poniedziałek, 11 maja 2015

And If They Get Me / Short Story [1/?]

Witam wszystkich!
Zapewne czekaliście na rozdział, ale niestety nie napisałam go jeszcze. 

W ogóle nawet się za niego nie zabrałam, więc jak na razie go w ogóle nie ma. 
W zamian za to, wstawiam pierwszą część do short story. Nie wiem, czy przypadnie wam do gustu, ale liczę na to, że jednak tak.
Ogółem to... Nie mam czasu. Do 11 czerwca, bądź dalej jestem strasznie zajęta, więc niestety nie mogę Wam powiedzieć, za ile będzie kolejny rozdział "Never Let Them Take". Postaram się go napisać jak najszybciej, ale nic nie obiecuję.
Egzaminy, egzaminy wszędzie.

Historię opowiada szesnastoletni Frank (znowu zrobiłam go jako sierotę losu, nie bijcie, proszę). Nie muszę Wam go chyba opisywać. Długie, czarne włosy. Co tym razem zabawne- nie jest kolejnym emosem. Może i słucha rocka, ale wygląda normalnie. Jest normalnym chłopakiem. Żadnym punkiem, czy czymś takim.
Zwykły Frank. 

Oczywiście ma obojga rodziców, super przyjaciela i wszystko by było dobrze, gdyby nie jedna sytuacja, która zmieni całkowicie jego życie.
Początek strasznie nudny...

No to endżojujcie. 

Betowała Amia. Dziękuję Ci bardzo, bardzo, bardzo jeszcze raz ^^ Dzięki tobie ma to ręce i nogi! XD

___________________________________________________________________________
Był maj, a dokładnie jego końcówka. Piątek; piękny, słoneczny dzień, a ja siedziałem na ostatniej lekcji, matematyce, która kończyła się dopiero o 15:55. Nie wiem, kto wymyślił tak chore godziny zakończenia zajęć, ale miałem już dość. Nie byłem w stanie normalnie myśleć.

Siedziałem sam, w ostatniej ławce przy oknie i z utęsknieniem patrzyłem przez szybę na dzieci, które już wcześniej skończyły lekcje, a teraz bawiły się na placu zabaw. "Szczęściarze" - myślałem za każdym razem, gdy przypominałem sobie, że jak wrócę do domu, to będę miał masę nauki.

Spojrzałem na zegar ścienny, który, wydawałoby się, od dłuższego czasu wskazywał godzinę piętnastą czterdzieści dwie. Jeszcze głupie trzynaście minut do dzwonka. Nagle poczułem, jak coś we mnie uderzyło. Zerknąłem w dół, obok mnie na podłodze leżała zmięta kartka papieru. Bez wahania podniosłem ją i rozwinąłem. Znajdowała się na niej wiadomość od mojego przyjaciela - Quentina.

Ziomuś, przyjdź dzisiaj do mnie. Pogramy sobie w jakąś gierkę na konsoli. Np... Need For Speed?
Q

      Uśmiechnąłem się do siebie. Od razu wyrwałem z zeszytu kartkę i nabazgrałem na niej odpowiedź. Pomysł był wyśmienity, lubiłem grać w gry. Szczególnie z Q. Mogłem się wtedy wyłączyć i skupić tylko na nich. Popatrzyłem na nauczyciela, który stał tyłem do klasy. Rozejrzałem się wkoło, wzrokiem szukając przyjaciela. Chłopak siedział w pierwszej ławce, w środkowym rzędzie. Zamachnąłem się i szybko rzuciłem do niego zwiniętą kartkę. Gdy rozłożył ją, odwrócił się i posłał mi szeroki uśmiech, a ja odwzajemniłem ten gest. Teraz już miałem jakieś kreatywne zajęcie na popołudnie, jeśli granie w gry w ogóle można zaliczyć do kreatywnych zajęć.

***

- Mamo, wychodzę do Quentina! - krzyknąłem, schodząc do przedpokoju.

W pomieszczeniu pojawiła się drobna kobieta, ubrana w luźne dresy i czerwoną podkoszulkę, o ciemnych włosach i niemal czarnych oczach. Moja mama - Rosalie.

- O której godzinie zamierzasz wrócić?- zapytała stanowczo kobieta, spoglądając na mnie.

Wcisnąłem na stopy czarne, podniszczone trampki.

- Nie wiem, chyba jakoś wieczorem - odpowiedziałem bez dłuższego namysłu.

- Jakoś wieczorem? Frank, tutaj jest strasznie niebezpiecznie wieczorem, przecież dobrze o tym wiesz. Zadzwoń, to po ciebie przyjadę - oznajmiła.

- Nie, naprawdę nie trzeba. Mamo, jestem już duży i dam radę sam wrócić na nogach - uśmiechnąłem się krzywo.

- Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł. No ale... Dobrze, wróć sam, tylko błagam, uważaj na siebie, kochanie.

- Okej, okej no - wstałem z podłogi i zgarnąłem z komody, stojącej przy drzwiach, telefon i klucze - To ja idę - dodałem.

- Pa. Uważaj na siebie.

- Pa - powiedziałem z naciskiem i wyszedłem z domu.

***

- No kurczę no! - krzyknął rozzłoszczony blondyn - Znowu z tobą przegrałem, jak to możliwe w ogóle?- jęczał Quentin.

Zaśmiałem się. Chłopak rzucił pada od konsoli na czerwony dywan i opadł na podłogę. Spojrzałem na niego rozbawiony. Ech, czasem zachowywał się jak małe, rozkapryszone dziecko, ale w sumie za to go lubię, za tą jego dziecinność, brak powagi i całkowite rozluźnienie. Podchodził to życia pozytywnie i choćby się paliło i waliło to on dalej miał szerokiego banana na twarzy. W sumie nie miał go tylko wtedy, gdy przegrywał ze mną po raz setny wyścig w grze, ale pomińmy to.

- Jak to możliwe?- powtórzył pytanie i głęboko westchnął.

- Widocznie jestem od ciebie lepszy, ćwoku - pokazałem mu język. Tak, takie wyzwiska u nas były na porządku dziennym, ale żaden z nas wcale się tym nie przejmował.

Quentin strzelił mnie pięścią w ramię.

- Ała! - syknąłem i rozmasowałem rękę.

Wyjąłem z kieszeni moich szarych jeansów telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Zegar wskazywał godzinę dwudziestą pierwszą pięćdziesiąt, co oznaczało, że nadeszła na mnie pora. Musiałem się zbierać do domu, czułem, że moja mama już nieźle zaczęła się martwić.

- Późno już - wstałem z podłogi, uprzednio odkładając na nią pada - Będę się zbierał - stwierdziłem.

- Och, już? Frano, młoda godzina jest - zaśmiał się.

- Ta, już prawie dwudziesta druga. Matka pewnie już postawiła na nogi cały komisariat policji - zaśmialiśmy się głośno.

- Eee, no dobrze. Pozwalam ci iść.

- O mój Boże, jakiś ty łaskawy, Q.

- No wiem, nie musisz mi za to dziękować.

Podniósł się z podłogi i odprowadził mnie do drzwi. Założyłem trampki, pożegnałem się z przyjacielem i jego rodzicami, a następnie wyszedłem i ruszyłem w kierunku mojego domu.

***

Byłem w połowie drogi do mojego mieszkania. Na dworze byłoby już całkiem ciemno, gdyby nie blade światło ulicznych lamp. Panował okropny chłód i żałowałem, że nie wziąłem ze sobą nic oprócz cienkiej, czarnej bluzy. Zasunąłem ją pod samą szyję, naciągnąłem na głowę kaptur i schowałem ręce do kieszeni. starając się chociaż trochę ogrzać. Spojrzałem w górę, na niebo. Było bezchmurne - dokładnie widziałem księżyc w pełni oraz lśniące gwiazdy. Zawiał silniejszy wiatr, a ja usłyszałem, że ktoś za mną idzie, a raczej biegnie. Wystraszyłem się nie na żarty, ponieważ New Jersey słynęło z zabójstw, pobić i napadów.

Odwróciłem się i wtedy w ciemności ujrzałem zbliżającą się postać. Sądząc po posturze, był to młody mężczyzna, szczupły i wysoki, dużo wyższy ode mnie. Ubrany w ciężkie, wojskowe buty, czarne, jeansowe rurki oraz elegancki płaszcz zamszowy, pod którym miał ciemnoszarą bluzę z kapturem, który naciągnął na głowę, przez co nie mogłem ujrzeć jego twarzy.

Wyminął mnie z nadzwyczajną prędkością. Zobaczyłem, jak gwałtownie skręca w prawo, w ślepą uliczkę i w sumie to przeszedłbym zupełnie obojętnie; mało mnie obchodziło, co ten typ tam będzie robił, ponieważ na początku pomyślałem, że po prostu pewnie tam mieszka i wraca do domu, czy coś w tym stylu, ale nagle usłyszałem pisk.

Przestraszony wbiegłem tam natychmiastowo - nawet nie zastanowiłem się czy robię dobrze czy nie. Nie myślałem nad późniejszymi konsekwencjami i, że próbując kogoś uratować, sam mogę targnąć się na własne życie. Mogło mi się coś stać, a mama mówiła, żebym uważał. Ale oczywiście ja, Frank Iero, po prostu musiałem maczać palce w nie swoje sprawy. Ukryłem się za dużym kontenerem. Światło latarni padało na dwie postacie, czyli na chłopaka i jakąś kobietę.

- Umawialiśmy się, Jane! - krzyknął.- Miałaś do cholery nic nikomu nie mówić - warknął prosto w jej twarz.

- Zrozum, że musiałam - próbowała bronić się kobieta.

- Nic nie musiałaś - powiedział, a ta jęknęła, gdy ścisnął jej szyję dłonią.

- Gerard...- chrapnęła, brakowało jej powietrza.

Puścił ją, a ta próbowała mu uciec. Niestety nie udało się jej. Zacisnął swoje trupio-blade dłonie na jej chudych nadgarstkach. Była bardzo wystraszona. Wyszeptał jej coś do ucha i oddalił się od jej twarzy. Ujrzałem białe kły. Tak, to były kły. Wcale mi się nie wydawało. Nagle wgryzł się w jej tętnicę szyjną, a ona zawyła.

Zasłoniłem usta dłonią, aby z moich ust nie wyrwał się krzyk. Patrzyłem otępiały, jak z dziewczyny uchodzi życie. Do oczu cisnęły mi się łzy. Miałem poczucie winy, ale nie mogłem temu w żaden sposób zapobiec. Siedziałem tam i się gapiłem jak facet... Kurwa, przecież to nie był facet! Jak wampir łapczywie pije szkarłatną posokę. Chyba mnie odeślą do psychiatry, jak usłyszą historię o tym, że spotkałem wampira. Wariuję. Widziałem istotę nadnaturalną, czy to aby nie było nienormalne?

Mężczyzna oderwał usta od szyi Jane. Trzymał ją martwą w swoich ramionach przez dłuższą chwilę.

- A ja ci kurwa ufałem - powiedział i puścił ją.

Ciało dziewczyny bezwiednie opadło na beton.

Po moich policzkach spłynęło kilka łez. Bardzo chciałem stamtąd uciec i zapomnieć o całym zdarzeniu. Wstałem na drżących nogach i gdy tylko się odwróciłem, potknąłem się i runąłem jak długi na ziemię. Ujrzałem przed sobą glany, które na nogach miał tamten chłopak. Podniosłem się na obdartych dłoniach i spojrzałem w górę. Nie miał już na głowie kaptura, teraz dokładnie widziałem jego strasznie bladą twarz. Duże, zielone oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem. Miał lekko zadarty do góry nos i wąskie, krwistoczerwone usta. Na twarz opadały długie, lśniące, kruczoczarne włosy. Pociągnął mnie gwałtownie za bluzę do góry i trzymał mnie jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią. Patrzył na mnie spod lekko przymrużonych powiek.

- Coś ty za jeden?- syknął mi prosto w twarz.

- F-frank...- wykrztusiłem. - Ja przechodziłem obok... I usłyszałem pisk - zacząłem się tłumaczyć - Boże, proszę nie zabijaj mnie! - krzyknąłem rozpaczliwie, gdy Gerard odstawił mnie z powrotem na ziemię i zniknął na chwilę.

Nagle poczułem mocne szarpnięcie za kaptur. Czarnowłosy oplótł mnie ramieniem wokół szyi.

- Nic tu nie widziałeś, zrozumiano? - szepnął dźwięcznym głosem wprost do mojego ucha. Jego gorący oddech owiał mój policzek. Kiwnąłem niepewnie głową.

Nagle poczułem mocne ukłucie w okolicach szyi. Chciałem krzyknąć, ból był niemiłosierny, lecz zasłonił mi usta ręką. Zdawało mi się, że płonę od środka. Gdy oderwał się ode mnie, poczułem się słabo i osunąłem się na ziemię. Uklęknął przy mnie. Spojrzałem prosto w jego szmaragdowe oczy.

- Coś słabo wyglądasz - stwierdził i poklepał mnie ręką po twarzy. - Lepiej odprowadzę cię do domu, co Frank?- zaśmiał się i wziął mnie na ręce.

Urwał mi się film.

***

Obudziłem się w swoim własnym łóżku. "A więc był o to tylko głupi sen" - pomyślałem i odkopałem się spod kołdry. Boże, piję zdecydowanie za dużo kawy. Tak, to wszystko wina kawy, przez nią potem mam takie głupie i realistyczne sny. Usiadłem i poczułem przeszywający ból w szyi. Oprócz tego strasznie bolała mnie głowa, jakbym poprzedniej nocy się schlał w trzy dupy. Pomasowałem swoją szyję i wstałem.

Zszedłem na dół do kuchni, gdzie byli moi rodzice. Tata pił kawę i czytał gazetę, a mama smażyła naleśniki. Usiadłem przy stole i oparłem głowę na ręce.

- Hej, synu - uśmiechnął się tata.

- Hej... - powiedziałem, ziewając przy tym. Mama podała mi herbatę i talerz z naleśnikami.

- Jak się spało? - spytał.

- Nawet dobrze, ale strasznie mnie boli głowa - odpowiedziałem.

- Zaraz dam ci jakąś tabletkę, Frankie - powiedziała miłym tonem kobieta.

Zastanawiałem się, jak wczoraj dotarłem do domu, bo zupełnie nic nie pamiętałem, w między czasie zabrałem się za jedzenie.

- Rosalie, Frank... - zaczął tata, odkładając gazetę na stół - Wczoraj wieczorem dostaliśmy wezwanie na policję o zabójstwie dwudziestoletniej kobiety.

Ta informacja na początku do mnie w ogóle nie trafiła. Tata pracował na komisariacie i tygodniowo dostawali tam masę takich wezwań. Po dłuższym rozmyślaniu zakrztusiłem się herbatą. Zaraz, przecież wczoraj... Nie, to nie może być prawda. To był tylko głupi sen.

- Nie możemy ustalić, co ją zabiło. Najprawdopodobniej nie był to ani człowiek, ani zwierzę. To podejrzana sprawa - a jednak to nie sen - Frank, czy ty wczoraj tamtędy nie wracałeś?

Od ścian mojej czaszki z łoskotem odbijało się jedno pytanie: - Co teraz?

- Nic o tym nie wiem... - powiedziałem powoli.

- Dobrze. Proszę was, uważajcie na siebie. Kto wie, gdzie to coś teraz grasuje - stwierdził tata.

Kiwnąłem głową. Dopiłem herbatę i poszedłem do swojego pokoju.

Cholera, zrobiło się nieprzyjemnie. Nie mogłem wydać Gerarda. Wyjrzałem przez okno na ulicę. Po drugiej stronie, na przeciwko mojego domu stała jakaś ciemna postać i patrzyła w kierunku mojego okna. Przerażony odskoczyłem od niego i zamrugałem kilka razy. Osobnik zniknął.

Następny tydzień minął spokojnie.

Nie widziałem go więcej, ale mimo to, wiedziałem, że on mnie cały czas obserwuje.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ XXVIII

   
      Gerard od wyjścia Franka stał jak wryty w ziemię w przedpokoju od około pięciu minut. Ręce zaciśnięte w pięści całe mu się trzęsły z żalu do samego siebie, że nic nie zrobił, żeby go zatrzymać przy sobie odrobinę dłużej. Ze złości, że pozwolił tak po prostu doktorowi mu go odebrać. Nie wiedział, co było złego w związku dwóch mężczyzn? Miłość to miłość, czy to dwóch kobiet, czy to kobiety i mężczyzny, czy to dwóch facetów. Serce nie sługa. Co z tego, że chłopak jest niepełnoletni? Nie przyłapali ich w nie wiadomo jakiej sytuacji. Frank chciał tylko nic nieznaczącego całusa. Właśnie, tylko tyle. A doktorek zrobił z tego niemałą aferę.
      Way przymknął powieki, a po chwili poczuł, jak po jego policzkach spływają pierwsze łzy.
Weź się w garść, idioto. Świat się jeszcze nie skończył na jednym chłopaku. 
      Ale on go tak strasznie kocha. Wskoczyłby za nim do ognia, kurwa zrobiłby wszystko, byle by tylko móc być z nim.
      Opadł bezwładnie na kolana, na zimną podłogę. Z jego oczu płynęło coraz więcej łez...
      Był taki bezradny. Nie mógł nic zrobić. Nic, co by przywróciło Franka.
Człowieku! Opanuj się!
      Znowu zachowywał się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, a miał pieprzone dwadzieścia lat. Dlaczego był taki durny? Sam nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ukrył twarz w dłoniach. Powoli zaczął wstawać z podłogi. Potrząsnął na otrzeźwienie głową i podszedł do drzwi wejściowych, aby je zamknąć.
Musisz być silny. Jeszcze nie wszystko stracone.
      Powoli wszystko zaczęło wracać do normy, mimo to, że czuł wielką pustkę. Będzie starał się funkcjonować normalnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Dobrze zdawał sobie sprawę, że zachowywał się jak małe dziecko, któremu matka zabrała ulubioną zabawkę, bo było niegrzeczne. Dobrze wiedział, że ktoś inny po prostu by mu powiedział, że jest głupi, że załamuje się z byle powodu, że jest dorosły i powinien się zachowywać jak dorosły. Wszystko doskonale wiedział.
      Z ławy w salonie wziął telefon. Wybrał numer. Ta osoba na pewno mu pomoże.

***
    
      Jechali już samochodem z dwadzieścia minut. Frank był wkurzony. W końcu dojechali na jakieś totalne zadupie za miastem. Tak sądził młody Iero. A tak naprawdę było to, no dobrze, może sporo oddalone od miasta miejsce, ale było całkiem urokliwe, gdyby nie patrzeć na świat tak jak Frank. Był zły na całą tą okropną sytuację i miał już dość. Najchętniej skoczyłby z dywanu. Śmierć pierwszorzędna i bardzo oryginalna. Nie chciał być w tym samochodzie z tą dziwną kobietą, która cały czas gadała ze swoją przyjaciółką przez telefon i chwaliła się jakiego to przystojniaka będzie miała w domu. Jeśli mowa o nim, to po pierwsze jest już zajęty, a po drugie... Czy ktoś tu widzi jakiegoś przystojniaka? On nie widział. Jest chudy, niski i blady. 
Ten, kto uważa, że jestem przystojny jest ślepy. Ale zaraz... Gerard nie jest ślepy. Chyba.
      Zatrzymali się na podjeździe jakiegoś ogromnego, białego domu z czarnym dachem i wielkimi oknami. Z przodu domu rosło pełno roślin, ale przede wszystkim krzewów. Pani Shidley kliknęła jakiś przycisk na kluczyku od swojego samochodu. Brama prowadząca na plac posiadłości zaczęła powoli się otwierać. Następnie kliknęła jeszcze raz i otworzyła się brama od garażu. Czarne BMW wjechało do budynku. Kobieta wyłączyła silnik samochodu i wysiadła z niego. Frank niechętnie postąpił tak samo jak ona. Zamknął z hukiem drzwi samochodu i podszedł do Margaret, która otwierała bagażnik. Iero wyciągnął z niego swoją torbę i gitarę schowaną w czarny pokrowiec. Blondynka zamknęła garaż i razem udali się do domu, gdzie czekał na nich Max.
      Przywitał się najpierw z kobietą, którą pocałował delikatnie w usta, a potem z Frankiem, który z zaciekawieniem rozglądał się po ogromnym salonie, który był połączony z kuchnią i jadalnią. Wszystkie pomieszczenia były bardzo nowoczesne. Cały dom był urządzony w jednym stylu. Dominowały tu różne odcienie szarości, bieli i czerni. Jedynie dodatki, typu wazony i obrazy były w bardziej konkretniejszych barwach.
      Frank poprawił futerał z gitarą przewieszony przez jego ramię i chwycił torbę z ubraniami w dwie ręce, bowiem zaczęła ona mu już lekko ciążyć.
Jak się jest takim chudym, to dziwne nie jest, że torba jest za ciężka- pomyślał.
- No to Frank, chciałbyś zobaczyć swój pokój? Spokojnie, pomyśleliśmy o tobie i nie jest w nim tak samo biało jak w całym domu. Zdążyliśmy zrobić tam mały remont- powiedział Max i uśmiechnął się szczerze, a właściwie to z lekkim przymusem. Frank od razu zauważył, że jest to jednak nieszczery uśmiech.
Frank spojrzał na niego podejrzliwie.
- Hej, Frankie. Nie jesteśmy twoimi wrogami, tylko nową rodziną. Jesteśmy osobami, którym możesz zaufać - mówiła Margaret. Sranie w banię, a nie. Ja wam nie zaufam. - To co, chcesz zobaczyć swój pokój?
       Chłopak niepewnie zgodził się. Jeszcze raz nerwowo poprawił swoją gitarę i ruszyli na górę, na piętro. Trzymał się raczej z tyłu; szedł za nimi, uważnie rozglądając się po obszernym korytarzu ozdobionym licznymi malowidłami na ścianach. Margaret lubiła bardzo sztukę, miała na jej punkcie bzika. Być może dla tego chciała uwieść Gerarda, gdy dowiedziała się, że ten jest artystą...
       Było tu pusto... Wszystko było od linijki. Max był perfekcjonistą. Zwariowanym lekarzem perfekcjonistą. Było tu nawet trochę strasznie. Franka przerażał ten dom, a jeszcze bardziej jego właściciele i wystrój budynku w środku.  Wszystko było takie nienaganne, wysprzątane i poukładane. Margaret i Max byli dziwną parą. Czarnowłosy czuł się tu nieswojo i chciał wrócić do domu Gerarda, tak bardzo chciał, żeby się okazało, że to jakiś chory sen i że zaraz się obudzi. Czuł się tu jak w psychiatryku. Czuł się, jakby zwariował.
      W końcu doszli do ciemnych drzwi. Max otworzył je i weszli do środka. Pokój był niesamowicie wielki i od razu zrobił na Franku duże wrażenie. Był jeszcze większy od tego w domu, w którym mieszkał jeszcze z rodzicami. Jednak nie potrzebował aż tak dużej przestrzeni. W zupełności wystarczyłaby połowa tego pokoju.
      Pokój miał granatowo-szare ściany, jasną, drewnianą podłogę i duże okno z widokiem na naprawdę duży ogród z basenem. Cholera, będzie mieszkał w jakiejś pieprzonej willi z basenem! Odstawił torbę i gitarę na duży, miękki czarny dywan. Rozejrzał się po pokoju. Pod ścianą obok okna stało dwuosobowe czarne łóżko z narzutą w czarno-czerwone paski i dużą ilością poduszek. Na przeciwko łóżka stało biurko w kolorze łóżka, na którym leżał laptop, czerwona lampka i metalowy pojemnik na długopisy i różne tego typu inne duperele. Przy biurku stał czerwony fotel na kółkach. Po obu stronach biurka stało kilka półek z szafkami. Przy drzwiach stała ciemna kanapa. Na suficie wisiała ogromna o bliżej nie określonym kształcie lampa. Miał własną łazienkę i dużą garderobę, która z łatwością pomieściłaby rzeczy dziesięciu osób. Nigdy nie marzył o tak dużym pokoju. Musiał wprowadzić tu kilka poprawek, czyli powiesić plakaty swoich ulubionych zespołów i tak dalej, ale uważał, że jest tu całkiem ładnie.
- I jak? Podoba ci się tu?- usłyszał tuż przy swoim uchu dźwięczny głos Margaret. Jak się zorientował, kobieta była sporo wyższa od niego. Oplotła go rękami wokół szyi, mocno do siebie przytulając. Frank kiwnął nieznacznie głową.- To wspaniale. Wszystkie książki do szkoły masz już zakupione. Są w szafce przy biurku. Rozpakuj swoje rzeczy, idź się wykąp, a za półtorej godziny widzimy się na kolacji, dobrze?
- Dobrze- odpowiedział jej krótko.
- Chodź już, Margaret. Ugotujemy coś dobrego dla Franka- Max puścił do niego oczko i objął swoją żonę w pasie.
       Wyszli z pokoju, a Frank został sam. Wyglądali na dość miłe osoby.
       Jednak było w nich coś podejrzanego.
       Nie miał zamiaru dzwonić do Gerarda i nie potrzebnie go martwić.

***

      Frank wyszedł na korytarz, wycierając mokre włosy. Przeszedł przez całą długość korytarzu i zszedł na dół po schodach. Zatrzymał się w połowie drogi, słysząc głosy. Nie, to nie były tylko głosy Margaret i Maxa. Słyszał jeszcze jeden, potężny i melodyjny bas. Zszedł cichutko prawie na sam dół i ukrył się za ścianą. Dojrzał w przedpokoju wysokiego faceta, mówiącego coś spokojnie do Maxa. Mężczyzna miał długie, kręcone włosy, które były spięte nisko w niedbałego kucyka. Był dosyć przystojny. Jego twarz ozdabiał lekki zarost. Ubrany był w czarne spodnie, czarną podkoszulkę, skórzaną kurtkę i ciężkie buty wojskowe. Był młody, być może był w wieku Maxa.
- Kurwa, macie tydzień. Nie dam wam więcej czasu!- krzyczał mężczyzna.- Rozumiesz, że nie mogę tyle czekać? Wsadzą mnie znowu do pierdla, jak się wszystko wyda! Chcę wracać do żony, nie mogę jej znowu zawieść. Ja już swoje odsiedziałem! Potrzebuję tej kasy!
- Spokojnie, Jules- uspokajał go Max.
- Jakie, kurwa, spokojnie?! Ja mam żonę! I dzieci! A przez was i wasze chore wizje znowu trafię do pierdla! Macie tydzień, rozumiecie? Inaczej spalę wam ten pieprzony domek, was, waszego pieprzonego Frania i jego jebanego w dupę pedała Waya oraz jego całą chorą rodzinkę, jeśli w ogóle jakąś ma!
Frank zadrżał pod wpływem słów Julesa. Przeszły go silne dreszcze, gdy usłyszał nazwisko ukochanego. Był przerażony.
- Dostaniesz swoje pieniądze- zapewniła go Margaret - ale teraz wyjdź.
- Wcale w to kurwa nie wątpię!- krzyknął.
Brunet zaśmiał się psychicznie i wyszedł z siłą trzaskając drzwiami. Przestraszony Iero wbiegł cicho po schodach na górę, a następnie zszedł powoli i naturalnie na dół, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Wszedł do kuchni, gdzie Margaret coś gotowała. Max stał zamyślony, oparty o blat.
- Och, Frank. Chodź, zjemy kolację. Wszystko już gotowe- powiedziała nerwowo pani Shidley.- Ugotowałam spaghetti, mam nadzieję, że lubisz.
- Tak jasne- uśmiechnął się do niej Frank. Stwarzaj pozory. Udawaj, że wszystko jest w porządku.
Małżeństwo uśmiechnęło się do niego sztucznie. Usiedli przy stole.
Jak oni dobrze grali.
O co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło? Co to za układy? Kim jest Jules? Co dla nich zrobił i skąd zna Gerarda?
W głowie Franka narodziło się tysiące nowych pytań, na które w najbliższym czasie uzyska właściwą odpowiedź.



______________________________________________________________________________
Ha, napisałam to! :D
Taka mnie wczoraj wena dopadła, że aż musiałam to napisać.
Mam dla Was także wesołą, albo smutną wiadomość (zależy czy wam się podobało, czy nie. Mi osobiście nie)! KOŃCZĘ JUŻ TO CHOLERSTWO.
Tak, został jeden rozdział i epilog. 
A wszystko przez obiad u babci. Albo to ja jestem geniuszem, albo to rosół nim jest. xD
Miało być jeszcze około cztery rozdziały, ale po prostu dostałam takiego oświecenia...
I tak, wiem, że trochę krótko, ale następny rozdział będzie zarąbiście długi!











Komentujcie, bo wiecie, że inaczej przyjdę i was zjem.



piątek, 13 marca 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXVII

   
      - No cholera, kto znowu?- syknął Gerard.
Frank wyplątał się z jego uścisku i szybko wstał z łóżka, aby się ubrać. Gerard zgarnął z ziemi bokserki i podkoszulkę. Ekspresowo założył na siebie ubranie, albo raczej piżamę i pobiegł do przedpokoju, aby otworzyć drzwi.
       Był tak strasznie wkurzony. Dzwonkiem do drzwi, który przerwał tak idealny poranek, który mógłby według niego trwać i trwać w nieskończoność, no ale cóż. Bywa i tak. Tylko dlaczego zawsze akurat, gdy oni muszą robić coś naprawdę przyjemnego?! Ktoś ma niezłe wyczucie czasu i tym kimś był...
       Nie, to nie był pan Shidley. Nie, to nie był wścibski sąsiad, aby nakrzyczeć na nich, że za głośno robią to, co robią. To nie był listonosz, ani nikt w tym stylu. To nie był nawet Mikey! To była pani Margaret Shidley we własnej osobie. Gerard myślał, że zaraz zemdleje. Padnie na twarz i już nie wstanie. Jedna, w dodatku głupia kobieta była powodem przerwania tak przyjemnej czynności, jaką jest przytulanie Franka Iero. Był gotów udusić ją własnymi rękoma, bądź po prostu zamknąć jej drzwi przed nosem i nie wpuszczać do środka, aż do wieczora, choćby nie wie jak by błagała. W jego głowie rodziły się najrozmaitsze pomysły, lecz i tak żadnego z nich nie wykonał. Zamiast tego przeczesał splątane czerwone włosy ręką i czekał na to, co kobieta ma do powiedzenia. Patrzył na nią z irytacją. Przyszła sobie tutaj postać? - pomyślał Gerard. Świetnie, miał przecież aż za dużo wolnego czasu na patrzenie się na tą swego rodzaju piękną, lecz tępą, jak niezaostrzony nóż, kobietę, która wczoraj była gotowa go uwieść pod sądem.
- Witaj, Gerardzie - odezwała się w końcu swoim dźwięcznym głosem.
- Dzień dobry - przywitał się oschle Gerard.
      Zlustrował ją wzrokiem. Dziś nie miała na sobie tyle tapety, co wczoraj. Miała lekko pomalowane czarnym tuszem rzęsy, a usta jasnym błyszczykiem. Włosy miała zaczesane w niedbałego koka na czubku głowy. Ubrana była w śnieżnobiałą podkoszulkę, na którą miała zarzuconą granatową marynarkę. Marynarka była szyta na miarę. Ujrzał to na pierwszy rzut oka. Jeansowe rurki idealnie opinały jej zgrabne nogi. Na stopach miała baleriny pod kolor marynarki, a w ręce trzymała dużą, czarną torbę. Gerard nie umiał nie ulec płci pięknej, mimo iż był homoseksualny i postanowił ją zaprosić do środka. Chociaż nie, może to nawet nie z uległości, gdy dziewczyna zatrzepotała tymi ślicznymi, długimi rzęsami, lecz zwyczajnie tak wypadało. Tego wymagała jego kultura osobista. Jeśli takową w ogóle posiadał. Ciężko u niego było z dobrym wychowaniem. Nienawidził nieproszonych gości.
- Może wejdzie pani do środka, zamiast tak stać? - spytał usuwając się z przejścia.
      Kobieta posłała mu szeroki uśmiech i weszła do środka. Zaczęła rozglądać się po małym, jasnym przedpokoju. Gerard zamknął drzwi za sobą i gestem dłoni zaprosił ją do salonu. Nakazał jej, żeby usiadła na kanapie i grzecznie zapytał czy ma ochotę na kawę bądź herbatę.
- Poproszę kawy.- odpowiedziała i usiadła na jednym z skórzanych foteli.
Gerard ruszył do kuchni, gdzie ku jego zdziwieniu był Frank, który stał oparty o blat a w ręku miał kubek z, jak się domyślał, kawą. Szybki jest. Chłopak był już w pełni ubrany i gotowy do dalszego funkcjonowania. Gerard podszedł do niego. Oparł ręce na jego biodrach i pocałował go krótko w usta.
- Wieczorem dokończymy, kochanie - wyszeptał mu do ucha.
Frank posłał mu słaby uśmiech. Gerard jeszcze raz go pocałował, po czym mocno przytulił.
- Zrobisz kawę dla pani Shidley?- spytał.
- Oczywiście. - odpowiedział krótko Frank.
      Gerard poszedł się ubrać, a on został sam w kuchni. Był zły. Nie wiedzieć czemu, ale był kurewsko zły. Zły na cały świat. Tak, miał humory. Miał i to dosyć często, ale co może na to poradzić? Nie codziennie przychodzi do twojego domu jakaś głupia baba i ci przeszkadza w spędzaniu czasu z twoim ukochanym. Ba, Frank nawet się domyślał po co przyszła, a raczej po kogo. Po niego. I dlatego był jeszcze bardziej zły na samą myśl, że gdy tylko wparuje do salonu kobieta zarzuci zdaniem, które będzie brzmiało:  "Przyszłam po Franka". Nie dokończy z Gerardem swojego przyjemnego poranku, bo ta głupia baba go stąd weźmie. Zaraz będzie musiał iść i spakować swoje rzeczy. Następnie opuścić mieszkanie, wyjść na dwór, wsiąść z kobietą do jej samochodu i odjechać Bóg wie gdzie.
      Chłopak wpatrywał się swoimi czekoladowymi, dziwnie smutnymi oczami w ekspres, jakby się spodziewał, że od samego patrzenia ten zadziała. Westchnął i wyjął z szafki nad zlewem filiżankę i spodek. Podstawił naczynie pod ekspres i nacisnął guzik. Ekspres zaczął mielić głośno kawę. Po chwili czarna ciecz zaczęła wypełniać filiżankę. Z lodówki wyjął mleko, nawet nie zastanawiał się nad tym, że będzie tak nieładnie podane. Mleko w kartonie nie prezentuje się zbyt dobrze przy gościach, ale on się tym wcale nie przejmował. Zamachnął się nogą i kopnął w drzwi lodówki, która zamknęła się z trzaskiem. Wyjął cukierniczkę i łyżeczkę. Kawa skończyła się robić. Odstawił filiżankę i łyżeczkę na spodek.
      Do kuchni wpadł Gerard ubrany w czarną koszulę, która miała rozpięte od góry dwa guziczki, jakby nie zdążył ich dopiąć, i siwe jeansy. Do tego ten twórczy nieład na głowie i voila! Wyglądał tak strasznie seksownie, że Frank był gotów znowu zedrzeć z niego ubrania i rżnąć się z nim jak dzikie kury w agreście tu i teraz na podłodze w kuchni. Jednak powstrzymał się i odgonił sprośne myśli na bok- nie byli sami w domu.
      Czarnowłosy spojrzał znacząco na Gerarda, który też mu się jakoś dziwnie przyglądał od dłuższego czasu. Gerard odchrząknął i chwycił za filiżankę z kawą. Frank wziął cukierniczkę i mleko. Razem weszli do salonu. Starszy postawił przed panią Shidley kawę, Frank odstawił na ławę bardzo gustowny karton z mlekiem i cukierniczkę. Iero kątem oka ujrzał minę Gerarda, gdy zobaczył karton z mlekiem. Mężczyzna zgromił go wzrokiem mordercy, a on sam się cicho zaśmiał pod nosem. Obaj zasiedli na kanapie i czekali na to, co kobieta ma do powiedzenia, lecz na razie się na to nie zapowiadało. Wydawałoby się, że kobieta przyszła tu tylko napić się kawy. Z niecierpliwością patrzyli, jak blondynka nalewa sobie mleka do kawy i słodzi jedną łyżeczką. Frank widział, jak Gerard zaciska ręce w pięści. Był mocno wkurzony. Był tak bardzo wkurzony, że aż Frank pomyślał, że zaraz wstanie i udusi Margaret.
- No więc, mogłaby pani nam powiedzieć czemuż to zaszczyciła nas pani swoją obecnością?- zapytał, chyba jak najmilej potrafił Gerard, a i tak było słychać w jego głosie to, jak bardzo złe miał nastawienie do kobiety.
Kobieta podniosła wzrok na Gerarda.
- Przyszłam po Franka, naturalnie. Mam nadzieję, że jest już spakowany, bo jeszcze muszę wstąpić w parę miejsc - odpowiedziała zupełnie beznamiętnie.
       Dla Gerarda jej wypowiedź była niemałym zaskoczeniem, zaś dla samego Franka było to oczywiste. Wiedział, dlaczego kobieta tu przyszła, przecież innego powodu nie mogła mieć. Byłoby to wręcz dziwne, gdyby przyszła do nich na kawkę i ploteczki. Widział w oczach Gerarda smutek i zdziwienie. Jego oczy pałały smutkiem. Był bliski płaczu. Chciał go przytulić. Nie przy niej, coś huczało w jego głowie. Wiedział doskonale, że nie przy niej. Kto wie, jakby to się skończyło. Musiał teraz szybko wymyślić jakąś wymówkę, aby skutecznie wygonić kobietę i móc się do końca dnia nacieszyć obecnością Gerarda.
- Ale... - zaczął, nie wiedząc jak dokończyć swoją wypowiedź.- Ale ja jeszcze nie jestem spakowany i nie wiem ile mi to zajmie.
- Och, myślałam, że już będziesz spakowany - powiedziała ze zrezygnowaniem.- Ale to nic. To ja przyjadę wieczorem, a ty się spakuj na spokojnie.
      Frank i Gerard rozpromienili się. Zapewne gdy tylko pani Shidley wyjdzie z domu zaczną skakać ze szczęścia, a potem całować i robić inne tego typu rzeczy. Chyba każdy wie o co chodzi.
Kobieta jednym duszkiem dopiła kawę. Chwyciła w rękę swoją dużą torbę, którą położyła koło fotela, z którego następnie wstała. Cała trójka skierowała się do przedpokoju. Gerard otworzył Margaret drzwi. Pożegnała się z nimi i opuściła mieszkanie. Frank zamknął drzwi, przy których nadal stał Gerard i posłał mu szeroki uśmiech. Mężczyzna odwzajemnił ten gest i przyciągnął do siebie bruneta. Oplótł go w pasie ramieniem i wpił się w jego usta rozciągnięte w szerokim uśmiechu. Całując się z nim zamknął drzwi na klucz i przyparł go swoim ciałem do pobliskiej ściany. Frank zacisnął swoje ręce na jego karku, następnie wplątując je w jego czerwone włosy. Jeszcze przez dłuższą chwilę nawzajem męczyli swoje wargi. Frank oderwał się z niechęcią od Gerarda. Ten spojrzał na niego zdezorientowany.
- No co? - spytał Frank, patrząc na swojego ukochanego z politowaniem.- Chyba nie będziemy się pieprzyć po raz drugi tego samego dnia.
- Niby nie...
- Ech Gerard, czasem zachowujesz się mniej dojrzale niż ja.
- No wiem, ale za to mnie kochasz - wyszczerzył swoje zęby w uśmiechu.
- Czasem zachowujemy się jak stare dobre małżeństwo.
- To także wiem, ale przeszkadza ci coś w tym?
- Nie, wcale.
Frank wyswobodził się z jego uścisku. Udał się w kierunku sypialni, aby wyjąć z szafy swoje rzeczy. Gerard poszedł za nim.
- Cholera, a może by udało się ciebie jakoś przekitrać? - odparł smutno czerwonowłosy.
- Ta, ty głupi jesteś.
- No chyba ty.
- Powodzenia z ukryciem dużego chłopaka.
- Oj wcale taki duży nie jesteś z tym twoim wzrostem...
- No dzięki! Nie musiałeś mi przypominać o tym, jak bardzo niski jestem.
- Ej no wcale nie miałem tego na myśli - zaczął się plątać Gerard.- Ja po prostu...
- Ja już tam wiem, co ty miałeś na myśli.
      Iero otworzył szafę i zaczął z niej wywalać swoje ubrania. Następnie z spodu szafy wyciągnął dużą torbę i położył ją na łóżku. Gerard pomógł mu się spakować.
***
      Uwinęli się w niecałą godzinę, Posprzątali, znaczy kto sprzątał ten sprzątał. Resztę dnia mogli spędzić na dziesięć razy bardziej przyjemniejszych rzeczach. Gerard zaproponował Frankowi spacer, lecz ten odmówił twierdząc, że jest naprawdę wykończony robieniem porządków, podczas gdy on wolał leżeć na kanapie i jęczeć jaki to jest nie wyspany. Naprawdę, zachowywali się jak stare dobre małżeństwo, ale... Może to i było dobre? Takie zwyczajne życie, bez żadnych rewelacji. Miłość bez żadnych ceregieli, bez zbędnych słów, bez zbędnych czynów. Po prostu są ze sobą, bo się kochają i nie obchodzi ich to czy przeżyją przygodę życia czy po prostu będą żyć z dnia na dzień tym samym nudnym rytmem, ale ze sobą. Każdego dnia będą się budzić w swoich objęciach, zaś wieczorem w nich zasypiać. Mogło by tak być. I tak będzie, już na zawsze, gdy tylko Frank osiągnie pełnoletność i nie będzie musiał mieszkać z tamtą przybraną rodziną. Zamieszkają razem i będą już na zawsze razem i nikt im w tym nie przeszkodzi choćby nie wiadomo co, czy by się paliło czy waliło. Nic ich nie zatrzyma. Brzmi jak słaby film romantyczny, ale właśnie tak miało być od początku. Chociaż na początku Frank miał złe podejście do całej tej nowej sytuacji; mimo to, nie żałuje, że poznał Gerarda. Dzięki niemu nauczył się, że warto żyć. Nie można się poddawać mimo tego, że utraciło się tak naprawdę wszystko.
      Leżeli w swoich objęciach w salonie na kanapie. Ciszę w pomieszczeniu tylko przerywały ich miarowe i spokojne oddechy. Patrzyli na siebie z uwielbieniem, niczym się nie przejmowali, jakby cały świat zniknął i po za nimi nie było nic. Napawali się swoją obecnością i nic więcej nie trzeba było. Wystarczyła tylko obecność tej drugiej osoby, żeby na twarz wpłynął szeroki uśmiech.
Gerard głaskał go delikatnie po głowie, odgarniając jego przydługie czarne włosy do tyłu, żeby móc widzieć całą jego twarz. Nagle Frank sobie o czymś przypomniał. Spadło to na niego jak grom z jasnego nieba. Mimowolnie się uśmiechnął. Gerard spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Coś się stało? - spytał ostrożnie.
- Nic, zupełnie nic - odpowiedział Frank.- Zaraz wracam.
      Zeskoczył z kanapy i pobiegł jak na złamanie karku do sypialni. Zaczął przetrząsać całą torbę z swoimi rzeczami i w końcu znalazł to, czego szukał. Zaśmiał się triumfalnie i wrócił do salonu gdzie czekał na niego nieco zagubiony chłopak. Usiadł pospiesznie naprzeciwko niego i chwycił go za ręce.
- Słuchaj, bo... Dzisiaj trochę myślałem i...- zaczął niepewnie Frank.
- I?
- Chciałbym ci dać klucze od mojego domu. Znaczy... Tak jakby przekazać ci go na własność.
- Mi? Ale czemu? To twój dom, a właściwie twoich rodziców. Nie mogę go tak po prostu sobie przywłaszczyć - zaśmiał się nerwowo.
- No ale... Jak nie chcesz to nie musisz tam przebywać. Chciałem po prostu, żebyś się nim tak jakby zaopiekował. Wiem, że tobie mogę zaufać, a jak będę u doktora w domu... Kto wie, co tak naprawdę stoi za tym, że zostali moimi prawnymi opiekunami? Może po prostu chcą moją kasę. Dlatego postanowiłem, że tobie właśnie dam te klucze. Wiem, że to nie jest takie proste, ale jakby nie patrzeć to ja jestem spadkobiercą majątku moich rodziców, więc mogę z nim zrobić co chcę.
- Ale Frank... Ty jeszcze nie jesteś pełnoletni, więc chyba nie bardzo możesz o tym decydować, ale no dobrze. Zgodzę się i wezmę te klucze.
- Dziękuję - młody Iero przytulił się do niego i wręczył mu do rąk pęk kluczy.
***
      Wieczorem ponownie zawitała do nich pani Shidley. Tym razem nie było żadnych wymówek, Frank musiał odejść i koniec. Gerard stał w przedpokoju z panią Margaret. Frank powlókł się do sypialni po swoją torbę. Szedł tam najwolniej jak się dało, chciał żeby moment rozstania nie nadszedł bardzo szybko. Pożegnał się ostatni raz z pokojem, w którym spał sam lub z Gerardem przez ostatnie pięć miesięcy. Zbierało mu się na płacz, wiedział bowiem, że szybko nie powróci tutaj. Chwycił w rękę torbę i wyszedł z pokoju zamykając delikatnie drzwi. W przedpokoju założył swoje czarne, podniszczone conversy. 
- Mogła by się pani na chwilę odwrócić?- poprosił Gerard.
- Dobrze...- odpowiedziała lekko zaskoczona Margaret. 
      Gerard przyciągnął do siebie Franka i mocno go przytulił. Oddalił się od niego na niedużą odległość. Poczuł, że nagromadzone do tej pory łzy w jego oczach zaczynają spływać po jego policzkach. Frank również nie potrafił się powstrzymać i się rozpłakał. Starszy wpił się mocno w jego rozedrgane wargi, jednak pocałunek nie był agresywny. Był delikatny. Pomieszany z wielkim uczuciem. Powoli całował jego usta, które teraz smakowały słonymi łzami. Wplątał rękę w jego włosy i oderwał się od niego. Ostatni raz go pocałował i oderwał się na dobre.
- Frank? Możemy już iść? - zapytała kobieta z zniecierpliwieniem.
- T-tak...- wyjąkał.
       Chwycił swoją torbę leżącą pod komodą. Frank wyszedł z mieszkania, nie zaszczycając Gerarda spojrzeniem. Nie dałby rady, wybuchł by płaczem już na dobre. Czasem może i zachowywał się jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, ale co z tego? Był młody i miał prawo. Zszedł w pośpiechu po schodach na sam dół kamienicy i wyszedł przed budynek. Za nim wyszła pani Shidley, która zaprowadziła go do swojego samochodu. Czarne BMW X6 dumnie stało przed kamienicą. Kobieta otworzyła bagażnik, do którego Frank wrzucił torbę. Następnie oboje wsiedli do środka samochodu, w którym pachniało duszącym, waniliowym odświeżaczem powietrza.
Już mu się to nie podobało.
Już mu cała ta sytuacja się nie podobała.
Odjechali.
_________________________________________________________________________

W końcu zebrałam się w sobie i napisałam to!!! TAK!
Nie jestem do końca usatysfakcjonowana tym rozdziałem no ale xD Mam nadzieję, że się spodobało!
W ogóle... Pragnę tak strasznie wam podziękować (chociaż jest was mało, znaczy nie tak mało, bo dla mnie dużo, ale mało osób komentuje) za to, że mimo wszystko dalej czytacie ten shit, że jeszcze wam się nie znudziło i że BOŻE! 7000 wyświetleń bloga ;_; Jestem tak strasznie uradowana :D
Wirtualny uścisk dla was wszystkich! XD
Dla was to może małe wydarzenie, ale dla mnie duże, bo... 7000 dla mnie to już jednak coś. 
Dziękuję. Naprawdę. Jestem strasznie szczęśliwa, że mogę tu być i pisać to dziadostwo. 






Komentujcie, bo przyjdę i was zjem. Obiecuję. Dowiem się gdzie mieszkacie. 









środa, 4 lutego 2015

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXVI

      Frank obudził się wcześnie rano. Pospał dwie, może trzy godziny. Przez pół nocy nie spał, wypłakiwał się w ramię ukochanego, który właśnie teraz spał jak zabity. Czerwone włosy były w nieładzie. Kilka kosmyków kleiło mu się do twarzy. Górne, lekko drżące powieki przysłaniały te śliczne, zielone tęczówki, które po przebudzeniu będą emanowały smutkiem. Gerard płakał razem z Frankiem. Obaj byli bardzo zasmuceni faktem iż młody Iero już dziś się przeprowadza do nowego domu. Do Shidley'ów. Gerard przegrał rozprawę w sądzie. Frank się bał. Bał się tego, co będzie w domu u Shidleya. Wiedział bowiem, że Max Shidley miał niezbyt dobre podejście do młodzieży. W szpitalu kilka razy na niego nakrzyczał, ale... Przecież to nic nie znaczy. Prawda? Frank się tego trzymał. Musiał oswoić się z nową rzeczywistością. Jutro już go nie będzie u boku cudownego mężczyzny, w tym wspaniałym mieszkaniu. Jutro będzie w zupełnie innym, być może gorszym miejscu. Jutro nie będzie robił praktycznie tego co chciał. Jutro będzie musiał kupić książki, aby następnego dnia iść do szkoły.
       Chłopak wciągnął jeszcze raz zapach Gerarda, aby zapamiętać go na dłużej. Gerard pachniał cudownie... Woń delikatnych perfum pomieszana z dymem papierosowym i z tym oryginalnym, męskim zapachem samego ciała Gerarda. Frank to kochał. Kochał zasypiać w jego silnych ramionach, o których za niedługo będzie mógł tylko pomarzyć. Ta cała sytuacja go przytłaczała.
       Przytulił się jeszcze mocniej do kochanka i ucałował go w rozgrzany policzek. Wyplątał się z silnych ramion mężczyzny, a następnie spod kołdry. Wstał z łóżka i przykrył dokładniej Gerarda kołdrą. Po cichu ruszył do kuchni, uprzednio zamykając drzwi do sypialni, aby przygotować śniadanie dla siebie i ukochanego. Otworzył lodówkę. Popatrzył od góry do dołu. Westchnął. Wypadałoby zrobić zakupy, ale jemu się zwyczajnie nie chciało, więc postanowił zrobić naleśniki. Trochę oklepany pomysł, ale w zasadzie to nic innego nie umiał przygotować. Jego umiejętności kulinarne były marne, więc biorąc to pod uwagę, naleśniki to wcale nie był to aż tak zły pomysł. Przynajmniej nie spali kuchni Gerardowi. Zaśmiał się cichutko z własnej głupoty i zabrał się za robienie posiłku. Włączył ekspres do kawy. Hałas, jaki zrobiło urządzenie sprawiło, że serce Franka zabiło mocniej, bowiem nie chciał obudzić Gerarda. Do tego urządzenie skutecznie go pobudziło, jeszcze przed chwilą był nieco zaspany, ledwie przytomny. Przygotował ciasto na naleśniki i z szafki wyciągnął dwa białe kubki na kawę.
      Jutro nie będzie jadł śniadania w tej kuchni. Od jutra nie będzie pił porannej kawy u boku swojego chłopaka. Wtedy właśnie przypomniał sobie, że jego dom dalej stoi zupełnie pusty. Kurz już pewnie na dobre osiadł na wszystkich meblach, a syf jaki panował w jego pokoju dalej był nieposprzątany. Dom teoretycznie należał do niego. Przecież był jedynym spadkobiercą. Teraz już wiedział, co zrobi z domem.


      Gdy naleśniki były gotowe, posmarował je dżemem, oraz ładnie złożył. Ułożył je na talerzu. Razem z pięknie pachnącą kawą położył je na tacy. Powoli udał się do sypialni, gdzie być może dalej spał Gerard, o ile nie obudził go hałas wywołany przez ekspres. Łokciem otworzył sobie drzwi za pomocą klamki. Wszedł do pokoju. Gerard jeszcze spał, więc odłożył tacę z śniadaniem na szafkę nocną. Postanowił mu rządzić, miłą, miał taką nadzieję pobudkę. Wdrapał się na łóżko i pochylił się nad mężczyzną. Zaczął składać pocałunki na jego szyi, czasem lekko przygryzając jego delikatną skórę, aby go obudzić. Gerard zmarszczył brwi i przewrócił się na drugi bok. Frank przewrócił oczami. Cóż, obudzenie tego śpiocha było cięższe niż myślał. Ale wcale się nie dziwił Gerardowi, przecież wczoraj po południu musiał iść jeszcze na drugą zmianę do pracy, a gdy wrócił przez całą noc z nim płakał. Dziwne nie było, że był teraz tak strasznie zmęczony i nie szło go obudzić w żaden sposób.
       Jednakże Frank tak łatwo się nie poddał. Dobrze wiedział, że Gerard już nie śpi, tylko zwyczajnie się z nim droczy. Pochylił się ponownie nad czerwonowłosym. Włosy Franka opadały w dół, przez co miał mniejszy dostęp do chłopaka. Odgarnął niesforne kosmyki za ucho. Złożył czuły pocałunek na policzku Gerarda.
       - Gerard...- wymruczał uwodzicielskim głosem wprost do jego ucha i trącił jego policzek nosem, niczym mały kociak.
       Zaczął przygryzać jego ucho, następnie szyję, na której się zassał pozostawiając w tym miejscu pokaźny ślad. Mężczyzna odwrócił się na plecy. Frank wszedł pod kołdrę i podwinął koszulkę Gerarda do góry. Składał pocałunki na jego klatce piersiowej, schodząc niżej, na podbrzusze. Zaczął się bawić gumką od jego czarnych bokserek, strzelał nią. Powolutku zdejmował jego bokserki. Chwycił w dłoń jego rosnącą od podniecenia męskość i zaczął ją delikatnie masować. Popatrzył w górę na twarz Gerarda, na którą wpłynął błogi uśmieszek. Frank cicho się zaśmiał i kontynuował swoją czynność. Zwiększył szybkość ruchów swojej dłoni. Oddech Gerarda stał się znacznie szybszy. Pocałował główkę jego penisa, lekko ją zagryzając, a następnie powoli zaczął wkładać go do buzi. Spojrzał na swojego kochanka, który teraz cicho pojękiwał. Sprawiał mu cholerną przyjemność. Przyspieszył ruchy swojego zwinnego języka. Gerard był już na skraju wytrzymałości, wiedział, że jeszcze chwila, a dojdzie w ustach młodego Iero. Zacisnął palce na włosach Franka i przycisnął go mocniej do swojego krocza. Powoli zaczął otwierać oczy.
         Frank jeszcze bardziej przyspieszył, aby doprowadzić swojego chłopaka do spełnienia. Niedługo potem ciepły płyn rozlał się na jego podniebieniu. Wyjął z ust członka Gerarda i przełknął całą spermę pozostawioną w jego buzi. Podciągnął bokserki Gerarda na dawne miejsce i wyłonił się spod kołdry. Mężczyzna miał zamknięte powieki i głośno dyszał. Iero z zadziornym uśmiechem usiadł na jego biodrach i pochylił się nad nim aby złożyć na jego wargach czuły pocałunek.
        Gerard powoli otworzył oczy i przyjrzał się uważnie swojemu chłopakowi, który jeszcze tak niedawno robił mu dobrze swoimi ślicznymi, mięciutkimi usteczkami. Przyciągnął go do siebie i wpił się w jego rozchylone wargi. Bawił się ustami młodszego. Co jakiś czas przygryzał jego dolną wargę. Chciał mu się odwdzięczyć za tak przyjemną pobudkę. Frank zarzucił mu ręce na szyję. Way położył mu dłonie na biodra, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej, jeśli w ogóle to było jeszcze możliwe. Byli maksymalnie blisko siebie, już bardziej się nie dało. Musieliby stać się jedną osobą, by być jeszcze bliżej.
       Gerard powoli osuwał się do pozycji leżącej na łóżko. Frank dalej przygniatał go ciężarem swojego ciała, podążając za nim w dół. Oparł się na rękach po obu stronach jego głowy i rozchylił jego wargi delikatnie przejeżdżając po nich językiem. Gerard wsunął rękę pod podkoszulkę Franka i zaczął gładzić jego rozgrzaną klatkę piersiową. Po długim i namiętnym pocałunku odepchnął go od siebie, a Frank spojrzał na niego z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy, na co Way się tylko cicho zaśmiał i na jego twarz wpłynął rozbrajający wszystko, pociągający uśmiech. Iero usiadł prosto na nim, a Gerard podparł się łokciami o materac. Podniósł się do siadu i zaczął ściągać czarną podkoszulkę Franka. Ten zaś powiercił się trochę na jego biodrach, co pobudziło nieznacznie jego męskość. Gerard przygryzł wargę i rzucił podkoszulkę Franka gdzieś na podłogę. Młodszy tak samo postąpił z jego podkoszulką.
       Frank wpił się agresywnie w usta Gerarda, który zaczął majstrować przy jego bokserkach. Iero przejechał językiem po dolnej wardze Gerarda, aby ten rozchylił swoje ciepłe, rozedrgane od pocałunku usta. Ich języki zaczęły się pocierać o siebie w szaleńczym tańcu. Way chwycił nadgarstki Franka i przewrócił go na plecy, lądując okrakiem na jego biodrach. Oderwał się od ust Franka, a na jego twarz wpłynął złowieszczy uśmieszek. Frank się cicho zaśmiał i wyszczerzył się w zniewalającym uśmiechu, pokazując przy tym białe ząbki. Gerard cmoknął go w usta. Zszedł z niego i jednym szybkim ruchem zdjął jego bokserki, a następnie swoje. Iero był już mocno pobudzony, co nie uszło uwadze mężczyzny.
        Rozchylił jego nogi, a następnie wszedł w niego bez żadnej zapowiedzi. Frank jęknął przeciągle i wygiął się pod wpływem bólu, jaki zadał mu ukochany. Gerard pogłaskał go czule po policzku. Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Way zaczął powoli się w nim poruszać, aby nie sprawić już chłopakowi większego bólu, lecz samą przyjemność. Chwycił w dłoń męskość chłopaka i zaczął nią ruszać w rytmie w jakim poruszał swoimi biodrami. Frank był wniebowzięty, Co chwilę głośno jęczał. Rytmiczne ruchy Gerarda sprawiały, że niemal odpływał. Było mu tak dobrze i przyjemnie, gdy sprawna dłoń mężczyzny masowała jego członka.
       - Szybciej, Gerard...-powiedział.- S Z Y B C I E J!- krzyknął, gdy Gerard wykonał kolejne mocne pchnięcie, prosto w jego czuły punkt.
       Gerard przyspieszył ruchy. Był bliski finału, tak, jak i Frank. Ruchy jego bioder, jak i ręki, która oplatała penisa Franka były już naprawdę szybkie. Jęczeli głośno.
       Gerard doszedł w środku Franka, głośno wykrzykując jego imię. Frank doszedł niemal w tym samym momencie, wytryskając prosto w dłoń mężczyzny, oraz głośno krzycząc. Opadli zmęczeni koło siebie głośno dysząc. Spojrzeli na siebie błogim wzrokiem. Gerard pocałował czule Franka.
- Nie ma to jak seks z rana.- szepnął i przyciągnął do siebie Franka, aby go przytulić.
- Wiesz co? Śniadanie nam wystygnie.- zaśmiał się Frank i podniósł się do siadu.- Jak już nie wystygło.- dodał i wziął do ręki kubek z kawą. Na szczęście była ciepła, więc Frank upił łyk i odłożył z powrotem na tacę.
       Way podniósł się leniwie do siadu i objął Franka ramieniem. Przykrył ich nagie ciała kołdrą. Frank ułożył tacę z jedzeniem na ich kolana i zabrał się za karmienie starszego. Wyglądało to co najmniej uroczo. Karmili się tak nawzajem, byli nadzwyczajnie szczęśliwi. Niby taka zwyczajna sytuacja, ale jak dużo radości im sprawiała. Frank kochał takie poranki. Mógłby dzień w dzień budzić się u boku Waya. Całować go, śpiącego w czoło, aby następnie wstać i zrobić im obojgu jakieś pyszne śniadanie. Potem wchodziłby z powrotem do pokoju, aby urządzić Gerardowi przyjemną pobudkę, która kończyłaby się na namiętnych pocałunkach, bądź na czymś więcej, tak, jak właśnie dzisiaj to miało miejsce.
        Frank wpatrywał się w roześmiane oczy czerwonowłosego. Odgarnął niesforne kosmyki z jego twarzy. Nagle uśmiech z twarzy młodszego znikł. Wiedział, że jutro bowiem nie obudzi się w silnych ramionach Gerarda. Nie pocałuje go na dobry początek dnia. Nie zjedzą razem śniadania. Gerard nie pójdzie do pracy, aby potem wrócić do domu, w którym czekałaby na niego osoba, która go kocha.
        Iero nagle opadł na tors Gerarda, który zszokowany tak nagłą zmianą nastroju chłopaka przytulił go mocno do siebie i pocałował go w czubek głowy. Był bardzo zaniepokojony i smutny. Bał się go stracić, a ich wspólne godziny coraz szybciej upływały gdzieś w dal. Zacisnął mocno powieki, aby nie rozpłakać się. Nie chciał, aby Frank trafił do tej pieprzonej rodziny zastępczej. A to wszystko przez jego nieuwagę. Gdyby nie tamten felerny poranek, w którym to ten głupi doktor musiał się dowiedzieć prawdy. Gerard uważał, że to tylko i wyłącznie jego wina, że doktor się dowiedział. Wcale tak nie musiało być, mógł to wszystko inaczej rozegrać. Tylko jak? No właśnie, inaczej się nie dało. No ale cholera, co w tym złego, że Frank się w nim zakochał i to z wzajemnością?! Nic! Ludzie to jebani, nietolerancyjni idioci. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego ludzie, no może nie wszyscy, ale większość, mają tak złe nastawienie do gejów i lesbijek. Przecież to też są ludzie, jak każdy inny.
        Poczuł coś mokrego na swojej klatce piersiowej. Otworzył oczy. Frank cicho szlochał. No i masz ci babo placek, pomyślał Gerard. Odchylił głowę czarnowłosego do tyłu i spojrzał w jego zapłakane, czekoladowe oczy. Przetarł jego mokrą od płaczu twarz i uśmiechnął się delikatnie.
- Frank, mógłbyś już nie płakać?- zapytał.- Musisz wziąć się w garść. Wszystko będzie dobrze i nawet nie próbuj zaprzeczać, bo mnie szlag trafi.- mówił.- Zobaczysz, jeszcze cię odzyskam. A nawet jeśli nie to... Przecież nie zabronią nam się spotykać. Nie mają prawa. Może to nie będzie tak jak do tej pory, ale zawsze lepsze to niż nic. Po za tym, ja muszę wreszcie wziąć się do roboty, a ty musisz iść do szkoły. Prawda? Więc dzisiaj grzecznie się spakujesz, pójdziesz z tymi wariatami do tego pieprzniętego domu i będziesz się grzecznie zachowywał, grzecznie chodził do szkoły, a ja cię będę z niej odbierać i będziemy sobie chodzić gdziekolwiek, byleby pobyć ze sobą, a potem będę cię odstawiał do domu. I nie rób, żadnych głupot. Dobrze?
        Frank pokiwał niemrawo głową i spojrzał mu głęboko w oczy. Gerard ucałował go w usta i pogłaskał go po miękkich włosach.
- No, zuch chłopak.- powiedział Gerard.- I pamiętaj, że cię naprawdę mocno kocham i nic tego nie zmieni.
- Pamiętam.- odezwał się Frank.- Też cię kocham, Gee.
Przytulili się do siebie. Ten uścisk mógłby trwać i trwać, gdyby nie... Dzwonek do drzwi.


________________________________________________________________________________

Tak wiem, wiem... Rozdział miał się pojawić w zeszłym tygodniu, ale zwyczajnie nie wyrobiłam się z jego napisaniem. Nie miałam niestety zbyt dużo czasu, myślałam, że się wyrobię, ale jednak mi się nie udało. I końcówka jest beznadziejna, no ale.
I tak mam nadzieję, że się spodobało! xD
Komentujcie, komentujcie i jeszcze raz komentujcie, bo to mnie jakimś sposobem motywuje do napisania następnych części. Serio, aż mi się lepiej pisze ze świadomością, że ktoś jednak czyta te pierdoły.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
        Co do koncertu Gerarda Waya! Naprawdę... Był wspaniały. Och, Gerard na żywo to niesamowite zjawisko. Myślę, że nie ma co tu dużo pisać. Chociaż stałam na balkonie i niestety nie widziałam jego twarzy dokładnie to po prostu bawiłam się świetnie. Darłam mordę, piszczałam, śpiewałam i skakałam w rytm muzyki. To było coś niesamowicie pięknego. Myślę, że zapamiętam to wydarzenie na bardzo długi czas.
        I jeśli mam być szczera, to cały czas się zastanawiam, czemu on ma żonę, a nie... męża. xD Serio. Wierzcie, lub nie, ale jego głos i ruchy są jeszcze bardziej pedalskie na żywo niż na nagraniach. xD W ogóle, cały czas (no może nie cały czas) się wzruszał, szczególnie gdy wyciągnęliśmy kartki "We Missed You" podczas piosenki Action Cat. Albo, jeszcze gdy ktoś mu rzucił jakieś kwiatki na scenę, a on krzyknął "I fucking love flowers!''. No myślałam, że zaraz padnę na twarz.
        Support Nothing But Thieves mnie naprawdę mile zaskoczył. Serio, chłopaki mają potencjał i myślę, że jeśli im tylko sława nie uderzy do głowy, to naprawdę mogą sobie nieźle poradzić w świecie muzyki.
        Way obiecał, że wróci do Polski. Mam nadzieję, że dotrzyma obietnicy. Jeśli tak to... Nie wiem jak wy, ale ja jadę! :D

         Niestety, nie wstawię żadnych nagrań, których mam może nie w sru dużo, ale na tyle, żeby się zadowolić, bo szanowny Blogger mi na to nie pozwolił. Chciałam dodać za pomocą dysku Google, ale prędkość dodawania tam nagrań niestety mnie nie satysfakcjonuje. Przepraszam. Dziękujcie Google. Powstawiam za to zdjęcia, które mi się udało zrobić. Niestety nie jest ich dużo. :/ Myślę, że na Youtube na pewno już coś jest.  Mogłabym też tam dodać, ale myślę, że nie ma sensu zakładać konta specjalnie, żeby tam dodać kilka nagrań. A po za tym, Youtube to dla mnie czarna magia. xD Wybaczcie.
         Z tego miejsca chciałam serdecznie pozdrowić dwie dziewczyny (co z tego, że nawet się nie dowiedzą, że je pozdrawiam), które siedziały, tak siedziały przede mną i wydawało mi się, że w ogóle nie były zainteresowane koncertem. Przyszyły sobie tak zwyczajnie posiedzieć, podczas gdy inni się bawili na całego. Jedna z nich, taka urocza blondyneczka sobie siedziała i coś robiła na telefonie, a druga po prostu siedziała i chyba też coś robiła na telefonie. Mniejsza o to. Gdy kopnęłam przez przypadek tą drugą glanem to ta odwróciła się do mnie z wzrokiem jakby miała mnie zaraz zabić, że kopnęłam ją tym głupim glanem. No hello, dziewczyno. Co mnie to obchodzi, że ty przyszłaś sobie posiedzieć na tym wspaniałym koncercie. Jeśli nie jesteś nim w ogóle zainteresowana to łaskawie mogłabyś się udać gdzieś do tyłu no bo, sorry, są tu osoby, które zamierzają się dobrze bawić, na ten przykład ja, a nie siedzieć tak jak ty i twoja koleżanka blondynka. 
Z tego co wiem, na dole też nie było zbyt dobrze. Niektórzy ludzie podobno byli chamscy, przepychali się pod scenę, wyzywali się i takie tam... Ale! Ważne, że inni się nie zrażali tymi ludźmi i dobrze się bawili do samego końca.
Mam nadzieję, że nie będzie miało już nic takiego miejsca gdy znów Gee przyjedzie do polski.
Bo przyjedzie. Musi. Obiecał. xD
Ogółem koncert uważam za jak najbardziej udany.
A no jeszcze pozdrawiam Fun Ghoul! Tak, to było wspaniałe. Machać do ciebie jak idiotka xD Szkoda, że nie porozmawiałyśmy no ale już trudno! Myślę, że jeszcze nie raz będzie okazja xD
No to myślę, że to by było na tyle z koncertu...
                                                           















   

piątek, 16 stycznia 2015

Life Ain't Just A Joke ~ Rozdział I

Witajcie!
No i jest. Pierwszy rozdział xD
Mam nadzieję, że się spodoba. 
Enjoy!
____________________________________________________________________________
   
      Poczułem przeszywający całe moje ciało nieznośny chłód. Zacisnąłem mocniej powieki i skuliłem się, mocno obejmując się ramionami wokół nóg. Zmarszczyłem brwi. Następnie usłyszałem odgłos towarzyszący odsuwaniu rolet. Do mojego małego królestwa wpadła ogromna ilość światła. Wyrwany gwałtownie ze snu, przewróciłem się na brzuch i wcisnąłem twarz w mięciutką poduszkę, która natychmiastowo została usunięta spod mojej głowy.
- Frank, wstawaj! Debilu, no!- usłyszałem przy uchu wrzask małego diabła.
      Kate... Moja młodsza aż o sześć lat siostra. Byłem zdruzgotany. Dlaczego Bóg zesłał na mnie ciężar posiadania młodszej siostry? Wolałbym już młodszego brata. Dobra, mogłaby być już ta siostra, ale cholera! Starsza!
      Zły na cały świat, a w szczególności na Kate, otworzyłem powoli oczy. Spojrzałem na Kate. Zielonobrązowe, duże oczy, otoczone naprawdę długimi rzęsami, wpatrywały się we mnie z wyczekiwaniem. Śmiesznie zmarszczony nos, lekko zadarty do góry, ozdobiony licznymi piegami. Pełne usta, które obecnie były zaciśnięte w wąską kreskę. No i ta szopa na głowie. Kręcone, ciemnobrązowe, do ramion włosy. Cała Kate. Nawet minimalnie nie byliśmy do siebie podobni. No dobra, może jedynie oczy mieliśmy te same. W reszcie się całkowicie od siebie różniliśmy. Ja miałem proste, półdługie, nie wiem, sięgały lekko za ucho, włosy, które pofarbowane były na czarno. W porównaniu do Kate, która kochała swój naturalny kolor włosów, ja wręcz go nienawidziłem. Przed pofarbowaniem miałem mdły kolor. Jakiś jasny brązowy.
      Wracając do mojego wyglądu. Mój nos był prosty, nie był specyficzny. Usta bardzo wąskie i jakieś takie krzywe. Miałem dziwny wygląd i do tego byłem strasznie blady i chudy. Moja postura przypominała bardziej posturę naprawdę płaskiej kobiety niż piętnastoletniego chłopaka...
- Frank?- odezwała się Kate, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia.
- Czego chcesz, mały ćwoku?- spytałem.
- Dziś pierwszy dzień szkoły, a ty sobie spokojnie w łóżku leżysz!
      Dopiero teraz spostrzegłem, że dziewczyna była ubrana na galowo. Przewróciłem do góry oczami i przeniosłem się do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się po białym pokoju, obklejonym licznie plakatami, wypełnionym ciemnymi meblami, pianinem i gitarą. Łóżko stało pod oknem. Na przeciwko niego, koło drzwi stało biurko i półka z książkami, płytami z muzyką, grami komputerowymi i radiem. W kącie, koło półki stała gitara. Na prostopadłej ścianie do łóżka stało elektryczne pianino. Na przeciwko niego znajdowała się duża, odsuwana szafa. Na środku był czerwony dywan...
- Kurde, ale to nie powód, żebyś mi robiła burdel w pokoju!- obrzuciłem ją złowrogim spojrzeniem, a następnie ponownie spojrzałem na czerwony dywan, na którym obecnie znajdowała się cała moja pościel. -Wynocha stąd!- krzyknąłem.
      Kate posłusznie wyszła z pokoju, w progu drzwi pokazując mi język. Za nią do pokoju wszedł mój pies mopsik, zwany Pizzą. Dlaczego Pizza? Gdy gram na kompie często jem pizzę... Mój pies razem ze mną... Pies, widząc kołdrę na podłodze, od razu się na nią rzucił i się nią bawił. Świetnie, zniszczy mi całą pościel. Zabiję Kate. Wstałem z łóżka, wziąłem psa na ręce i zdjąłem go z kołdry. Całą pościel z powrotem ułożyłem ładnie na łóżku. Pizza zaczął biegać w kółko po dywanie. Potem podbiegł to ciemnych drzwi i zaczął się na nie rzucać. Uroczo. Podszedłem do drzwi i je otworzyłem.
- No, dawaj mały. Możesz wyjść.- powiedziałem z wyczekiwaniem patrząc na psa.
Ten tylko zamerdał ogonkiem i spojrzał na mnie tym pełnym zaskoczenia wzrokiem. Westchnąłem i podniosłem psa. Wyszedłem z pokoju i ustawiłem go na korytarzu. Już miałem wracać do pokoju, gdy pies zabiegł mi drogę. Ech, co za uparciuch. Czasem naprawdę nie rozumiem logiki tego psa... Stoi przy misce z jedzeniem, nasyp mu karmy, on popatrzy i sobie idzie... Otwórz mu drzwi na dwór, on popatrzy na to co jest za drzwiami, patrzy na ciebie i zaczyna tulić się do twojej nogi. No po prostu fuck logic! Przesunąłem go delikatnie nogą i wszedłem do swojego pokoju, mocno trzaskając drzwiami.
      Podszedłem do szafy i otworzyłem ją w poszukiwaniu czegoś dobrego do założenia na dzisiaj. Zaraz, dzisiaj był pierwszy dzień szkoły, co oznacza, że... Wreszcie zobaczę się z Caroline! Na myśl o dziewczynie, postanowiłem się ubrać jak najlepiej mogłem. Musiałem wyglądać naprawdę dobrze. Tak więc wyjąłem z szafy czarne, niezbyt obcisłe rurki, białą koszulę i czarną marynarkę. Wziąłem do tego bieliznę i szybko pobiegłem do łazienki, aby się przygotować.
      Wpadłem do łazienki, uprzednio zamykając drzwi na klucz i włączyłem światło. Kremowo-brązowe pomieszczenie zalało jasne światło. Łazienka była jak każda inna. Urządzona przez moją mamę była niezwykle przytulna. Przy jednej ścianie stała wanna oraz prysznic. Na przeciwko były brązowe półki, umywalka, wielkie lustro, przy którym wisiała lampa. W rogu stał kibel, nad którym znajdowało się małe okienko.
       Zdjąłem z siebie piżamę. Otworzyłem drzwi prysznicowe i wszedłem do środka. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą.
       Przyjemnie ciepła woda rozlała się po całym moim nagim ciele. Przyszedł czas rozmyślań, jak to bywa pod prysznicem. Ciekaw jestem, czy gdy zapytam Caroline, czy chce być moją dziewczyną, to się zgodzi, czy też nie? Mam nadzieję, że tak. Naprawdę ją kocham. Ponad to jest naprawdę śliczna i inteligenta... Gdy sobie tylko przypominam o tych jej pięknych, długich, lekko kręconych blond włosach, dużych, niebieskich oczach, które ślicznie zdobiły długie rzęsy, idealnym, drobnym nosku i tych ustach, które tak pięknie się uśmiechały, kiedy dziewczyna jest szczęśliwa, to aż mi zapiera dech w piersiach. Ona jest taka idealna... Taka piękna...
      Rozmyślanie o dziewczynie przerwało mi głośne dobijanie się do łazienki.
- Frank, co ty tam tak długo robisz?! Wyłaź!- krzyczała Kate.
- Moment, już wychodzę spod prysznica.- odpowiedziałem.
Momentalnie wziąłem do rąk żel pod prysznic, którym się namydliłem. Spłukałem z siebie pianę, umyłem włosy i wylazłem spod prysznica. Dokładnie wytarłem się w nieskazitelnie biały ręcznik. Wcisnąłem na tyłek bokserki oraz czarne spodnie. Wysuszyłem włosy, założyłem koszulę i marynarkę. Poczesałem jeszcze raz włosy, umyłem zęby i założyłem na nos czarne okulary. Ech, cholerna wada wzroku.
- No, wyglądasz zajebiście, Frank.- powiedziałem sam do siebie, patrząc na swoje odbicie w lustrze.- Przystojniak z ciebie. Caroline jest twoja.
      Zgasiłem światło w pomieszczeniu i wyszedłem na zewnątrz.
- Kate, łazienka jest twoja!- krzyknąłem.
      Zszedłem po schodach na dół, do kuchni, gdzie siedzieli moi rodzice. Kuchnia, jak każde inne pomieszczenie w tym domu była ładnie urządzona. Jasna i przytulna. Na środku stał stół, przy którym aktualnie siedział mój tata. Robił coś na laptopie. Jak zawsze, był bardzo zapracowany.
       Tata nazywa się Sam. Z wyglądu to właśnie jego przypominam, chociaż... Nie jestem aż tak przystojny. Tata ma czterdzieści siedem lat, ale naprawdę się dobrze trzyma. Był sporo wyższy ode mnie. Cóż, wzrostu to ja po nim niestety nie odziedziczyłem. Tata był naprawdę wysoki. Miał prawie metr dziewięćdziesiąt, a ja niecałe metr siedemdziesiąt. Miał ciemne, brązowe, krótko, no dobra, może nie za krótko obstrzyżone włosy, postawione do góry.Do tego jego twarz przyozdabiał lekki zarost. Pracuje jako szef jakiegoś mega znanego biura projektowego. Projektuje domy i inne budynki.
       No to teraz trochę o mojej mamie. Ma na imię Christina, ma trzydzieści dziewięć lat i... Kocha gotować. Naprawdę. Ona gotuje zawsze. Gdy tylko ją widzę, za każdym razem gotuje... No chyba, że mnie odbiera ze szkoły. Aż się dziwię, że nie została szefem kuchni w jakiejś bardzo znanej pięciogwiazdkowej restauracji, tylko... Prawnikiem. Została prawnikiem. Zawsze mówi, że to było jej wielkie marzenie, ale ja czuję, że po prostu została tym, kim kazali jej rodzice. Z wyglądu jest naprawdę ładna. Kate jest strasznie do niej podobna, są niemal identyczne. Mama ma włosy trochę dłuższe niż moje i strasznie pokręcone. No i jest sporo niższa od mojego taty. To właśnie po niej odziedziczyłem ten niski wzrost. Cóż za ironia losu. Zawsze marzyłem, aby być wysoki. No i skończyło się na tym, że osiągnąłem marne sto sześćdziesiąt osiem centymetrów. Zawsze mogło być w sumie gorzej, ale strasznie ubolewam nad tym, że jestem prawie najniższy w klasie, jeśli chodzi o chłopaków.
      Podszedłem do stołu i odsunąłem krzesło, na którym usiadłem. Mama odwróciła się od ekspresu do kawy.
- Zjesz coś, słońce?- zapytała i się do mnie uśmiechnęła.
- Nie, dzięki.- odpowiedziałem.
- Odchudzasz się synu?- odezwał się tata.
- Nie, skądże.
- Poznałeś kogoś i chcesz dobrze wyglądać?- mama musiała wtrącić swoje pięć groszy.- Żadna dziewczyna cię nie zechce, jak będziesz taki chudy, Frankie.
- No akurat Caroline mnie zechce.- wymamrotałem pod nosem, wpatrując się w powierzchnię drewnianego stołu, mocno zaciskając na kolanach pięści ze złości.
- Frank... Rozmawialiśmy już o tym.- tata zamknął z siłą klapę od laptopa.
- Jeny, to nie wasza sprawa z kim się zadaję.
- No właśnie, że nasza.- tata podniósł głos, co oznaczało, że jest już nieco wkurzony.
- No właśnie, Frank. My się o ciebie martwimy.- dodała mama.- Ile razy mamy ci powtarzać, że to nie jest dziewczyna odpowiednia dla ciebie? W życiu poznasz jeszcze wiele, to nie jest pierwsza i ostatnia. To nie jest ta jedyna na całe życie, po za tym...
- Mamo, przestań!- przerwałem jej i wstałem od stołu.- To MOJE życie i to JA będę decydował z kim się będę spotykał, a z kim nie! Dajcie wy mi święty spokój!- poszedłem w stronę przedpokoju.
Założyłem na nogi czarne trampki.
- Zrobisz, jak będziesz uważał.- powiedział spokojnie tata.- Tylko pamiętaj, że cię ostrzegaliśmy.
- Cześć.- rzuciłem im na pożegnanie i zabrałem z komody przy drzwiach klucze i mój telefon.
Wyszedłem z domu.
     Szedłem powoli ulicami New Jersey. Mieszkamy tu odkąd pamiętam, właściwie prawie cała nasza rodzinka tu mieszka. Przez rodziców taty, aż po wujków i ciocie. Czy lubiłem New Jersey? Na swój sposób tak, chociaż wolałbym mieszkać zupełnie gdzie indziej... Marzy mi się taki Nowy Jork. Duże miasto, dużo ludzi i w ogóle więcej perspektyw. Chciałbym tam mieszkać... Ale mieszkam w New Jersey i w najbliższym czasie nic się nie zmieni, dopóki nie skończę chodzić do szkoły. W sumie, to takie Los Angeles też nie jest złe. Mieszkają tam rodzice mojej mamy. Jeżdżę tam co rok na wakacje i za każdym razem poznaję dużo ludzi. Najbardziej jednak wbiło mi się w pamięć dwóch chłopaków. Jeden w moim wieku, chyba Mikey, a drugi Gerard, starszy o rok. Są braćmi, tylko niestety ani nie pamiętam ich nazwiska, ani nie mam z nimi żadnego kontaktu. Wiem tylko, że pochodzą również z New Jersey, ale przeprowadzili się do Los Angeles. Szkoda, bo naprawdę byli świetni. Dużo bym dał, aby znów ich zobaczyć i powygłupiać się na mieście.
      Minąłem park. Promienie słoneczne leniwie ogrzewały moją twarz. Zrobiło mi się trochę gorąco. Podciągnąłem rękawy marynarki i koszuli. Powoli docierałem do szkoły, więc postanowiłem się upewnić, że Caroline będzie. Wyciągnąłem z kieszeni spodni telefon i pospiesznie napisałem sms'a do dziewczyny.
<Hej, kotku. :* Będziesz dzisiaj w szkole? C:>
Nie musiałem długo czekać na wiadomość zwrotną.
<Już jestem. :*>
Uśmiechnąłem się do ekranu. Ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonałem biegiem, chciałem jak najszybciej dotrzeć do dziewczyny. Przekroczyłem bramę prowadzącą na plac szkoły. Przed budynkiem spotkałem moją przyjaciółkę, Victorię. Uśmiechnąłem się na jej widok. Ubrana była jak zwykle w swoim stylu, czyli na rockowo. Czarne creepersy, czarne zakolanówki, ciemna, jeansowa spódniczka, czarna koszula i czerwony krawat. Jej ręce zdobiły pieszczochy, a szyję obróżka.
      Victoria ogólnie jest ładną dziewczyną. Ma bladą cerę. Duże, ciemnobrązowe oczy. Długie, sięgające za łopatki czarne włosy i prosta grzywka. W wardze srebrny kolczyk, a w uszach tunele. Słucha dobrej muzyki. Metalu i oczywiście rocka. Jest wygadana, zabawna i miła. Bardzo ją lubię. Oczywiście moi rodzice twierdzą, że to nie jest towarzystwo dla mnie i dziewczyna sprowadza mnie na złą drogę, ale to gówno prawda. Podbiegłem szybko do dziewczyny i się z nią przywitałem.
- Cześć, Frankie!- krzyknęła rozradowana na mój widok i mnie mocno przytuliła.
- Cześć, Viki.- odpowiedziałem jej z tym samym entuzjazmem i odwzajemniłem uścisk.- Widziałaś gdzieś może Caroline?- spytałem odrywając się od niej.
- Weszła właśnie do szkoły.- powiedziała.- Jak ci minęły wakacje?
- Jak zawsze. Byłem u babci w Los Angeles. A jak tobie?
- Ja byłam w Londynie u cioci.
- Uuu, to na bogato.- zaśmiałem się.
- No a jakby inaczej?- również się zaśmiała.- Chodź, poszukamy twojej miłości.
- Jestem jak najbardziej za.
      Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Zaraz wreszcie ją zobaczę. Co jej powiem? Boże, całe wakacje o tym myślałem. Miałem ułożoną rozmowę od początku do końca. Chciałem ją zapytać czy chce być moją dziewczyną. Całe dwa miesiące się na to przygotowywałem i mogę stwierdzić, że już jestem gotowy.
- Viki, a co jeśli się nie zgodzi?- spytałem z drżeniem w głosie, gdy weszliśmy do szkoły.
- Boże, Frank. Już nie bądź takim pesymistą, musi się zgodzić.- wywróciła do góry oczami.- Przecież cię kocha, prawda?
- Niby tak, ale cholera no! Boję się.
- Wyluzuj.
       Jak mam wyluzować, skoro zaraz mam zapytać Caroline o chodzenie? Czy Victoria nigdy przez coś takiego nie przechodziła? A, no fakt. Nie, ona jest dziewczyną. No ale myślę, że gdyby była na moim miejscu też by się bała i to jeszcze jak. Niecodziennie o takie rzeczy prosisz dziewczynę. Moi rodzice mnie zabiją, gdy się dowiedzą, że Caroline to moja dziewczyna. Oni jej nie lubią. Nawet jej nie znają, ale pomińmy już ten fakt.
        Rozejrzałem się po nie za dużym, korytarzu, który był pomalowany na mdły żółty kolor. Duże okna dawały mnóstwo światła. Na ścianach wisiało w gablocie dużo nagród, dyplomów, różnych ogłoszeń. Zaraz przy wejściu do szkoły po lewej stronie znajdował się pokój nauczycielski i dwie sale lekcyjne, a po prawej świetlica i gabinet dyrektora- pana Edwarda Desmond. Przebrnęliśmy przez tłum uczniów, aż do drzwi sali gimnastycznej, w której to miało odbyć się uroczyste rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Wtedy ujrzałem właśnie Caroline. Zatrzymałem się, Victoria również. Na jej twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek. Zmierzyłem Caroline od stóp do głów. Włosy miała jak zwykle delikatnie pokręcone. Uśmiechała się. Koleżanka coś do niej mówiła. Ubrana była w białą, lekko rozkloszowaną, koronkową sukienkę, a na stopach miała białe balerinki. Spojrzałem znów na jej twarz, a następnie na jej koleżankę, która spojrzała na mnie i powiedziała coś do Caroline. Momentalnie dziewczyna mnie zauważyła i się szeroko uśmiechnęła. Podeszła do mnie.
       Poczułem, że moje nogi nagle stały się jak z waty, całe ciało zaczęło mocno drżeć, serce jeszcze mocniej zaczęło bić, a w żołądku mi się wszystko przewracało do góry nogami.
- Hej, Frank.- odezwała się dziewczyna.
- Hej, Caroline.- odpowiedziałem.
- To może ja was zostawię samych, gołąbeczki.- powiedziała Victoria.
Spojrzałem na nią miną a'la zbity pies. Niestety na nią to ani trochę nie podziałało. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się chytrze i kopnęła mnie w dupę.
- To na szczęście.- szepnęła mi do ucha i odeszła.
      Heh, no to zrobiło się niezręcznie. Caroline się mocno do mnie przytuliła. Odwzajemniłem uścisk. Od jej ciała biło przyjemne ciepło. Z łatwością wyczułem, że jej serce biło równie szybko co moje. Poczułem od niej zapach bardzo ładnych perfum. Piękny zapach. Dziewczyna oderwała się ode mnie. Ciepło jej ciała znikło, a ja znowu musiałem powrócić do rzeczywistości. Co ja miałem jej powiedzieć teraz? Nagle zabrakło mi języka w buzi. Pomiędzy nami zapanowała bardzo niezręczna cisza. Caroline się we mnie wpatrywała, a ja spuściłem głowę.
- C-caroline...- zacząłem.- Bo mam p-pytanie.- wyjąkałem,
- Tak, Frankie?- spytała z zaciekawieniem na twarzy.
- Czy ty... Czy ty...- nie no, masakra, przecież jej nie dam rady dzisiaj o to zapytać.- Albo, nie ważne.- dodałem.
Z twarzy dziewczyny zszedł uśmiech.
- Eee, no to chodźmy na salę gimnastyczną.- powiedziałem.
No i poszliśmy. Stanęliśmy koło siebie, a po chwili dołączyła do nas Victoria. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Łatwo było wyczytać z mojej twarzy, że nie poszło coś tak jak powinno. Rzuciła mi nieme pytanie "Udało ci się?", a ja pokiwałem głową w lewo i w prawo w geście zaprzeczenia. Jej mina zrzedła. Poklepała mnie po ramieniu.
      Staliśmy chwilę w ciszy, aż nagle podskoczyliśmy, gdy usłyszeliśmy pisk Caroline. Odwróciliśmy się w jej stronę. Stał za nią wysoki, przystojny brunet o zielonych oczach. Mocno oplatał ją rękoma w pasie. Dziewczyna odwróciła głowę do niego i uśmiechnęła się. Chłopak odwzajemnił uśmiech i pocałował ją w policzek. Coś mnie zakuło w okolicach serca. Ona ma chłopaka? Przecież pisała, że mnie kocha i chciałaby ze mną być. Nagle zrobiło mi się smutno. Caroline odwróciła się do mnie.
- Frank, to mój przyjaciel James.- przedstawiła mi bruneta.
- Car, a więc to jest ten cały Frank?- spytał z kpiną w głosie. Na jego twarzy wymalowała się odraza.
       Chłopak dalej obejmował ją w pasie. Posłałem mu złowrogie spojrzenie. Teraz zauważyłem, że chłopak był sporo wyższy ode mnie, jak i od dziewczyny. Był wysportowany. Włosy miał postawione do góry. Ubrany był w białą koszulę i czarne spodnie. Na nogach miał trampki. Cóż tu dużo mówić, był dużo przystojniejszy ode mnie i nie miałem z nim szans. Caroline na pewno go wybierze. Trudno, bywa i tak.
      Caroline pokiwała potwierdzająco głową na jego pytanie i oderwała się od niego. Podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem.
- Tak, James. To jest ten cały Frank. Kocham go i pewnie za niedługo będziemy razem.- stwierdziła i ucałowała mnie w policzek. Zrobiło mi się gorąco.
      James był zirytowany całą tą sytuacją. Liczył na to, że Caroline wybierze jego, a nie mnie. Niestety, jednak woli niskiego, niezbyt przystojnego Franka Iero. Ma się to coś. Chłopak był wkurzony, co z łatwością zauważyłem. Zaśmiałem się nerwowo i rozpiąłem jeden guzik przy szyi od koszuli. Objąłem Caroline w pasie i przyciągnąłem do siebie. Teraz albo nigdy.
- Caroline...- szepnąłem jej do ucha.- Czy chciałabyś być moją dziewczyną?
- Och, James. Właściwie to już jesteśmy razem.- powiedziała i znowu mnie pocałowała w policzek.
Zgodziła się! Byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. James był wkurzony. Zacisnął ręce mocno w pięści.
- Szczęścia.- rzucił krótko i poszedł w bliżej nie znanym mi kierunku.
      Spojrzałem na Caroline, która teraz się szeroko uśmiechała. Przytuliłem ją mocno do siebie. Spojrzałem na Victorię, która była uradowana faktem, że już jesteśmy razem. Oderwałem się od swojej dziewczyny i pocałowałem ją w policzek. Po chwili w sali zapanowała cisza, a do środka wszedł dyrektor i wicedyrektorka. Akademia się zaczęła.
_____________________________________________________________________________
Hah, ale mi to długie wyszło xD
Mam dobrą wiadomość! Następna część "Never Let Them Take..." aktualnie się pisze, więc jeśli dobrze pójdzie to pojawi się ona za tydzień, bądź dwa, a jeśli źle pójdzie to pojawi się ona za miesiąc, albo nie wiem kiedy xD Niestety, mam teraz tak strasznie mało czasuuu... Ciągle jakieś wyjazdy i nie wyrabiam z wszystkim. ;_;
No, to komentujcie, bo komentarze są bardzo ważne. :D

xoxo


     

środa, 31 grudnia 2014

Life Ain't Just A Joke ~ PROLOG

Witam! 
Z racji tego, że dzisiaj ostatni dzień w roku, wstawiam taki króciutki prolog do nowego opowiadania. 
Chciałam po prostu, abyście mniej więcej wiedzieli od czego zacznie się historia i co będzie miało na nią ważny wpływ, więc czytajcie dokładnie. Może tutaj nie będzie tak wszystko dokładnie rozpisane, o co chodzi, ale jedna z postaci ma bardzo wielkie znaczenie. Wiem, że trochę beznadziejnie to rozegrałam... Dwa opowiadania na raz, ale no cóż. Tamto będzie dalej kontynuowane. Zostało jeszcze do napisania około... Cztery części, może nawet mniej. Zarys tego co będzie się tam działo jest, ale trzeba jeszcze napisać, co jest znacznie trudniejsze.
Także ten tego, na razie cieszcie się tym. xD
No i tak na zakończenie tego roku 2014! Ostatni post w tym roku. 

Enjoy!
_____________________________________________________
     
     <Kocham Cię, Caroline.> napisałem bez wahania kolejną wiadomość na Facebooku do mojej ukochanej.
      Była noc. Nie wiem, godzina druga, może i nawet trzecia. W każdym razie, za oknem było bardzo ciemno. Jedynie mdłe światło lampy ulicznej wpadało do mojego pokoju przez okno. Był koniec wakacji. Jutro ostatni dzień wolności i znowu się zacznie chodzenie do tej jebanej budy, zwanej szkołą. Jak kto woli. Dla mnie to zawsze była jebana buda, w której siedzi się bezczynnie w ławce i słucha się nudnych wykładów nauczyciela. Ech, trzecia klasa to już w sumie nie przelewki... Jak to moja mama mówi. Muszę się wziąć z kopyta za naukę. Na dodatek ostatnia klasa szkoły muzycznej. Tak, moja kochana szkoła muzyczna. Odkąd pamiętam miałem wielkie zamiłowanie do muzyki i instrumentów, jednak tym jedynym była gitara. No i oczywiście pianino.
      Spojrzałem na ciemny ekran telefonu, przy którym migała zielona dioda świadcząca o nowej wiadomości. Caroline. Odblokowałem pospiesznie telefon i spojrzałem na wiadomości. Tak, napisała do mnie dziewczyna moich marzeń.
<Też Cię kocham, Frank.> 
Uśmiechnąłem się mimowolnie do ekranu po przeczytaniu tego zdania. Ta dziewczyna była niesamowita. Co prawda poznałem ją tak naprawdę całkiem nie dawno temu. Pod koniec drugiej klasy gimnazjum. Hm... Tak naprawdę w ostatni dzień szkoły. Nie wiedziałem do której klasy chodzi, ani jak ma na nazwisko, co bardzo utrudniało mi wszystko. Znałem tylko jej piękne imię. Caroline. Wkrótce kolega powiedział mi jak się nazywa. Caroline Himber. Od razu dodałem ją do znajomych na fejsie i tak piszemy ze sobą już dobre dwa miesiące. Nie spotkałem się z nią przez całe wakacje, ponieważ spędziłem je u babci w Los Angeles. Wczoraj wróciłem do domu. Chwała Bogu, jeśli w ogóle jakiś istnieje, że moja babcia jest w miarę cywilizowana i ma internet w domu. Nie wytrzymałbym dwóch miesięcy rozłąki z Caroline.
      Otrzymałem kolejną wiadomość. Zmęczonym, od długiego patrzenia w jasny ekran wzrokiem, przeczytałem, co mi napisała dziewczyna.
<Frank. Co będzie z nami dalej? Pisałeś, że na razie nie chcesz mieć dziewczyny. :(>
Zrobiło mi się żal dziewczyny. Ona mnie tak kocha. Ja ją również, ale po prostu na razie nie jestem gotowy na stały związek. Nie chodzi o to, że nie chcę, tylko że się boję. Boję się, że zranię dziewczynę, czy coś innego. Ech...
      Nagle usłyszałem kroki na korytarzu. Wystraszony szybko zablokowałem telefon i pospiesznie odłożyłem go na szafkę nocną, ekranem do dołu. Serce biło jak oszalałe. Przybrałem losową pozycję i zamknąłem powieki. Musiałem udawać, że śpię. Rodzice nie mogli się dowiedzieć, że po nocach przesiaduję na telefonie. Kroki stawały się coraz słabsze. Usłyszałem zamykane drzwi, najprawdopodobniej łazienki. Poczekałem, aż osoba, która urządziła sobie nocny spacer wróci do swojego pokoju. Byłoby zbyt ryzykowne to, aby w tej chwili brać telefon do ręki. Próbowałem w miarę uspokoić oddech. Drzwi od łazienki otworzyły się i korytarz zalało mdłe światło. Kolejne trzaśnięcie drzwiami i odgłos wyłączanego światła za pomocą wyłącznika. Szybkie kroki. Odetchnąłem z ulgą. Jeszcze chwilę poczekałem i wziąłem telefon do ręki, wcześniej upewniając się jeszcze raz, czy aby na pewno nikogo już nie ma na korytarzu.
      Odpisałem szybko Caroline.
<Pożyjemy, zobaczymy. :) Być może zmienię zdanie. :*> po chwili namysłu jeszcze dopisałem - <Wybacz skarbie. Posiedziałbym z tobą dłużej, ale jestem strasznie zmęczony :(> no cóż, skłamałem. Wcale nie byłem zmęczony, po prostu ktoś mógł w każdej chwili wejść do pokoju. Pisanie z nią o tej porze było niezwykle ryzykowne.
<Dobranoc :* Słodkich snów, Frankie. <3 >
<Dobranoc :* Kocham cię. <3 >
Wyłączyłem Facebooka i odłożyłem telefon na szafkę nocną. Okryłem się szczelnie kołdrą.
Obiecałem sobie, że jak tylko wrócimy do szkoły to odważę się i zapytam, czy będzie chciała być moją dziewczyną. Byłem pewny w stu procentach, że to jest miłość mojego życia. Kocham ją bardzo mocno. Zamknąłem powieki.
Sen przyszedł dosyć szybko, mimo, że nie byłem zbytnio śpiący.
__________________________________________________________________

      O mój Boże, nie wierzę, że to już koniec roku. Pamiętam jeszcze ferie zimowe w styczniu, jakby to było wczoraj. Naprawdę szybko mi zleciał ten rok. 
      Początek nie był zbyt... Mocny. Dla mnie był wręcz... Masakrą. Nie było aż tak źle, jakoś sobie poradziłam. Od maja było po prostu świetnie. xD
      Ale co ja będę się rozpisywać na temat mojego życia! xD
      Chciałam po prostu życzyć Wam udanej imprezy sylwestrowej, nawet jeśli spędzicie ją  siedząc w domu z kotem, psem, czy też innym zwierzęciem, lub po prostu rodziną, przyjacielem, w niezbyt licznym gronie, lub po prostu samemu oglądając Polsat, czy TVN! Ale to i tak fajnie! Możecie być w każdym miejscu, zależy tylko jaki program włączycie. xD 
     Życzę Wam również, żeby nadchodzący rok był jeszcze lepszy niż ten, żebyście się cieszyli każdym dniem, bez względu na to, czy będzie się wszystko walić, czy będzie po prostu dobrze. Dużo szczęścia, na pewno się Wam przyda i jeszcze więcej zdrowia. 
     No to chyba tyle z mojej strony...
A... Uważajcie jak będziecie bawić się fajerwerkami. XD Bezpieczeństwo przede wszystkim. ;)


Jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego i szczęśliwego nowego roku! :)


niedziela, 7 grudnia 2014

Never Let Them Take The Light Behind Your Eyes ~~ Rozdział XXV

       Dzisiaj krótko, mam nadzieję, że nie będzie to wam przeszkadzać.
Mam jutro egzamin w szkole muzycznej, więc nie za bardzo miałam czas, żeby cokolwiek pisać, więc dzisiaj dodaję krótki rozdział, czyli to co udało mi się do tej pory napisać.
      Następny rozdział będzie dłuższy, obiecuję!
      No i pozostaje jeszcze jedna sprawa. Ostatnio (tak, pewnie teraz strzelicie tak zwanego facepalm'a i pomyślicie- "Przecież nie ma czasu na pisanie tego opowiadania, więc czemu bierze się za następne?") zaczęłam pisać nowe opowiadanie! Tak, nowe. Napisałam już krótki wstęp i prawie trzy części, więc chcę się poradzić. 
Wolicie, żebym najpierw skończyła to, a potem sukcesywnie publikowała tamto, czy chcecie żebym wstawiła już te kilka części nowego (oczywiście nie wszystkie na raz)? Tak więc piszcie ;_;

      ENJOY!
________________________________________________________________________


      -Frank, pośpiesz się, bo się spóźnimy.- powiedział Gerard w pośpiechu wkładając buty.
Wziął swoje wszystkie dokumenty z komody w przedpokoju, a następnie wrócił się do salonu po telefon.
-Idę, już idę.- odpowiedział mu Iero.
      Gerard zobaczył Franka, który szedł korytarzem zapinając guziczki od koszuli w czerwonoczarną kratkę. Poszedł za nim do przedpokoju. Frank zakładał swoje podniszczone trampki, a on uważnie mu się przyglądał. Wyglądał pięknie. Czarne rurki, koszula i te jego ciemne, długie włosy. Byłoby świetnie, gdyby szli do kina, a nie do sądu. I tu zaczynał się cały problem. Do kogo trafi Frank? A może jednak zostanie z Gerardem? Nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać po dzisiejszej rozprawie. Gerard jednak wolał myśleć, że wszystko pójdzie dobrze i Frank zostanie u niego.
      Gdy Frank był już gotowy, wyszli z domu. Szli powoli w stronę sądu, nie śpieszyło im się, choć wiedzieli, że nie mogą się spóźnić. Gerard złapał Franka za rękę, widząc przygnębienie na twarzy chłopaka.
- Ej, Frank. Nie smuć mi się tutaj, dobra?- odezwał się starszy, na co Iero tylko westchnął.
      Znów zapanowała między nimi cisza. Nie była to przyjemna cisza, bo oboje chcieli ze sobą porozmawiać, cokolwiek. Rozmowa nie nadchodziła. Zbliżali się do budynku. Franka przeszedł dreszcz. Przystanęli na chwilę, a Gerard mocno przytulił do siebie chłopaka. Odchylił jego głowę, aby móc złożyć na jego ustach pocałunek, który trwałby krótko, gdyby nie to, że Frank przyciągnął do siebie Gerarda jeszcze bliżej, jeśli było to w ogóle możliwe. Wplótł palce w czerwone włosy mężczyzny, a drugą rękę umiejscowił na jego gładkim policzku. Gerard objął chłopaka wokół talii.
      Ich namiętny pocałunek mógłby trwać i trwać, gdyby ktoś nie szturchnął Gerarda mocno w ramię. Oderwał się od czarnowłosego, aby zobaczyć, kto śmiał im przerwać pocałunek. Doktor Shidley. Stał koło nich z odrazą wymalowaną na twarzy. Obok niego stała młoda kobieta, być może była w wieku doktora, czyli jakieś trzydzieści kilka lat. Była naprawdę ładna. Długie blond włosy, delikatnie spadały falami na jej ramiona. Oczy miała naprawdę duże, niebieskie, jak większość blondynek. Rzęsy umalowane tuszem, na powiece czarna kreska wykonana eye-linerem. Nos wręcz idealny, jakby przeszedł masę operacji plastycznych- prosty, lekko zadarty do góry. Pełne usta, podkreślone krwistoczerwoną szminką, Blada cera. Ubrana była w białą koszulę, która opadała na czarną spódnicę, podkreślającą jej piękne, kobiece kształty. Na ramiona miała zarzuconą marynarkę w kolorze spódnicy, a na nogach czerwone szpilki na wysokim obcasie. Gerard był zachwycony ową kobietą. Był zachwycony jej idealnymi kształtami i idealną twarzą. Była piękna, doktor miał naprawdę dobry gust. Dziewczyna zauważyła, że Gerard się w nią wpatruje. Uśmiechnęła się przyjaźnie, na co Gerard, lekko speszony odwrócił wzrok. Spojrzał na doktora.
- Może byśmy już poszli na rozprawę? - warknął doktor.
- Kochanie, ale mógłbyś być milszy dla pana...- odezwała się dźwięcznym głosem jego towarzyszka.
- Way. Gerard Way jestem.- uśmiechnąłem się i podałem kobiecie rękę, którą lekko uścisnęła, swoją drobną dłonią.
- Dla pana Waya. Tak na marginesie to nazywam się Margaret Shidley. Jestem żoną Maxa.
- Współczuję pani tak beznadziejnego męża.
Gerard spojrzał z jadem na doktora i pochwycił dłoń Franka, oddalając się razem z nim w stronę sądu. Był zły.
***
     Była przerwa w rozprawie. Gerard poinformował Franka, że idzie zapalić papierosa. Wyszedł z budynku. Czuł się obserwowany. Odwrócił lekko głowę. Kątem oka spostrzegł panią Margaret, która szła w jego kierunku. Rzucił na ziemię niedopałek i zdeptał go trampkiem. Wsadził ręce do kieszeni spodni. Poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu, która przesuwała się w dół jego pleców. Spojrzał na kamienny chodnik i ujrzał czerwone szpilki. Z przerażeniem strzepnął rękę z swoich pleców. Nie wiedział, jakie zamiary ma kobieta, ale nie wróżyło to nic dobrego. Spojrzał na nią z zdziwieniem, a ona uśmiechnęła się zalotnie. Nie do końca wiedział, co to miało oznaczać. Kobieta ponownie się do niego przybliżyła. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Margaret wpiła się w jego usta, lecz Gerard skutecznie ją od siebie odepchnął.
- Co ty odwalasz, kobieto?- syknął jej w twarz.
- Nic. Zupełnie nic- urwała.- Wiem, że tego pragniesz.
- Że co?- wyjął z paczki czerwonych malboro kolejnego papierosa, wsadzając go pomiędzy wargi. Podpalił go, dalej przyglądając się z zaciekawieniem kobiecie.
- Zrobię wszystko - powiedziała, gdy Gerard zaciągał się papierosem.- Tylko przyjedź dziś do mnie do domu. Tylko na jedną noc. Max idzie na nocną zmianę. Mogę zrobić co zechcesz.
Mężczyzna zakrztusił się dymem papierosowym.
Co ona sobie wyobraża? - pomyślał.
- Nie dzięki, nie skorzystam z twojej propozycji.- uśmiechnął się do niej z obrzydzeniem i wyrzucił na ziemię niedopałek, rozdeptując go.
- Nie wiesz, co tracisz.
Gerard oddalił się od Margaret, wracając do sądu. Za sobą słyszał stukot butów na obcasie kobiety. Wiedział, że prędzej czy później go dopadnie.


***
      Rozprawa dobiegała końca. Shidley wygadywał takie rzeczy na temat Franka i Gerarda, że w głowie się to nawet nie mieściło. Gerard czuł się zażenowany. Był pewien na dziewięćdziesiąt pięć procent, że Frank u niego nie zostanie. Siedział na krześle w sali sądowej, obok niego Frank. Co jakiś czas patrzył na cholernie dumnego doktora, do którego twarzy był przyklejony butny uśmieszek. Gerard miał ochotę wstać, podejść do niego i przypierdolić mu porządnie w ten krzywy ryj. Z trudem się powstrzymywał.
      Frank zaciskał palce na dłoni ukochanego, widząc jak w nim wzbiera się złość. Uważał, że gdy go tylko puści, może dojść do bójki. Spojrzał na Gerarda, który nerwowo przeczesywał włosy co jakiś czas. Spuścił głowę. Kurde, nie chciał nowych rodziców. Z Gerardem mu było dobrze. Kochał go. Spojrzał w teraz już smutne oczy Gerarda i uśmiechnął się smutno. Gerard spuścił wzrok, ściskając mocniej drobną dłoń Franka
      Sędzia, czyli szczupła, wręcz wychudzona brunetka, głośno odchrząknęła. Zdjęła kocie okulary z nosa odkładając je przed sobą.
- Pełnoprawną opiekę nad Frankiem Anthonym Iero przejmuje pan Max Shidley wraz z małożonką Margaret Shidley.- powiedziała znudzonym głosem.
      Gerard aż podskoczył na siedzeniu, gdy kobieta wymówiła nazwisko doktora, jako nowego opiekuna Franka. Spojrzał na chłopaka z przerażeniem. Widział, że Frank jest w stanie zaraz się rozpłakać. Mówiąc krótko, Frankowi stały świeczki w oczach.
       Mężczyzna przyciągnął do siebie chłopaka i mocno go przytulił. On sam z trudem powstrzymywał łzy cisnące mu się do oczu.
      Przegrał.