbiłem spojrzenie w mężczyznę. Był w piżamie. Czerwone włosy były w nieładzie, w sumie jak zawsze. Miał lekko popuchnięte oczy, pod którymi widniały siwe cienie. Czyżby mój ukochany płakał i nie spał całą noc tak, jak ja? Być może. Chciałbym wiedzieć, lecz on nie chce zacząć rozmowy, a ja tym bardziej nie wiem jak. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na jedną, może dwie sekundy, gdyż od razu przeniosłem wzrok na okno, za którym nie było zbyt ładnej pogody. Wiało, niebo było zachmurzone i padało. Jaka piękna pogoda tego lata. Zamyśliłem się.
-Frank...?- szepnął Gerard.- Musimy porozmawiać.
-Co?
-Musimy porozmawiać.- powiedział stanowczo.
-A jest o czym?
-Tak... To co wczoraj zrobiłeś... Nie wierzę. Nie mogę uwierzyć.
-W to, że uciekłem z domu? To nic wielkiego...- oznajmiłem i spojrzałem na mężczyznę.
Usiadł przy stole na przeciwko mnie.
-Nie chodziło mi o to.
-A o co?
-Frank... Jak mogłeś coś takiego zrobić?!- podniósł głos.- To niedopuszczalne!
-Kurwa, ale o co ci chodzi?!- również krzyknąłem.
-Ciszej, dobra? Mikey śpi.
-Będę krzyczał, mam to w dupie!- krzyknąłem i wstałem.- A co się tak teraz martwisz o tego swojego brata?! Przecież go tak nienawidzisz!- oparłem ręce na stół. Palce pobladły mi na czubkach.- Nie wierzę po prostu Gerard!
-Wcale nie powiedziałem, że go nienawidzę. To mój brat. Ale mam teraz za to mieszane uczucia co do ciebie.- odparł i wstał od stołu.
Wyszedł z kuchni.
-Gerard! Czekaj!!!- krzyknąłem.
Zobaczyłem go w przedpokoju. Zakładał buty.
-Gdzie się wybierasz?- spytałem.
-Nie wiem. Jak najdalej stąd.- syknął mi prosto w twarz i tak po prostu wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Zważając na fakt, że byłem nieubrany pospiesznie wkroczyłem do sypialni Mikey'a, który spał i z szafy wyciągnąłem ubranie. Na szczęście się nie obudził. Wrzuciłem na siebie ubranie i poszedłem do przedpokoju, aby założyć buty i wybiec z mieszkania. Gdy znalazłem się przed kamienicą, popatrzyłem dookoła siebie, aby wypatrzeć czerwoną czuprynę. Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu, bo nie zdążył zbyt daleko odejść. Zacząłem biec za nim, a gdy mnie zauważył również przyspieszył kroku. Biegłem za nim do parkowej alejki, gdzie spędziłem wczoraj cały dzień. Gerard zatrzymał się pod wielkim dębem i upadł na kolana na ziemię. Przyspieszyłem nieco, aby znaleźć się szybciej przy nim. Uklęknąłem na przeciwko niego i chwyciłem go dwoma palcami za brodę. Uniosłem jego głowę do góry. W jego oczach ujrzałem złość i ból. Strzepnął moją rękę.
-Nie dotykaj mnie!- warknął.- Ty... Ty...
-Gerard, uspokój się!- krzyknąłem.
Chłopak spuścił wzrok.
-Mógłbyś mi powiedzieć o co ci do cholery chodzi?- spytałem.
-Frank... Jak ty mogłeś mi coś takiego zrobić...?- wyjąkał, do jego oczu zbierały się łzy.
-Ale co ci niby zrobiłem?
-Ty... Ty... Z-zgwałciłeś g-go... - wybuchnął głośnym szlochem.
Nie mogłem uwierzyć w to co powiedział. Oniemiały opadłem całkiem na ziemię. Ukryłem twarz w dłoniach. On mu uwierzył... Uwierzył, że to ja go zgwałciłem. Ja. Kurwa, ja mam szesnaście lat to po pierwsze, a po drugie nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby coś tak okrutnego zrobić. Z bezsilności rozpłakałem się.
-Gerard...- wyjąkałem.- Czy t-ty mu naprawdę uwierzyłeś?
-To mój brat.
-Wiesz co? Już nawet nie rób mi tutaj wymówek, że to twój brat... Nie wiesz, jak było naprawdę.
Wstałem z ziemi i rzuciłem ostatnie spojrzenie na Gerarda. Patrzył się tępo przed siebie. Po jego policzkach spływały łzy. Wracam do domu, nic więcej nie zrobię. Jestem zły na siebie, że nie odepchnąłem od siebie Mikey'a, zły na niego, że kłamie i zły na Gerarda, że uwierzył w to, co powiedział jego kochany braciszek -kłamca. Schowałem ręce do kieszeni spodni i ruszyłem z powrotem do kamienicy. Nie wiem, czy był to dobry pomysł, bo tam był Mikey. Nawet nie mam gdzie iść... -przeleciało mi przez głowę. Zaraz... Mój dom... Ale cholera, kto ma klucze? Musiałbym zrobić włamanie, bo w środku są zapasowe. Raz się żyje, umiem wyłączyć przecież alarm, więc może nie będzie to aż tak trudne. Mimo to i tak muszę iść do domu Gerarda po jakiś śrubokręt czy coś, zdemontuję drzwi. Boże, ale jestem zły.
***
Stałem przed moim kochanym domkiem, z śrubokrętem w ręku. Rozejrzałem się dokładnie po okolicy, czy aby nikogo nie zdziwi nastolatek próbujący się włamać do swojego domu. Czuję się jak najgorszy kryminalista. Straszne uczucie. Nałożyłem kaptur bluzy na głowę i podszedłem do domu. Zacząłem się bawić w rozmontowywanie drzwi. Nie minęło sporo czasu, a drzwi stały ładnie oparte o ścianę. Muszę stwierdzić, że moi rodzice niezbyt pomyśleli kupując te drzwi. Bardzo łatwo je zdemontować. Wszedłem do domu. W przedpokoju zastałem ten sam wygląd, gdy ostatni raz opuszczałem mieszkanie. Wyłączyłem pośpiesznie alarm i zająłem się zakładaniem drzwi. No, poszło jak po maśle. Zamknąłem je na klucz i wślizgnąłem się do dalszej części domu. Było tu tak cicho. Brakowało dawnych rozmów, przeprowadzanych dzień w dzień przy stole... Szumu odkurzacza, czy pisków i innych dźwięków wydawanych przez telewizor. Jedna łza spłynęła mi po policzku. Czy tego mi brakowało w moim nowym domu? U Gerarda? Wcale nie. Ten mężczyzna mi wszystko zapewniał, nawet miłość. A ja za jego plecami takie rzeczy robię... Nie, ja ich wcale nie robiłem. To nie moja wina, że jakiś pieprznięty Mikey się na mnie rzucił, no... Czy ja tego chciałem? No naturalnie, że nie. Nigdy bym nie zdradził Gerarda, zbyt wiele dla mnie znaczy. Tylko, że on nawet nie chce prawdy znać, no to co poradzić. Pieprzę, będzie chciał to się dowie, jak było. Rozejrzałem się chwilę na parterze. Podszedłem do schodów, aby udać się do mojego pokoju. Stanąłem na pierwszym stopniu, który wydał przeraźliwy dźwięk skrzypnięcia. Bez pośpiechu wszedłem po schodach na górę. Po drodze do mojego pokoju zajrzałem do sypialni rodziców. Nic nie naruszone. Niepościelone łóżko, otwarta szafa. Uklęknąłem przed komodą w celu znalezienia zapasowych kluczy. Otworzyłem pierwszą szufladę, w której nic nie znalazłem oprócz biżuterii mamy. Druga szuflada była zupełnie pusta, tak samo jak i trzecia. Cholera, przecież powinny gdzieś tutaj być. Z trzaskiem zasunąłem trzecią szufladę i wstałem z podłogi. Rozejrzałem się po pokoju. Bingo! Szafka nocna taty. On lubił tam trzymać różne dokumenty i inne bzdety. No i tak jak myślałem, tak było. W szufladce leżał pęczek błyszczących kluczy od domu i od garażu. Schowałem go do kieszeni i wyszedłem z pomieszczenia. Powędrowałem do swojego pokoju. Nic się tu nie zmieniło. Syf. Nawet kurz na półkach się zadomowił na dobre. Zauważyłem, że jest otwarte okno, więc postanowiłem je zamknąć. Wtedy zobaczyłem coś, co nie powinno się wydarzyć. Policja. No nieźle. Brawo, Frank. Przecież tak czy owak włamałeś się do swojego domu. Zacząłem panikować. Zostawiłem już otwarte okno i szybko opadłem na ziemię. Pewnie jakaś cholerna sąsiadka zadzwoniła na policję, jak zobaczyła gówniarza takiego jak mnie. Nawet nie pomyślała, że to może być Frank, syn państwa Iero, bo po co być normalnym. W domu rozległo się pukanie do drzwi. Stawało się coraz głośniejsze i głośniejsze, przekształcało się niemal w rozpaczliwe walenie w drewno. Nagle wszelkie odgłosy ucichły, a na dworze było słychać krzyki. "Tam nikogo nie ma, pani Flirch!'', krzyczał jeden z policjantów. Policjanci pewnie pomyśleli, że jej się coś przewidziało. Zaśmiałem się pod nosem i wstałem z podłogi. Przy domu nie było już nikogo, więc spokojnie mogłem się poruszać. Ucieszyłem się na widok mojej ukochanej gitary, która stała samotnie w kącie pokoju. Podbiegłem do niej i chwyciłem ją za gryf. Usiadłem wygodnie na łóżku i szarpnąłem delikatnie palcami struny, z których wydobył się okropny zgrzyt. Nastroiłem ją. Teraz nadawała się do grania. Siedziałem przez dłuższy czas w skupieniu myśląc o utworach, które mógłbym zagrać. Nic szybko nie chciało mi przyjść do głowy, więc wyjąłem z szafki pod biurkiem zeszyt z różnymi piosenkami i chwytami. Po chwili z gitary wydobywały się piękne dźwięki. Można powiedzieć, że na długi czas straciłem wszelki kontakt z rzeczywistością. Byłem zbyt pochłonięty grą na gitarze, która w tym momencie uspokajała mnie i myśli buzujące w mojej głowie.
Minęło dużo czasu, zanim skończyłem grać na gitarze. Gdy spojrzałem przez okno, uświadomiłem sobie, jak długo grałem. Było już późne popołudnie. Słońce bardzo, ale to bardzo opornie zbliżało się do zachodu. Odłożyłem gitarę na swoje miejsce w kąt pokoju, a zeszyt rzuciłem na biurko. Mój brzuch postanowił przypomnieć mi o tym, że nie jadłem nic od paru godzin, a w lodówce raczej nie miałem się niczego innego spodziewać niż światła. Wydobyłem z kieszeni spodni komórkę. Odblokowałem ekran. Trzy nieodebrane połączenia od Gerarda. Olałem to i wybrałem dobrze mi znany numer do pizzerii. Po złożeniu zamówienia zszedłem na dół z portfelem w ręku i zdjąłem z siebie bluzę, którą rzuciłem na komodę w przedpokoju i udałem się do salonu, gdzie usiadłem na kanapie. Spojrzałem na siebie i uświadomiłem sobie, że jestem ubrany w jeansy i podkoszulkę od piżamy... No trudno. Mało mnie to szczerze obchodziło. Znajdowałem się w swoim domu, a nie na jakimś pokazie mody. Chwyciłem do ręki pilot od telewizora i go włączyłem. Jak zwykle gówno było w telewizji. Włączyłem program w stylu "Trudne Sprawy" i rozsiadłem się wygodniej na kanapie, wcześniej odkładając pilot na ławę. Ten serial był mega nudny, ale i tak go oglądałem, nie wiem czemu. Może to wynikało z braku innego, lepszego zajęcia? Chyba tak. W pomieszczeniu rozległo się dobijanie do drzwi. Wstałem pospiesznie z kanapy. Poprawiłem włosy i wziąłem z ławy naszykowany do zapłaty za pizzę portfel. Otworzyłem drzwi i już miałem otwierać portfel, gdy...
Ja po prostu nie wierzę w życie. Nie wierzę w moją pojebaną egzystencję na tym równie pojebanym świecie. Gerard stał z moją pizzą przed drzwiami i się głupio uśmiechał. Rzuciłem portfel na komodę w przedpokoju i wziąłem z rąk mężczyzny pizzę. Przed zamknięciem mu drzwi przed nosem rzuciłem coś w stylu "Nie wiedziałem, że teraz pracujesz jako dostawca pizzy", a następnie trzasnąłem z całej siły drzwiami i poszedłem do salonu. Położyłem opakowanie na ławę, a następnie je otworzyłem. Błogi zapach gorącej pizzy wypełnił moje nozdrza, jak i całe pomieszczenie. Zabrałem się do jedzenia, gdy w całym domu znowu rozległo się pukanie do drzwi. Wstałem znowu z kanapy i otworzyłem drzwi wejściowe.
-CZEGO?!- krzyknąłem Gerardowi prosto w twarz.
-Mogę wejść?- spytał spokojnie.
-NIE!
Trzasnąłem drzwiami, lecz nie do końca. Glan Gerarda skutecznie uniemożliwił mi dokończenie tej czynności. Poddałem się i wpuściłem go do środka. Wparowałem do salonu i usiadłem na kanapie kontynuując mój posiłek. Do salonu powoli wszedł również Gerard, dokładnie rozglądając się po pomieszczeniu. Był tu pierwszy raz.
-Po co tu przylazłeś?- burknąłem, gdy zasiadł w fotelu.
-Porozmawiać?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Nie mamy o czym. Już wszystko wiesz na temat mnie i Mikey'a.- warknąłem.
-Powiedziałeś, że nie wiem jaka jest prawda.
-I co cię to gówno obchodzi, jaka jest prawda?
-Obchodzi. Nie chcę żyć w kłamstwie.- westchnął i spojrzał na mnie.
Odłożyłem kawałek pizzy i wyłączyłem telewizor.
Cały czas patrzyłem prosto w oczy Gerardowi.



środa, 10 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XIX

[Gerard]
Nie mam bladego pojęcia, co tu się stało. Siedziałem w wannie, w łazience, z której przed chwilą wyszedł Frank. Patrzyłem się w punkt na przeciwko siebie oszołomiony zachowaniem chłopaka. Nie wiedziałem co mu się stało, co go drażniło. Miał na plecach mocne zadrapania i siniak na biodrze. Co się mogło stać podczas mojej, niezbyt długiej nieobecności? To pytanie wciąż krążyło po mojej głowie. I ta zapłakana twarz, obraz, który cały czas widnieje w mojej głowie. Wyszedłem z wanny, po czym chwyciłem ręcznik w dłonie i dokładnie się wytarłem. Włożyłem na siebie ubrania, które leżały w łazience i wyszedłem z pomieszczenia, uprzednio gasząc światło. Byłem skołowany. Nie wiedziałem co się stało przez zaledwie dwie godziny w tym domu. Usłyszałem trzask drzwi wejściowych. Ktoś wyszedł z mieszkania i dobrze wiedziałem, że to był Frank. Nie poszedłem za nim, ponieważ dobrze wiedziałem, że potrzebuje trochę spokoju i samotności. Potrzebuje pomyśleć. Myślę, że jak wróci, to wszystko mi wyjaśni. Nic mu się nie powinno stać, to mądry chłopak. Wszedłem do salonu, gdzie siedział Mikey popijający kawę i oglądający telewizję. Usiadłem w fotelu obok kanapy. Byłem zdołowany. Chciałem za wszelką cenę wiedzieć co tu się stało! Oparłem się głową o dłoń i spojrzałem na Mikey'a pochłoniętego programem kulinarnym. Może on mi coś powie.
-Michael?- spytałem.
-Tak?
-Co tu się stało?
-Nic?
No i koniec rozmowy. Nic więcej się nie dowiem. Nie wiedziałem, co dalej począć z tym wszystkim. Frank wyszedł, Mikey siedzi cicho i nic nie mówi. Cholera jasna.
-Mikey?
-Czego ty ode mnie chcesz?!
-Błagam, powiedz mi co tu się stało, no!
-Aż tak bardzo chcesz wiedzieć?- zapytał.- Tylko pamiętaj, żeby potem nie było, że ci to powiedziałem.
-Mikey...- powoli zaczynała mnie irytować ta sytuacja.
-No dobra, dobra. A więc... Frank mnie zgwałcił.- powiedział prosto z mostu.
-Hahaha...-zaśmiałem się histerycznym śmiechem.- Że co?! Weź on ma szesnaście lat, jest niższy od ciebie o co najmniej głowę i miał cię... No ten tego?
-Tak...- po chwili wpatrywania się w moje oczy spuścił wzrok i ukrył twarz w dłoniach.
-To skąd niby się wzięły te zadrapania na plecach i siniak na biodrze?- spytałem.
Mój głos się łamał. Ciężko było mi w to uwierzyć... Mój mały, kochany Frank? Przecież on nie mógł czegoś takiego zrobić. Tylko komu mam wierzyć? Bratu, który mi zawsze pomagał, zawsze był dla mnie oparciem, znam go już tak długo, czy Frankowi, którego kocham nad życie, ale znam go miesiąc...
-Myślisz, że nie próbowałem się bronić?- odpowiedział pytaniem na pytanie.
Wszystko składało się w logiczną całość. Coraz bardziej wierzyłem Michaelowi. Być może to, co on mówił, rzeczywiście było prawdą... Jak Frank mógł mi coś takiego zrobić... Jak on mógł zrobić coś takiego mojemu bratu?! Byłem wściekły, a jednocześnie zrozpaczony. To jest niemożliwe.
-Mikey... Przepraszam.- szepnąłem.
-Gerard, oby tylko nie przeniósł na mnie żadnej choroby, czy coś... Trudno. Co się stało, to się nie odstanie.- przybliżył się do mnie i poklepał po plecach.
Ukryłem twarz w dłoniach i wybuchłem głośnym płaczem. Mikey wstał z kanapy i wyszedł z pokoju. Następnie usłyszałem trzask drzwi. Zostałem sam z wielkim problemem na głowie. To jest coś niewybaczalnego... Najgorsze jest to, że i tak go kocham. Właśnie, gdzie on jest?
***
[Frank]
Tyle czasu spędzonego pod tym jebanym drzewem. Zrobiło się ciemno i zimno. Musiałem wracać już do domu. Podniosłem się z ziemi. Wszystko mnie bolało. Czułem się źle. Podle. I jeszcze dużo określeń mojego okropnego nastroju. Oczy popuchnięte od łez, zapłakana twarz. Oparłem się o drzewo. Jedyne o czym teraz myślałem, to ramiona Gerarda, łóżko i gorąca herbata. Bałem się o wszystkim powiedzieć czerwonowłosemu. Gorzej, jeśli Mikey już to zrobił za mnie, dlatego postanowiłem biegnąć, może jeszcze nie jest za późno. Uznałem, że pójdę na skróty, będzie szybciej. Stąpałem po nieoświetlonej dróżce i zbliżałem się do bocznego wyjścia z parku. Usłyszałem za sobą głosy, pijackie rozmowy. Odwróciłem się za siebie i ujrzałem pięciu, kompletnie pijanych mężczyzn. Schowałem ręce do kieszeni spodni. Przyspieszyłem nieco kroku, aby szybciej znaleźć się przy wyjściu z parku. Moje serce zaczęło mocniej bić, gdy głosy mężczyzn stawały się coraz głośniejsze. Zbliżali się do mnie. Zamknąłem mocno powieki i starałem się nie zwracać na siebie ich uwagi. Minęli mnie- pomyślałem, gdy wszelkie odgłosy ucichły. Rozchyliłem powieki i ujrzałem przed sobą jednego z pijanych mężczyzn. Obróciłem się dookoła. Wszyscy tu byli.
-Hej malutka, może chcesz się zabawić?- powiedział jeden, na co jego towarzysze głośno się zaśmiali.
Zacząłem płytko oddychać. Bałem się. Zauważyli to. Jeden z nich wykręcił mi ręce do tyłu i przycisnął do swojej piersi. Patrzyłem na nich wystraszonym wzrokiem. Było się nie ruszać z domu, albo wrócić wcześniej. Tak, bardzo teraz żałuję swojej decyzji. Dostałem mocny kopniak prosto w brzuch. Zgiąłem się w pół. Uścisk rozluzował się, a ja opadłem bezwładnie na chłodny beton. Drugi mężczyzna przywalił mi pięścią w twarz, a następnie wszyscy zaczęli mnie kopać po twarzy, po moim już zbyt obolałym ciele. Z ust wyciekała strużka krwi, która spływa po mojej brodzie. Ostatni kopniak. Skuliłem się.
-Ej, chłopaki, chodźcie już. Żona mnie zabije za to, że znowu wracam późno. Zostawcie już go w spokoju.- powiedział najbardziej trzeźwy z nich.
W myślach dziękowałem mu, że jako jedyny myślał rozsądnie i powstrzymał swoich kolegów przed dalszym biciem mnie. Nic im w końcu nie zrobiłem. Popatrzyłem, jak mężczyźni oddalają się chwiejnym krokiem, a gdy zniknęli mi z pola widzenia, powoli wstałem i trzymając się za bolący brzuch poszedłem w stronę wyjścia. Teraz tylko dojść do domu. Splunąłem krwią na chodnik. Spojrzałem przed siebie i ujrzałem kamienicę. Już niedaleko. Jeszcze tylko kilkanaście metrów. Wlokąc za sobą nogi doszedłem do kamienicy i otworzyłem drzwi, które gwałtownie pod wpływem przeciągu otworzyły się na roścież, powodując mój upadek. Zwlokłem się z podłogi i zacząłem czołgać się po schodach w górę. Gdy wreszcie ujrzałem upragnione drzwi do mieszkania Gerarda, podparłem się o ścianę i otworzyłem drzwi. Nie były zamknięte na klucz. Zamknąłem za sobą drzwi i zacząłem zdejmować glany. No właśnie, glany. Że też ja ich nie wykorzystałem do samoobrony. Frank, geniusz zła. Teraz bym nie był poobijany. Gdy skończyłem zdejmować buty, chwiejnym krokiem ruszyłem do salonu, gdzie siedział Gerard i oglądał coś w telewizji. Nawet mnie nie zauważył. Jego twarz nie wyrażała nic. Podszedłem do niego i uklęknąłem przy fotelu, w którym siedział.
-Gerard?- wyszeptałem.
Odpowiedziała mi cisza, zakłócana przez odgłosy telewizora.
-Gee...?
-Czego, durniu?
-Co ci się stało?
-Ty już sam dobrze wiesz co.- odpowiedział chamsko.
Wstał z fotela.
-A, i dzisiaj śpisz tutaj.
-Co?
-To co słyszałeś.
Rzucił mi złowrogie spojrzenie. Zniknął gdzieś na korytarzu. Trzask drzwi. Ale co ja mu do cholery zrobiłem?! Będę musiał się dzisiaj zadowolić twardą kanapą i kocem. Super. Nawet nie zauważył dupek, że jestem pobity. Poszedłem do łazienki, aby się wykąpać i obmyć rany. Zamknąłem za sobą drzwi. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Wanna powoli napełniała się ciepłą cieczą, a ja dolałem trochę płynu do kąpieli. Zdjąłem z siebie podkoszulek i zobaczyłem kilka dosyć wielkich rozmiarów siniaków. Rozcięta warga i zaczerwieniony lewy policzek. Na brodzie widniała zaschnięta krew. Zdjąłem spodnie razem z bokserkami i skarpetkami. Rzuciłem to wszystko na podłogę i wszedłem do wanny. Nareszcie chwila relaksu. Nie wiedziałem i nawet nie próbowałem się domyślić co czeka mnie jutro. Umyłem się i wytarłem w ręcznik. Założyłem na siebie podkoszulkę i bokserki. Zgasiłem światło w łazience i poszedłem do salonu, gdzie miałem spędzić najbliższą noc. Ułożyłem się na kanapie, która okazała się naprawdę niewygodna. Kto tworzy takie kanapy? Przykryłem się szczelnie kocem pozostawionym na kanapie i ułożyłem się do snu, który tak szybko nie nadejdzie. Obróciłem się na drugi bok z myślą, że zaraz wtulę się Gerarda i zasnę. Jestem tępy.
To będzie długa noc...
_________________________________________________________________________
Nie jestem w pełni usatysfakcjonowana rozdziałem, bo jest krótki i zawsze mógł być lepszy, ale przynajmniej jest. xD
Obiecuję, że nad następnym bardziej się postaram...



piątek, 5 września 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XVIII

Musicie mi wybaczyć, za tak częste wstawianie rozdziałów, mimo tego, że miały być tylko i wyłącznie w weekendy xD Ale no w sumie, to już tak jakby weekend jest xD
Nie, ja po prostu tak nie mogę, to już podchodzi pod chorobę niespokojnej ręki i palców xD
Boże w ogóle, to jak ja Mikey'a tutaj za takiego brutala zrobiłam ;_;
Pliiss, wybaczcie za ten rozdział, pewnie niektórzy będą chcieli mnie znaleźć i zabić, przez to, co tu się wydarzy XD
Albo może i nie. xD 

Ogółem, rozdział beznadziejny xD
_________________________________________________________________________________________
[Frank]
Usiadłem na blacie kuchennym, o mały włos nie rozlewając na siebie wrzącej kawy. Mikey obejmował mnie mocno w pasie. Przesuwałem swoje ręce wzdłuż jego nagich pleców, od czasu do czasu zadrapując je. Pocałunek przybierał na sile. Nie był pełen miłości i czułości, tak jak z Gerardem. Po prostu był bardzo brutalny i okropny. Nie wiem czemu to zrobiłem. To było naprawdę nie w porządku i nie w moim typie, lecz i tak się oddałem. Jakby Gerard się o tym dowiedział to... Ręka, noga, mózg na ścianie, oko na widelcu, lub mniej makabrycznie- wywalenie z domu. Właśnie sobie uświadomiłem, że zdradzam mojego chłopaka z jego bratem. No ładnie, Franklinie. Matka by cię na pewno za to nie pochwaliła. Poczułem, że tracę pod dupą miejsce stabilne. Mikey przenosił mnie, nie wiem gdzie. Miałem zamknięte oczy i byłem zbyt pochłonięty pocałunkiem, który wcale mi się nie podobał. Wmawiaj sobie dalej.- coś zaskrzeczało w mojej głowie. Michael oderwał się ode mnie i zaczął obcałowywać moją szyję, czasem ją przygryzając. No świetnie. Spojrzałem na aktualną sytuację, w której się znajdowałem. Szliśmy korytarzem w stronę... Łazienki? Po co mu do cholery łazienka? Otworzył drzwi jedną ręką, drugą dalej mnie niosąc i weszliśmy do pomieszczenia, które zalało mdłe światło znajdujące się koło lustra. Po chwili pomieszczenie bardziej się rozjaśniło, a Mikey zamknął drzwi na klucz. Usadził mnie na brzegu wanny, odkręcając kurek z ciepłą wodą i nalewając trochę płynu do kąpieli. Wanna napełniała się cieczą, podczas gdy mężczyzna zaczął ze mnie ściągać poszczególne części mojej garderoby, a było ich niewiele, ponieważ byłem w piżamie. Wtedy właśnie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Nie, nie będę nic z nim robił. Skutecznie odepchnąłem go od siebie.
-Co ty robisz?- zapytałem przerażony.
Mikey nie odpowiedział tylko podszedł do mnie i kontynuował rozbieranie mnie.
-Kotku, przecież mówiłem, że się zabawimy.- szepnął mi do ucha.
Zaczął majstrować przy moim pasku.
-Ale ja nie chcę!- krzyknąłem jak rozhisteryzowana nastolatka.
W sumie tak jakby to jestem nastolatkiem, mam w końcu szesnaście lat. Mikey coraz bardziej zaczynał mnie przerażać. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Nie uda mi się go odepchnąć, jest zbyt silny.
-No to masz, że tak powiem problem. W takim razie, wezmę cię siłą.- powiedział ze spokojem w głosie, a na jego twarz wpłynął wróżący niezbyt dobre rzeczy uśmieszek.
Przeraziłem się, gdy usłyszałem z jego słów ostatnie zdanie. Siedziałem przed nim już prawie nagi, jedyne co pozostało na moim ciele to bokserki, które zapewne zaraz zostaną zdjęte z mojego tyłka. Podczas gdy Mikey się rozbierał, ja postanowiłem uciec. Stanąłem szybko na podłodze i w tempie ekspresowym podbiegłem do drzwi. Klucza nie było w zamku. W momencie, w którym szarpałem się nerwowo z klamką, półnagie ciało chłopaka przylgnęło do mnie i bardzo szczelnie zamknął mnie w swoim objęciu. Całował moją szyję. Uległem pod wpływem pocałunków i zaprzestałem szarpaniny z klamką. Mikey delikatnie zsuwał z mojego ciała bokserki, na co próbowałem reagować, lecz nie za bardzo mi to wychodziło. Za każdym razem, gdy próbowałem je z powrotem naciągnąć na moje ciało, blondyn gryzł moją skórę szyi. Proszę, Gerard, weź tu teraz wejdź do tego domu i mnie uratuj! Niestety, moje prośby nie zostały wysłuchane. Mikey mnie podniósł i włożył do wanny z ciepłą wodą. Patrzyłem bez przerwy na jego poczynania. Nie dałem po sobie zdradzić, że się kurewsko boję, lecz i tak moje ciało było całe sparaliżowane, pod wpływem tego, co miało się za chwilę stać. Mikey chciał mnie wykorzystać. Ja wcale nie chciałem z nim uprawiać seksu i to do tego w wannie*, cóż to w ogóle za głupi pomysł?! Seks w wannie? Czyli mogłem to zaliczyć prawie pod gwałt. Blondyn zdjął z siebie swoje spodnie razem z bokserkami i wszedł do wanny. Usiadł na przeciwko mnie i zakręcił kran. Pojedyncze krople spadały do zbiornika z wodą. Mikey przybliżył się do mnie i usiadł okrakiem na moich nogach. Na brzuchu poczułem jego nabrzmiałą męskość. Wpił się moje usta i zaczął pocierać swoim kroczem o moje, co wcale nie wywołało na mnie dużego wrażenia. Michael, gdy zauważył, że mnie w ogóle nie podnieca, wbił swoje paznokcie w moje plecy i przejechał po nich, tworząc długie, piekące ślady. Oderwał się od moich ust i obrócił mnie na brzuch. Bez żadnego przygotowania wszedł we mnie cały i zaczął się szybko ruszać. Co chwilę wydawałem z siebie krzyki bólu i rozpaczy. Po mojej twarzy zaczęły płynąć gorzkie łzy. Zacząłem się wiercić, przez co chłopak przywalił mi z całej siły w biodro. Na szczęście nie trwało to długo. Spełnił się we mnie i tak po prostu wyszedł z wanny. Siedziałem w wodzie, w niezbyt dobrym nastroju. Cały obolały, obróciłem się na plecy i ułożyłem się wygodniej. Mikey wytarł się ręcznikiem i ubrał w ubranie. Otworzył drzwi, a ja usłyszałem, że na korytarzu ktoś otwiera drzwi wejściowe. Zatrzasnął szybko drzwi od łazienki, a ja zostałem tu sam i wykorzystany. Muszę powiedzieć o tym Gerardowi, ale co jeśli uzna to za zdradę i nie będzie chciał mnie znać? Usłyszałem głosy pod drzwiami.
-Gdzie Frank?- zapytał Gerard.
-W łazience.- odpowiedział Mikey, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Tak Gerard, proszę wejdź tu i mnie ratuj. Nagle klamka opadła w dół.
-Mogę?
-Tak...
Do środka wślizgnął się Gerard i zamknął za sobą drzwi. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
- F... Frankie?- wydusił.-Co się stało, kochanie?
-Nic.-powiedziałem pod nosem.
-Przecież widzę, że płakałeś.
-Gerard, wszystko w porządku.-oznajmiłem.
Podszedł do mnie i uklęknął przy wannie, chwytając moją dłoń, którą delikatnie pocałował. Spojrzał w moje oczy, a ja spuściłem głowę. Nie miałem odwagi spojrzeć w jego oczy. Bałem się, że zauważy, że coś serio jest nie tak.
-Co się stało?- spytał ponownie i chwycił mnie za podbródek, zmuszając do spojrzenia na niego.
-Nic, naprawdę. Tęsknię za rodziną.- skłamałem.
Gerard od razu wyczuł, że coś jest nie tak, lecz nic już nie mówił. Wstał z podłogi i zdjął z siebie ubrania, a następnie usiadł na przeciwko mnie w wannie. Pokazał gestem dłoni, że mam usiąść koło niego, więc jako grzeczny chłopak wykonałem polecenie. Usiadłem wygodnie na jego nogach, a on objął mnie ręką w pasie. Wtuliłem się mocno w jego klatkę piersiową, która równomiernie unosiła się i opadała. Drugą ręką machinalnie głaskał mnie po moich długich włosach. Patrzył tępo w przeciwległą ścianę.
-Co to za zadrapania na plecach?
Moje serce zabiło mocniej. Zacząłem się denerwować. I co mu teraz odpowiedzieć? "Słuchaj, Gerry. Pieprzyłem się z twoim bratem, ale naprawdę tego nie chciałem. Można to zaliczyć pod gwałt."?
-Franklinie Anthony Iero. Albo mi powiesz co się stało, albo idziemy na mega długi spacer, a wiesz przecież, że jest upał.
-Szantażysta głupi.- mruknąłem i wyrwałem się z jego objęć.
Wyszedłem z wanny i wyciągnąłem z szafki jeden ręcznik. Obwinąłem się nim wokół bioder.
-A ten ładny siniak na biodrze to skąd?- odezwał się.
Wyszedłem z łazienki po drodze zatrzaskując drzwiami. Wpadłem do sypialni, gdzie na szczęście nikogo nie zastałem i mogłem w spokoju się ubrać. Wyjąłem z szafy siwe rurki, podkoszulek z logiem zespołu Metallica i wrzuciłem na siebie bieliznę oraz ubrania. Wyszedłem z pokoju. W salonie zastałem tylko Mikey'a, który cicho się śmiał pod nosem. Znalazłem się w przedpokoju i zwinąłem Gerardowi glany, które włożyłem na stopy i wyszedłem z domu, głośno trzaskając drzwiami. Pierdolę ich wszystkich.
***
Nie wiem, ile tak łaziłem bez celu po mieście i po parku, ale wiem, że któryś raz z rzędu mijałem alejkę, a w dodatku było już popołudnie. Nie wziąłem telefonu, kasy, nic. Byłem sam, nikt mi nie przeszkadzał i było dobrze. W końcu zatrzymałem się pod wysokim drzewem, tam gdzie jeszcze wczoraj przed pojawieniem się per Michael'a Dupka Wykorzystującego Niewinnych i Nieletnich Chłopców Way w naszym domu. Usiadłem na ściółce i oparłem się o pień drzewa, przyciągając do siebie nogi. Nie chcę tam wracać. Nie, gdy jest tam Mikey. Boję się go. Ale jeszcze bardziej boję się Gerarda, który tak naprawdę nie wiem co zrobi, gdy się dowie, a pewnie już się dowiedział, że jego chłopak jest niewierny. Chciało mi się ryczeć. Jedyne co teraz w ogóle mogłem to ryczeć. Tak więc pojedyncze łzy zaczęły mi spływać po twarzy, a ja nie wiedziałem co robić dalej. Jak żyć? Rozpłakałem się na dobre, jak małe dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę. Z bezsilności położyłem się na ziemi i patrzyłem w zachmurzone niebo. Zbierało się na deszcz, lecz i tak miałem to gdzieś. Teraz już tylko marzę, aby zasnąć i więcej się nie budzić. Czuję się podle.
Czy znowu muszę szykować się do strat?
_________________________________________________________________________________
*Amia, jesteś geniuszem zła... Pisałam ci to już?